poniedziałek, 30 maja 2016

#wpieniony 03: Kult przedmiotów, kult marek.

"Mieszkanie mi okradli, wiesz? Zginęły dwa komputery, dwie komórki i iPhone!" - usłyszałem pewnego dnia podczas podróży komunikacją miejską poprzez nasz piękny gród. Wiem, nieładnie jest podsłuchiwać, ale akurat w tym przypadku nie było to ciche mamrotanie pod nosem, a dyskusja na tyle głośna, że generowane przez jedną z pań peaki akustyczne powodowały brzęczenie szyb. Szybko przeanalizowałem zestaw danych - "dwie komórki i iPhone, dwie komórki i IPHONE!" Bo to przecież nie komórka. To iPhone. I już.

Duże ilości niepełnowartościowych telefonów na raz. Telefonów. Tylko telefonów.
Czy mnie to zdziwiło? Prawdę mówiąc nie. Internety przyzwyczaiły mnie już do tej semantyki - jest iPhone, potem długo, długo nic, a potem zwyczajne smartfony. Nic nowego. Podziały tego typu były w świecie technologii od zawsze. Wśród fotografów od lat trwa święta wojna pomiędzy kanonierami (użytkownikami sprzętu marki Canon), a nikoniarzami (fanami aparatów Nikon). Nowej mocy nabiera też konflikt pomiędzy graczami konsolowymi i pecetowymi. Tu robi się już mocno niepokojąco, bo fani gamingu na PC nazywają siebie "Pecetową rasą panów". Nie jest więc żadnym novum spina pomiędzy fanami Apple, a użytkownikami innych marek. A ja? A ja stoję z boku i śmieję się w kułak. No bo... ludzie! Ej, naprawdę? Ale bez kitu tak? Naprawdę jesteście w stanie porównać się do pomiotu Adolfa H. czy pisać całe małe prace magisterskie na forach, aby wyjaśnić jak bardzo kochacie daną markę/platformę/system fotograficzny?

Ok, ja rozumiem - spora część tej napinki to żarty. Nie mnie oceniać, co kogo śmieszy. Jednak czy żartem jest pisanie ogromnych objętościowo wypowiedzi, w których przeciwnik wyzywany jest od tępych chujów, biedaków i sugerowane mu jest, że skoro nie stać go na "japko" to nie powinien w ogóle mieć telefonu? Śmieszne jak cholera. Czy śmiesznym jest twierdzenie, że jeśli nie posiadasz sprzętu określonej marki to marny z Ciebie fotograf? Jak powyższe - tarzam się ze śmiechu...
Skoro więc wiemy, że lwia część takich opinii wyrażana jest na poważnie, zastanówmy się, dlaczego tak jest? To znaczy... wiem, że jeśli na moim blogu padają słowa "zastanówmy się", to nastąpi po nich przynajmniej jakaś próba wyjaśnienia omawianej kwestii. Ale nie tym razem. Bo zwyczajnie i po ludzku tego nie ogarniam. Po prostu powiem, czemu dla mnie ta cała walka jest totalnie pozbawiona sensu.

Po pierwsze, powiedzmy sobie wprost - wielkie marki mają w dupie wojenki użytkowników. Nie, drogi fanie "japka" - Jobs nie wstanie z grobu, aby uścisnąć Ci rękę w podziękowaniu za Twoje "oranie biedoty z Androidami", odznaczenia też żadnego nie dostaniesz. Nie, drogi kanonierze, nie przyznają Ci (na wniosek Canona) honorowego pierwszego miejsca na World Press Photo czy innym National Geographic Photo Contest za to, że na jakimś forum zjechałeś głupiego nikonarza jak burą sukę. Dla wielkich marek liczy się ZYSK. Zysk ze sprzedaży produktu. A Ty, drogi użytkowniku dałeś się jak małe dziecko wciągnąć w coś, co koncernom jest na rękę - w bycie darmowym nośnikiem ich REKLAMY. Jesteś taką mobilną powierzchnią reklamową. Piejesz gdzie się da, jaki to ten Twój sprzęt jest cudowny, jakimi to idiotami są "przeciwnicy" używający czegoś innego, a kiedy tylko pojawi się informacja o premierze nowej wersji tego co masz, pakujesz śpiwór, namiot i zestaw racji żywnościowych, bo przecież w kolejce trzeba będzie swoje odstać, a Ty musisz być pierwszy? Gratulacje. Za chwilę wyjdzie przejściówka pomiędzy wersją najnowszą, a jeszcze nowszą. Leć i kupuj. Bo tak Ci każe koncern, bo fejm Ci spadnie, bo staniesz się gorszy. Wolny i niezależny człowieku...

Po drugie, pewnie jako psychofanboj masz pewne obawy, bo oto widzisz gdzieś grupkę dresiarzy, którzy patrzą jak używasz tej swojej zabawki, a w ich oczach widzisz już wczytujący się plik "wpierdol_dziesiona.exe". Zagrożenie jednak mija, a Ty podśmiewasz się z typowego Seby w czapce-wpierdolce i z kołczanem prawilności. Tyle, że widzisz, drogi psychofanboju danej marki... Ty i Seba jesteście owocami jednego drzewa. Wiesz w ogóle, skąd w Polsce wzięła się "subkultura" dresiarzy? Ano dawno, dawno temu, kiedy upadł w naszym kraju komunizm, olbrzymia ilość ludzi zaczęła wyjeżdżać za granicę. Do pracy. Mniej lub bardziej legalnej, ale na pewno bardzo dochodowej. Inni zostali nad Wisłą, zaczęli korzystać z wolności gospodarczej i otwierać biznesy. Spora część z tych ludzi bardzo chciała pokazać "szarej masie", jak to się "tam" dorobili i na jakie rzeczy ich stać. Problem w tym, że dobre jakościowo rzeczy były zbyt skromne. Nie "krzyczały" sobą, jak bardzo są luksusowe. No i co tu robić? Jak pokazać Janinie z szóstego, że "my to jesteśmy teraz KTOŚ!"? Ano... ubrania sportowe z zachodu miały dwie właściwe cechy. Po pierwsze, były z zachodu, po drugie w myśl ówczesnej mody posiadały olbrzymie wręcz nadruki z logo firmy. No i poszło... Co prawda Hans dziwił się trochę, że Janusz idzie do pracy w ubraniu przeznaczonym na siłownię, ale kiedy już Janusz wrócił do kraju, kiedy przeszedł przez osiedle z wielkim napisem "Adidas" na plecach i "Fila" na nogawce, noooo... To było coś! Tak więc, drogi psychofanboju nie śmiej się teraz z Seby. Robisz to samo, tylko w jeszcze bardziej irytujący sposób. Seba przynajmniej nosi tą swoją wpierdolkę i kołczan, ale nie kręci awantur z Matim, że tamten nosi czapkę innej firmy. Tobie zaś nie wystarczy, że masz firmowe. Ty jeszcze musisz mieć poczucie, że dzięki temu jesteś lepszy. Ty potrzebujesz posiąść nie przedmiot, a IDEOLOGIĘ. Otoczkę. I za to płacisz słony szmal. Przedmiot jest gratis. Wolny i niezależny człowieku.

Po trzecie, pisałem już o tym w pierwszej części "Wpienionego" - dziś marka właściwie nie znaczy... nic. Nie kłamię. Jakość wszelkich produktów leci na łeb na szyję, więc tłumaczenie, że "kupiłem drogie, czyli lepsze jakościowo" bywa niestety wyłącznie racjonalizowaniem dużego wydatku. Obecnie elektronika, odzież, obuwie, czy nawet pojazdy znanych marek to nic innego jak masówka. Produkowana na olbrzymią skalę, nastawiona na zapotrzebowanie niezwykle chłonnego rynku. Ma być dużo i szybko. Jako że "dużo i szybko" nie oznacza jednocześnie "dobrze", efekt jest taki, że pojawiają się serie produktów po prostu kiepskich. Niedopracowanych. Z fabrycznymi wadami. Niektóre firmy wprost "jadą" na odcinaniu kuponów od dawnej popularności. Tymczasem każda próba wytknięcia wad na jakimkolwiek forum użytkowników kończy się solidną gównoburzą. Bo przecież "Stary, ale to jest X! To nie może być złe! Fakt, może tu jest jakaś drobna, powtarzam DROBNA wada, ale weź nie marudź, bo to jest doskonała firma!" Co z tego, że ta "drobna wada" w moim przypadku zaowocowała utratą zawartości karty pamięci? Brak strat zawdzięczam wyłącznie nawykowi wykonywania kopii zapasowej po każdej sesji zdjęciowej. Ale gdybym takiego nawyku nie miał, to klient pewnie miałby gdzieś "drobną wadę" i urwał mi głowę przy samym siedzeniu delikatnie mówiąc. Fanboje marki stwierdzili jednak, że jestem paskudnym hejterem - bo karty pamięci firmy X NIE PSUJĄ SIĘ! ROZUMIESZ DEBILU? NIGDY!!!!111oneone... :)
Oczywiście mogę podejrzewać, że za takie wpisy odpowiedzialni są ludzie reprezentujący daną firmę (spiseg?), ale tzw. życiowe doświadczenie podpowiada mi, że tak być mogło, lecz wcale tak być nie musiało. To tylko wolni, niezależni ludzie. Dla których autorytetem jest producent kart pamięci... Ok... konstytucja (jeszcze) gwarantuje wolność wyznania, więc jeśli chcą, niech się modlą do tej memorki, absolutu wśród pamięci nieulotnych... Amen. Znaczy... Enter... :)


poniedziałek, 16 maja 2016

Opuszczone & porzucone #3: Borne Sulinowo i Kłomino.

Na Ukrainie Prypeć, w USA Centralia i Bodie, w Norwegii Pyramiden. Każdy fan miejskich eksploracji czy tematyki postapokaliptycznej doskonale zna te lokacje. Miasta opuszczone, miasta widma. Miejsca budzące wyobraźnię filmowych scenarzystów, twórców gier, miłośników grozy oraz wszystkich zastanawiających się nad tym, co by było, gdyby kiedyś coś nam, jako ludzkości, poszło nie tak.  No tak... Ukraina, USA, Norwegia. Daleko. A czy my, Polacy mamy jakieś "ghost town"? Oczywiście, że mamy! A przynajmniej... mieliśmy. 


Tajemnice, atomice

Jest 17 września 1994 roku. W ten symboliczny dla polskiej historii dzień generał Leonid Kowaliow melduje prezydentowi Lechowi Wałęsie, że zakończono wycofywanie z terenów naszego kraju oddziały wojsk radzieckich, które stacjonowały tu od 1945 roku. Dzień później ostatni żołnierz Armii Radzieckiej opuszcza Polskę.
A co "ostatni żołnierz" zostawia po sobie? Otóż na podstawie porozumień wynikających z postanowień Układu Warszawskiego w latach 1945-1994 na terenie Polski funkcjonowało około 65 garnizonów Armii Radzieckiej. Garnizon to nie tylko ludzie. Garnizon to także całe zaplecze: nieruchomości i instalacje, zarówno obronne, techniczne, ale i socjalne. Pojedyncze budynki, place, schrony, grupy takich obiektów, a wręcz... całe miasteczka. Wiele z nich ze względu na ważne znaczenie strategiczne posiadało status ściśle tajnych. Nie istniały na cywilnych mapach, nie prowadziły tam oficjalne cywilne drogi. Solidne, zwielokrotnione ogrodzenia (drut kolczasty pod napięciem), uzbrojeni strażnicy i groźba zarobienia kulki bez ostrzeżenia, ewentualnie pojmania jako szpiega - wszystko to zniechęcało ciekawskich do przekonywania się na własnej skórze "co tam te ruskie znowu kombinują". Pamiętajmy, że mówimy o czasach i realiach Polski Ludowej, w której jak wiadomo, zniknięcie obywatela można było bez najmniejszego problemu zatuszować.

Jedną z takich zakazanych stref była miejscowość Borne Sulinowo oraz leżąca w jej pobliżu osada Kłomino. Stacjonowała tam 6. Witebsko-Nowogródzka Gwardyjska Dywizja Zmechanizowana. Ktoś powie "No tak, dywizja zmechanizowana... ruskie czołgi, wielka tajemnica!" Ano... "ruskie czołgi" może i tajemnica niewielka, ale wchodząca w skład dywizji 116. Orszańska Brygada Rakiet Operacyjno-Taktycznych to już grubsza sprawa. Otóż brygada ta najprawdopodobniej była jedną z kilku w Polsce, którym w przypadku wojny z "imperialistyczną zgnilizną zachodu" przypadał zaszczyt obsadzenia tejże "zgnilizny" dorodnymi... pieczarkami...
Tak, tak... W okolicach Bornego znajdowały się miejsca przechowywania broni jądrowej. Zarówno w postaci głowic rakiet, jak i bomb lotniczych.

Po wycofaniu się wojsk radzieckich miasto Borne Sulinowo zostało przekazane Polakom i zasiedlone. Osada Kłomino leżąca na uboczu miała mniej szczęścia. Stała się jednym z polskich "miast-duchów"...

Wyprawa

Jest 16 lutego 2014 roku. Kuzyn, który interesuje się eksploracją stawia propozycję nie do odrzucenia - "Jedziemy na Pomorze, wracając zahaczymy o Borne i Kłomino, jedziesz?" No ba... :) Bateria w aparacie naładowana, można ruszać...

Urok lokalnych dróg tej części Polski - wąsko, kręto, niebezpiecznie, ale za to jak klimatycznie! :)
Borne Sulinowo to niewielkie miasteczko. Jak szybko można się przekonać, przesycone jest wprost klimatem epoki. Przy głównej ulicy miasta uświadczymy np. taką zabaweczkę:

"W coca-colę, myszkę Miki i hamburgery, bateria łaaaaduj! Bateria! Agoń!" :)
Działo zamilkło, można więc zajrzeć lwu do paszczy:

Giń podły imperialisto! A przynajmniej... ściągaj dżinsy! 
Ruszamy dalej. Nasz pierwszy cel w poszukiwaniu rodzimego ghost town nie jest daleko. Szybko trafiamy na pierwsze "podniszczone" zabudowania. Magazyny zbudowane przez Niemców (pamiętajmy, jesteśmy na "ziemiach wyzyskanych"), przejęte przez Rosjan, dziś stanowią klimatyczną oprawę pobliskiego "tankodromu" - miejsca, w którym organizowane są zloty miłośników pojazdów militarnych.

"Jeszcze zaświeci nam słońce, towarzysze..."
Z zewnątrz może i wygląda to na solidną ruinę, jednak nie zapominajmy, że "goście" na tych ziemiach nie mieli zamiaru ich tak szybko opuszczać. Jasne, brakuje dachu. Jasne, z oknami też średnio. Ale stoi panie! A w środku prezentuje się całkiem nieźle:

"Zapewne skład bombek... choinkowych... też..." 
Na dach dotrzeć było niełatwo, jednak jak to mówią, smoka pokonać trudno, lecz starać się trzeba :) A to poniemiecko-poradzieckie smoczysko nie lubi ujawniać swoich tajemnic. Ale jako że we współpracy siła...

Dzieła malarstwa klasycznego - Michelangelo Buonarrotti: "Stworzenie eksploratora miejskiego" :D
... to i dach stał się w pełni dostępny. A z dachu widoki niewąskie. Przestrzeń. I świdrująca uszy cisza.

Część "tankodromu"
Sąsiedni budynek. Jednak chodzenie po jego dachu... no cóż... znam bardziej wyrafinowane formy samobójstwa... :)
Po opuszczeniu budynku dobrze jest sobie zapalić. Ale... nie zapominajmy, gdzie jesteśmy!

"Nie kurić!" No i nie pokurili... 
Jak widać na powyższym zdjęciu, wokół napisu możemy dostrzec dziesiątki wydrapanych podpisów w języku Puszkina. To podpisy stacjonujących tu niegdyś żołnierzy. Naprawdę mocny klimat i ewidentny, namacalny ślad przeszłości.

Brzmi zachęcająco... ;)
Jak widać lokalni "mistrzowie puszki" zaatakowali także i tu:

"W Rosji radzieckiej to architektura podziwia ciebie..." :)
"- Wygląda jak betoniarnia..
- Wtedy wszystko wyglądało jak betoniarnia... albo fabryka tworzyw sztucznych...
- Ale to, że wyglądało, nic jeszcze nie oznaczało..." :)

Wyprawy ciąg dalszy, bo przecież to co tu zobaczyliśmy to jedynie przedsmak tego, co zobaczyć chcemy. Po drodze trafiamy na obiekty o jasnym przeznaczeniu militarnym. Jak widać, na betonie nie oszczędzali. Może to wcześniejsze, to faktycznie była betoniarnia... :)

Solidny dach nad głową to podstawa!
"A tam trzymaliśmy z Saszą i Wanią ściśle tajny eliksir prawdy - C2H5OH" :)
Aż wreszcie docieramy na miejsce. Kłomino. Polskie "ghost city", miasto duchów! Tylko... jakieś to miasto... mało miejskie... Ot, parę budynków wystających z trawy. Niestety. Smutna prawda jest taka, że Kłomino, stojące na uboczu Bornego Sulinowa ciężko już uznać za pełnoprawne "opuszczone miasto". Zauważyliśmy, że jeden z budynków jest w remoncie. Ma już zapewne właściciela i dziś, w 2016 roku jest zamieszkany. Nie zmienia to jednak faktu, że postanowiliśmy z Kłomina wycisnąć pozostałości po jego dawnej świetności. Być może jako jedni z ostatnich.

"Saszka, Wańka! A bałkon gdie?! Tata skazał, szto granata nie igruszka!" :D
Wielka płyta wiecznie żywa...
 Zajrzyjmy jednak do wnętrza. Z uzyskanych informacji wiemy, że mieszkania w blokach przeznaczone były głównie dla kadry oficerskiej. Standard? No cóż... całkiem niezły.

Pokój z widokiem na las...
Może i kuchnia niewielka, ale widna i z widokiem na las. Tu... wszystko jest z widokiem na las.
Klatka Schodowa - wynalazek stworzony przez słynnego uczonego radzieckiego, doktora inżyniera Wasilija Artioma Schodowa w odpowiedzi na potrzeby ludu pracującego. Prototypy testowane były właśnie w Kłominie. :)
"- Kto miał takie płytki w domu?
- A kto nie miał..." :)

Z tego miejsca chciałbym pozdrowić Praktika, Soczka, Kujona i Naczelnego. Bądźcie pozdrowieni. Kimkolwiek jesteście... P.s. Naczelny to chyba przywódca grupy - ksywka podkreślona, więc najważniejszy z tu wymienionych. :D


Wot i wsio w dziele. Opuściliśmy Kłomino, opuściliśmy Borne, opuściliśmy Zachodniopomorskie. Doskonale wiem, że te okolice skrywają niejedną tajemnicę, a ten post nie opowiada o nich wszystkich odpowiednio wyczerpująco. My byliśmy tam niejako przelotem, a jednak stwierdzić można zdecydowanie, że było warto. Fakt, Kłomino na pewno nie jest tym, czym wielu chciałoby, aby było, ale przecież nie samymi miastami duchów eksplorator żyje - przebywając w tej (i innych częściach województwa) na pewno żaden miłośnik chodzenia po tym, co opuszczone i zapomniane na pewno się nie zawiedzie.


czwartek, 21 kwietnia 2016

Odpływają kawiarenki czy siedem złotych za godzinę

Jakiś rok temu podczas zakupów zwróciłem uwagę na pewną promocję. Otóż pewna znana marka spożywcza przy współpracy z równie znanym operatorem komórkowym zaproponowała klientom pewien układ - kupujesz, drogi kliencie, batonik za około 2 złote polskie, a na wewnętrznej stronie opakowania nadrukowany jest kod, pozwalający uaktywnić mobilny pakiet internetowy. Pakiet nieduży, aktywny dobę, jednak... kiedy tak głębiej się nad tym zastanowiłem, to stwierdziłem, że to już TEN moment. Moment, w którym dostęp do sieci spowszedniał tak bardzo, że uzyskać go możemy nawet podczas codziennych, drobnych zakupów. Kupując pojedynczy, całkiem dobry zresztą, batonik. 

Wiem co pomyślą teraz młodsi czytelnicy. "Dziękujemy kapitanie Oczywisty, proszę, weź ten kamień na znak naszej wdzięczności!". Wiadomo przecież, że dziś już nawet batonika kupować nie trzeba, bo każde szanujące się miejsce publiczne MUSI być objęte zasięgiem darmowej sieci WiFi. Inaczej pozostałe miejsca publiczne będą je wytykały palcami i nie będą chciały się z nim bawić. Wiadomo, że podobnie jest w świecie smartfonów - smartfon bez dostępu do netu to trochę jak sławetna Miriam - piękne ciało, wysoka inteligencja, ale jednak COŚ się nie zgadza. Wiadomo także, że (według danych z roku 2015) 70% polskich gospodarstw domowych podłączonych jest do światowej pajęczyny i notujemy w tym temacie tendencję wzrostową. Ja to wszystko wiem. Naprawdę. Tylko dla mnie, dzieciaka wychowanego w latach dziewięćdziesiątych, cały ten rozwój nadal jest czymś na swój sposób niezwykłym. Przecież nie tak dawno w pasażu tego samego hipermarketu, w którym zauważyłem ten batonik, mieściła się... kawiarenka internetowa! Świątynia wszystkich spragnionych dostępu do Wielkiego Świata przez cienki kabelek.
Tak więc droga młodzieży! Usiądźcie i posłuchajcie, jak to drzewiej bywało! A bywało, oj, bywało...

Pierwszy kontakt z Internetem? Późna podstawówka, lekcja informatyki. Pamiętam tylko tyle, że Internet przedstawiano nam raczej nie jako źródło rozrywki, a taką trochę globalną "encyklopedię" - zbiór informacji na każdy, dosłownie każdy temat. Pierwsza przeglądarka? "Klikamy w ikonkę z niebieską literką E na pulpicie..." Słychać, że komputer zaczyna ciężko pracować. Długa chwila oczekiwania (Wielordzeniowe procesory, gigabajty RAM na pokładzie? Plażo, proszę... ;) ) Pierwsza otwarta strona? "Klikamy w pasek adresu i wpisujemy: wu wu wu kropka wirtualnapolska, bez spacji! Nie wciskamy spacji! kropka pe el". Chwila oczekiwania (Łącza o prędkości kilkudziesięciu megabitów na sekundę? Plażo, proszę... ;) ) I... jest! Ło święci Pańscy! Internet! Taaak...

Strona główna Wirtualnej Polski, rok 2000. Screen wykonany dzięki serwisowi web.archive.org
Dziś taki design może śmieszyć. Dziś o takim designie mówi się w kategoriach #janusze_webmasteringu. Totalna prostota, same linki, zero zdjęć. A, przepraszam! Widzicie reklamę Telekomunikacji Polskiej? Była animowana. Jedyny ślad życia... Zwróćcie jednak uwagę na to, co napisałem wcześniej. Rok 2000 to nadal jeszcze czasy naprawdę niskich prędkości dostęp i niezbyt szybkich (w porównaniu do współczesnych) komputerów. Kierowano się więc maksymalną prostotą, bo wiedziano, że im strona bardziej skomplikowana, tym dłużej będzie się wczytywała. Im zaś dłużej będzie to trwało, tym większe ryzyko, że internauta zniechęci się i przerwie proces otwierania. Tak, wtedy naprawdę w ten sposób o tym myślano i była to prawda.
A jednak te parę linków na krzyż przyciągało. Zapoznano nas także z wyszukiwarkAMI. Dziś, wiadomo - "co ni ma w google, to ni ma wogle", wtedy Google dopiero przygotowało się do szturmu na pierwszą pozycję, a wyszukiwarek było kilka. Jedną z popularniejszych, pozwalających przeszukiwać zasoby światowej sieci, była ta:

Strona główna wyszukiwarki Altavista, rok 2000. Screen wykonany dzięki serwisowi web.archive.com
Jest nawet jedno zdjęcie! Co prawda wielkości znaczka pocztowego, ale... Co Ameryka to Ameryka, panie! :)
Tak, zdecydowanie pomimo tej prostoty i małej atrakcyjności wielu z nas pomyślało, że ten cały net to jednak całkiem fajna sprawa. Tylko te ostatnie 20 minut lekcji to było zbyt mało czasu. Sieć była zbyt wielka, aby móc w spokoju znaleźć to, co znaleźć się chciało. Z jednej strony oczekiwanie na dzwonek, z drugiej kolega obok udowadniający, że nie tego będziemy szukać tylko czegoś innego (niedobór komputerów w szkołach powodował, że często przy jednym stanowisku usadzano dwóch, a czasem trzech uczniów), a z trzeciej cholerstwo ładuje się tak wolno, że można obrać kilo ziemniaków, ugotować je i zjeść, a to nawet nie wczyta się do połowy. Dzwonek! "Nie wyłączamy komputerów, zostawiamy tak jak są..." No... to zostawiamy. "I widzisz, dzwonek, i nie znalazłem, bo mi tu zamulałeś, że..." "Dobra, weź -.-" "Sam się weź -.-" :)
Szczęściarze po powrocie do domu mieli swoje własne komputery, multiszczęściarze nawet dostęp do sieci. O równie szalonych prędkościach co w szkole, ale zawsze to coś. Reszta? No cóż...następna informatyka dopiero po weekendzie. Chyba, że...

- Ej, kawiarenkę internetową otworzyli
- Ej, o co chodzi?
- No normalnie wchodzisz, płacisz facetowi siedem blaszek i siedzisz godzinę!
- Tyyy, to ja idę, gdzie to?
Siedem złotych wysupłane. A gdzie to? Ano w pobliskim hipermarkecie. Ruchliwy pasaż, masa ludzi, głośno, idą święta. Jest! Zaklejone kolorową folią drzwi. "Net Cafe". Wchodzę. Półmrok, duszno, cicho. Mała salka, rozświetlona punktowo zimnym światłem monitorów. Oświetlone blado twarze ludzi zatopionych w innym świecie. Szum pecetowych wentylatorów, zapach... no średni, bo duszno jak sto piorunów. Od wejścia do przeciwległej ściany boksy z wydzielonymi stanowiskami. Ciasno. Cholera... klimatycznie.

- Dobry... Na godzinę... Siedem, tak? Proszsz...

Siadam pomiędzy ścianą a sąsiednim stanowiskiem. Obok jakiś facet tłucze w klawiaturę z prędkością dźwięku. Spoglądam na swój monitor. Wyświetla się jakaś strona z tymi biednymi paniami, których nie stać na ubranie. :) Widocznie poprzednik lubił sobie to i owo pooglądać, a ja mam w głowie myśl "A więc i TAKIE rzeczy tu są..." Blondyna gapi się na mnie ze zdjęcia, brunetka też... Kolejna myśl: "Spadajcie dziunie, ja tu przyszedłem zdobywać WIEDZĘ O ŚWIECIE, a nie gapić się na wasze... warunki oferty. No, jak to szło... wu wu wu, wupe... Nara blondyna, ty brunetka też. ;) Co by tu... Czat? Popularna sprawa. Można by z kimś pogadać! W końcu teraz jestem INTERNAUTĄ! Będę rozmawiał jak równy z równym! O, jest!

CZATeria.pl, serwis należący do portalu Interia.pl. Rok 2001. Screen powstał dzięki serwisowi web.archive.com

Wybór konkretny! Każde miasto Polski, nawet czaty z jakimiś ważnymi osobistościami. Radom? Jest. Wchodzę. "Wpisz nick". Ok... Jakiś kozacki by się przydał. Hmm... rozglądam się. Półmrok sali, ludzie skupieni na monitorach, gość obok zasuwa na klawiaturze jak Japończyk na konkursie szopenowskim. Komputery szumią. Szybkie skojarzenie... No jasne! Przecież właśnie trwa szał na Matriksa. Jakże ja mogłem być tak głupi! Normalne! "Mooorfeeeeuuuusz".

~Morfeusz87: Hej, witajcie ludzie sieci!
~ON_190cm_29cm_dla_niej: KTURA POKLIKA? JESTEM NAPALONY A MUJ...
~Fabian88: NIE PISZCIE Z Aneczka88_Wawa to jest DZIFKA
~Aneczka88_Wawa: Fabian88 TY HUJU JESTEŚ NIE NORMALNY, FAKAJ SIEM!
~ON_190cm_29cm_dla_niej: KTURA POKLIKA? NIEBUJCIE SIE JESTEM NAPALONY A MUJ...

"Ludzie sieci"... :)

Jest rok 2003. W moim domu pojawia się pierwszy komputer. Jak na owe czasy, potężna maszyna. Niestety... pozbawiona dostępu do sieci. Ale ja jestem już starym, kawiarenkowym wyjadaczem. Wiem, gdzie jest najszybciej, gdzie jest najtaniej. Wiem, gdzie można kupić coś do picia, a nawet do jedzenia, bo w wielu przypadkach "kawiarenka" z kawiarnią nie miała nic wspólnego. To po prostu było miejsce dostępu do sieci. Te, w których można było kupić puszkę coli czy zapiekankę należały do rzadkości.
Ale nowy komputer jest jakiś... pusty. Przydałoby się coś z tej sieci pościągać. Na tyle dużo, aby starczyło do kolejnej wizyty w kawiarence, a jednocześnie na tyle mało, aby zmieściło się na dyskietkę 3,5 cala. Całe 1,4 MB do dyspozycji. Efekt był taki, że często do kawiarenki szło się z pięcioma dyskietkami. A co można było na tych pięciu dyskietkach zmieścić? Do ówczesnych hitów należały:

Tapety - nie, nie w obecnych kosmicznych rozdzielczościach, ale w takich, jakie obsługiwały ówczesne monitory. 800x600 lub 1024x768. Każdy kilobajt był przecież na wagę złota, a im większa rozdzielczość tym miejsca na dyskietce ubywało.

Dzwonki na telefon - jeszcze nie mp3, a midi, lub... kody do kompozytora. Zapytacie co to? Wyjaśniam. W telefonach pokroju Nokii 3310 i jej następców znajdowała się opcja komponowania własnej melodii dzwonka. Komponowanie polegało na wprowadzaniu kolejnych części zapisu nutowego przy pomocy klawiszy. W sieci znajdowały się strony, na których były gotowe zapisy. Wystarczyło je wprowadzić i... nasza "trzy-trzy-dziesięć" popiskiwała najnowszym hiciorem.

Śmieszne obrazki - tak, o kwejku i tego typu humorystyczno-obrazkowych serwisach nawet nie śpiewały jeszcze ptaszki. A humoru człowiek pragnął jak kania dżdżu. Ściągało się więc nie tylko śmieszne zdjęcia, ale i gify, a także kiepskiej jakości nagrania "prawdziwych, naprawdę gość tak zrobił" rozmów telefonicznych, wpadek znanych ludzi itp. Filmiki? Wielkości znaczka pocztowego.

Skórki do Winampa - komputerowy program do odtwarzania plików mp3 był ówczesnym "must have" każdego właściciela blaszaka. Jedną z wielu jego opcji była możliwość zmiany wyglądu poprzez instalację "skinów". A metamorfoza wyglądała nieraz zaskakująco. I tak z tego:

Standardowa skórka programu Winamp
 można było zrobić to:

Niestandardowa skórka programu Winamp
I tak sobie czasem myślę, że to wszystko miało jakąś... magię. Dziś Internet to codzienność. Żaden luksus. Pobieramy z niego gigabajty danych miesięcznie, jego obecność w naszych domach traktujemy niemal jak fakt, że do domu doprowadzony jest także prąd i woda. Współczesna sieć to miliardowe inwestycje, giganci rynku. Miejsce, gdzie można zbudować karierę, zarabiać całkiem rozsądne pieniądze, szukać nowych klientów dla swoich usług. Miejsce, do którego jesteśmy przypięci niemal na stałe, bo oprócz PC do sieci podłączony jest także smartfon, smartwatch, telewizor... Staliśmy się ludźmi cyfrowymi, homo digitales. Kawiarenki internetowe nie mają racji bytu w tym systemie. Oczywiście istnieją jakieś niedobitki, jednak... to już nie to samo. Jesteśmy przesyceni treścią. I nikt z nas nie poczuje już tego, co czuło się wtedy, kiedy wracało się z kawiarenki z kilkoma dyskietkami w kieszeni, aby wieczorem móc przejrzeć ich zawartość. Ot, choćby w taki kwietniowy, pogodny wieczór jak dziś.




sobota, 2 kwietnia 2016

#wpieniony: 02 - Używanie stwierdzeń, których znaczenia się nie zna.

"Bynajmniej przyszłam, jej w ogóle nie było, a to znaczy że jest głupia, bo wyjątek potwierdza regułę, zresztą nawet jak coś powie to wiadomo - winny się tłumaczy! A ta jej sukienka... no o gustach się nie dyskutuje, ale jak ona może w takiej chodzić?". Znacie to? Znacie, znacie. Każdy zna. Nie da się nie zauważyć, że masa ludzi używa określeń, stwierdzeń i wyrazów, których znaczenia nie rozumie, a właściwej formy nie zna. 

Czemu ludzie to robią? Cóż, powody są różne. Najczęstszym powodem nie jest, jak się wydaje, chęć zabłyśnięcia czy potwierdzenia swojej elokwencji, ale.. kopiowanie. Ot, ktoś usłyszał, stwierdził, że ładnie brzmi i powtarza. Często nie wnikając nawet w to, co właściwie powtarza. Pewnego rodzaju stwierdzenia mogą zwyczajnie irytować, szczególnie jeśli nie są używane we właściwym kontekście. Stworzyłem więc taką małą listę. Każdy jej punkt powoduje u mnie mikrozawał, ból ósemek i kolkę wątrobową na raz. Bez zbędnego gadania, oto ona:

"Winny się tłumaczy"

Używane najczęściej w sytuacji, w której ktoś oskarżany o cokolwiek (słusznie, bądź nie), zaczyna wyjaśniać okoliczności. Wyświechtane, durne powiedzonko. Rozumiem, że kiedy używającego tego tekstu ktoś kiedyś oskarży o ludobójstwo, dzieciobójstwo i jazdę bez biletu, będzie milczał? Nie odezwie się ani jednym słowem, po prostu przyjmie jakieś kosmiczne zarzuty z pochyloną głową, no bo... winny się tłumaczy. I już. A figę! Winny, niewinny - każdy ma prawo złożyć wyjaśnienia odnośnie okoliczności tego, co jest mu zarzucane. To, że ktoś odpiera kretyńskie wręcz zarzuty, wcale nie przesądza o jego winie.

"O gustach się nie dyskutuje"

Owszem, dyskutuje się. Głównie o gustach. Prawidłowo użyte stwierdzenie powinno brzmieć raczej "o cudzych gustach się nie dyskutuje". Wtedy jest jak najbardziej prawidłowe, bo ostatecznie nie nam oceniać, co komuś się podoba. Jednak ogólna dyskusja o gustach jest jak najbardziej wskazana i... jest rzeczą totalnie powszechną. Myślę, że 90% procent ludzkich dyskusji to dyskusje właśnie o gustach. Z tym, że o własnych. Dyskutując, bronimy własnego stanowiska, a stanowisko nie wzięło się przecież z powietrza - składa się z naszego pozytywnego/negatywnego nastawienia do określonego przedmiotu. A nastawienie skąd się wzięło? Ano... wynika po części z naszego gustu. Reasumując - każda wymiana poglądów na określony temat, to dyskusja właśnie o gustach. Dyskutuje się więc o nich. I już. Nie należy tylko oceniać cudzych.

"Wyjątek potwierdza regułę"

Spotykane bardzo często, prawie zawsze w nieprawidłowym zastosowaniu. Zwykle w sytuacji, w której używający rozumie to w taki sposób - skoro ktoś posiada pewne (zwykle negatywne) cechy, jest to potwierdzeniem przynależności do grupy, do której chciałoby się go zaliczyć, a która takimi cechami się legitymuje (faktycznie bądź rzekomo). Coś na zasadzie "Pijak. I złodziej. Bo każdy pijak to złodziej". Tymczasem jest to totalna ślepa uliczka, bardzo daleka od właściwego znaczenia. A jakie ono jest? Bardzo proste. Wystarczy tylko rozwinąć zdanie. Wyjątek potwierdza regułę od której go utworzono. Inaczej mówiąc, istnienie wyjątku oznacza, że istnieje jakaś reguła, od której można tworzyć wyjątki. Dla przykładu - jeśli na drzwiach firmy widzimy naklejkę z informacją "W soboty i niedziele nieczynne" (wyjątek), to oznacza że w pozostałe dni tygodnia firma jest czynna (reguła). Jeśli pod zakazem wjazdu widzimy tabliczkę "Nie dotyczy mieszkańców budynku" (wyjątek) rozumiemy to tak, że dla innych osób zakaz nadal obowiązuje (reguła). I tyle. "Arek jest głupi, więc wszystkie Arki są głupie" się tu nie łapie. Zupełnie.

"Bynajmniej"

Wałkowane miliony razy, ale i ja powtórzę - "bynajmniej" nie jest zamiennikiem słowa "przynajmniej". Prawdę mówiąc, jest nawet jego przeciwieństwem. To po prostu zaprzeczenie - bynajmniej = wcale, w żadnym wypadku. Mówiąc więc "Jego nie było, ale bynajmniej ja przyszedłem" oznacza "Jego nie było, ale i ja wcale nie przyszedłem".

"Wina zawsze leży po obu stronach"

Totalna bzdura, najczęściej stosowana jako próba jakiegoś nie wiem... usprawiedliwienia ewidentnego sprawcy jakiejś negatywnej sytuacji? Próby złagodzenia jego winy przez rozłożenie jej po równo na niego i jego ofiarę? Wina rozkłada się... różnie. Wszystko zależy od konkretnej sytuacji. Są konflikty, w których wskazanie winnego jest ciężkie, są i takie, w których można jednoznacznie wskazać sprawcę, ale są i takie, w których obie strony po równo "dołożyły" do zaistniałej sytuacji. Tymczasem używający tego stwierdzenia próbują udowodnić, że w każdym konflikcie obie strony zawsze są winne. Upraszczając bardzo skomplikowane kwestie, z którymi spotykają się uczestnicy zdarzenia. Czy żona przemocowca jest winna, bo regularnie od niego dostaje łomot? No... według opisywanego twierdzenia tak, bo... przecież powinna od niego odejść, a że nie odchodzi to ponosi winę za sytuację, w której się znajduje. Chrzanić psychologię, chrzanić psychiatrię. Jest winna! Bo... tak powiedział Janusz, specjalista od relacji międzyludzkich.

poniedziałek, 18 stycznia 2016

"Santa Maria madre dolorosa, on wymorduje całą chałupę!" czyli anatomia telenoweli.

Kolejny raz się dla Was poświęcam. Ryzykuję zdrowiem psychicznym, fizycznym i duchowym. Zagłębiam się w mroczną otchłań tych części naszej rzeczywistości, na które wielu z Was patrzy z grozą, niesmakiem... Nie myślicie nawet o tym, aby dotknąć tych strasznych obszarów choćby małym palcem lewej stopy. A ja? Ja robię to za Was. Wchodzę w to cały. Tym razem jednak przesadziłem. Nie wiem jak mocno to na mnie wpłynie, czym to się skończy. Ale zrobiłem to - obejrzałem kilka odcinków (Maestro! Creepy muzyka!) POŁUDNIOWOAMERYKAŃSKICH TELENOWEL... (Maestro! Chopin, "Marsz pogrzebowy", dla mnie...)

Pierwsze wrażenie - co się do jasnej cholery dzieje? Wybrałem trzy różne tytuły. Tymczasem nie zauważyłem pomiędzy nimi naprawdę żadnej różnicy. Naprawdę. Te seriale są do siebie tak łudząco podobne, że obejrzenie dwunastego odcinka "Wściekłego serca Lucesity", po nim trzynastej części "Zadumanej, zadufanej i zauroczonej", a na koniec pięćdziesiątego drugiego epizodu "Luisy Carmen Soledad Trinidad e Tobago Marii de Jesus de Santa Cruz eeee Macareny" to zalecana kolejność. Nie zgubimy wątku, bo jeśli coś wydarzyło się w pierwszym z wymienionych dzieł, będzie miało kontynuację w drugim, a zakończy się w trzecim. Przy odrobinie farta trafimy nawet na tych samych aktorów.
Tu jedna ważna uwaga rzeczowa. Nie należy mylić telenoweli z operą mydlaną. Opera mydlana charakteryzuje się tym, że składa się z kosmicznej liczby odcinków, a sensowne zakończenie fabuły musiałoby się oprzeć na wprowadzeniu jakiejś katastrofy, w której giną wszyscy bohaterowie, bo jest ich mniej więcej tylu ile odcinków, a każdy niesie ze sobą swój wątek. Telenowela to "powieść telewizyjna". I tak jak powieść jest zbudowana - zawiera początek, rozwinięcie akcji oraz zakończenie. O tym jak zostać bohaterem/bohaterką "tasiemca" pisałem w jednej z pierwszych notek na tym blogu. Bycie bohaterem telenoweli to jednak zupełnie inna bajka. Psia mać... staję się ekspertem... Nie chciałem tego, naprawdę...

Jako się rzekło - telenowela musi mieć bohaterów. I ma. I to jakich! Ano... takich samych. Każda. Oto zestawienie najpopularniejszych postaci, które występują w tego typu dziełach:

Ona

Musi być biedna. Nie, nie tak biedna, że po prostu brakuje jej kasy. Raczej tak biedna, że mieszka na wysypisku, w opuszczonym grobowcu, albo w kartonie po telewizorze LCD. Musi także posiadać imię. Krótkie, ale pamiętajcie, że to cholerna pułapka. Tak naprawdę, aby spisać listę wszystkich jej imion trzeba takiej ilości papieru, jaką zajmuje papierowe wydanie Wikipedii. We wszystkich językach. Rzecz jasna naszej bohaterce bieda wcale nie przeszkadza w tym, aby być piękną. To nic, że noc spędzona w pudełku do lekkich nie należy. To nic, że na co dzień chodzi się w łachmanach powiązanych jakimiś sznurkami. Jeśli spojrzymy na twarz biednej Onej, zauważymy nienaganny makijaż i całkiem modną fryzurę. Brud? No... parę maźnięć jakimś węglem gdzieś na policzku. Uzębienie kompletne i białe jak śnieg. Figura? Chodakowska może zapaść się pod ziemię ze wstydu.
Biedna Ona jest przez innych biedaków wprost uwielbiana. Zawsze otoczona gromadką dzieci, zwierząt i wszystkiego, co żywe i w miarę świadome. Funkcjonuje sobie w tych warunkach śmietniczo-uliczno-cmentarnych, ale nie trwa to długo. Bo oto na jej drodze pojawia się...

On

Nie jakiś tam zwykły "on". Nawet nie On, ON to minimum, a ON to najwłaściwsza forma. Dziedzic przeogromnej fortuny, podcierający się najwyższymi nominałami pesos, właściciel kilkudziesięciu świetnie prosperujących firm, dyrektor świata, kierownik Internetu, gość który na śniadanie wpieprza złoto, na kolację srebro, a na podwieczorek kaszankę z bitą śmietaną, kaczkę duszoną drzwiami i kartofle ze szpyrką. Jeździ (a tam... jeździ... wożą go!) bryką, o której świat nie słyszał. Ogólnie, co tu dużo mówić - wersal panie...
Ona pojawia się w jego życiu nagle i przypadkiem. Ot, choćby prosząc go o "pisiąt groszy". Oczywiście mamy do czynienia z miłością od pierwszego wejrzenia. Jak wygląda scena przedstawiająca moment zakochania się?

Kamera na nią: "Wielmożny panie, wspomóż pan sierotę, biedaczkę, córkę Szatana i motopompy. Mój ojciec umarł, potem zamordował matkę i poszedł siedzieć na sto lat..."
Kamera na niego: "Si...si... gdzieś tu miałem jakieś drobn... [cielęce_oczy_mode: on] jak masz na imię?"
Kamera na nią: "Nazywają mnie tu X, nie znam swojego prawdziwego imienia, pies zjadł mi dowód, kiedy miałam sześć lat..."
Kamera na niego: "Z czego żyjesz?" (Z handlu ropą naftową kurwa... -.- Na giełdzie se czasem zagram, ale to jak jakieś drobne mam...)
Kamera na nią: "Jestem sierotą, biedaczką, od roku nic nie jadłam, ja nawet nie wiem jak jedzenie wygląda, a woda... tu na ulicy nie mamy takich luksusów..."
Kamera na niego: "Tu jest moja wizytówka... powiedz... co umiesz? Jeśli chcesz pracować w mojej firmie na stanowisku zastępcy szefa zarządu, po prostu zadzwoń..."
Kamera na nią: "Jestem sierotą, biedaczką, nie umiem nawet czytać... A co umiem? Skończyłam z wyróżnieniem Massachusetts Institute of Technology, Harvard, Oxford i jeszcze kilka trudnych nazw (znam), oczywiście zadzwonię..." (Dwa razy w rynnę, raz w parapet, albo zębami na mrozie...)

On i Ona spotykają się w hacjendzie. A hacjenda... no ludzie, cuda w tej budzie! Woda w ścianie, sranie w porcelanie, gumoleum na podłodze. I...

Ta Zła

Ta Zła od razu wie, że Ona jest sierotą, biedaczką, a pojawienie się w hacjendzie "prostaczki" pokrzyżuje wszystkie plany usidlenia Jego. Bo oczywistą rzeczą jest, że Ta Zła leci na Niego niczym stado dzików na obierki. A "prostaczka" oczywiście kręci się wokół Niego cały czas, więc wkurw osiąga granicę ostateczną. Ta Zła postanawia ją POGRĄŻYĆ.
Tak. Określenie "pogrążyć" pada z jej ust z częstotliwością czterdziestu dwóch razy/odcinek.
Co jeszcze charakteryzuje Tę Złą? Wypowiadanie wszystkich swoich myśli na głos. Wiadomo, w telenowelach jest to na porządku dziennym, ale Ta Zła przoduje. Przykład?

On (Manuel Vittorio Macuttas-Posampas): "Nigdy nie odbierzesz mi prawa do miłości! Nigdy! Kocham Estrellę Marię Manuelę Rebekę Victorię! [przeciętny słuchacz pomyśli "Zdecyduj się kurwa chłopie, którą! Ale nie... my specjaliści wiemy, że to o jedną biega...] Ja... ja chcę ją... POSIĄŚĆ!"
Ta Zła: "Nigdy tego nie osiągniesz Manuelu Vittorio Macuttasie Posampasie. Nigdy!"
On: stoi półtora metra od Tej Złej. Jak rozpoznać, że to już "głośne myślenie" a nie ciąg dalszy dialogu? Aktorzy są od siebie odwróceni. Ta Zła:
"O nieee Manuelu Vittorio, o nieee! Prędzej zabiję siebie, ciebie i spalę tę norę, a potem uduszę tę twoją prostaczkę, wytarmoszę ją za kudły, a o 14:21 dodam jej truciznę (cyjanek potasu, który zdobędę od mafioza imieniem Sanchez zamieszkałego tu i tu) do obiadu, niż pozwolę, aby ktokolwiek mi cię odebrał. Kocham cię Manuelu Vittorio, kocham i pożądam!". Wszystko tak głośno i wyraźnie, że sąsiedzi dwie ulice dalej już dzwonią na policję. Mauel Vittorio NIC nie słyszał.

Tę złą rozpoznamy od razu. Nigdy się nie uśmiecha, a jeśli już to tak paskudnie, że obnaża przy tym dziąsła do samych ósemek. Ubiera się na czarno. Chodzi w kapeluszu. Jej pojawieniu się towarzyszy niepokojąca muzyka - fani "Muminków" wiedzą o czym ja mówię.
Cały ten bajzel obserwuje z boku nie kto inny jak...

Ksiądz

Postać kapłana katolickiego to must have każdej porządnej telenoweli. Jaką rolę odgrywa tu Ksiądz?
Otóż... Ksiądz WIE. Co wie? COŚ WIE. To Ksiądz najczęściej jest tą postacią, która informuje o tym, że główny bohater jest przecież bratem własnego ojca od strony matki, więc z zapisanego mu majątku nie dostanie złamanego peso. To Ksiądz zna historię Jej. Wie, czemu znalazła się na ulicy, wie kim jest jej matka, babka, brat i instruktor nauki jazdy. Wie wszystko. Ale milczy. Do czasu.
Do czasu, kiedy powoli zbliża się ostatnie dziesięć odcinków, więc wreszcie wypadałoby się jakoś odezwać, bo ci wszyscy debile w końcu się pozabijają. Scena wyznania prawdy poprzedzona jest rzucaniem się księdza po plebanii, ociekaniem potem, modlitwami, przekleństwami, kolejnymi modlitwami, kolejnym rzucaniem się po plebanii i rozdupceniem sterty naczyń. Z czego to wynika?
Ano z tego, że ksiądz kiedy się DOWIEDZIAŁ złożył przysięgę, że dotrzyma tajemnicy. Ale przecież widzi chłopina gołym okiem, że oni wszyscy zaraz wymordują się tępymi nożami, więc do takiej rozpierduchy dopuścić to chyba jednak większy grzech niż złamać przysięgę. Więc ją łamie.

To jest jak wybuch granatu w składzie benzyny. Rozwiązanie akcji wygląda następująco:

- Ta Zła staje się ofiarą własnych niecnych planów. Jeśli dodała truciznę do napoju, wypija ten napój na srogim kacu i wali z kopytka w kalendarz. Krzycząc oczywiście "No! No! To nie miało być tak! To prostaczka miała zdechnąć! Nie ja! Nie jaaaa!"

- On i Ona biorą ślub. Wesele wygląda fascynująco. Z jednej strony elita w garniturach wartości nowego Maybacha, z drugiej towarzystwo z ulicy. Small talking na takim weselu: "Jose, a jak tam akcje twojej firmy? Pamiętasz, zakładaliśmy się o milion peso, że spadną i spadły, haha płacisz! Co? Nie masz drobnych?" "Mamo, mamo, bo Lucia zjadła kurczaka, nie zostawiła nawet kości" "Którego?" "Tego kolorowego, z klatki" "Ale to nie był kurczak synku, to papuga..." Komunikat z megafonu: "Uprasza się gości od strony pani młodej o nie załatwianie swoich potrzeb fizjologicznych pod stołem..."

I wszyscy żyli długo i szczęśliwie.

FIN.








środa, 30 grudnia 2015

Air Show czyli od obojętności przez zauroczenie do miłości.

Kończy się rok 2015. Rok bardzo ważny dla wszystkich pasjonatów lotnictwa rozrzuconych po całym kraju. Otóż pomiędzy 19 a 24 sierpnia każdy, komu maszyny latające są bliskie, przybył do Radomia, na lotnisko 42. Bazy Lotnictwa Szkolnego. To właśnie tu co dwa lata odbywa się największa w Polsce i jedna z większych imprez lotniczych w Europie - Air Show. 

Pamiętam jak to się zaczęło. Jak zaczęło się dla mnie. Miałem jakieś 13 lat. Moje pojęcie o lotnictwie ograniczało się do tego, że samoloty są, latają, lądują i startują. No, może jeszcze gdzieś tam w głowie kołatały się sceny z "Top Guna" i znane chyba każdemu młodemu mężczyźnie (a pewnie i niejednej kobiecie) uczucie, że... fajnie by było tak jak oni, tymi maszynami, bo wróg na jedenastej, a kraj zagrożony, więc pyk we wroga jakimś "argumentem"...
Latem 2000 roku głośno było w mieście o tym, że na lotnisku wojskowym organizowane są po raz pierwszy pokazy lotnicze na dużą skalę. Nie piknik lotniczy, a porządna, dwudniowa impreza z dużą ilością zaproszonych gości. Rozmach, dynamika...
Z coraz większą ciekawością obserwowałem przygotowania. Na kilka dni przed Air Show usłyszałem coś, co było dla mnie pewną nowością. Grzmot. Potężny, rozchodzący się nad miastem echem grzmot. I kolejny, i kolejny... Nie był mi obcy dźwięk silnika odrzutowego, bo baza lotnictwa szkolnego istniała w Radomiu "od zawsze". Dobrze pamiętam latające nad miastem samoloty TS-11 "Iskra" na których szkolono narybek naszych orłów, jednak ten huk był inny. Głębszy. To nie była znana Iskra. To musiało być coś o wiele większego...
Było. Podwórko, koledzy, jakieś wygłupy. Nagle zza bryły bloku z olbrzymim, rozdzierającym powietrze łomotem "wyskakuje" myśliwiec. Jest o wiele potężniejszy od TS-11, ma dwa stateczniki, dwa silniki i... piękną, surową sylwetkę. Przelatuje nisko. Na tyle nisko, że można zauważyć polską szachownicę pod skrzydłami. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że to MiG 29.
Jeśli porównamy to do związków, właśnie wszedłem w etap silnego zauroczenia. A moja "wybranka" wyglądała tak:

Air Show 2013 - MiG 29 z 1 Eskadry Lotnictwa Taktycznego w Mińsku Mazowieckim podchodzi do lądowania.
Wiedziałem jedno. Muszę pojawić się gdzieś w pobliżu lotniska. Przede wszystkim z ciekawości. Ponadto także dlatego, żeby jeszcze raz usłyszeć ten huk, bo było w nim coś porywającego, przyciągającego i jednocześnie mocno niepokojącego.
Jak pomyślałem, tak zrobiłem. W dzień pokazów pojawiłem się pod płotem i... pod nim zostałem.
Nic nie było w stanie oderwać mnie od oczekiwania na kolejny start, kolejny rozrywający wręcz powietrze dźwięk. Grupa akrobacyjna, po niej pokaz solowy, potem następna grupa...
MiG 29 a jakże, był. Jednak to nie on przekształcił zauroczenie w miłość. Zrobiła to inna maszyna. Jednym z elementów pokazu samolotu F-16 jest tzw. przelot na wysokich kątach natarcia. Maszyna zwalnia, pochyla się bardzo mocno "na ogon" i w tej pozycji majestatycznie przesuwa się przed publicznością. Często dla zaakcentowania figury uruchamiane są smugacze.
I właśnie to przekształciło zauroczenie w zakochanie. Przejście na niskich kątach natarcia w wykonaniu F-16 należącego do Holenderskich Królewskich Sił Powietrznych. Idealnie nad moją głową.
Wtedy jeszcze aparat był mi obcy, jednak chyba właśnie w tym momencie gdzieś zaczęła iskrzyć chęć uwieczniania tego, co się widzi. Minie kilka dobrych lat, kiedy zacznę interesować się także fotografią i powrócę w to samo miejsce, aby zatrzymać w kadrze tę scenę, która obudziła we mnie opisywaną tu pasję. Udaje się to dopiero w 2015 roku, F-16 jest belgijski, ale scena zostaje odtworzona niemalże w stosunku 1:1

Air Show 2015: F-16 Belgijskich Sił Powietrznych w przejściu na wysokich kątach natarcia, tzw. high alpha pass. 
Pasja rozwija się. Czytam o lotnictwie, poznaję specyfikację konkretnych maszyn, przekopuję wprost biblioteki w poszukiwaniu danych na temat tej pierwszej machiny. Chcę o Migu 29 wiedzieć niemal wszystko, o F-16 jeszcze więcej. W międzyczasie bywam "pod płotem". Obserwuję loty maszyn na co dzień stacjonujących w Radomiu - PZL-130 "Orlik". Pojawia się komputer, wraz z nim Internet. Próbuję liznąć lotnictwa od strony praktycznej - poznaję przepisy, zasady wykonywania lotów, wreszcie zasiadam za (co prawda wirtualnymi, ale zawsze) sterami. To właśnie  z tamtych czasów wywodzi się mój adres mailowy - SP-LTM (w alfabecie fonetycznym sierra papa - lima tango mike) to rejestracja pierwszej maszyny, którą "powoziłem" po polskim wirtualnym niebie. Dziś robię to rzadko, jednak nadal potrafię przełożyć dowolny wyraz na alfabet fonetyczny niemalże w locie. Powoduje to pewne nieporozumienia, bo kiedy w trakcie rozmowy telefonicznej muszę komuś coś przeliterować, to... odruchowo używam właśnie alfabetu fonetycznego, a nie jakichś tam "be jak Barbar" czy "u jak Urszul" :)

Co mnie przyciąga do tej tematyki? Zainteresowanie techniką, wojskowością, efektowność samej dziedziny? Owszem. Możliwość podziwiania triumfu człowieka nad materią i spełnienia jego odwiecznych marzeń o unoszeniu się w przestworzach, a więc romantyzm lotnictwa? Jak najbardziej. Ale co jeszcze? Co zmusza człowieka do sterczenia pod płotem w przeróżnych warunkach atmosferycznych tylko po to, aby zobaczyć to "latające żelastwo"? Ano... inni ludzie. Pasjonaci.
Pod płotem właściwie nie ma ludzi sobie obcych. Wystarczy podejść, popatrzeć, zamienić dwa zdania, aby w ciągu kilku sekund zdobyć nowego kolegę/koleżankę (wbrew pozorom pasjonatki lotnictwa nie są niczym dziwnym - "pod płotem" każdy jest mile widziany).

Air Show 2015: tłum zgromadzony pod ogrodzeniem od strony ul. Odrodzenia obserwuje symulację tzw. CAS - ataku celów naziemnych z wykorzystaniem lotnictwa myśliwskiego.


Na wstępie wspominałem, że miłośnicy lotnictwa przybyli do Radomia pomiędzy 19 a 24 sierpnia, a przecież same pokazy odbyły się 22 i 23 sierpnia. Ciekawostka polega na tym, że dla pasjonatów pokazy trwają... dłużej. Jakim sposobem?
Już tłumaczę. Najpierw przyloty ekip. W tym roku pierwsze maszyny pojawiły się w Radomiu 19 sierpnia, kolejne przybyły 20 i 21. To okazja do ujrzenia w locie tych maszyn, które w dniach pokazowych będą dostępne jedynie na wystawie statycznej. Ot, jak na przykład ta zabaweczka:

Air Show 2015, przyloty: Lockheed P-3 Orion podchodzi do lądowania. 
Ale także taki zabytek:

Air Show 2015, przyloty: Piper J3C-65 Cub podchodzi do lądowania.
A także maszyny o dużej wartości historycznej:

Antonow An-2 "Wiedeńczyk" tuż przed przyziemieniem.
Jednocześnie z przylotami rozpoczynają się treningi grup akrobacyjnych oraz solistów. Ktoś powie "Ale przecież to samo jest w dniu pokazów". Ano... nie. Treningi bowiem często różnią się od właściwego pokazu - niektóre elementy i figury są zmienione, ba! Zdarza się, że trening ma o wiele bardziej dynamiczny przebieg niż sam pokaz. Dla fotografów ważne jest także to, że dni treningowe są dodatkową okazją na uchwycenie dobrego kadru, nieraz w zupełnie innym świetle i z innej perspektywy niż w dniach pokazowych:

Air Show 2013: Su-27 Sił Powietrznych Sił Zbrojnych Ukrainy w trakcie treningu...


... oraz tuż po nim, w trakcie zjeżdżania z drogi startowej.
 "Inna perspektywa" to przede wszystkim fakt, że fotograf przebywa w tych dniach jeszcze poza lotniskiem. Udając się w konkretne miejsca ma szansę na obejrzenie treningu odbywającego się nieraz centralnie nad jego głową:

Grupa Jordanian Falcons w efektownej, grupowej pętli kilkaset metrów nad głowami spotterów.
Nieraz zobaczy też to, czego już, tkwiąc za barierką i walcząc z Januszami pokazów, nie ujrzy:

Grupa Frecce Tricolori z Włoch nalatująca na pas z włączonymi smugaczami.
Dni pokazowe to kolejna okazja do ciekawych ujęć, ale także obejrzenia w pełnej krasie tego, co przygotowano dla widzów. Jeśli tylko znajdziemy właściwe miejsce, to nawet dziki tłum, często nie zainteresowany tym, co dzieje się "na niebie i ziemi" nie przeszkodzi nam w złapaniu czegoś ciekawego. Możemy więc uwiecznić np. bohatera roku:

Kapitan Adrian Rojek w kokpicie samolotu MiG 29 podczas kołowania przed pokazem zawierającym element, który przyniósł mu sławę - niemal pionowym, "złamanym" startem.

Mamy też szansę przyjrzeć się nowym malowaniom. Z bliska. Z bardzo bliska:


F-16 Greckich Sił Powietrznych kołuje przez rozpoczęciem pokazu.
Możemy też dostać pozdrowienia :)

Członek załogi śmigłowca PZL SW-4 "Puszczyk" pozdrawia publiczność.
A co po zakończeniu pokazów? Pozostają jeszcze odloty. Ciekawostka polega na tym, że często odloty są jednocześnie... przylotami, bo maszyny transportowe często wielokrotnie odlatują i przylatują, przewożąc choćby wyposażenie ekip. Po raz kolejny to, co jest elementem wystawy statycznej możemy zobaczyć w ruchu.

PZL TS-11 "Iskra" po starcie z radomskiego lotniska wraca do Dęblina.
C-160D Transall Niemieckich Sił Powietrznych ląduje. 

W końcu ostatnia maszyna odleci. Życie na lotnisku wraca na jakiś czas do normy. Ale życie pasjonata do normy nie wraca nigdy. Bo przecież jeśli nie tu, to gdzieś indziej można podejrzeć te wspaniałe latające machiny.
Polecam lotnictwo. Naprawdę. Poznanie go i zrozumienie to... poznanie człowieka. Człowieka, który przez długi czas robił wszystko, aby choć w niewielkim stopniu dorównać ptakom. Czemu? Bo chciał. A skoro chciał, udało mu się. Swoją drogą, ciekawe o czym myśli gawron siedzący na płocie lotniska? Może śmieje się gdzieś "w duchu" z człowieka, że jak to? To ten wielki, wspaniały człowiek musi budować takie jakieś pokraczne, głośne, blaszane skorupy, aby móc się kawałek przelecieć? A nie może po prostu rozłożyć skrzydeł? Nie ma ich? Ale jak można nie mieć skrzydeł?
No, jak? :)

"Odrzuciwszy smętność ziemskich kajdanów
tańczę w niebiosach
na skrzydeł srebrnych radości
wspiąłem się się ku słońcu
w nieokrzesaną wesołość chmur
przedzielonych światłem
i oddawałem się tysiącom rzeczy
o których nikt nawet nie śnił
w pętlach, wzlotach i wstęgach
i ciszą umysłu niesiony
przemierzałem nieskalaną świętość przestrzeni
uniosłem dłoń moją
i dotknąłem
oblicza Boga!"
 
                                                  John Gillespie Magee junior, pilot. 




sobota, 26 grudnia 2015

#wpieniony: 01 - Jakość współczesnych produktów.

Nastąpił ten moment. Arkadiusz, młody, mało znany bloger z Polski odziera się przed swoimi Czytelnikami z prywatności. Arkadiusz ma zamiar publicznie pokazać... czym odkurza dywan! Cytując klasyka, shock, scandal, nie-do-wieeerzaniee. Arkadiusz przyznaje się bowiem, ze robi to... odkurzaczem. Ale jakim!

Ale od początku i po kolei. Świąteczne porządki. To wyczyścić, tu zamieść, to wynieść do piwnicy, tam odkurzyć. No właśnie, odkurzyć. Od lat w moim domu odkurza się czymś, uwaga, uwaga! Takim:


Zapytacie "A co to do cholery jest?!" Prezentuję i objaśniam. Odkurzacz. Odkurzacz Zelmer Alfa K2 "L". Według tabliczki znamionowej rok produkcji - 1973. Sprzęt znany wśród miłośników urządzeń retro jako "rakieta" lub "odrzutowiec". Czemu? Po pierwsze, ma całkiem niezłą wydajność. Po drugie... dźwięk! Poniżej krótka prezentacja (radzę przyciszyć głośniki/słuchawki :) )


Owszem, tworzywo na zewnątrz pożółkło i poczerniało. Niebawem odzyska blask, gdyż chcę tego klasyka doprowadzić do stanu fabrycznego. Właśnie z zewnątrz, bo wnętrze - uwierzcie na słowo - świeci nowością. Sprzęt od lat 70 wsysający tony kurzu, pracujący w przeróżnych warunkach wewnątrz wygląda niemalże jak po zjeździe z taśmy. Ktoś stwierdzi: "A daj spokój, dziadostwo takie, kup sobie jakiś nowy". Posłużę się pewnym obrazkiem:


Tak, będąc zdrowym na umyśle i w pełni świadomym otaczającej mnie rzeczywistości nie chcę wymieniać czegoś co działa na coś, co... podziała i przestanie. Jeśli Zelmer wyzionie ducha, zapewne trzeba będzie sięgnąć po coś nowszego. Jednak na razie wszystko wskazuje na to, że "rakieta" jest w świetnej kondycji. Oby jak najdłużej.
Co jednak powoduje, że współczesne urządzenia są wkurzające? Poniżej wypunktuję wszystkie wady. Wady, które zauważam jako użytkownik, ale i jako człowiek, który w sprzęcie lubi podłubać choćby po to, aby przywrócić go do stanu używalności.

1) "Nienaprawialność"

Tak, ja wiem. Ekonomia. Im sprzęt bardziej niezawodny, tym mniejsze zapotrzebowanie na jego wymianę. Im zaś mniejsze zapotrzebowanie, tym mniejszy dochód producenta. Jasna sprawa. Nie zmienia to jednak faktu, że kiedy po otwarciu obudowy widzę, jak bardzo producent leci w kulki, bierze mnie zwyczajna, ludzka złość. Po otwarciu obudowy... tak... O ile się DA ją otworzyć. Wiele urządzeń posiada bowiem obudowy wyposażone (na raz) w:

- Zatrzaski wykonane z wyjątkowo nietrwałego plastiku. Albo jest zbyt sztywny i nawet lekkie odgięcie powoduje pęknięcie "bolca", albo wręcz przeciwnie - zbyt miękki, a więc "bolec" po odgięciu zaczyna gibać się na wszystkie strony świata niczym zęby po sierpowym wypłaconym przez Tysona. Wynik; choćbyś człowieku stawał na głowie, za cholerę nie zamkniesz już obudowy. W tym miejscu zatrzask już nie trzyma. Twoja wina! Po cholerę dłubiesz? Masz UŻYWAĆ. Idioto.

- Śrubki. Albo tak miękkie, że zwyczajny śrubokręt krzyżakowy jest w stanie rozorać ich główki, albo tak twarde, że właściwie rozwiercają punkty, w które są wkręcone. Wynik: wykręcasz raz. Już nie wkręcisz. Twoja wina! Po cholerę dłubiesz? Masz UŻYWAĆ. Idioto.

- Klejenia. Tu najkrócej. Odpiąłeś zatrzaski. Usunąłeś śrubki. Coś trzyma. Co? No szlag by to trafił... przyklejone! I to tak cholernie mocno, że właściwie nie ma opcji - albo łamiesz obudowę, albo daj sobie spokój. Bo po cholerę dłubiesz? Masz UŻYWAĆ. Idioto.

A to dopiero początek. Nie chcę tu truć na tematy czysto techniczne, ale masa współczesnych urządzeń jest praktycznie zaprojektowana tak, aby się zepsuć. Z takich ciekawszych:

- Nijakie zabezpieczenia elektryczne. Są bo są, ale pierwsze lepsze przepięcie spowoduje usmażenie sprzętu.
- Kiepskie połączenia lutowane. Lutowie szybko pęka, a ponowne przylutowanie nie jest łatwe. W niektórych przypadkach bez porządnej stacji lutowniczej właściwie niemożliwe.
- Przewody cienkie jak włoski. Bez pęsety ani rusz.
- Umieszczenie kluczowych elementów w miejscach narażonych na wstrząsy, kurz, zamoczenie.

Mówiąc krótko - sprzęt ma działać po wyjęciu z pudełka. No... może do czasu upłynięcia terminu gwarancji. Później? Masz kupić nowe! Nie naprawiać. Oczywiście nawet i te nienaprawialne rzeczy naprawić się da, jednak zarówno koszt jak i energia w to włożona przerasta wartość samego urządzenia. Ty, użytkowniku MASZ się wkurzyć. I trzepnąć tym w kąt. Przecież w Super Duper Markecie jest promocja - już za 299,99 zł kupisz nowe, lepsze, szybsze...

2) Ubogość instrukcji obsługi

Miałem jakiś czas temu w rękach instrukcję obsługi dość leciwego telewizora. Gruba księga, zawierająca masę przydatnych informacji. Od podstaw typu "jak włączyć i używać", przez wskazówki eksploatacyjne, oraz (uwaga!) wykaz możliwych awarii i sposobów ich usunięcia. Na koniec schemat płyty głównej (w skali 1:1) oraz spis zamontowanych tam elementów. Szok.
A co mamy dziś? Nadal grubą księgę. Treść:

"TO JEST URZĄDZENIE ELEKTRYCZNE! PRĄD ZŁY! NIEBEZPIECZNY! UWAŻAJ! Jeśli zauważysz problem, PADNIJ KURWA! I natychmiast ewakuuj się pełzając w bezpieczne miejsce, a następnie zadzwoń po naszego serwisanta. UWAGA! PUDEŁKO NIE JEST ZABAWKĄ. FOLIA W PUDEŁKU NIE JEST ZABAWKĄ! URZĄDZENIE NIE JEST ZABAWKĄ! NIC DEBILU JEBANY NIE JEST ZABAWKĄ! TO JEST TWOJA WYJEBANA W KOSMOS 52'' PLAZMA! ROZUMIESZ? W przypadku połknięcia zgłoś się natychmiast do lekarza! !!! NIGDY !!! a) Nie otwieraj obudowy b) Nie dotykaj urządzenia w trakcie pracy. Jeśli nie wiesz, jak obsługiwać nasze urządzenie, zadzwoń do naszego serwisanta - 0-700-666-666 (to jest NUMER TELEFONU, TELEFON! ROZUMIESZ? TAKIE COŚ, ŻE WCISKASZ CYFERKI I SŁYSZYSZ W ŚRODKU NASZEGO SERWISANTA, TAKA, ROZUMIESZ, KURWA, MAGIA...) (22,50 zł/min + VAT). 

I tak w siedmiu tysiącach żywych języków świata, w kilkunastu martwych, oraz po marsjańsku i w runach elfich. Oraz dodatek:

"Nasza firma przestrzega zasad ochrony środowiska. Co prawda wyrżnęliśmy 30 hektarów lasu, aby wydrukować tę instrukcję, ale chrzanić to! Jesteśmy EKO! Ta instrukcja też jest EKO. Tak bardzo EKO, że możesz zeżreć ją na obiad".

I to znów przełożone na siedem tysięcy języków żywych, kilkanaście martwych, marsjański oraz na runy elfie.

3) Przeładowanie funkcjami

Odkurzacz powinien odkurzać. Pralka ma prać. Lodówka chłodzić. Proste? No... nie. Odkurzacz posiada wbudowany odtwarzacz mp3, pralkę można obsługiwać przy pomocy WiFi, a w lodówce znajdziemy telewizor HD z tunerem i dźwiękiem stereo. Ok, rozumiem. Może ktoś lubi takie bajery, ale nie ukrywajmy - 90% użytkowników i tak użyje ich najwyżej kilka razy. Raz, aby sprawdzić czy działa. Drugi, aby komuś pokazać, że działa. Trzeci - przypadkiem, "bo nie to chciałem kurwa... -.-" Pamiętajmy, że im więcej dodatkowych (i nie związanych z podstawowym przeznaczeniem urządzenia) funkcji tym po pierwsze większe ryzyko awarii (więcej elementów w ogóle = więcej elementów, które mogą się zepsuć). Po drugie wzrasta zużycie energii, bo fizyki się nie oszuka - więcej odbiorników zawsze będzie potrzebowało "więcej prądu" do pracy). Po trzecie znacznie zawyża to cenę samego urządzenia.

4) Marka nie jest wyznacznikiem jakości

Od dłuższego czasu zakupienie produktu danej marki wcale nie oznacza, że produkt ten będzie reprezentował określoną jakość. Wiadomo, każda firma ma w swoim dorobku gorsze serie, jednak przy obecnym, totalnie masowym systemie wytwarzania o problemy jakby łatwiej. Obecnie zdarza się, że produkty "no name" służą o wiele dłużej niż to, co pochodzi od znanej i uznanej światowej marki.

Doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że te wszystkie niedogodności z czegoś wynikają. Wiem też, że (jak wcześniej wspomniałem) z punktu widzenia ekonomii produkcja rzeczy bezawaryjnych jest zwyczajnie nieopłacalna. Nadal jednak jako konsument czuję zwyczajne poirytowanie.
Tym wpisem otwieram nową serię. Będą to właśnie takie moje luźne rozmyślania na przeróżne wkurzające, drażniące mnie tematy. Niekoniecznie to, co drażni mnie, będzie drażniło także Was, ale mam nadzieję, że seria się spodoba.

P.S. I: Wpis nie zawierał lokowania produktu.
P.S II: Ani sprzątania nim.
P.S.III: Ale jeśli firma Zelmer uważa inaczej... :D
P.S. IV: Nie, chyba nie uważa... :(