Pokazywanie postów oznaczonych etykietą humor. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą humor. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 21 kwietnia 2016

Odpływają kawiarenki czy siedem złotych za godzinę

Jakiś rok temu podczas zakupów zwróciłem uwagę na pewną promocję. Otóż pewna znana marka spożywcza przy współpracy z równie znanym operatorem komórkowym zaproponowała klientom pewien układ - kupujesz, drogi kliencie, batonik za około 2 złote polskie, a na wewnętrznej stronie opakowania nadrukowany jest kod, pozwalający uaktywnić mobilny pakiet internetowy. Pakiet nieduży, aktywny dobę, jednak... kiedy tak głębiej się nad tym zastanowiłem, to stwierdziłem, że to już TEN moment. Moment, w którym dostęp do sieci spowszedniał tak bardzo, że uzyskać go możemy nawet podczas codziennych, drobnych zakupów. Kupując pojedynczy, całkiem dobry zresztą, batonik. 

Wiem co pomyślą teraz młodsi czytelnicy. "Dziękujemy kapitanie Oczywisty, proszę, weź ten kamień na znak naszej wdzięczności!". Wiadomo przecież, że dziś już nawet batonika kupować nie trzeba, bo każde szanujące się miejsce publiczne MUSI być objęte zasięgiem darmowej sieci WiFi. Inaczej pozostałe miejsca publiczne będą je wytykały palcami i nie będą chciały się z nim bawić. Wiadomo, że podobnie jest w świecie smartfonów - smartfon bez dostępu do netu to trochę jak sławetna Miriam - piękne ciało, wysoka inteligencja, ale jednak COŚ się nie zgadza. Wiadomo także, że (według danych z roku 2015) 70% polskich gospodarstw domowych podłączonych jest do światowej pajęczyny i notujemy w tym temacie tendencję wzrostową. Ja to wszystko wiem. Naprawdę. Tylko dla mnie, dzieciaka wychowanego w latach dziewięćdziesiątych, cały ten rozwój nadal jest czymś na swój sposób niezwykłym. Przecież nie tak dawno w pasażu tego samego hipermarketu, w którym zauważyłem ten batonik, mieściła się... kawiarenka internetowa! Świątynia wszystkich spragnionych dostępu do Wielkiego Świata przez cienki kabelek.
Tak więc droga młodzieży! Usiądźcie i posłuchajcie, jak to drzewiej bywało! A bywało, oj, bywało...

Pierwszy kontakt z Internetem? Późna podstawówka, lekcja informatyki. Pamiętam tylko tyle, że Internet przedstawiano nam raczej nie jako źródło rozrywki, a taką trochę globalną "encyklopedię" - zbiór informacji na każdy, dosłownie każdy temat. Pierwsza przeglądarka? "Klikamy w ikonkę z niebieską literką E na pulpicie..." Słychać, że komputer zaczyna ciężko pracować. Długa chwila oczekiwania (Wielordzeniowe procesory, gigabajty RAM na pokładzie? Plażo, proszę... ;) ) Pierwsza otwarta strona? "Klikamy w pasek adresu i wpisujemy: wu wu wu kropka wirtualnapolska, bez spacji! Nie wciskamy spacji! kropka pe el". Chwila oczekiwania (Łącza o prędkości kilkudziesięciu megabitów na sekundę? Plażo, proszę... ;) ) I... jest! Ło święci Pańscy! Internet! Taaak...

Strona główna Wirtualnej Polski, rok 2000. Screen wykonany dzięki serwisowi web.archive.org
Dziś taki design może śmieszyć. Dziś o takim designie mówi się w kategoriach #janusze_webmasteringu. Totalna prostota, same linki, zero zdjęć. A, przepraszam! Widzicie reklamę Telekomunikacji Polskiej? Była animowana. Jedyny ślad życia... Zwróćcie jednak uwagę na to, co napisałem wcześniej. Rok 2000 to nadal jeszcze czasy naprawdę niskich prędkości dostęp i niezbyt szybkich (w porównaniu do współczesnych) komputerów. Kierowano się więc maksymalną prostotą, bo wiedziano, że im strona bardziej skomplikowana, tym dłużej będzie się wczytywała. Im zaś dłużej będzie to trwało, tym większe ryzyko, że internauta zniechęci się i przerwie proces otwierania. Tak, wtedy naprawdę w ten sposób o tym myślano i była to prawda.
A jednak te parę linków na krzyż przyciągało. Zapoznano nas także z wyszukiwarkAMI. Dziś, wiadomo - "co ni ma w google, to ni ma wogle", wtedy Google dopiero przygotowało się do szturmu na pierwszą pozycję, a wyszukiwarek było kilka. Jedną z popularniejszych, pozwalających przeszukiwać zasoby światowej sieci, była ta:

Strona główna wyszukiwarki Altavista, rok 2000. Screen wykonany dzięki serwisowi web.archive.com
Jest nawet jedno zdjęcie! Co prawda wielkości znaczka pocztowego, ale... Co Ameryka to Ameryka, panie! :)
Tak, zdecydowanie pomimo tej prostoty i małej atrakcyjności wielu z nas pomyślało, że ten cały net to jednak całkiem fajna sprawa. Tylko te ostatnie 20 minut lekcji to było zbyt mało czasu. Sieć była zbyt wielka, aby móc w spokoju znaleźć to, co znaleźć się chciało. Z jednej strony oczekiwanie na dzwonek, z drugiej kolega obok udowadniający, że nie tego będziemy szukać tylko czegoś innego (niedobór komputerów w szkołach powodował, że często przy jednym stanowisku usadzano dwóch, a czasem trzech uczniów), a z trzeciej cholerstwo ładuje się tak wolno, że można obrać kilo ziemniaków, ugotować je i zjeść, a to nawet nie wczyta się do połowy. Dzwonek! "Nie wyłączamy komputerów, zostawiamy tak jak są..." No... to zostawiamy. "I widzisz, dzwonek, i nie znalazłem, bo mi tu zamulałeś, że..." "Dobra, weź -.-" "Sam się weź -.-" :)
Szczęściarze po powrocie do domu mieli swoje własne komputery, multiszczęściarze nawet dostęp do sieci. O równie szalonych prędkościach co w szkole, ale zawsze to coś. Reszta? No cóż...następna informatyka dopiero po weekendzie. Chyba, że...

- Ej, kawiarenkę internetową otworzyli
- Ej, o co chodzi?
- No normalnie wchodzisz, płacisz facetowi siedem blaszek i siedzisz godzinę!
- Tyyy, to ja idę, gdzie to?
Siedem złotych wysupłane. A gdzie to? Ano w pobliskim hipermarkecie. Ruchliwy pasaż, masa ludzi, głośno, idą święta. Jest! Zaklejone kolorową folią drzwi. "Net Cafe". Wchodzę. Półmrok, duszno, cicho. Mała salka, rozświetlona punktowo zimnym światłem monitorów. Oświetlone blado twarze ludzi zatopionych w innym świecie. Szum pecetowych wentylatorów, zapach... no średni, bo duszno jak sto piorunów. Od wejścia do przeciwległej ściany boksy z wydzielonymi stanowiskami. Ciasno. Cholera... klimatycznie.

- Dobry... Na godzinę... Siedem, tak? Proszsz...

Siadam pomiędzy ścianą a sąsiednim stanowiskiem. Obok jakiś facet tłucze w klawiaturę z prędkością dźwięku. Spoglądam na swój monitor. Wyświetla się jakaś strona z tymi biednymi paniami, których nie stać na ubranie. :) Widocznie poprzednik lubił sobie to i owo pooglądać, a ja mam w głowie myśl "A więc i TAKIE rzeczy tu są..." Blondyna gapi się na mnie ze zdjęcia, brunetka też... Kolejna myśl: "Spadajcie dziunie, ja tu przyszedłem zdobywać WIEDZĘ O ŚWIECIE, a nie gapić się na wasze... warunki oferty. No, jak to szło... wu wu wu, wupe... Nara blondyna, ty brunetka też. ;) Co by tu... Czat? Popularna sprawa. Można by z kimś pogadać! W końcu teraz jestem INTERNAUTĄ! Będę rozmawiał jak równy z równym! O, jest!

CZATeria.pl, serwis należący do portalu Interia.pl. Rok 2001. Screen powstał dzięki serwisowi web.archive.com

Wybór konkretny! Każde miasto Polski, nawet czaty z jakimiś ważnymi osobistościami. Radom? Jest. Wchodzę. "Wpisz nick". Ok... Jakiś kozacki by się przydał. Hmm... rozglądam się. Półmrok sali, ludzie skupieni na monitorach, gość obok zasuwa na klawiaturze jak Japończyk na konkursie szopenowskim. Komputery szumią. Szybkie skojarzenie... No jasne! Przecież właśnie trwa szał na Matriksa. Jakże ja mogłem być tak głupi! Normalne! "Mooorfeeeeuuuusz".

~Morfeusz87: Hej, witajcie ludzie sieci!
~ON_190cm_29cm_dla_niej: KTURA POKLIKA? JESTEM NAPALONY A MUJ...
~Fabian88: NIE PISZCIE Z Aneczka88_Wawa to jest DZIFKA
~Aneczka88_Wawa: Fabian88 TY HUJU JESTEŚ NIE NORMALNY, FAKAJ SIEM!
~ON_190cm_29cm_dla_niej: KTURA POKLIKA? NIEBUJCIE SIE JESTEM NAPALONY A MUJ...

"Ludzie sieci"... :)

Jest rok 2003. W moim domu pojawia się pierwszy komputer. Jak na owe czasy, potężna maszyna. Niestety... pozbawiona dostępu do sieci. Ale ja jestem już starym, kawiarenkowym wyjadaczem. Wiem, gdzie jest najszybciej, gdzie jest najtaniej. Wiem, gdzie można kupić coś do picia, a nawet do jedzenia, bo w wielu przypadkach "kawiarenka" z kawiarnią nie miała nic wspólnego. To po prostu było miejsce dostępu do sieci. Te, w których można było kupić puszkę coli czy zapiekankę należały do rzadkości.
Ale nowy komputer jest jakiś... pusty. Przydałoby się coś z tej sieci pościągać. Na tyle dużo, aby starczyło do kolejnej wizyty w kawiarence, a jednocześnie na tyle mało, aby zmieściło się na dyskietkę 3,5 cala. Całe 1,4 MB do dyspozycji. Efekt był taki, że często do kawiarenki szło się z pięcioma dyskietkami. A co można było na tych pięciu dyskietkach zmieścić? Do ówczesnych hitów należały:

Tapety - nie, nie w obecnych kosmicznych rozdzielczościach, ale w takich, jakie obsługiwały ówczesne monitory. 800x600 lub 1024x768. Każdy kilobajt był przecież na wagę złota, a im większa rozdzielczość tym miejsca na dyskietce ubywało.

Dzwonki na telefon - jeszcze nie mp3, a midi, lub... kody do kompozytora. Zapytacie co to? Wyjaśniam. W telefonach pokroju Nokii 3310 i jej następców znajdowała się opcja komponowania własnej melodii dzwonka. Komponowanie polegało na wprowadzaniu kolejnych części zapisu nutowego przy pomocy klawiszy. W sieci znajdowały się strony, na których były gotowe zapisy. Wystarczyło je wprowadzić i... nasza "trzy-trzy-dziesięć" popiskiwała najnowszym hiciorem.

Śmieszne obrazki - tak, o kwejku i tego typu humorystyczno-obrazkowych serwisach nawet nie śpiewały jeszcze ptaszki. A humoru człowiek pragnął jak kania dżdżu. Ściągało się więc nie tylko śmieszne zdjęcia, ale i gify, a także kiepskiej jakości nagrania "prawdziwych, naprawdę gość tak zrobił" rozmów telefonicznych, wpadek znanych ludzi itp. Filmiki? Wielkości znaczka pocztowego.

Skórki do Winampa - komputerowy program do odtwarzania plików mp3 był ówczesnym "must have" każdego właściciela blaszaka. Jedną z wielu jego opcji była możliwość zmiany wyglądu poprzez instalację "skinów". A metamorfoza wyglądała nieraz zaskakująco. I tak z tego:

Standardowa skórka programu Winamp
 można było zrobić to:

Niestandardowa skórka programu Winamp
I tak sobie czasem myślę, że to wszystko miało jakąś... magię. Dziś Internet to codzienność. Żaden luksus. Pobieramy z niego gigabajty danych miesięcznie, jego obecność w naszych domach traktujemy niemal jak fakt, że do domu doprowadzony jest także prąd i woda. Współczesna sieć to miliardowe inwestycje, giganci rynku. Miejsce, gdzie można zbudować karierę, zarabiać całkiem rozsądne pieniądze, szukać nowych klientów dla swoich usług. Miejsce, do którego jesteśmy przypięci niemal na stałe, bo oprócz PC do sieci podłączony jest także smartfon, smartwatch, telewizor... Staliśmy się ludźmi cyfrowymi, homo digitales. Kawiarenki internetowe nie mają racji bytu w tym systemie. Oczywiście istnieją jakieś niedobitki, jednak... to już nie to samo. Jesteśmy przesyceni treścią. I nikt z nas nie poczuje już tego, co czuło się wtedy, kiedy wracało się z kawiarenki z kilkoma dyskietkami w kieszeni, aby wieczorem móc przejrzeć ich zawartość. Ot, choćby w taki kwietniowy, pogodny wieczór jak dziś.




poniedziałek, 18 stycznia 2016

"Santa Maria madre dolorosa, on wymorduje całą chałupę!" czyli anatomia telenoweli.

Kolejny raz się dla Was poświęcam. Ryzykuję zdrowiem psychicznym, fizycznym i duchowym. Zagłębiam się w mroczną otchłań tych części naszej rzeczywistości, na które wielu z Was patrzy z grozą, niesmakiem... Nie myślicie nawet o tym, aby dotknąć tych strasznych obszarów choćby małym palcem lewej stopy. A ja? Ja robię to za Was. Wchodzę w to cały. Tym razem jednak przesadziłem. Nie wiem jak mocno to na mnie wpłynie, czym to się skończy. Ale zrobiłem to - obejrzałem kilka odcinków (Maestro! Creepy muzyka!) POŁUDNIOWOAMERYKAŃSKICH TELENOWEL... (Maestro! Chopin, "Marsz pogrzebowy", dla mnie...)

Pierwsze wrażenie - co się do jasnej cholery dzieje? Wybrałem trzy różne tytuły. Tymczasem nie zauważyłem pomiędzy nimi naprawdę żadnej różnicy. Naprawdę. Te seriale są do siebie tak łudząco podobne, że obejrzenie dwunastego odcinka "Wściekłego serca Lucesity", po nim trzynastej części "Zadumanej, zadufanej i zauroczonej", a na koniec pięćdziesiątego drugiego epizodu "Luisy Carmen Soledad Trinidad e Tobago Marii de Jesus de Santa Cruz eeee Macareny" to zalecana kolejność. Nie zgubimy wątku, bo jeśli coś wydarzyło się w pierwszym z wymienionych dzieł, będzie miało kontynuację w drugim, a zakończy się w trzecim. Przy odrobinie farta trafimy nawet na tych samych aktorów.
Tu jedna ważna uwaga rzeczowa. Nie należy mylić telenoweli z operą mydlaną. Opera mydlana charakteryzuje się tym, że składa się z kosmicznej liczby odcinków, a sensowne zakończenie fabuły musiałoby się oprzeć na wprowadzeniu jakiejś katastrofy, w której giną wszyscy bohaterowie, bo jest ich mniej więcej tylu ile odcinków, a każdy niesie ze sobą swój wątek. Telenowela to "powieść telewizyjna". I tak jak powieść jest zbudowana - zawiera początek, rozwinięcie akcji oraz zakończenie. O tym jak zostać bohaterem/bohaterką "tasiemca" pisałem w jednej z pierwszych notek na tym blogu. Bycie bohaterem telenoweli to jednak zupełnie inna bajka. Psia mać... staję się ekspertem... Nie chciałem tego, naprawdę...

Jako się rzekło - telenowela musi mieć bohaterów. I ma. I to jakich! Ano... takich samych. Każda. Oto zestawienie najpopularniejszych postaci, które występują w tego typu dziełach:

Ona

Musi być biedna. Nie, nie tak biedna, że po prostu brakuje jej kasy. Raczej tak biedna, że mieszka na wysypisku, w opuszczonym grobowcu, albo w kartonie po telewizorze LCD. Musi także posiadać imię. Krótkie, ale pamiętajcie, że to cholerna pułapka. Tak naprawdę, aby spisać listę wszystkich jej imion trzeba takiej ilości papieru, jaką zajmuje papierowe wydanie Wikipedii. We wszystkich językach. Rzecz jasna naszej bohaterce bieda wcale nie przeszkadza w tym, aby być piękną. To nic, że noc spędzona w pudełku do lekkich nie należy. To nic, że na co dzień chodzi się w łachmanach powiązanych jakimiś sznurkami. Jeśli spojrzymy na twarz biednej Onej, zauważymy nienaganny makijaż i całkiem modną fryzurę. Brud? No... parę maźnięć jakimś węglem gdzieś na policzku. Uzębienie kompletne i białe jak śnieg. Figura? Chodakowska może zapaść się pod ziemię ze wstydu.
Biedna Ona jest przez innych biedaków wprost uwielbiana. Zawsze otoczona gromadką dzieci, zwierząt i wszystkiego, co żywe i w miarę świadome. Funkcjonuje sobie w tych warunkach śmietniczo-uliczno-cmentarnych, ale nie trwa to długo. Bo oto na jej drodze pojawia się...

On

Nie jakiś tam zwykły "on". Nawet nie On, ON to minimum, a ON to najwłaściwsza forma. Dziedzic przeogromnej fortuny, podcierający się najwyższymi nominałami pesos, właściciel kilkudziesięciu świetnie prosperujących firm, dyrektor świata, kierownik Internetu, gość który na śniadanie wpieprza złoto, na kolację srebro, a na podwieczorek kaszankę z bitą śmietaną, kaczkę duszoną drzwiami i kartofle ze szpyrką. Jeździ (a tam... jeździ... wożą go!) bryką, o której świat nie słyszał. Ogólnie, co tu dużo mówić - wersal panie...
Ona pojawia się w jego życiu nagle i przypadkiem. Ot, choćby prosząc go o "pisiąt groszy". Oczywiście mamy do czynienia z miłością od pierwszego wejrzenia. Jak wygląda scena przedstawiająca moment zakochania się?

Kamera na nią: "Wielmożny panie, wspomóż pan sierotę, biedaczkę, córkę Szatana i motopompy. Mój ojciec umarł, potem zamordował matkę i poszedł siedzieć na sto lat..."
Kamera na niego: "Si...si... gdzieś tu miałem jakieś drobn... [cielęce_oczy_mode: on] jak masz na imię?"
Kamera na nią: "Nazywają mnie tu X, nie znam swojego prawdziwego imienia, pies zjadł mi dowód, kiedy miałam sześć lat..."
Kamera na niego: "Z czego żyjesz?" (Z handlu ropą naftową kurwa... -.- Na giełdzie se czasem zagram, ale to jak jakieś drobne mam...)
Kamera na nią: "Jestem sierotą, biedaczką, od roku nic nie jadłam, ja nawet nie wiem jak jedzenie wygląda, a woda... tu na ulicy nie mamy takich luksusów..."
Kamera na niego: "Tu jest moja wizytówka... powiedz... co umiesz? Jeśli chcesz pracować w mojej firmie na stanowisku zastępcy szefa zarządu, po prostu zadzwoń..."
Kamera na nią: "Jestem sierotą, biedaczką, nie umiem nawet czytać... A co umiem? Skończyłam z wyróżnieniem Massachusetts Institute of Technology, Harvard, Oxford i jeszcze kilka trudnych nazw (znam), oczywiście zadzwonię..." (Dwa razy w rynnę, raz w parapet, albo zębami na mrozie...)

On i Ona spotykają się w hacjendzie. A hacjenda... no ludzie, cuda w tej budzie! Woda w ścianie, sranie w porcelanie, gumoleum na podłodze. I...

Ta Zła

Ta Zła od razu wie, że Ona jest sierotą, biedaczką, a pojawienie się w hacjendzie "prostaczki" pokrzyżuje wszystkie plany usidlenia Jego. Bo oczywistą rzeczą jest, że Ta Zła leci na Niego niczym stado dzików na obierki. A "prostaczka" oczywiście kręci się wokół Niego cały czas, więc wkurw osiąga granicę ostateczną. Ta Zła postanawia ją POGRĄŻYĆ.
Tak. Określenie "pogrążyć" pada z jej ust z częstotliwością czterdziestu dwóch razy/odcinek.
Co jeszcze charakteryzuje Tę Złą? Wypowiadanie wszystkich swoich myśli na głos. Wiadomo, w telenowelach jest to na porządku dziennym, ale Ta Zła przoduje. Przykład?

On (Manuel Vittorio Macuttas-Posampas): "Nigdy nie odbierzesz mi prawa do miłości! Nigdy! Kocham Estrellę Marię Manuelę Rebekę Victorię! [przeciętny słuchacz pomyśli "Zdecyduj się kurwa chłopie, którą! Ale nie... my specjaliści wiemy, że to o jedną biega...] Ja... ja chcę ją... POSIĄŚĆ!"
Ta Zła: "Nigdy tego nie osiągniesz Manuelu Vittorio Macuttasie Posampasie. Nigdy!"
On: stoi półtora metra od Tej Złej. Jak rozpoznać, że to już "głośne myślenie" a nie ciąg dalszy dialogu? Aktorzy są od siebie odwróceni. Ta Zła:
"O nieee Manuelu Vittorio, o nieee! Prędzej zabiję siebie, ciebie i spalę tę norę, a potem uduszę tę twoją prostaczkę, wytarmoszę ją za kudły, a o 14:21 dodam jej truciznę (cyjanek potasu, który zdobędę od mafioza imieniem Sanchez zamieszkałego tu i tu) do obiadu, niż pozwolę, aby ktokolwiek mi cię odebrał. Kocham cię Manuelu Vittorio, kocham i pożądam!". Wszystko tak głośno i wyraźnie, że sąsiedzi dwie ulice dalej już dzwonią na policję. Mauel Vittorio NIC nie słyszał.

Tę złą rozpoznamy od razu. Nigdy się nie uśmiecha, a jeśli już to tak paskudnie, że obnaża przy tym dziąsła do samych ósemek. Ubiera się na czarno. Chodzi w kapeluszu. Jej pojawieniu się towarzyszy niepokojąca muzyka - fani "Muminków" wiedzą o czym ja mówię.
Cały ten bajzel obserwuje z boku nie kto inny jak...

Ksiądz

Postać kapłana katolickiego to must have każdej porządnej telenoweli. Jaką rolę odgrywa tu Ksiądz?
Otóż... Ksiądz WIE. Co wie? COŚ WIE. To Ksiądz najczęściej jest tą postacią, która informuje o tym, że główny bohater jest przecież bratem własnego ojca od strony matki, więc z zapisanego mu majątku nie dostanie złamanego peso. To Ksiądz zna historię Jej. Wie, czemu znalazła się na ulicy, wie kim jest jej matka, babka, brat i instruktor nauki jazdy. Wie wszystko. Ale milczy. Do czasu.
Do czasu, kiedy powoli zbliża się ostatnie dziesięć odcinków, więc wreszcie wypadałoby się jakoś odezwać, bo ci wszyscy debile w końcu się pozabijają. Scena wyznania prawdy poprzedzona jest rzucaniem się księdza po plebanii, ociekaniem potem, modlitwami, przekleństwami, kolejnymi modlitwami, kolejnym rzucaniem się po plebanii i rozdupceniem sterty naczyń. Z czego to wynika?
Ano z tego, że ksiądz kiedy się DOWIEDZIAŁ złożył przysięgę, że dotrzyma tajemnicy. Ale przecież widzi chłopina gołym okiem, że oni wszyscy zaraz wymordują się tępymi nożami, więc do takiej rozpierduchy dopuścić to chyba jednak większy grzech niż złamać przysięgę. Więc ją łamie.

To jest jak wybuch granatu w składzie benzyny. Rozwiązanie akcji wygląda następująco:

- Ta Zła staje się ofiarą własnych niecnych planów. Jeśli dodała truciznę do napoju, wypija ten napój na srogim kacu i wali z kopytka w kalendarz. Krzycząc oczywiście "No! No! To nie miało być tak! To prostaczka miała zdechnąć! Nie ja! Nie jaaaa!"

- On i Ona biorą ślub. Wesele wygląda fascynująco. Z jednej strony elita w garniturach wartości nowego Maybacha, z drugiej towarzystwo z ulicy. Small talking na takim weselu: "Jose, a jak tam akcje twojej firmy? Pamiętasz, zakładaliśmy się o milion peso, że spadną i spadły, haha płacisz! Co? Nie masz drobnych?" "Mamo, mamo, bo Lucia zjadła kurczaka, nie zostawiła nawet kości" "Którego?" "Tego kolorowego, z klatki" "Ale to nie był kurczak synku, to papuga..." Komunikat z megafonu: "Uprasza się gości od strony pani młodej o nie załatwianie swoich potrzeb fizjologicznych pod stołem..."

I wszyscy żyli długo i szczęśliwie.

FIN.