Pokazywanie postów oznaczonych etykietą urban exploration. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą urban exploration. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 16 maja 2016

Opuszczone & porzucone #3: Borne Sulinowo i Kłomino.

Na Ukrainie Prypeć, w USA Centralia i Bodie, w Norwegii Pyramiden. Każdy fan miejskich eksploracji czy tematyki postapokaliptycznej doskonale zna te lokacje. Miasta opuszczone, miasta widma. Miejsca budzące wyobraźnię filmowych scenarzystów, twórców gier, miłośników grozy oraz wszystkich zastanawiających się nad tym, co by było, gdyby kiedyś coś nam, jako ludzkości, poszło nie tak.  No tak... Ukraina, USA, Norwegia. Daleko. A czy my, Polacy mamy jakieś "ghost town"? Oczywiście, że mamy! A przynajmniej... mieliśmy. 


Tajemnice, atomice

Jest 17 września 1994 roku. W ten symboliczny dla polskiej historii dzień generał Leonid Kowaliow melduje prezydentowi Lechowi Wałęsie, że zakończono wycofywanie z terenów naszego kraju oddziały wojsk radzieckich, które stacjonowały tu od 1945 roku. Dzień później ostatni żołnierz Armii Radzieckiej opuszcza Polskę.
A co "ostatni żołnierz" zostawia po sobie? Otóż na podstawie porozumień wynikających z postanowień Układu Warszawskiego w latach 1945-1994 na terenie Polski funkcjonowało około 65 garnizonów Armii Radzieckiej. Garnizon to nie tylko ludzie. Garnizon to także całe zaplecze: nieruchomości i instalacje, zarówno obronne, techniczne, ale i socjalne. Pojedyncze budynki, place, schrony, grupy takich obiektów, a wręcz... całe miasteczka. Wiele z nich ze względu na ważne znaczenie strategiczne posiadało status ściśle tajnych. Nie istniały na cywilnych mapach, nie prowadziły tam oficjalne cywilne drogi. Solidne, zwielokrotnione ogrodzenia (drut kolczasty pod napięciem), uzbrojeni strażnicy i groźba zarobienia kulki bez ostrzeżenia, ewentualnie pojmania jako szpiega - wszystko to zniechęcało ciekawskich do przekonywania się na własnej skórze "co tam te ruskie znowu kombinują". Pamiętajmy, że mówimy o czasach i realiach Polski Ludowej, w której jak wiadomo, zniknięcie obywatela można było bez najmniejszego problemu zatuszować.

Jedną z takich zakazanych stref była miejscowość Borne Sulinowo oraz leżąca w jej pobliżu osada Kłomino. Stacjonowała tam 6. Witebsko-Nowogródzka Gwardyjska Dywizja Zmechanizowana. Ktoś powie "No tak, dywizja zmechanizowana... ruskie czołgi, wielka tajemnica!" Ano... "ruskie czołgi" może i tajemnica niewielka, ale wchodząca w skład dywizji 116. Orszańska Brygada Rakiet Operacyjno-Taktycznych to już grubsza sprawa. Otóż brygada ta najprawdopodobniej była jedną z kilku w Polsce, którym w przypadku wojny z "imperialistyczną zgnilizną zachodu" przypadał zaszczyt obsadzenia tejże "zgnilizny" dorodnymi... pieczarkami...
Tak, tak... W okolicach Bornego znajdowały się miejsca przechowywania broni jądrowej. Zarówno w postaci głowic rakiet, jak i bomb lotniczych.

Po wycofaniu się wojsk radzieckich miasto Borne Sulinowo zostało przekazane Polakom i zasiedlone. Osada Kłomino leżąca na uboczu miała mniej szczęścia. Stała się jednym z polskich "miast-duchów"...

Wyprawa

Jest 16 lutego 2014 roku. Kuzyn, który interesuje się eksploracją stawia propozycję nie do odrzucenia - "Jedziemy na Pomorze, wracając zahaczymy o Borne i Kłomino, jedziesz?" No ba... :) Bateria w aparacie naładowana, można ruszać...

Urok lokalnych dróg tej części Polski - wąsko, kręto, niebezpiecznie, ale za to jak klimatycznie! :)
Borne Sulinowo to niewielkie miasteczko. Jak szybko można się przekonać, przesycone jest wprost klimatem epoki. Przy głównej ulicy miasta uświadczymy np. taką zabaweczkę:

"W coca-colę, myszkę Miki i hamburgery, bateria łaaaaduj! Bateria! Agoń!" :)
Działo zamilkło, można więc zajrzeć lwu do paszczy:

Giń podły imperialisto! A przynajmniej... ściągaj dżinsy! 
Ruszamy dalej. Nasz pierwszy cel w poszukiwaniu rodzimego ghost town nie jest daleko. Szybko trafiamy na pierwsze "podniszczone" zabudowania. Magazyny zbudowane przez Niemców (pamiętajmy, jesteśmy na "ziemiach wyzyskanych"), przejęte przez Rosjan, dziś stanowią klimatyczną oprawę pobliskiego "tankodromu" - miejsca, w którym organizowane są zloty miłośników pojazdów militarnych.

"Jeszcze zaświeci nam słońce, towarzysze..."
Z zewnątrz może i wygląda to na solidną ruinę, jednak nie zapominajmy, że "goście" na tych ziemiach nie mieli zamiaru ich tak szybko opuszczać. Jasne, brakuje dachu. Jasne, z oknami też średnio. Ale stoi panie! A w środku prezentuje się całkiem nieźle:

"Zapewne skład bombek... choinkowych... też..." 
Na dach dotrzeć było niełatwo, jednak jak to mówią, smoka pokonać trudno, lecz starać się trzeba :) A to poniemiecko-poradzieckie smoczysko nie lubi ujawniać swoich tajemnic. Ale jako że we współpracy siła...

Dzieła malarstwa klasycznego - Michelangelo Buonarrotti: "Stworzenie eksploratora miejskiego" :D
... to i dach stał się w pełni dostępny. A z dachu widoki niewąskie. Przestrzeń. I świdrująca uszy cisza.

Część "tankodromu"
Sąsiedni budynek. Jednak chodzenie po jego dachu... no cóż... znam bardziej wyrafinowane formy samobójstwa... :)
Po opuszczeniu budynku dobrze jest sobie zapalić. Ale... nie zapominajmy, gdzie jesteśmy!

"Nie kurić!" No i nie pokurili... 
Jak widać na powyższym zdjęciu, wokół napisu możemy dostrzec dziesiątki wydrapanych podpisów w języku Puszkina. To podpisy stacjonujących tu niegdyś żołnierzy. Naprawdę mocny klimat i ewidentny, namacalny ślad przeszłości.

Brzmi zachęcająco... ;)
Jak widać lokalni "mistrzowie puszki" zaatakowali także i tu:

"W Rosji radzieckiej to architektura podziwia ciebie..." :)
"- Wygląda jak betoniarnia..
- Wtedy wszystko wyglądało jak betoniarnia... albo fabryka tworzyw sztucznych...
- Ale to, że wyglądało, nic jeszcze nie oznaczało..." :)

Wyprawy ciąg dalszy, bo przecież to co tu zobaczyliśmy to jedynie przedsmak tego, co zobaczyć chcemy. Po drodze trafiamy na obiekty o jasnym przeznaczeniu militarnym. Jak widać, na betonie nie oszczędzali. Może to wcześniejsze, to faktycznie była betoniarnia... :)

Solidny dach nad głową to podstawa!
"A tam trzymaliśmy z Saszą i Wanią ściśle tajny eliksir prawdy - C2H5OH" :)
Aż wreszcie docieramy na miejsce. Kłomino. Polskie "ghost city", miasto duchów! Tylko... jakieś to miasto... mało miejskie... Ot, parę budynków wystających z trawy. Niestety. Smutna prawda jest taka, że Kłomino, stojące na uboczu Bornego Sulinowa ciężko już uznać za pełnoprawne "opuszczone miasto". Zauważyliśmy, że jeden z budynków jest w remoncie. Ma już zapewne właściciela i dziś, w 2016 roku jest zamieszkany. Nie zmienia to jednak faktu, że postanowiliśmy z Kłomina wycisnąć pozostałości po jego dawnej świetności. Być może jako jedni z ostatnich.

"Saszka, Wańka! A bałkon gdie?! Tata skazał, szto granata nie igruszka!" :D
Wielka płyta wiecznie żywa...
 Zajrzyjmy jednak do wnętrza. Z uzyskanych informacji wiemy, że mieszkania w blokach przeznaczone były głównie dla kadry oficerskiej. Standard? No cóż... całkiem niezły.

Pokój z widokiem na las...
Może i kuchnia niewielka, ale widna i z widokiem na las. Tu... wszystko jest z widokiem na las.
Klatka Schodowa - wynalazek stworzony przez słynnego uczonego radzieckiego, doktora inżyniera Wasilija Artioma Schodowa w odpowiedzi na potrzeby ludu pracującego. Prototypy testowane były właśnie w Kłominie. :)
"- Kto miał takie płytki w domu?
- A kto nie miał..." :)

Z tego miejsca chciałbym pozdrowić Praktika, Soczka, Kujona i Naczelnego. Bądźcie pozdrowieni. Kimkolwiek jesteście... P.s. Naczelny to chyba przywódca grupy - ksywka podkreślona, więc najważniejszy z tu wymienionych. :D


Wot i wsio w dziele. Opuściliśmy Kłomino, opuściliśmy Borne, opuściliśmy Zachodniopomorskie. Doskonale wiem, że te okolice skrywają niejedną tajemnicę, a ten post nie opowiada o nich wszystkich odpowiednio wyczerpująco. My byliśmy tam niejako przelotem, a jednak stwierdzić można zdecydowanie, że było warto. Fakt, Kłomino na pewno nie jest tym, czym wielu chciałoby, aby było, ale przecież nie samymi miastami duchów eksplorator żyje - przebywając w tej (i innych częściach województwa) na pewno żaden miłośnik chodzenia po tym, co opuszczone i zapomniane na pewno się nie zawiedzie.


poniedziałek, 25 maja 2015

Opuszczone & porzucone #2: Poniemiecka lokomotywownia w radomskiej dzielnicy Potkanów.

Mieszkańcy południowej części Radomia znają doskonale to miejsce. Dwa ceglane budynki wyrastające po środku szczerego pola, pomiędzy nimi rząd wybetonowanych rowów w ziemi, a w głębi kompleksu szczątki klatki schodowej. Miejscowi różnie nazywają ten obiekt. Spotkałem się z określeniami takimi jak "bunkry", "strzelnica", "magazyn", jednak po przeanalizowaniu źródeł historycznych okazało się, że żadna z tych nazw nie jest właściwa. Czym był więc kompleks budynków na Potkanowie? Lokomotywownią. A właściwie miał nią być, jednak o tym później.
Czym jest lokomotywownia? Lokomotywownia, dziś nazywana elektrowozownią jest zakładem zajmującym się obsługą pojazdów kolejowych, głównie lokomotyw.
Historia tej konkretnie zaczyna się w okresie II wojny światowej. Budynki lokomotywowni powstają w celu obsługi linii kolejowej łączącej Lublin i Kielce. W planach jest także budowa nowej linii do Ostrowca Świętokrzyskiego. Prace zostają przerwane ze względu na natarcie wojsk radzieckich. Do momentu, w którym inwestycja została przerwana powstaje hala przeglądowa, kanały służące do usuwania żużla z parowozów oraz brama wjazdowa. Wbrew pogłoskom budynki niedokończonego kompleksu nie zostały przez Niemców wysadzone w powietrze. Ich stan "zawdzięczamy" okolicznej ludności, która od momentu zakończenia wojny sukcesywnie rozbierała budynki, pozyskując tym sposobem cegły. Obecnie w tym miejscu znajdują się ruiny dwóch budynków (prawdopodobnie to część hali), wybetonowane kanały, oraz w części północnej duży fragment muru ze schodami (najpewniej część klatki schodowej w hali).
Jak lokomotywownia na Potkanowie wygląda obecnie? Źle. Mury, chociaż mocne, są regularnie dewastowane. Już nie w celu pozyskiwania surowca w postaci cegieł, a z czystej nudy. Teren z roku na rok staje się coraz bardziej zaśmiecony, co ułatwia fakt, że nie jest on w żaden sposób pilnowany.
Podczas eksploracji warto uważać na wspominane wyżej rowy - nie są zbyt głębokie, jednak latem nie widać ich pomiędzy zaroślami. Warto patrzeć pod nogi, aby uniknąć przykrej niespodzianki. Nie polecam także wspinania się na wyższą kondygnację budynku - Niemcy budowali solidnie, ale "parę" lat już minęło. Posadzka jest, ale pod naszym ciężarem może... przestać być :)
Czym byłby post z gatunku urbex bez garści
zdjęć? Oto więc kilka ujęć z opisywanej okolicy. Niestety, zdjęcia są dość stare, pochodzą z 2011 roku. Mam jednak zamiar wybrać się tam podobnie, tak więc niebawem powstanie "aneks" do tego posta, będący ilustracją przebiegu planowanej drogi kolejowej. Tymczasem jednak - zdjęcia:

Widok ogólny lokomotywowni. Na pierwszym planie jeden z dwóch budynków. Jak widać, obiekt był przynajmniej dwupiętrowy.
Znane wszystkim bywalcom tego miejsca "schody do nieba". Tu prawdopodobnie znajdował się kolejny budynek stanowiący "narożnik" hali. Być może identyczny jak dwa, które stoją do tej pory.
Jeden z budynków widziany z bliska.
Widok z wnętrza budynku na komin ciepłowni "Południe"
Jeszcze inna perspektywa. Z boku budynku widać ślad po biegnącej tamtędy klatce schodowej.
Ten sam budynek, znów - jeszcze inna perspektywa :)

niedziela, 17 maja 2015

Opuszczone & porzucone #1: Zakłady Produkcji Specjalnej w Pionkach.

Jedną z najpopularniejszych notek na moim blogu jest poradnik dotyczący zasad eksploracji miejskiej, a więc urbeksu. Czym jest ta zabawa, jakie niebezpieczeństwa ze sobą niesie oraz jak ich unikać - wszystko to (i jeszcze więcej) pod wyróżnionym linkiem.
Dzisiejszy wpis rozpocznie cykl notek potwierdzających fakt, że ja jako autor powyższego poradnika nie jestem jedynie teoretykiem. Eksplorowałem i jeśli trafi się okazja - nadal eksploruję miejsca opuszczone, porzucone i zapomniane. Czemu lubię to robić? Wyprawy na "miejscówki" traktuję jak wizyty w muzeum. Bo są to muzea, choć bardzo dziwne. W tych muzeach nie dba się o eksponaty, często eksponatów nawet nie ma. Te muzea są regularnie rozkradane przez złomiarzy, dewastowane przez szczęśliwych posiadaczy jedynie 1/4 mózgu normalnego człowieka, w końcu powoli pochłaniane przez otaczającą je naturę. To muzea nietrwałe. Co jest więc w nich wystawiane? Historia. I to w solidnej dawce. Każdy opuszczony budynek, fabryka, schron czy innego rodzaju konstrukcja to opowieść o ludziach, dla których to miejsce stanowiło część życia, to także opowieść o ideach i pomysłach, które tu realizowano, czasem o tragediach jakie miały tu miejsce. Jakieś biurko, przy którym już nikt nie usiądzie, telefon którego nikt nie odbierze, jakieś dokumenty wypełnione kiedyś czyjąś ręką, wtedy bardzo ważne - dziś śmieci. I kontrasty. Wejście do dawnej hali fabrycznej, na drzwiach ostrzeżenie przed hałasem - "kuźnia - chroń słuch!". Wchodzimy i... cisza. Cisza śmiertelna, martwa. Ludzie dawno stąd wyszli, maszyny wywieziono. Została tylko tabliczka. Jej nikt nie zdjął, bo i po co? Ostrzega więc uparcie przed niebezpieczeństwem, którego nie ma. Na zewnątrz budynku już dawno inny świat, a ona nadal ostrzega. Cytując Exupery'ego, "rozkaz się nie zmienił". Wyniosą ją kiedyś razem z gruzami ściany, do której była przyczepiona.
Po to właśnie włażę do miejsc, które każdy omija szerokim łukiem - po historię. I po przygodę rzecz jasna.

Kiedy mój kuzyn kilka lat temu zaproponował mi wyjazd w celu obadania opuszczonej części ZTS "Pronit" w Pionkach, nie zastanawiałem się nawet przez chwilę. W okolicach 2013 roku była to niemalże mekka eksploratorów z całej Polski. Z olbrzymim terenem zakładu wiązało się wiele mrocznych opowieści, zarówno tych opartych na faktach, jak i zupełnie paranormalnych. O ile faktem jest, że w jednym z budynków "Pronitu" znaleziono ciało młodego mężczyzny, to już "lokalne podania" o duchach nawiedzających te części kompleksu, które w okresie ostatniej wojny stanowiły obóz pracy, wydają być się legendą miejską. Wiem jedno - z powietrza się te wszelkie domniemania nie wzięły, bo "Pronit" zawsze był miejscem mocno tajemniczym. I to o randze tajemnicy państwowej...

Zakłady Tworzyw Sztucznych w Pionkach k. Radomia wywodzą się bezpośrednio z istniejącej przed wojną Państwowej Wytwórni Prochu i Tworzyw Kruszących. Wytwórnia ta powstała w roku 1923 w pobliżu podradomskiej wsi Zagożdżon, w sercu Puszczy Kozienickiej. Ze względu na charakter produkcji (materiały wybuchowe dla górnictwa i wojska, pociski) takie położenie było bardzo korzystne z dwóch względów. Pierwszym rzecz jasna była tajność inwestycji i ochrona jej przed osobami postronnymi. Drugi powód to bezpieczeństwo w przypadku awarii lub niekontrolowanego wybuchu.
Ciekawostką jest to, że "Pronit" był również wytwórnią... płyt winylowych zawierających muzykę. Dziś płyty "pronitowskie" są swojego rodzaju rarytasem wśród kolekcjonerów winyli i analogowo odtwarzanej muzyki. Wraz z fabryką rozwijało się miasto Pionki. Upadek PRL i kryzys dotyczący polskiego przemysłu w okresie lat 90 spowodowały także upadek "Pronitu". Obecnie zakład funkcjonuje częściowo, spora jego część jest opuszczona, jednak nadal pilnie strzeżona, gdyż w "Pronicie" w dalszym ciągu produkuje się pociski (Zakład Produkcji Specjalnej) oraz amunicję myśliwską (Fabryka Amunicji Myśliwskiej).

Mówi się, że jeden obraz wart jest więcej niż tysiąc słów. Oto więc krótki fotozapis tego, co widzieliśmy wraz z kuzynem na terenie swojego czasu największego w kraju przedstawiciela hmm... przemysłu rozrywkowego :)

Jeden z magazynów. W oczy rzuca się ciekawy sposób rozwiązania oświetlenia. Cała instalacja elektryczna wyprowadzona jest na zewnątrz budynku, nawet lampy świecą do wnętrza przez specjalne świetliki. W czym rzecz? Chodzi o minimalizację ryzyka iskrzenia, a więc także wybuchu, bo w tym magazynie przechowywano rzeczy takie jak...  
... to :) Czym jest TO na pewno nie trzeba wyjaśniać, o ile oczywiście ktoś nie spał na lekcji chemii. Jeśli spał - nitroceluloza jest materiałem łatwopalnym i skrajnie wybuchowym. Oczywiście opakowanie było puste, ale w czasach świetności Pronitu "trochę" tego towaru wykorzystywano. Ot, jak pisałem wyżej - przemysł rozrywkowy ;)

Jako że profil produkcji ZPS to szeroko pojęta chemia, również i takie ostrzeżenia można było tam napotkać. To kłamało. W innym miejscu co prawda ostrzeżenia nie było, a... ostrzegać było przed czym. To jednak dłuższa historia, bo przydałoby się...

...to. Ale na szczęście okazało się zbędne. Taka sympatyczna, gumowa mordka. Grunt to bezpieczeństwo.

Były więc dokumenty, których nikt już nie odczyta...

...manometry wskazujące to słynne "mniej niż zero"...
...i instrukcje, z których nikt już nie skorzysta. Z prostej przyczyny - ciężko jest skorzystać z czegoś, czego... no jakby nie patrzeć... nie ma? :)
Przyjemna, postapokaliptyczna scenka.
Ciepłownia. Widok z sąsiedniego, wyższego budynku. Warto wspomnieć, że pionkowski zakład był właściwie "miastem w mieście". Posiadał własną ciepłownię, system wodociągowy i zasilanie elektryczne. Ze względu na produkowane tu "zabawki" taki poziom niezależności od świata zewnętrznego był oczywisty.
Ta sama ciepłownia, tym razem widok z poziomu ziemi.
Wnętrze powyższego obiektu. Po kotłach i większości wyposażenia nie ma już śladu. Być może to sprawka złomiarzy, być może współczesnych właścicieli zakładu.
Jeden z elementów wspominanego systemu uniezależniającego fabrykę od otoczenia - wieża ciśnień, do której podłączony był wodociąg.

I tu kończy się historia. Nie wiem jak dziś wygląda ten teren, ale zapewne dawno przejęty został przez prywatnych inwestorów. Co jakiś czas pojawiają się informacje o przywróceniu dawnej świetności tym terenom, być może komuś się to wreszcie udało. Warto pamiętać o "Pronicie", w końcu wielu miłośników broni wie, że... nie ma to jak kulki z Pionek :)

wtorek, 2 lipca 2013

Po ósme: urbex, czyli jak łazić po opuszczonych miejscach i nie zginąć marnie.

Witam po dłuższej przerwie. Nie. Nie skończyły mi się pomysły na wpisy, nie znudziło mi się pisanie bloga. Ot, chwilowy brak czasu spowodowany poświęceniem się pewnej bardzo wciągającej grze zwanej "Życie 1.0". To dobra gra. Poziom trudności może trochę wysoki, ale za to jaka grafika! Jakie zadania! :)

Do rzeczy jednak. Od wielu lat pasjonuję się czymś, co według popkultury nosi miano urbeksu, urban exploringu czy też eksploracji miejskiej. Na czym to polega? Urbex jest to aktywna forma spędzania wolnego czasu polegająca na eksplorowaniu opuszczonych budynków, kompleksów przemysłowych czy też wszelkiego rodzaju instalacji obronnych (bunkrów, schronów itp.) "Nauką pomocniczą" urbeksu jest niewątpliwie fotografia. Przydatne są też podstawy sztuk przetrwania w terenie miejskim, bo nie ukrywajmy - wiele obiektów zainteresowania eksploratorów to miejsca niebezpieczne. Nieraz skrajnie. Cała zabawa polega na przeniknięciu do obiektu, wykonaniu w nim zdjęć (od dokumentalnych po artystyczne, wszystko zależy od warunków) oraz opuszczeniu danego miejsca. Urbex przez dłuższy czas był "sportem" zarezerwowanym dla pewnego zamkniętego grona amatorów ekstremalnych doznań. Dziś, dzięki niewątpliwemu wpływowi mediów łazikowanie po opuszczonych budynkach stało się modne. Niestety ta moda niesie ze sobą wiele zjawisk negatywnych. Wiele fajnych miejscówek zostało "spalonych" dzięki wybrykom żądnych przygód dzieciaków. Wiele z nich zabezpieczono po wypadkach, które zdarzały się na ich terenie. Wszystko to utrudnia zadanie wprawnym eksploratorom, którzy przychodzą na miejsce nie po to, aby niszczyć, kraść czy odstawiać jakiś inny cyrk, ale po prostu popatrzeć i udokumentować efekty mijającego nieubłaganie czasu.

Wspomniałem, że urbex staje się modny. Dlatego jako człowiek, który siedzi już w tym temacie jakiś czas, czuję się zobowiązany do udzielenia paru dobrych rad młodym adeptom tej sztuki. Jeśli więc Czytelniku wpadłeś na pomysł, aby udać się na jakiś opuszczony obiekt, pamiętaj o kilku bardzo ważnych rzeczach:

1. Wyposażenie

 Ogólna zasada, którą rządzi się wszelkie łazikowanie jest taka, że im mniej gratów ze sobą targamy tym lepiej. Urbex jednak nie jest takim zwykłym spacerem. Idziemy do miejsca, które może okazać się niebezpieczne. Zadbaj więc o:

GŁOWĘ NA KARKU. Nie wymaga chyba komentarza. Zdrowe myślenie, brak ryzykanctwa i odpowiedzialność to rzeczy elementarne.

Odpowiedni ubiór. Pamiętaj, że wyprawa to nie rewia mody. Ciuchy muszą być mocne, wygodne, a jednocześnie w takim stanie, że nie będziesz musiał obawiać się o ich zniszczenie. Długie spodnie i bluza z kapturem to dobre rozwiązanie. W opuszczonych obiektach jest brudno. Czasem łatwiej wyprać bluzę, niż pozbyć się z włosów czegoś mało przyjemnego (i nie mówię o zwykłym kurzu czy pyle, ale np. o smarach, farbach itp.) Ważną, jeśli nie najważniejszą częścią stroju jest obuwie. Idealne - z grubą podeszwą i wysoką cholewką. Wielokrotnie właśnie taka gruba podeszwa ratowała moją stopę przed uszkodzeniem ostrym prętem, rozbitym szkłem czy wystającym nieśmiało z jakiejś deszczułki gwoździem. Dziewczyny - zapomnijcie o trampkach czy balerinach. Tworzywo ich podeszwy jest tak cienkie, że dla większości artefaktów leżących na podłodze nie stanowi żadnej bariery. Do powyższego zestawu dorzuciłbym też jakieś rękawice. Przydają się w konfrontacji z oknami - czasem okno to jedyna droga do wnętrza, a rama może być najeżona kawałkami szkła czy drzazgami.

Dobrą latarkę. Dzień przed wyprawą sprawdź stan baterii. Jeżeli dysponujesz akumulatorkami - naładuj je. Lepiej, żeby latarka nie zawiodła w jakiejś krytycznej sytuacji. "Dobra" nie oznacza koniecznie "latarka taktyczna służb specjalnych", ale i nie "chiński szajs z bazarku". Pamiętajmy, że baterie nie są zbyt odporne na mróz. Dlatego dobrą regułą jest noszenie ich w kieszeni jak najbliżej ciała. Do latarki wkładamy je już po dotarciu na miejsce.

Telefon. Jeśli masz taką możliwość, zrezygnuj na czas wyprawy ze smartfona, a używaj jakiejś starszej "cegłówki". Czemu? Ano temu, że stare telefony są z reguły wytrzymalsze niż współczesne kieszonkowe komputerki. Nie straszne im upadki czy przygniecenia ciałem. Ponadto w skrajnej sytuacji (a o takie na opuszczonym nie trudno) mniej boli strata telefonu wartego 40 zł niż smartfona za kilka stówek. Bardzo liczy się też to, że w starszych modelach bateria trzyma dłużej, a telefon bierzemy ze sobą przede wszystkim jako środek powiadamiania ratunkowego w przypadku niebezpieczeństwa. Zimą z telefonem postępujemy jak powyżej, z zasilaniem latarki  - im więcej ciepła da bateriom nasze ciało, tym lepiej.

Aparat fotograficzny. Nie każdy urbeksowiec jest jednocześnie fotoamatorem, jednak niektóre miejsca aż proszą się o ich uwiecznienie. Na pierwszą wyprawę w nieznane nam miejsce odradzam zabieranie jakiegoś droższego sprzętu. Warto najpierw obadać miejsce, upewnić się co do wszystkich zagrożeń jakie ze sobą niesie, a dopiero na drugiej wyprawie nastawić się na kreatywne zdjęcia. Nigdy bowiem nie wiadomo, czy odwiedzane przez nas miejsce nie jest "przystanią" dla okolicznych amatorów cudzej własności czy innych mniej lub bardziej niebezpiecznych ludzi.

2. Wyprawa

Planowanie to podstawa. Zdobądź więc jak najwięcej informacji o obiekcie, do którego zamierzasz się udać. Obejrzyj go z zewnątrz, oceń drogi dojścia i ewentualnego odwrotu (tu pomoże np. serwis Google Maps). Zwróć uwagę na to, czy obiekt jest chroniony. Jeśli jest, odpuść sobie. Na pierwsze wyprawy polecam miejsca bardziej dostępne. 


Ekipa. Pod żadnym pozorem nie łaź sam! Zawsze bierz ze sobą przynajmniej jedną osobę, ale i nie przesadzaj z licznością grupy. Optimum to trzy osoby. Dobrze dobierz członków grupy. Muszą to być ludzie opanowani, nie ulegający emocjom, panice itp. Ogólne "ogarnięcie" ekipy to klucz do bezpieczeństwa. Czasem może zaistnieć potrzeba współpracy, a bez koordynacji działań nie ma o niej mowy.

Alkohol i inne używki wpływające na psychikę. Krótko - nawet kurwa o tym nie myśl! I mówię poważnie. Wiesz dobrze, co takie substancje robią z głową nawet podczas ich używania w kontrolowanych warunkach. Miejsce opuszczone to nie są kontrolowane warunki. Im trzeźwiejszy osąd sytuacji tym większa pewność, że nie napytasz biedy sobie i ludziom, którzy Ci towarzyszą.

3. Zachowanie na miejscu.

Naczelna zasada urbexu mówi "Jedyne co zostawiamy, to ślady stóp. Jedyne, co zabieramy to wykonane przez nas zdjęcia". I tego się trzymajmy. Czemu? Atrakcyjność miejscówek jest mierzona przede wszystkim zastanymi w niej przedmiotami czy elementami wystroju. To wszystko tworzy pewien niepowtarzalny klimat zatrzymanego czasu. Niestety, nie raz widziałem całkiem fajne miejsca rozszabrowane przez ludzi, który z urbexem nie mieli nic wspólnego. Jeśli zaczynasz bawić się w urbex, nie pomagaj zwykłym wandalom. Nie zabieraj przedmiotów, nie niszcz ich i nie zmieniaj ich położenia. Pamiętaj, że nie jesteś jedynym eksploratorem. Po Tobie przyjdą tu inni, którzy też będą chcieli zrobić fajne zdjęcia czy po prostu poczuć to coś, co przyciąga nas, pasjonatów w takie miejsca. Dobra, powiesz "Nic się nie stanie, jak wezmę ten dokument czy jakąś inną pierdółkę". Tyle, że Ty weźmiesz jedno, kolega drugie, po Was przyjdzie jeszcze pięciu innych, którzy też coś wezmą. Reszty dopełnią wandale i... fajna miejscówka staje się miejscem kompletnie niewartym uwagi. Zachowuj się na miejscówce jak w muzeum. Tak, jak w Luwrze nie wyciąga się łapy po obraz przedstawiający Giocondę, tak i na miejscówce nie robi się rozpierduchy i nie uprawia się szabru. 


Im ciszej się poruszasz, tym lepiej dla wszystkich. Owszem, Ty nie robisz nic złego, bo przyszedłeś tylko zrobić kilka zdjęć, jednak dla służb patrolujących okolice takich pustostanów nie jest to takie oczywiste. Nie zabieraj na wyprawę żadnych złodziejskich zabawek - łomów, przecinaków, nożyc do stali. Co za tym idzie, nie otwieraj "na chama" tego, co jest zamknięte czy zablokowane. Czasem lepiej odpuścić sobie jakieś pomieszczenie, niż potem odpowiadać za włamanie lub usiłowanie kradzieży złomu. Z aparatem w dłoni masz szansę się wytłumaczyć. Łom czy nożyce obniżają wiarygodność. Znacznie.

4. Bezpieczeństwo.

MYŚL, MYŚL I JESZCZE RAZ MYŚL! W eksplorowaniu opuszczonych miejsc to podstawa wszelkich podstaw. Jeśli już jesteś na miejscówce, trzymaj się kolejnych zasad:


Nie kozakuj, nie strzelaj popisówy, nie zgrywaj twardziela. Urbex jest niebezpieczny, jednak mądrzy eksploratorzy robią wszystko, aby zabawa była w miarę możliwości bezpieczna. Jeśli Ty drogi Czytelniku bezpieczeństwo masz w dupie, do wyposażenia z punktu pierwszego dolicz sobie plastikowy worek. Tak, taki duży, czarny lub biały, z suwakiem. Przynajmniej służby ratunkowe nie będą musiały fatygować się po swój.

Miej oczy dookoła głowy. Zwracaj uwagę na to, po czym idziesz i co jest nad Tobą. Skręcona noga czy przydzwonienie czerepem w coś wystającego z sufitu psuje zabawę. I boli. Naprawdę cholernie boli.

Oceniaj ryzyko. Jeśli schody nie wyglądają na zbyt mocne, to zapewne tak jest. Betonowe dość mocno opierają się upływowi czasu, jednak drewniane mogą stać się śmiertelną pułapką. Nie wiesz przecież ile lat to wszystko stało bez konserwacji i ile pokoleń korników organizowało sobie dziką imprę w tej konstrukcji. Jeśli betonowe schody nie posiadają poręczy (a zwykle nie posiadają, ot... ktoś się nie bał i zajebał), poruszaj się przy ścianie. Przed wejściem na jakąkolwiek drabinkę sprawdź dwa razy, czy jest ona dobrze osadzona. Szarpnij, uwieś się, ale nie pchaj się na nią "na spontanie". Uważaj na szyby wind. Jeśli przy eksploracji wysokiego budynku natrafisz na kabinę windy zatrzymaną na wyższych piętrach, nie właź do niej! Po kilkunastu latach napięte, niekonserwowane liny mogą mieć wytrzymałość sznurka. Nie zbliżaj się do zawałów, osuwisk czy innych miejsc, gdzie konstrukcja budynku uległa zniszczeniu sama z siebie. Nigdy nie wiadomo, czy wszystko zawaliło się do końca i czy Twój ciężar lub wibracje wywołane krokami nie pociągną dalej tego procesu. Nie dotykaj przewodów. Niekiedy w nawet bardzo starych budynkach instalacja nadal może być pod napięciem. Omijaj szerokim łukiem beczki z chemikaliami czy butle z gazami. Nie majstruj przy tym, bo pomimo, że jest to stare, nadal może być cholernie niebezpieczne.

Konfrontacje. Jeśli widzisz, że zostałeś zauważony przez patrol policji czy straży miejskiej, NIE UCIEKAJ. Dlaczego masz nie uciekać? Ano dlatego, że ucieka ten, który ma coś na sumieniu. Może to spowodować podjęcie pościgu. Nie dość, że wzrasta wtedy ryzyko zrobienia sobie krzywdy, to po schwytaniu (i obezwładnieniu) ciężko raczej się wyjaśnia cel wizyty w obiekcie. Patrol Cię woła? Podchodzisz, tłumaczysz. Bez zbędnej spinki, z maksimum kultury. Pamiętaj, że to Ty łazisz po nie swoim terenie, więc nie jesteś na prawie. To, czy będziesz miał z tego tytułu problemy czy nie, zależy od dobrej woli służb. Jeśli ktoś jest odporny na tłumaczenie, i każe Ci teren opuścić, po prostu zwijaj manatki.

Jeżeli zauważysz, że w budynku znajduje się jakieś nawalone, imprezujące towarzystwo, również odpuść. Wrócisz, kiedy ich nie będzie. Lepiej poczekać dzień lub dwa, niż zarobić w zęby i stracić przy tym aparat lub telefon. Zapomnij o jakiejkolwiek walce. Dwóch na pięciu, naćpanych lub nawalonych, z włączonym agresorem i chuj-wie-czym w kieszeni - nie widzę tego. Lepiej unikać niż walczyć. W przypadku urbeksu emocje mają płynąć ze zwiedzania opuszczonego budynku, nie z jakiegoś amatorskiego, grupowego MMA z bandą nawalonych lub naćpanych typów.

Inna liga to bezdomni. Nie są raczej agresywni, jednak szanujmy to, że ci goście są tu "u siebie". Może to wydawać się śmieszne, ale dla dobrego urbeksowca pakt o nieagresji z mieszkańcami takich miejsc to rzecz bardzo cenna. Aby uniknąć bezdomnych, warto udawać się na miejscówki w dzień.