Pokazywanie postów oznaczonych etykietą społeczeństwo. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą społeczeństwo. Pokaż wszystkie posty
sobota, 18 marca 2017
wpieniony #05: Panoptikon, czyli "ślubuję ci miłość, wierność i uczciwość małżeńską, a moje hasło do FB to..."
Wyobraź sobie Czytelniku, że miałeś kumpla. Dobrego kumpla, co to zawsze można z nim było gdzieś się powłóczyć, odstawić coś nie do końca poważnego, spierać się nad wyższością silnika A nad silnikiem B, albo zwyczajnie i po słowiańsku przechylić z nim kieliszek popularnego w naszych kręgach kulturowych roztworu. Czas mijał, kontakty lekko się zatarły, bo i czasu mniej, praca, studia, ot, życie. Po jakimś czasie pewnie chciałeś znajomość odnowić. Otwierasz więc listę znajomych na popularnej społecznościówce. Nie ma chłopa! Umarł? Gorzej, ożenił się. On dał jakiejś pięknej białogłowie swoje nazwisko, a ona mu dała swoje... zaraz, moment, prr! Stop orkiestra, bo Felka biją! Dała... imię?!
Czytasz i nie wierzysz własnym oczom. Ale stoi jak byk, każdy piksel tekstu, który masz przed twarzą jasno daje do zrozumienia, że Twój dawny kumpel to już nie jest Atanazy Kowalski. Teraz to jest Atanazy Anna Kowalski. Co tu dzieje się? Noo... tu hardkorowo jest! Właśnie widzisz połączone konto dwojga gołąbków.
Dzwonisz do mnie. "Siemasz Arku, słuchaj... pstrykasz ty te różne uroczystości, weź no powiedz, czy ostatnio był jakiś update przysięgi małżeńskiej? Nie było? Nic o Facebooku? Na cywilnych też nic? No bo stary, zobacz, taka sytuacja..." Znam to uczucie kolego. I tak jak Ty pojąć go za jasną cholerę nie mogę. Ale próbuję.
Zbieram więc argumenty, opinie. Zaglądam w takie miejsca w internetach, że włos na kolanie się jeży. Czytam. Ręce opadają. Szczęka opada. Ludzie, wy tak serio?!
"Połączone konto to znak zaufania"
A kontrola to jego najwyższa forma, jak uże skazał Lenin. Jakoś ciężko mi uwierzyć, że taka decyzja zapadła wspólnie, w porozumieniu i za pełną zgodą obu stron. Zakładam, że ktoś musiał o to w jakichś okolicznościach poprosić, być może zażądać. Ktoś inny musiał się na to zgodzić. Jesteśmy tylko ludźmi. Mniej więcej na etapie wchodzenia w wiek dojrzewania odczuwamy coraz większą potrzebę prywatności. I ona nie mija. My ją mamy cały czas. Nie rezygnujemy z niej "bo tak". "Znak zaufania"? Raczej dowód. Kto wie, czy nie wymuszony...
"My nie mamy przed sobą żadnych tajemnic"
A czy, drogie gołąbki, nie zdajecie sobie sprawy z tego, że KTOŚ może mieć tajemnice przed którymś z Was? Nie macie tajemnic? Brawo. Tyle, że jeśli ja piszę do mojego kumpla Atanazego, to nie piszę do jego żony Anny. I nie, droga Anno. Nie chcę wyciągnąć go na wódę, na baby, czy na co Ci tam Twoja bujna wyobraźnia podpowiada. Chcę mu opowiedzieć o tym, jak poślizgnąłem się na schodach i potłukłem sobie lewy półdupek, a siniak na nim kształtem przypomina Grenlandię. Nie chcę, abyś po jednej wiadomości stwierdziła, że napisał tu jakiś debil i mówi o swoim półdupku. To jest nasz "inside joke", ta dupa, ta Grenlandia... Nie zrozumiesz, zresztą nie Twoja sprawa, bo ja Cię zupełnie nie znam. I nie wiem, czy wiadomość odbierze Atanazy czy Ty. A i Ty pomyśl o swojej przyjaciółce Marioli. Naprawdę chcesz, aby przypadkiem Atanazy trafił na jej wiadomość o spóźniającej się miesiączce albo wynikach badania ginekologicznego? Tak, to wszystko ludzkie, a nic co ludzkie obce być nie powinno, ale najpierw zapytaj Marioli, czy nie poczuje się głupio, kiedy otrzyma odpowiedź "Super, fajnie, że wszystko ok, przekażę Annie". Gołąbki, nie zawracajcie kijem Wisły. Czasy, w których komunikując się drogą prywatną, najpierw trzeba było się upewnić, "kto przy aparacie", a dopiero potem mówić, już minęły. Ja nie chcę, Mariola nie chce, nikt nie chce. Uszanujcie to.
"Bo ja muszę go/jej pilnować"
Znów - ej, powoli, stop! To jest związek czy zakład karny? Jeśli łudzisz się, że jeśli będziesz stale miał pod kontrolą konto swojej połówki, to taka taktyka jest świetną ochroną przed zdradą, porzuć złudzenia. Przed zdradą ochrony NIE MA. Kto jest podłym sukinsynem i się jej chce dopuścić, dopuści się, choćbyście chłopaku czy dziewczyno stawali na głowie. A jeśli Twoje życie ma polegać na trzymaniu kogoś przy sobie siłą, ewentualnie na ciągłym strachu, czy to stało się już, czy stanie się zaraz, czy może jednak nie, polecam głębokie zastanowienie się nad tym, z kim tańczysz. Nie moja sprawa, ale polecam. Tak po prostu.
"Bo my się tak kochamy..."
Super, gratuluję. Tyle, że bycie w zdrowym związku nie powinno równać się zacieraniu swojej tożsamości. Ja wiem, że w pierwszych miesiącach bycia ze sobą chciałoby się wykrzyczeć całemu światu, że "my razem", ale... portale społecznościowe udostępniają już mechanizmy do informowania świata o Waszym wspólnym szczęściu. Żyjemy w takich czasach, w których konto na tego typu portalach jest czymś w rodzaju naszej wizytówki. Czy tego chcemy czy nie, pracodawcy lubią przestudiować dostępne o nas treści. A stwierdzenie, że kandydat ma wspólne konto ze swoją żoną, albo że kandydatka ma wspólny profil ze swoim chłopakiem może wywołać mieszane uczucia. Bo to jednak takie... no niezbyt dojrzałe.
Wiem, że ten post może zabrzmieć jak wtrącanie się do czyjegoś życia. Bynajmniej. To raczej apel. Apel o zdrowe podejście do prywatności w związkach. Bycie z kimś nie oznacza, że nagle dwie osoby magicznie przemieniają się w jedną. Związki, w których partnerzy "orbitują" wokół siebie, a świat poza nimi nie istnieje, zwykle kończą kiepsko. Odcięcie partnera od jego dotychczasowego otoczenia - znajomych, przyjaciół, czasem rodziny spowoduje jedynie frustrację. Jeśli ktoś wierzy, że pełna kontrola nad drugą osobą to jakaś droga do szczęścia... no cóż... to cholernie przykre.
niedziela, 12 marca 2017
Prostactwo i prostota, czyli unboxing brzytwy Ockhama.
"Dla ludzi mam otwarte drzwi. Niewiele zabrać można mi. Ale jak ktoś mi da po pysku, oddam z nawiązką! Ja nie Chrystus..." śpiewał polski bard Jacek Kaczmarski w utworze "Prosty człowiek". No właśnie, kim w dzisiejszych czasach jest ten prosty człowiek? Czy w ogóle da się dziś takim być? A jeśli już się nim jest, to czy wypada? Czy prostota jest tożsama z prostactwem? Tyle pytań, niewiele jasnych odpowiedzi. Ale jako że lubię odpowiadać na trudne pytania, dziś odpowiem. Oto własnoręcznie napisana pochwała prostoty.
Czasy mamy skomplikowane. To fakt. Mnogość opcji do wyboru, postaw do popierania, ba! Nawet orientacji seksualnych do reprezentowania, przeróżne mody i style... Dużo, dużo, jeszcze więcej, przesyt! Mogłoby się wydawać, że dziś prostota umarła. Nosimy kwiatki na jej grób, zapalamy znicze i rzewnie wspominamy, jak to drzewiej bywało. Bo przecież kiedyś było prościej. To spory błąd. To, że jesteśmy przeładowani wszystkim, wcale nie musi oznaczać, że dane jest nam paść ofiarami klęski urodzaju. Można żyć prosto, być prostym. Trzeba tylko wiedzieć, gdzie leży granica. Granica pomiędzy prostotą, a prostactwem.
Prostota to NIE prostactwo.
I należy o tym wspomnieć już na samym początku. Prostota to nic innego, jak wyrażanie swoich myśli, poglądów i przekonań w sposób jasny i zrozumiały. To respektowanie norm w sposób czytelny dla siebie samego, ale i (może przede wszystkim) dla otoczenia. Prostactwo to BRAK myśli, poglądów i przekonań, brak znajomości norm. Człowiek prosty wie, jak postąpić w określonej sytuacji. Prostak kąsa, kopie i pluje, bo w ten sposób maskuje swój brak wiedzy. Odwraca uwagę od siebie swoim własnym często chamskim zachowaniem. Dlaczego? Bo się boi. Tak jak dzikie zwierzę zamknięte siłą w klatce. Z tym, że tu klatka to otoczenie, którego zwyczajnie nie rozumie. A niewiedza budzi strach.
Prostota to wiedza i rozumienie
A dokładnie wiedza o tym, że nie wszystko musi mieć drugie dno, oraz że naprawdę nie wszystko je ma. I rozumienie tego, kim jesteśmy. Współczesność przyzwyczaiła nas do tego, że wszystko, dosłownie wszystko musi być wielowarstwowe. Wypowiedź musi być ironiczna, zawierać zestaw ciętych ripost, do tego musi zawierać tysiąc przenośni na zdanie. Czynności, nawet te wykonywane codziennie muszą posiadać w sobie jakiś rys wyznawanej ideologii, część nas. Ubranie, jedzenie, sposób spędzania wolnego czasu, hobby - wszystko to staje się skodyfikowanym systemem, który powoli zaczyna zjadać własny ogon. Przestaje liczyć się esencja czynności, a "otoczka prawna" złożona z niepisanych reguł. Ginie przyjemność. Bo przecież "lajfstajl", więc jeśli przy minus 30 stopniach zakładam kalesony, zaraz muszę mieć przygotowany cały zestaw wypowiedzi i usprawiedliwień. Że jestem taki "retro", że to nawiązanie, że wyrażam w ten sposób, że... Pytam, po co? Przygotowujemy sobie scenariusze odpowiedzi na pytania, których gdzieś tak na 99,9% nikt nam nie zada. Jest -30 stopni Celsjusza, dlatego zakładam kalesony. Jestem głodny, więc jem, a jem to, co mi smakuje. Tyle. Współczesność buduje w nas przekonanie, że to wokół nas kręci się cały świat, że jesteśmy jakimiś gwiazdami, które od błysku lamp reporterskich dorobiły się już solidnej opalenizny. Żyjemy w ciągłym strachu o to, czy przypadkiem z lodówki nie wyskoczy dziennikarz i nie zapyta... Nie, nie zapyta. Nośmy takie gacie, jakie chcemy. Jedzmy to, co lubimy. Żyjmy.
Prostota to szczerość wobec siebie i innych
Od jakiegoś czasu możemy zauważyć rozwój epidemii pewnej z pozoru niegroźnej, ale dość nieprzyjemnej choroby dotykającej społeczeństwo. Ekspertoza, czyli expertosis vera objawia się głównie tym, że coraz więcej osób uważa się za ekspertów tylko dlatego, bo są specjalistami. Co ma to wspólnego z prostotą lub jej brakiem? Wbrew pozorom bardzo dużo. Otóż tym ludziom wydaje się, że aby być postrzeganym jako ekspert, trzeba komplikować. Wyjaśniać w sposób pełen dygresji, mówić dużo, używając przy tym fachowego żargonu, a jeśli uproszczenie czegoś jest niezbędne, stroić fochy, że motłoch śmiał zapytać o rzeczy oczywiste. To śmieszna postawa. Śmieszna i szkodliwa, dla siebie samego, ale i dla innych. Istota bycia ekspertem to właśnie opanowanie do perfekcji jak najprostszego wyjaśniania nawet bardzo skomplikowanych zagadnień, a jednocześnie bardziej umiejętność przyznania się do niewiedzy z postanowieniem jej uzupełnienia, niż uznanie siebie za wyrocznię, której wiedza jest w 100% kompletna. Tylko wtedy jesteśmy szczerzy wobec siebie, bo zdajemy sobie sprawę ze stanu naszej wiedzy i oceniamy go trzeźwo. Wtedy też jesteśmy szczerzy w stosunku do innych, bo nie musimy przed nimi nikogo grać. Nie bójmy się mówić, że nie wiemy, ale jeśli to niezbędne, nie tkwijmy w niewiedzy. Lepiej nie wiedzieć i być gotowym na zdobycie wiadomości, niż udawać, że wie się wszystko. I nam będzie lepiej ze sobą, i innym z nami.
Prostota zapewnia tu także komfort psychiczny, obu stronom. My wiemy, czego spodziewać się po innych, oni wiedzą to samo o nas.
Prostota to objaw pewności siebie
Zdrowej pewności siebie, pozbawionej wszelkich chorobliwych przerostów. Mówiąc "jak jest" nie zakładamy wyżej wymienionych masek ekspertów czy gwiazd. Jesteśmy w stu procentach sobą i nie boimy się tego. Wymaga to pewnej odwagi, bo nie zrzucimy wtedy już odpowiedzialności na jakieś nasze wyimaginowane alter ego. To napisałem ja, Arek. Nie ten mało popularny bloger z Radomia, nie fotograf, nie grafik, tylko ja. Ja jestem i blogerem, ale i fotografem oraz grafikiem, ale to cały czas ja. To nie są różni goście. Z tym wszystkim stoi jeden facet. Facet, który napisał to, co chciał napisać. Com napisał, napisałem.
I tak w uzupełnieniu - rozejrzyjcie się kiedyś po ulicach waszych miast. Zapewne zauważycie pstrokaciznę reklamową. Szyldy zawalone treścią, loga rozbudowane jak herby szlacheckie, ulotki walące po oczach wściekłą kolorystyką. Kiedy wrócicie do domu, otwórzcie sobie kilka głównych stron wiodących, światowych firm. Niech to będzie np. Apple, Porsche i... Google. Pierwsze, co rzuci wam się w oczy to porządek, czytelność i... no właśnie, prostota. Tak jest ze wszystkim. Mniej znaczy więcej. Nie bójmy się być prości, ale niech nas Świata Całego Budowniczy strzeże przed byciem prostakami. Tyle na dziś. :)
Czasy mamy skomplikowane. To fakt. Mnogość opcji do wyboru, postaw do popierania, ba! Nawet orientacji seksualnych do reprezentowania, przeróżne mody i style... Dużo, dużo, jeszcze więcej, przesyt! Mogłoby się wydawać, że dziś prostota umarła. Nosimy kwiatki na jej grób, zapalamy znicze i rzewnie wspominamy, jak to drzewiej bywało. Bo przecież kiedyś było prościej. To spory błąd. To, że jesteśmy przeładowani wszystkim, wcale nie musi oznaczać, że dane jest nam paść ofiarami klęski urodzaju. Można żyć prosto, być prostym. Trzeba tylko wiedzieć, gdzie leży granica. Granica pomiędzy prostotą, a prostactwem.
Prostota to NIE prostactwo.
I należy o tym wspomnieć już na samym początku. Prostota to nic innego, jak wyrażanie swoich myśli, poglądów i przekonań w sposób jasny i zrozumiały. To respektowanie norm w sposób czytelny dla siebie samego, ale i (może przede wszystkim) dla otoczenia. Prostactwo to BRAK myśli, poglądów i przekonań, brak znajomości norm. Człowiek prosty wie, jak postąpić w określonej sytuacji. Prostak kąsa, kopie i pluje, bo w ten sposób maskuje swój brak wiedzy. Odwraca uwagę od siebie swoim własnym często chamskim zachowaniem. Dlaczego? Bo się boi. Tak jak dzikie zwierzę zamknięte siłą w klatce. Z tym, że tu klatka to otoczenie, którego zwyczajnie nie rozumie. A niewiedza budzi strach.
Prostota to wiedza i rozumienie
A dokładnie wiedza o tym, że nie wszystko musi mieć drugie dno, oraz że naprawdę nie wszystko je ma. I rozumienie tego, kim jesteśmy. Współczesność przyzwyczaiła nas do tego, że wszystko, dosłownie wszystko musi być wielowarstwowe. Wypowiedź musi być ironiczna, zawierać zestaw ciętych ripost, do tego musi zawierać tysiąc przenośni na zdanie. Czynności, nawet te wykonywane codziennie muszą posiadać w sobie jakiś rys wyznawanej ideologii, część nas. Ubranie, jedzenie, sposób spędzania wolnego czasu, hobby - wszystko to staje się skodyfikowanym systemem, który powoli zaczyna zjadać własny ogon. Przestaje liczyć się esencja czynności, a "otoczka prawna" złożona z niepisanych reguł. Ginie przyjemność. Bo przecież "lajfstajl", więc jeśli przy minus 30 stopniach zakładam kalesony, zaraz muszę mieć przygotowany cały zestaw wypowiedzi i usprawiedliwień. Że jestem taki "retro", że to nawiązanie, że wyrażam w ten sposób, że... Pytam, po co? Przygotowujemy sobie scenariusze odpowiedzi na pytania, których gdzieś tak na 99,9% nikt nam nie zada. Jest -30 stopni Celsjusza, dlatego zakładam kalesony. Jestem głodny, więc jem, a jem to, co mi smakuje. Tyle. Współczesność buduje w nas przekonanie, że to wokół nas kręci się cały świat, że jesteśmy jakimiś gwiazdami, które od błysku lamp reporterskich dorobiły się już solidnej opalenizny. Żyjemy w ciągłym strachu o to, czy przypadkiem z lodówki nie wyskoczy dziennikarz i nie zapyta... Nie, nie zapyta. Nośmy takie gacie, jakie chcemy. Jedzmy to, co lubimy. Żyjmy.
Prostota to szczerość wobec siebie i innych
Od jakiegoś czasu możemy zauważyć rozwój epidemii pewnej z pozoru niegroźnej, ale dość nieprzyjemnej choroby dotykającej społeczeństwo. Ekspertoza, czyli expertosis vera objawia się głównie tym, że coraz więcej osób uważa się za ekspertów tylko dlatego, bo są specjalistami. Co ma to wspólnego z prostotą lub jej brakiem? Wbrew pozorom bardzo dużo. Otóż tym ludziom wydaje się, że aby być postrzeganym jako ekspert, trzeba komplikować. Wyjaśniać w sposób pełen dygresji, mówić dużo, używając przy tym fachowego żargonu, a jeśli uproszczenie czegoś jest niezbędne, stroić fochy, że motłoch śmiał zapytać o rzeczy oczywiste. To śmieszna postawa. Śmieszna i szkodliwa, dla siebie samego, ale i dla innych. Istota bycia ekspertem to właśnie opanowanie do perfekcji jak najprostszego wyjaśniania nawet bardzo skomplikowanych zagadnień, a jednocześnie bardziej umiejętność przyznania się do niewiedzy z postanowieniem jej uzupełnienia, niż uznanie siebie za wyrocznię, której wiedza jest w 100% kompletna. Tylko wtedy jesteśmy szczerzy wobec siebie, bo zdajemy sobie sprawę ze stanu naszej wiedzy i oceniamy go trzeźwo. Wtedy też jesteśmy szczerzy w stosunku do innych, bo nie musimy przed nimi nikogo grać. Nie bójmy się mówić, że nie wiemy, ale jeśli to niezbędne, nie tkwijmy w niewiedzy. Lepiej nie wiedzieć i być gotowym na zdobycie wiadomości, niż udawać, że wie się wszystko. I nam będzie lepiej ze sobą, i innym z nami.
Prostota zapewnia tu także komfort psychiczny, obu stronom. My wiemy, czego spodziewać się po innych, oni wiedzą to samo o nas.
Prostota to objaw pewności siebie
Zdrowej pewności siebie, pozbawionej wszelkich chorobliwych przerostów. Mówiąc "jak jest" nie zakładamy wyżej wymienionych masek ekspertów czy gwiazd. Jesteśmy w stu procentach sobą i nie boimy się tego. Wymaga to pewnej odwagi, bo nie zrzucimy wtedy już odpowiedzialności na jakieś nasze wyimaginowane alter ego. To napisałem ja, Arek. Nie ten mało popularny bloger z Radomia, nie fotograf, nie grafik, tylko ja. Ja jestem i blogerem, ale i fotografem oraz grafikiem, ale to cały czas ja. To nie są różni goście. Z tym wszystkim stoi jeden facet. Facet, który napisał to, co chciał napisać. Com napisał, napisałem.
I tak w uzupełnieniu - rozejrzyjcie się kiedyś po ulicach waszych miast. Zapewne zauważycie pstrokaciznę reklamową. Szyldy zawalone treścią, loga rozbudowane jak herby szlacheckie, ulotki walące po oczach wściekłą kolorystyką. Kiedy wrócicie do domu, otwórzcie sobie kilka głównych stron wiodących, światowych firm. Niech to będzie np. Apple, Porsche i... Google. Pierwsze, co rzuci wam się w oczy to porządek, czytelność i... no właśnie, prostota. Tak jest ze wszystkim. Mniej znaczy więcej. Nie bójmy się być prości, ale niech nas Świata Całego Budowniczy strzeże przed byciem prostakami. Tyle na dziś. :)
czwartek, 2 czerwca 2016
Nie zabijaj* (*także: dziecka, które w Tobie siedzi)
Pierwszy czerwca. Międzynarodowy Dzień Dziecka. Uśmiechasz się pod nosem, bo doskonale wiesz, jak bardzo się na ten dzień czekało. Uśmiechasz się, a za chwilę przechodzi Ci przez myśl, że to przecież już nie jest Twoje święto. Nawet nie wiesz, kiedy to się stało, prawda? Kiedy po prostu wyszedłeś z piaskownicy, aby już nigdy do niej nie wrócić.
To nie było gwałtowne zjawisko. Raczej proces. Stopniowy, powolny proces wygaszania w nas tego, co niedojrzałe, zastępowania tym, co według nas dorosłe. Chyba nawet bardzo nie bolało, działało przecież mocne znieczulenie pod postacią wizji nas jako dojrzałych ludzi. Takich, z których zdaniem każdy się liczy. Takich, którzy mogą wypowiadać się na poważne tematy bez ryzyka, że ujrzą ten dziwny cień uśmiechu u rozmówcy. W końcu takich, którym wszystko wolno. Czekaliśmy na tę osiemnastkę jak na zbawienie. Już! Zaraz! Teraz! "Sto lat!", "wszystkiego, co najlepsze! Powodzenia w dorosłym życiu". Może jakaś rada od rodziców, jakaś złota myśl wprowadzająca nas w dorosłość? Może. Chociaż nie zawsze. Właściwie i bez tego się obyło. Czasem dlatego, bo my i tak wiedzieliśmy swoje. Czasem dlatego, bo nie było na to czasu. A czasem nie miał kto tej rady udzielić. Bo chociaż był, nie umiał. Jakkolwiek by jednak nie było - my już przekroczyliśmy tę magiczną granicę. Nie, nie otworzyły się niebiosa, nie spłynął na nas z nich złoty pył. Dzień przed osiemnastką był taki, jak i dzień po niej. I nadal ktoś śmiał powiedzieć "dzieciak jesteś, nie zrozumiesz". A my tak się przed tym broniliśmy! Bo przecież... Dzieckiem nie byliśmy już wcześniej. Mieliśmy przecież JUŻ TE 14, 15, 16 lat. I wiedzieliśmy przecież o życiu niemal wszystko. Wiedzieliśmy, jak smakuje dym z papierosa, jaki smak mają usta dziewczyny, a jaki piwo wypite gdzieś na szybko, w tajemnicy. Poznaliśmy na własnej skórze, co to jest ta cholerna miłość i jak to sukinsyństwo potrafi zaboleć. Kto wie? Może i o przeciwny biegun się otarliśmy. O śmierć. Ktoś bliski odszedł, ktoś kogo znaliśmy odszedł, idol odszedł. A my? Wiedzieliśmy już, że na zawsze. Jako dzieci nie rozumiemy wymiaru, siły i wszechmocy słowa "wieczność", "na zawsze". I tak zapytamy "czyli do kiedy? Na ile?" A jako nastolatkom pojęcie wieczności zajmuje nam czas potrzebny do pstryknięcia palcami. Przecież wtedy wszystko jest "na wieczność" - miłość, przyjaźń, nienawiść. Nasza młodość też wydaje się wtedy niewyczerpana, wieczna. Tak więc magiczną zaporę w postaci osiemnastki przecięliśmy niemal błyskawicznie, z rozpędu. Już z jakimś tam bagażem doświadczeń. Więc czemu do cholery oni mówią, że jeszcze jesteśmy dzieciakami?! Nie jesteśmy! Chcemy być dorośli, już teraz! Zaraz! Odrzucaliśmy dziecięcość jak ciężar, jak zarazę.
No... i jesteśmy tu, gdzie tak chcieliśmy być. Powoli zbliżamy się do trzydziestki. Nadal młodzi, ale już nikt nam nie powie, że młokosy. Nadal jeszcze energiczni. Mamy swoje pasje, spełniamy je. Rozwijamy się. Budujemy swoje własne światy. Nie kupujemy tanich bajek, z naiwności wyleczyło nas życie. O dzieciństwie dawno już zapomnieliśmy, bo często mamy przecież już swoje dzieci, próbujemy więc dla nich być autorytetem. Czasem nawet się to udaje. I świetnie. Przecież właśnie o to chodzi. Tylko... czasem jest ciężko. Czasem coś zaboli. I chciałoby się tak po prostu mieć święty spokój. Zastanawiamy się, kiedy my ostatnio taki spokój mieliśmy i nagle "Eureka! No przecież! Wiadomo kiedy! Jak człowiek dzieciakiem był to..."
Był? A... może nie jest jeszcze za późno? Może to dziecko, które w nas siedziało, wcale nie umarło? Może je tylko czymś przysłoniliśmy, przykryliśmy, kazaliśmy mu milczeć. Wypadałoby teraz je nieco z tego wszystkiego odkopać, otrzepać z pyłu. I przede wszystkim, cholera, ładnie przeprosić.
Nie mam na myśli tego, że w reakcji na stresy codzienności powinniśmy wszyscy jak na komendę zdziecinnieć. To nie doprowadzi do niczego dobrego. Chodzi mi raczej o to, żeby odkryć na nowo to, co przecież kiedyś było naszymi odruchami. I czasem to zastosować, użyć tego. Nie wstydząc się przed samym sobą, że to przyjemne. A co to jest? No ludzie... popatrzcie na dzieci! To najlepsi instruktorzy!
Cieszmy się - a raczej nauczmy cieszyć się własnymi sukcesami i małymi przyjemnościami tak, aby wyeliminować z tej radości strach przed surową oceną totalnie anonimowych ludzi. Ludzi, których nasz sukces boli. Ludzi, którzy wprost marzą o tym, abyśmy nawet nosa nie wyściubili z tej szarej masy, którą tworzą. Niech każdy sukces będzie naszym prywatnym świętem. Nie bójmy się, że idąc po ulicy z uśmiechem na twarzy, zranimy czy oburzymy jakiegoś losowego Kowalskiego albo inną Malinowską. Skoro kogoś jest w stanie urazić promieniowanie szczęścia od zupełnie obcej osoby, to zapewne jest to człowiek, którego właściwie uraża wszystko. Taki trochę "gdzie byś nie strzelił, we mnie trafisz" jak pisał mistrz Stachura. Jeśli nie my go urazimy, to zrobi to trawa. Bo menda, za bardzo się zieleni, no...
Dziwmy się - przerażające jest to, jak bardzo jako dorośli potrafimy udawać obojętność. Przecież nie widzieliśmy wszystkiego, nie próbowaliśmy każdej fajnej rzeczy na świecie, pewne ciekawe sytuacje są dla nas kompletną nowością. A i tak udajemy, że przecież to nic wielkiego. Zabawna poza. Człowiek wewnątrz aż kipi z radochy, a na zewnątrz taki... słup. No bo co? "Samolot jak samolot", "jedzenie jak jedzenie", "miasto jak miasto". A wiecie, czemu tak dobrze wspominamy dzieciństwo? Bo wtedy odkrywaniu świata towarzyszyły nam... emocje! A emocje najłatwiej wchodzą w pamięć. W którymś momencie stwierdziliśmy, że należy świat odkrywać bez emocji. Na chłodno. Nic więc dziwnego, że wszystko wydaje nam się marne, nijakie i identyczne. Owszem, zjedliśmy coś nowego. Owszem, byliśmy w ciekawym miejscu. Ale... rozdzieliśmy odkrywanie od emocji. Dlatego "samolot jak samolot", "jedzenie jak jedzenie", a "miasto jak miasto".
Słuchajmy siebie - brzmi banalnie, nie? Każdy "kołcz" czy inny "nauczyciel życia" w przydużym gajerku ma taką mantrę, którą ciska z rękawa: "Wsłuchaj się w siebie, słuchaj serca, podążaj za nim, tako rzekłem, dwieście złotych się należy, przelew, karta czy gotówka?" Tymczasem dzieci wcale nie trzeba tego uczyć. One to wiedzą, robią to niemal automatycznie. Szybko wyczuwają, kto im sprzyja, kto nie, kto mówi im prawdę, a kto ciśnie kit najlepszego gatunku. Sami tak mieliśmy, nieprawdaż? Wiedzieliśmy, jakoś tak w środku, że akurat ten znajomy rodziców to nie jest fajny, że rodzice prowadzą nas do lekarza, że ten kolega to chyba coś ściemnia... I praktycznie zawsze się nie myliliśmy. Jak czuliśmy, że nie będzie fajnie, to było niefajnie. Ale dorośliśmy. I zaczęliśmy racjonalizować, czyli mówiąc po ludzku, nadużywać "no może i..., ale..." "Może i kawał chama, ale pewnie się zmieni", "No może i nie warto, ale nie przestanę". Walczymy z przeczuciem. I cierpimy. Tymczasem ten głos z tyłu głowy nie jest w niej dla picu. On tam ma być. I jeśli podpowiada, że mogą być z tego czy tamtego srogie kłopoty, to raczej ma rację.
Doceniajmy małe rzeczy - zdjęcie wlepki ilustrujące mój dzisiejszy wpis zrobiłem kilka lat temu. Zastanawiałem się nieraz nad sensem tych słów. A sens jest tu bardzo prosty - doceniajmy małe, chwilowe, ulotne, fajne rzeczy. Dzieci w sklepie zoologicznym oglądające rybki odcinają się na chwilę od świata. Są tylko one i tylko rybki. Nie było wczoraj, nie ma jutra - one i rybki, rybki i one. Umiemy tak? Chociaż przez chwilę czerpać radość z jakiejś pierdółki? Jeśli umiemy - świetnie. Jeśli nie - nauczmy się tego. Jako dorośli zapędziliśmy się trochę. Zaczęliśmy żyć w przekonaniu, że doceniać należy tylko to, co jest potężne, wielkie, a najlepiej drogie i okupione krwią, potem oraz łzami. Tak, wielkie rzeczy doceniać należy. Ale i te mniejsze potrafią dać radość. Czasem nawet właśnie ich mały rozmiar i ulotność powodują, że są potężniejsze niż te majestatyczne, w które tak lubimy wlepiać wzrok. Niech to będą rybki w akwarium sklepu zoologicznego. Niech to będzie ten gość, który nas przepuścił, kiedy chcieliśmy wreszcie wyjechać z tej cholernej uliczki. Niech to będzie zapach deszczu. Cokolwiek.
Przeprośmy tego dzieciaka, który w nas siedzi. On na to czeka... :)
To nie było gwałtowne zjawisko. Raczej proces. Stopniowy, powolny proces wygaszania w nas tego, co niedojrzałe, zastępowania tym, co według nas dorosłe. Chyba nawet bardzo nie bolało, działało przecież mocne znieczulenie pod postacią wizji nas jako dojrzałych ludzi. Takich, z których zdaniem każdy się liczy. Takich, którzy mogą wypowiadać się na poważne tematy bez ryzyka, że ujrzą ten dziwny cień uśmiechu u rozmówcy. W końcu takich, którym wszystko wolno. Czekaliśmy na tę osiemnastkę jak na zbawienie. Już! Zaraz! Teraz! "Sto lat!", "wszystkiego, co najlepsze! Powodzenia w dorosłym życiu". Może jakaś rada od rodziców, jakaś złota myśl wprowadzająca nas w dorosłość? Może. Chociaż nie zawsze. Właściwie i bez tego się obyło. Czasem dlatego, bo my i tak wiedzieliśmy swoje. Czasem dlatego, bo nie było na to czasu. A czasem nie miał kto tej rady udzielić. Bo chociaż był, nie umiał. Jakkolwiek by jednak nie było - my już przekroczyliśmy tę magiczną granicę. Nie, nie otworzyły się niebiosa, nie spłynął na nas z nich złoty pył. Dzień przed osiemnastką był taki, jak i dzień po niej. I nadal ktoś śmiał powiedzieć "dzieciak jesteś, nie zrozumiesz". A my tak się przed tym broniliśmy! Bo przecież... Dzieckiem nie byliśmy już wcześniej. Mieliśmy przecież JUŻ TE 14, 15, 16 lat. I wiedzieliśmy przecież o życiu niemal wszystko. Wiedzieliśmy, jak smakuje dym z papierosa, jaki smak mają usta dziewczyny, a jaki piwo wypite gdzieś na szybko, w tajemnicy. Poznaliśmy na własnej skórze, co to jest ta cholerna miłość i jak to sukinsyństwo potrafi zaboleć. Kto wie? Może i o przeciwny biegun się otarliśmy. O śmierć. Ktoś bliski odszedł, ktoś kogo znaliśmy odszedł, idol odszedł. A my? Wiedzieliśmy już, że na zawsze. Jako dzieci nie rozumiemy wymiaru, siły i wszechmocy słowa "wieczność", "na zawsze". I tak zapytamy "czyli do kiedy? Na ile?" A jako nastolatkom pojęcie wieczności zajmuje nam czas potrzebny do pstryknięcia palcami. Przecież wtedy wszystko jest "na wieczność" - miłość, przyjaźń, nienawiść. Nasza młodość też wydaje się wtedy niewyczerpana, wieczna. Tak więc magiczną zaporę w postaci osiemnastki przecięliśmy niemal błyskawicznie, z rozpędu. Już z jakimś tam bagażem doświadczeń. Więc czemu do cholery oni mówią, że jeszcze jesteśmy dzieciakami?! Nie jesteśmy! Chcemy być dorośli, już teraz! Zaraz! Odrzucaliśmy dziecięcość jak ciężar, jak zarazę.
No... i jesteśmy tu, gdzie tak chcieliśmy być. Powoli zbliżamy się do trzydziestki. Nadal młodzi, ale już nikt nam nie powie, że młokosy. Nadal jeszcze energiczni. Mamy swoje pasje, spełniamy je. Rozwijamy się. Budujemy swoje własne światy. Nie kupujemy tanich bajek, z naiwności wyleczyło nas życie. O dzieciństwie dawno już zapomnieliśmy, bo często mamy przecież już swoje dzieci, próbujemy więc dla nich być autorytetem. Czasem nawet się to udaje. I świetnie. Przecież właśnie o to chodzi. Tylko... czasem jest ciężko. Czasem coś zaboli. I chciałoby się tak po prostu mieć święty spokój. Zastanawiamy się, kiedy my ostatnio taki spokój mieliśmy i nagle "Eureka! No przecież! Wiadomo kiedy! Jak człowiek dzieciakiem był to..."
Był? A... może nie jest jeszcze za późno? Może to dziecko, które w nas siedziało, wcale nie umarło? Może je tylko czymś przysłoniliśmy, przykryliśmy, kazaliśmy mu milczeć. Wypadałoby teraz je nieco z tego wszystkiego odkopać, otrzepać z pyłu. I przede wszystkim, cholera, ładnie przeprosić.
Nie mam na myśli tego, że w reakcji na stresy codzienności powinniśmy wszyscy jak na komendę zdziecinnieć. To nie doprowadzi do niczego dobrego. Chodzi mi raczej o to, żeby odkryć na nowo to, co przecież kiedyś było naszymi odruchami. I czasem to zastosować, użyć tego. Nie wstydząc się przed samym sobą, że to przyjemne. A co to jest? No ludzie... popatrzcie na dzieci! To najlepsi instruktorzy!
Cieszmy się - a raczej nauczmy cieszyć się własnymi sukcesami i małymi przyjemnościami tak, aby wyeliminować z tej radości strach przed surową oceną totalnie anonimowych ludzi. Ludzi, których nasz sukces boli. Ludzi, którzy wprost marzą o tym, abyśmy nawet nosa nie wyściubili z tej szarej masy, którą tworzą. Niech każdy sukces będzie naszym prywatnym świętem. Nie bójmy się, że idąc po ulicy z uśmiechem na twarzy, zranimy czy oburzymy jakiegoś losowego Kowalskiego albo inną Malinowską. Skoro kogoś jest w stanie urazić promieniowanie szczęścia od zupełnie obcej osoby, to zapewne jest to człowiek, którego właściwie uraża wszystko. Taki trochę "gdzie byś nie strzelił, we mnie trafisz" jak pisał mistrz Stachura. Jeśli nie my go urazimy, to zrobi to trawa. Bo menda, za bardzo się zieleni, no...
Dziwmy się - przerażające jest to, jak bardzo jako dorośli potrafimy udawać obojętność. Przecież nie widzieliśmy wszystkiego, nie próbowaliśmy każdej fajnej rzeczy na świecie, pewne ciekawe sytuacje są dla nas kompletną nowością. A i tak udajemy, że przecież to nic wielkiego. Zabawna poza. Człowiek wewnątrz aż kipi z radochy, a na zewnątrz taki... słup. No bo co? "Samolot jak samolot", "jedzenie jak jedzenie", "miasto jak miasto". A wiecie, czemu tak dobrze wspominamy dzieciństwo? Bo wtedy odkrywaniu świata towarzyszyły nam... emocje! A emocje najłatwiej wchodzą w pamięć. W którymś momencie stwierdziliśmy, że należy świat odkrywać bez emocji. Na chłodno. Nic więc dziwnego, że wszystko wydaje nam się marne, nijakie i identyczne. Owszem, zjedliśmy coś nowego. Owszem, byliśmy w ciekawym miejscu. Ale... rozdzieliśmy odkrywanie od emocji. Dlatego "samolot jak samolot", "jedzenie jak jedzenie", a "miasto jak miasto".
Słuchajmy siebie - brzmi banalnie, nie? Każdy "kołcz" czy inny "nauczyciel życia" w przydużym gajerku ma taką mantrę, którą ciska z rękawa: "Wsłuchaj się w siebie, słuchaj serca, podążaj za nim, tako rzekłem, dwieście złotych się należy, przelew, karta czy gotówka?" Tymczasem dzieci wcale nie trzeba tego uczyć. One to wiedzą, robią to niemal automatycznie. Szybko wyczuwają, kto im sprzyja, kto nie, kto mówi im prawdę, a kto ciśnie kit najlepszego gatunku. Sami tak mieliśmy, nieprawdaż? Wiedzieliśmy, jakoś tak w środku, że akurat ten znajomy rodziców to nie jest fajny, że rodzice prowadzą nas do lekarza, że ten kolega to chyba coś ściemnia... I praktycznie zawsze się nie myliliśmy. Jak czuliśmy, że nie będzie fajnie, to było niefajnie. Ale dorośliśmy. I zaczęliśmy racjonalizować, czyli mówiąc po ludzku, nadużywać "no może i..., ale..." "Może i kawał chama, ale pewnie się zmieni", "No może i nie warto, ale nie przestanę". Walczymy z przeczuciem. I cierpimy. Tymczasem ten głos z tyłu głowy nie jest w niej dla picu. On tam ma być. I jeśli podpowiada, że mogą być z tego czy tamtego srogie kłopoty, to raczej ma rację.
Doceniajmy małe rzeczy - zdjęcie wlepki ilustrujące mój dzisiejszy wpis zrobiłem kilka lat temu. Zastanawiałem się nieraz nad sensem tych słów. A sens jest tu bardzo prosty - doceniajmy małe, chwilowe, ulotne, fajne rzeczy. Dzieci w sklepie zoologicznym oglądające rybki odcinają się na chwilę od świata. Są tylko one i tylko rybki. Nie było wczoraj, nie ma jutra - one i rybki, rybki i one. Umiemy tak? Chociaż przez chwilę czerpać radość z jakiejś pierdółki? Jeśli umiemy - świetnie. Jeśli nie - nauczmy się tego. Jako dorośli zapędziliśmy się trochę. Zaczęliśmy żyć w przekonaniu, że doceniać należy tylko to, co jest potężne, wielkie, a najlepiej drogie i okupione krwią, potem oraz łzami. Tak, wielkie rzeczy doceniać należy. Ale i te mniejsze potrafią dać radość. Czasem nawet właśnie ich mały rozmiar i ulotność powodują, że są potężniejsze niż te majestatyczne, w które tak lubimy wlepiać wzrok. Niech to będą rybki w akwarium sklepu zoologicznego. Niech to będzie ten gość, który nas przepuścił, kiedy chcieliśmy wreszcie wyjechać z tej cholernej uliczki. Niech to będzie zapach deszczu. Cokolwiek.
Przeprośmy tego dzieciaka, który w nas siedzi. On na to czeka... :)
Etykiety:
dorosłość,
dzieciństwo,
ludzie,
małe rzeczy,
młodzież,
obudź w sobie dziecko,
powrót do dzieciństwa,
psychika,
psychologia,
radość,
relacje międzyludzkie,
społeczeństwo,
życie
sobota, 2 kwietnia 2016
#wpieniony: 02 - Używanie stwierdzeń, których znaczenia się nie zna.
"Bynajmniej przyszłam, jej w ogóle nie było, a to znaczy że jest głupia, bo wyjątek potwierdza regułę, zresztą nawet jak coś powie to wiadomo - winny się tłumaczy! A ta jej sukienka... no o gustach się nie dyskutuje, ale jak ona może w takiej chodzić?". Znacie to? Znacie, znacie. Każdy zna. Nie da się nie zauważyć, że masa ludzi używa określeń, stwierdzeń i wyrazów, których znaczenia nie rozumie, a właściwej formy nie zna.
Czemu ludzie to robią? Cóż, powody są różne. Najczęstszym powodem nie jest, jak się wydaje, chęć zabłyśnięcia czy potwierdzenia swojej elokwencji, ale.. kopiowanie. Ot, ktoś usłyszał, stwierdził, że ładnie brzmi i powtarza. Często nie wnikając nawet w to, co właściwie powtarza. Pewnego rodzaju stwierdzenia mogą zwyczajnie irytować, szczególnie jeśli nie są używane we właściwym kontekście. Stworzyłem więc taką małą listę. Każdy jej punkt powoduje u mnie mikrozawał, ból ósemek i kolkę wątrobową na raz. Bez zbędnego gadania, oto ona:
"Winny się tłumaczy"
Używane najczęściej w sytuacji, w której ktoś oskarżany o cokolwiek (słusznie, bądź nie), zaczyna wyjaśniać okoliczności. Wyświechtane, durne powiedzonko. Rozumiem, że kiedy używającego tego tekstu ktoś kiedyś oskarży o ludobójstwo, dzieciobójstwo i jazdę bez biletu, będzie milczał? Nie odezwie się ani jednym słowem, po prostu przyjmie jakieś kosmiczne zarzuty z pochyloną głową, no bo... winny się tłumaczy. I już. A figę! Winny, niewinny - każdy ma prawo złożyć wyjaśnienia odnośnie okoliczności tego, co jest mu zarzucane. To, że ktoś odpiera kretyńskie wręcz zarzuty, wcale nie przesądza o jego winie.
"O gustach się nie dyskutuje"
Owszem, dyskutuje się. Głównie o gustach. Prawidłowo użyte stwierdzenie powinno brzmieć raczej "o cudzych gustach się nie dyskutuje". Wtedy jest jak najbardziej prawidłowe, bo ostatecznie nie nam oceniać, co komuś się podoba. Jednak ogólna dyskusja o gustach jest jak najbardziej wskazana i... jest rzeczą totalnie powszechną. Myślę, że 90% procent ludzkich dyskusji to dyskusje właśnie o gustach. Z tym, że o własnych. Dyskutując, bronimy własnego stanowiska, a stanowisko nie wzięło się przecież z powietrza - składa się z naszego pozytywnego/negatywnego nastawienia do określonego przedmiotu. A nastawienie skąd się wzięło? Ano... wynika po części z naszego gustu. Reasumując - każda wymiana poglądów na określony temat, to dyskusja właśnie o gustach. Dyskutuje się więc o nich. I już. Nie należy tylko oceniać cudzych.
"Wyjątek potwierdza regułę"
Spotykane bardzo często, prawie zawsze w nieprawidłowym zastosowaniu. Zwykle w sytuacji, w której używający rozumie to w taki sposób - skoro ktoś posiada pewne (zwykle negatywne) cechy, jest to potwierdzeniem przynależności do grupy, do której chciałoby się go zaliczyć, a która takimi cechami się legitymuje (faktycznie bądź rzekomo). Coś na zasadzie "Pijak. I złodziej. Bo każdy pijak to złodziej". Tymczasem jest to totalna ślepa uliczka, bardzo daleka od właściwego znaczenia. A jakie ono jest? Bardzo proste. Wystarczy tylko rozwinąć zdanie. Wyjątek potwierdza regułę od której go utworzono. Inaczej mówiąc, istnienie wyjątku oznacza, że istnieje jakaś reguła, od której można tworzyć wyjątki. Dla przykładu - jeśli na drzwiach firmy widzimy naklejkę z informacją "W soboty i niedziele nieczynne" (wyjątek), to oznacza że w pozostałe dni tygodnia firma jest czynna (reguła). Jeśli pod zakazem wjazdu widzimy tabliczkę "Nie dotyczy mieszkańców budynku" (wyjątek) rozumiemy to tak, że dla innych osób zakaz nadal obowiązuje (reguła). I tyle. "Arek jest głupi, więc wszystkie Arki są głupie" się tu nie łapie. Zupełnie.
"Bynajmniej"
Wałkowane miliony razy, ale i ja powtórzę - "bynajmniej" nie jest zamiennikiem słowa "przynajmniej". Prawdę mówiąc, jest nawet jego przeciwieństwem. To po prostu zaprzeczenie - bynajmniej = wcale, w żadnym wypadku. Mówiąc więc "Jego nie było, ale bynajmniej ja przyszedłem" oznacza "Jego nie było, ale i ja wcale nie przyszedłem".
"Wina zawsze leży po obu stronach"
Totalna bzdura, najczęściej stosowana jako próba jakiegoś nie wiem... usprawiedliwienia ewidentnego sprawcy jakiejś negatywnej sytuacji? Próby złagodzenia jego winy przez rozłożenie jej po równo na niego i jego ofiarę? Wina rozkłada się... różnie. Wszystko zależy od konkretnej sytuacji. Są konflikty, w których wskazanie winnego jest ciężkie, są i takie, w których można jednoznacznie wskazać sprawcę, ale są i takie, w których obie strony po równo "dołożyły" do zaistniałej sytuacji. Tymczasem używający tego stwierdzenia próbują udowodnić, że w każdym konflikcie obie strony zawsze są winne. Upraszczając bardzo skomplikowane kwestie, z którymi spotykają się uczestnicy zdarzenia. Czy żona przemocowca jest winna, bo regularnie od niego dostaje łomot? No... według opisywanego twierdzenia tak, bo... przecież powinna od niego odejść, a że nie odchodzi to ponosi winę za sytuację, w której się znajduje. Chrzanić psychologię, chrzanić psychiatrię. Jest winna! Bo... tak powiedział Janusz, specjalista od relacji międzyludzkich.
Czemu ludzie to robią? Cóż, powody są różne. Najczęstszym powodem nie jest, jak się wydaje, chęć zabłyśnięcia czy potwierdzenia swojej elokwencji, ale.. kopiowanie. Ot, ktoś usłyszał, stwierdził, że ładnie brzmi i powtarza. Często nie wnikając nawet w to, co właściwie powtarza. Pewnego rodzaju stwierdzenia mogą zwyczajnie irytować, szczególnie jeśli nie są używane we właściwym kontekście. Stworzyłem więc taką małą listę. Każdy jej punkt powoduje u mnie mikrozawał, ból ósemek i kolkę wątrobową na raz. Bez zbędnego gadania, oto ona:
"Winny się tłumaczy"
Używane najczęściej w sytuacji, w której ktoś oskarżany o cokolwiek (słusznie, bądź nie), zaczyna wyjaśniać okoliczności. Wyświechtane, durne powiedzonko. Rozumiem, że kiedy używającego tego tekstu ktoś kiedyś oskarży o ludobójstwo, dzieciobójstwo i jazdę bez biletu, będzie milczał? Nie odezwie się ani jednym słowem, po prostu przyjmie jakieś kosmiczne zarzuty z pochyloną głową, no bo... winny się tłumaczy. I już. A figę! Winny, niewinny - każdy ma prawo złożyć wyjaśnienia odnośnie okoliczności tego, co jest mu zarzucane. To, że ktoś odpiera kretyńskie wręcz zarzuty, wcale nie przesądza o jego winie.
"O gustach się nie dyskutuje"
Owszem, dyskutuje się. Głównie o gustach. Prawidłowo użyte stwierdzenie powinno brzmieć raczej "o cudzych gustach się nie dyskutuje". Wtedy jest jak najbardziej prawidłowe, bo ostatecznie nie nam oceniać, co komuś się podoba. Jednak ogólna dyskusja o gustach jest jak najbardziej wskazana i... jest rzeczą totalnie powszechną. Myślę, że 90% procent ludzkich dyskusji to dyskusje właśnie o gustach. Z tym, że o własnych. Dyskutując, bronimy własnego stanowiska, a stanowisko nie wzięło się przecież z powietrza - składa się z naszego pozytywnego/negatywnego nastawienia do określonego przedmiotu. A nastawienie skąd się wzięło? Ano... wynika po części z naszego gustu. Reasumując - każda wymiana poglądów na określony temat, to dyskusja właśnie o gustach. Dyskutuje się więc o nich. I już. Nie należy tylko oceniać cudzych.
"Wyjątek potwierdza regułę"
Spotykane bardzo często, prawie zawsze w nieprawidłowym zastosowaniu. Zwykle w sytuacji, w której używający rozumie to w taki sposób - skoro ktoś posiada pewne (zwykle negatywne) cechy, jest to potwierdzeniem przynależności do grupy, do której chciałoby się go zaliczyć, a która takimi cechami się legitymuje (faktycznie bądź rzekomo). Coś na zasadzie "Pijak. I złodziej. Bo każdy pijak to złodziej". Tymczasem jest to totalna ślepa uliczka, bardzo daleka od właściwego znaczenia. A jakie ono jest? Bardzo proste. Wystarczy tylko rozwinąć zdanie. Wyjątek potwierdza regułę od której go utworzono. Inaczej mówiąc, istnienie wyjątku oznacza, że istnieje jakaś reguła, od której można tworzyć wyjątki. Dla przykładu - jeśli na drzwiach firmy widzimy naklejkę z informacją "W soboty i niedziele nieczynne" (wyjątek), to oznacza że w pozostałe dni tygodnia firma jest czynna (reguła). Jeśli pod zakazem wjazdu widzimy tabliczkę "Nie dotyczy mieszkańców budynku" (wyjątek) rozumiemy to tak, że dla innych osób zakaz nadal obowiązuje (reguła). I tyle. "Arek jest głupi, więc wszystkie Arki są głupie" się tu nie łapie. Zupełnie.
"Bynajmniej"
Wałkowane miliony razy, ale i ja powtórzę - "bynajmniej" nie jest zamiennikiem słowa "przynajmniej". Prawdę mówiąc, jest nawet jego przeciwieństwem. To po prostu zaprzeczenie - bynajmniej = wcale, w żadnym wypadku. Mówiąc więc "Jego nie było, ale bynajmniej ja przyszedłem" oznacza "Jego nie było, ale i ja wcale nie przyszedłem".
"Wina zawsze leży po obu stronach"
Totalna bzdura, najczęściej stosowana jako próba jakiegoś nie wiem... usprawiedliwienia ewidentnego sprawcy jakiejś negatywnej sytuacji? Próby złagodzenia jego winy przez rozłożenie jej po równo na niego i jego ofiarę? Wina rozkłada się... różnie. Wszystko zależy od konkretnej sytuacji. Są konflikty, w których wskazanie winnego jest ciężkie, są i takie, w których można jednoznacznie wskazać sprawcę, ale są i takie, w których obie strony po równo "dołożyły" do zaistniałej sytuacji. Tymczasem używający tego stwierdzenia próbują udowodnić, że w każdym konflikcie obie strony zawsze są winne. Upraszczając bardzo skomplikowane kwestie, z którymi spotykają się uczestnicy zdarzenia. Czy żona przemocowca jest winna, bo regularnie od niego dostaje łomot? No... według opisywanego twierdzenia tak, bo... przecież powinna od niego odejść, a że nie odchodzi to ponosi winę za sytuację, w której się znajduje. Chrzanić psychologię, chrzanić psychiatrię. Jest winna! Bo... tak powiedział Janusz, specjalista od relacji międzyludzkich.
środa, 25 listopada 2015
"Hej, co tam? Słuchaj, bo..." czyli o pasożytach raz jeszcze.
Jakiś czas temu na moim blogu powstała notka dotycząca pasożytnictwa. Jeśli ktoś nie czytał, zapraszam, jeśli czytał - wie w czym rzecz. Dzisiejszy wpis (chociaż może to tak wyglądać) nie będzie "odgrzewaniem kotleta" a raczej próbą wyjaśnienia, czemu to MY stajemy się ofiarami tego typu ludzi. Ostatnio dość mocno się nad tym zastanawiałem, bo w końcu i ja swojego czasu miałem z tym procederem do czynienia. Doszedłem więc do kilku wniosków, które dziś zamierzam tu Wam przedstawić. Powtórzę jedynie to, co napisałem w notce do której odsyłam - uczcie się na cudzych błędach (czyt. moich) niż na własnych - to naprawdę mniej kosztuje.
Z lektury wspominanego wpisu wiemy już jak sprawę widzi pasożyt. Dziś parę słów o tym, w jaki sposób problem postrzegamy my sami. Niestety, bardzo często jest tak, że to my stajemy się magnesem przyciągającym wszystkie pasożytnicze "opiłki", mało tego - czasem nawet pomagamy im w ich sposobie na życie. Jak?
Uczymy ich bezradności.
Pojęcie tzw. wyuczonej bezradności znane jest socjologii oraz psychologii od lat 70 XX wieku. Na czym ono dokładnie polega? W najprostszym wyjaśnieniu jest to taki stan, w którym jednostka dysponuje realnymi możliwościami, aby móc zmienić np. swoje złe położenie, ale nie robi tego. Często nawet wtedy, kiedy rozwiązanie jej problemu leży o krok. Bywa także, że jednostka liczy wręcz na działanie jakiejś zewnętrznej siły, która za nią przyjmie na siebie wszelkie nieprzyjemności związane z naprawieniem niezadowalającego ją stanu. Kto będzie taką siłą w przypadku osób, których dotyczy ten post? Ano... my.
Pamiętajmy jedną, ważną rzecz - nie pomagamy dając gotowe rozwiązanie problemu. Ba! Nawet szkodzimy. Czemu? Wynika to z prostej logiki - pomijamy w ten sposób proces, któremu podlegamy wszyscy, a który pozwala nam rozwikłać spotykane trudności - proces NAUKI. Nauka pozwala bowiem zrozumieć anatomię problemu, a więc także i wszystkie procesy, które do niego prowadzą. Porównajmy to sobie na przykład ze studiami medycznymi. Przecież przyszłych lekarzy nikt nie uczy na zasadzie "Choroba A - lekarstwo X, choroba B - zabieg Y". Lekarz musi najpierw pojąć funkcjonowanie zdrowego organizmu, dopiero potem uczy się go, jak "działa" choroba, co ona w tym zdrowym organizmie zmienia, że przestaje być zdrowy. Wreszcie pojawia się nauka o sposobie usunięcia nieprawidłowości, a więc właściwa nauka o leczeniu. W ten sam sposób uczy się każdy - mechanik samochodowy, serwisant komputerowy, budowlaniec... Właściwie przedstawiciel dowolnego zawodu musi wiedzieć jak jest "źle", aby przerobić to na "dobrze". Rzecz jasna nie chodzi o to, aby osoba, której pomagamy wchłonęła całą specjalistyczną wiedzę. Wystarczy, aby chciała wchłonąć chociaż ten ułamek, który pomoże jej rozwiązać jej problem.
To właśnie różni pasożyta od tego, komu pomagać warto - ten drugi wykorzystał już wszystkie opcje. Ten pierwszy będąc otoczonym opcjami, pokazanymi palcem i podkreślonymi oczojebnym markerem, nie kiwnął nawet palcem w kamaszu, aby chociaż na nie spojrzeć. Czemu? Bo ma prywatnego raba - nas.
Chcemy udowodnić naszą wartość.
Początek problemów z "sezonowymi przyjaciółmi" leży właśnie w tym, że bardzo chcemy udowodnić naszą przydatność. Chcemy pokazać, że mamy o czymś pojęcie, wyróżniamy się jakąś umiejętnością, umiemy kogoś uszczęśliwić, a ostatecznie chcemy poczuć się docenieni. Nie ma w tym nic złego - każdy z nas chce czuć się dobrze, każdy z nas chciałby czuć się ważny, bo to są składowe szczęścia. Pomaganie daje ogromną dawkę pozytywnej energii, to czyni je wspaniałą rzeczą. Problem polega jednak na tym, że "sezonowi przyjaciele" nie dają nam pełnowartościowego szczęścia. Choćby właśnie przez to, że istniejemy dla nich tylko wtedy, kiedy jesteśmy im potrzebni. Oni zastawiają pułapkę, w którą my - wiedzeni chęcią udowodnienia swojej przydatności - wpadamy. Niestety, NIGDY nie zostaniemy przez nich docenieni. Albo inaczej - zauważona zostanie tylko ta jedna wartość, a więc umiejętność szybkiego i sprawnego wyciągania ich z kłopotów. Niezauważona zostanie natomiast konotacja "pomaga, więc jest dobrym/mądrym/fajnym człowiekiem". Naprawdę. Pasożyt ma gdzieś, jakim jesteś człowiekiem. Pasożyt ma gdzieś, że pomagasz, bo darzysz go sympatią, więc się poświęcasz. Pasożyt ma to wszystko, cytując kapitana Bednarza, "we dupie". Dla niego liczy się czysty zysk. Reszta jest chłodną kalkulacją. Wyczuwa, że go lubisz? To nawet lepiej dla niego, bo jeszcze ciężej będzie Ci odmówić, a on wyniesie swoją korzyść tak czy inaczej.
Oczywiście od "sezonowego przyjaciela" nie raz usłyszysz zapewnienia o swojej wspaniałości. Wspominałem nawet o tym w notce, do której odsyłam na początku. Z tym, że te wszystkie zapewnienia są jak fałszywe pieniądze - cieszysz się, bo dostajesz plik banknotów, chowasz je do kieszeni, myśląc że się wzbogaciłeś, a kiedy chcesz nimi zapłacić, zauważasz że to marne podróby, z których pozłaził już kiepski tusz, a pod spodem jest bezwartościowy papier.
Pamiętaj - moment, w którym czujesz, że pomaganie nie sprawia Ci przyjemności, jest najpewniej momentem, w którym uświadomiłeś sobie, że jesteś wykorzystywany.
Próbujemy być świętsi od papieża.
Ktoś kiedyś stwierdził, że nadgorliwość jest gorsza od faszyzmu. I miał cholerną rację. Ten akapit wynika niejako z poprzednich - pomagamy tam, gdzie pomagać nie warto, pomagamy też tym, którym pomagać nie warto. Pomagamy na siłę. Ktoś zaraz stwierdzi "A tam, pierdolisz Arek jakby cię matka w dzieciństwie dwa razy podrzuciła, a raz złapała - pomagać trzeba zawsze, czasem i na siłę". Jasne. Pomagać należy, ale w granicach zdrowego rozsądku, a przede wszystkim w granicach własnych możliwości. Nie chodzi o to, aby spisać drugiego człowieka na straty, ale o to, aby przyjąć do wiadomości, że nasza rola się tu już skończyła. Zrobiliśmy wszystko co w naszej mocy? Zrobiliśmy. Nie pomogło? Nie pomogło. Odpuszczamy. Dla naszego zdrowia. To nie jest żadne samolubstwo, chodzi po prostu o to, aby pomagając drugiej osobie nie zniszczyć przy okazji siebie. A o to łatwo, bo kiedy chcemy ratować na siłę, w pewnym momencie inwestujemy więcej, niż możemy wydać. Poświęcamy więc także i tą energię, która w dobrym stanie utrzymuje nas. Efekt? Sytuacja ratowanego ani drgnęła "in plus", nadal robi swoje, a my czujemy się wypaleni i sfrustrowani. Kojarzycie to uczucie? Uczucie złości na drugą osobę, złości że nie daje sobie pomóc - my stajemy na głowie, ona przytakuje, a nic się nie zmienia. Uwierzcie, przerabiałem to, nie raz. Paskudne uczucie. Odpuściłem, kiedy doszedłem do wniosku, że chyba ja bardziej przejmuję się cudzym problemem niż ci, którzy go mają. A tak być nie powinno. To szkodzi. Może to być gorzka prawda, ale czasem i gorycz trzeba przełknąć - nie ma ludzi niezastąpionych. Czasem nasza duma, a czasem to, że zależy nam na danym człowieku, nie pozwala nam przestać pomagać. Czujemy się źle, bo zdajemy sobie sprawę, że po nas może przyjść druga osoba i załatwić sprawę ekspresowo. Czujemy się gorsi. A to błąd. Ludzka psychika rzadko podlega prawom logiki. Nie zawsze reakcja jest następstwem akcji, jak uczono nas na fizyce. Nie zawsze reakcja dwóch odczynników dąży do równowagi, jak uczono nas na chemii. Pamiętajmy, że normalny człowiek, nie "sezonowy przyjaciel" doceni nasze starania i to, ile dla niego zrobiliśmy. I my to poczujemy. Jeśli nie poczuliśmy - nie ma czego żałować. To nie my byliśmy niewłaściwą osobą. To niewłaściwej osobie próbowaliśmy pomóc.
Warto dodać, że takie pomaganie na siłę może doprowadzić do "uruchomienia się" trybu pasożyta w z pozoru normalnej osobie. Zwykle ten ktoś nie wykorzystywałby nikogo, gdyby inicjatywa miała wyjść z jego strony, ale skoro widzi, że "podajemy mu się na tacy" - zwalnia wewnętrzny hamulec i korzysta.
Mierzymy swoją miarą.
Pewnie wielu z Was spotykając na swojej drodze pasożyta w skórze "przyjaciela" przynajmniej raz powiedziało lub pomyślało: "No jak on mógł! Przecież ja w takiej sytuacji to bym..." Tak, racja. Ty byś, ja bym, on, ona, ono by. Ale pasożyt NIE. I to go właśnie czyni pasożytem. Jest to bowiem stan umysłu, utrwalany przez lata praktyki za pomocą wielu różnych sytuacji. Trochę jak umysł "zawodowego" złodzieja, który nawet jeśli już zakończył "karierę" to i tak w sytuacji wyboru ścieżki uczciwej i nieuczciwej, wybierając uczciwą zawsze pomyśli, że nieuczciwą też by dał radę pójść.
My natomiast w kontakcie z "sezonowcem" przykładamy do niego swoją miarę, swój zestaw wartości i zasad. Z tym, że on ich nie wyznawał, nie wyznaje i najpewniej wyznawał nie będzie. Nie włożymy ubrania niskiej chudziny na dwumetrowego, ważącego sto kilogramów byka. Nie wymagajmy więc, że pasożyt w kontaktach z nami nagle dozna oświecenia i przestanie. Owszem, przestanie, kiedy wyczerpie mu się źródełko darmowej pomocy, ewentualnie "źródełko" zrozumie, że ktoś się do niego przyssał i samo zakończy działanie.
Ważna uwaga na koniec - naprawdę nie chodzi o to, aby nie pomagać. Pomagać należy, bo jest to źródło wielkiej, pozytywnej energii, dla obu stron. Warto jednak najpierw przeanalizować sytuację, aby dowiedzieć się, czy faktycznie jest to wymiana energii, a nie jedynie jej wydatkowanie, bez żadnego "impulsu zwrotnego". Ten impuls jest bardzo ważny, bo jest sygnałem, że pomagamy nie tylko we właściwy sposób, ale i właściwej osobie. Kiedy go nie czujemy, jak pisałem wyżej, pora zwyczajnie dać sobie spokój.
Z lektury wspominanego wpisu wiemy już jak sprawę widzi pasożyt. Dziś parę słów o tym, w jaki sposób problem postrzegamy my sami. Niestety, bardzo często jest tak, że to my stajemy się magnesem przyciągającym wszystkie pasożytnicze "opiłki", mało tego - czasem nawet pomagamy im w ich sposobie na życie. Jak?
Uczymy ich bezradności.
Pojęcie tzw. wyuczonej bezradności znane jest socjologii oraz psychologii od lat 70 XX wieku. Na czym ono dokładnie polega? W najprostszym wyjaśnieniu jest to taki stan, w którym jednostka dysponuje realnymi możliwościami, aby móc zmienić np. swoje złe położenie, ale nie robi tego. Często nawet wtedy, kiedy rozwiązanie jej problemu leży o krok. Bywa także, że jednostka liczy wręcz na działanie jakiejś zewnętrznej siły, która za nią przyjmie na siebie wszelkie nieprzyjemności związane z naprawieniem niezadowalającego ją stanu. Kto będzie taką siłą w przypadku osób, których dotyczy ten post? Ano... my.
Pamiętajmy jedną, ważną rzecz - nie pomagamy dając gotowe rozwiązanie problemu. Ba! Nawet szkodzimy. Czemu? Wynika to z prostej logiki - pomijamy w ten sposób proces, któremu podlegamy wszyscy, a który pozwala nam rozwikłać spotykane trudności - proces NAUKI. Nauka pozwala bowiem zrozumieć anatomię problemu, a więc także i wszystkie procesy, które do niego prowadzą. Porównajmy to sobie na przykład ze studiami medycznymi. Przecież przyszłych lekarzy nikt nie uczy na zasadzie "Choroba A - lekarstwo X, choroba B - zabieg Y". Lekarz musi najpierw pojąć funkcjonowanie zdrowego organizmu, dopiero potem uczy się go, jak "działa" choroba, co ona w tym zdrowym organizmie zmienia, że przestaje być zdrowy. Wreszcie pojawia się nauka o sposobie usunięcia nieprawidłowości, a więc właściwa nauka o leczeniu. W ten sam sposób uczy się każdy - mechanik samochodowy, serwisant komputerowy, budowlaniec... Właściwie przedstawiciel dowolnego zawodu musi wiedzieć jak jest "źle", aby przerobić to na "dobrze". Rzecz jasna nie chodzi o to, aby osoba, której pomagamy wchłonęła całą specjalistyczną wiedzę. Wystarczy, aby chciała wchłonąć chociaż ten ułamek, który pomoże jej rozwiązać jej problem.
To właśnie różni pasożyta od tego, komu pomagać warto - ten drugi wykorzystał już wszystkie opcje. Ten pierwszy będąc otoczonym opcjami, pokazanymi palcem i podkreślonymi oczojebnym markerem, nie kiwnął nawet palcem w kamaszu, aby chociaż na nie spojrzeć. Czemu? Bo ma prywatnego raba - nas.
Chcemy udowodnić naszą wartość.
Początek problemów z "sezonowymi przyjaciółmi" leży właśnie w tym, że bardzo chcemy udowodnić naszą przydatność. Chcemy pokazać, że mamy o czymś pojęcie, wyróżniamy się jakąś umiejętnością, umiemy kogoś uszczęśliwić, a ostatecznie chcemy poczuć się docenieni. Nie ma w tym nic złego - każdy z nas chce czuć się dobrze, każdy z nas chciałby czuć się ważny, bo to są składowe szczęścia. Pomaganie daje ogromną dawkę pozytywnej energii, to czyni je wspaniałą rzeczą. Problem polega jednak na tym, że "sezonowi przyjaciele" nie dają nam pełnowartościowego szczęścia. Choćby właśnie przez to, że istniejemy dla nich tylko wtedy, kiedy jesteśmy im potrzebni. Oni zastawiają pułapkę, w którą my - wiedzeni chęcią udowodnienia swojej przydatności - wpadamy. Niestety, NIGDY nie zostaniemy przez nich docenieni. Albo inaczej - zauważona zostanie tylko ta jedna wartość, a więc umiejętność szybkiego i sprawnego wyciągania ich z kłopotów. Niezauważona zostanie natomiast konotacja "pomaga, więc jest dobrym/mądrym/fajnym człowiekiem". Naprawdę. Pasożyt ma gdzieś, jakim jesteś człowiekiem. Pasożyt ma gdzieś, że pomagasz, bo darzysz go sympatią, więc się poświęcasz. Pasożyt ma to wszystko, cytując kapitana Bednarza, "we dupie". Dla niego liczy się czysty zysk. Reszta jest chłodną kalkulacją. Wyczuwa, że go lubisz? To nawet lepiej dla niego, bo jeszcze ciężej będzie Ci odmówić, a on wyniesie swoją korzyść tak czy inaczej.
Oczywiście od "sezonowego przyjaciela" nie raz usłyszysz zapewnienia o swojej wspaniałości. Wspominałem nawet o tym w notce, do której odsyłam na początku. Z tym, że te wszystkie zapewnienia są jak fałszywe pieniądze - cieszysz się, bo dostajesz plik banknotów, chowasz je do kieszeni, myśląc że się wzbogaciłeś, a kiedy chcesz nimi zapłacić, zauważasz że to marne podróby, z których pozłaził już kiepski tusz, a pod spodem jest bezwartościowy papier.
Pamiętaj - moment, w którym czujesz, że pomaganie nie sprawia Ci przyjemności, jest najpewniej momentem, w którym uświadomiłeś sobie, że jesteś wykorzystywany.
Próbujemy być świętsi od papieża.
Ktoś kiedyś stwierdził, że nadgorliwość jest gorsza od faszyzmu. I miał cholerną rację. Ten akapit wynika niejako z poprzednich - pomagamy tam, gdzie pomagać nie warto, pomagamy też tym, którym pomagać nie warto. Pomagamy na siłę. Ktoś zaraz stwierdzi "A tam, pierdolisz Arek jakby cię matka w dzieciństwie dwa razy podrzuciła, a raz złapała - pomagać trzeba zawsze, czasem i na siłę". Jasne. Pomagać należy, ale w granicach zdrowego rozsądku, a przede wszystkim w granicach własnych możliwości. Nie chodzi o to, aby spisać drugiego człowieka na straty, ale o to, aby przyjąć do wiadomości, że nasza rola się tu już skończyła. Zrobiliśmy wszystko co w naszej mocy? Zrobiliśmy. Nie pomogło? Nie pomogło. Odpuszczamy. Dla naszego zdrowia. To nie jest żadne samolubstwo, chodzi po prostu o to, aby pomagając drugiej osobie nie zniszczyć przy okazji siebie. A o to łatwo, bo kiedy chcemy ratować na siłę, w pewnym momencie inwestujemy więcej, niż możemy wydać. Poświęcamy więc także i tą energię, która w dobrym stanie utrzymuje nas. Efekt? Sytuacja ratowanego ani drgnęła "in plus", nadal robi swoje, a my czujemy się wypaleni i sfrustrowani. Kojarzycie to uczucie? Uczucie złości na drugą osobę, złości że nie daje sobie pomóc - my stajemy na głowie, ona przytakuje, a nic się nie zmienia. Uwierzcie, przerabiałem to, nie raz. Paskudne uczucie. Odpuściłem, kiedy doszedłem do wniosku, że chyba ja bardziej przejmuję się cudzym problemem niż ci, którzy go mają. A tak być nie powinno. To szkodzi. Może to być gorzka prawda, ale czasem i gorycz trzeba przełknąć - nie ma ludzi niezastąpionych. Czasem nasza duma, a czasem to, że zależy nam na danym człowieku, nie pozwala nam przestać pomagać. Czujemy się źle, bo zdajemy sobie sprawę, że po nas może przyjść druga osoba i załatwić sprawę ekspresowo. Czujemy się gorsi. A to błąd. Ludzka psychika rzadko podlega prawom logiki. Nie zawsze reakcja jest następstwem akcji, jak uczono nas na fizyce. Nie zawsze reakcja dwóch odczynników dąży do równowagi, jak uczono nas na chemii. Pamiętajmy, że normalny człowiek, nie "sezonowy przyjaciel" doceni nasze starania i to, ile dla niego zrobiliśmy. I my to poczujemy. Jeśli nie poczuliśmy - nie ma czego żałować. To nie my byliśmy niewłaściwą osobą. To niewłaściwej osobie próbowaliśmy pomóc.
Warto dodać, że takie pomaganie na siłę może doprowadzić do "uruchomienia się" trybu pasożyta w z pozoru normalnej osobie. Zwykle ten ktoś nie wykorzystywałby nikogo, gdyby inicjatywa miała wyjść z jego strony, ale skoro widzi, że "podajemy mu się na tacy" - zwalnia wewnętrzny hamulec i korzysta.
Mierzymy swoją miarą.
Pewnie wielu z Was spotykając na swojej drodze pasożyta w skórze "przyjaciela" przynajmniej raz powiedziało lub pomyślało: "No jak on mógł! Przecież ja w takiej sytuacji to bym..." Tak, racja. Ty byś, ja bym, on, ona, ono by. Ale pasożyt NIE. I to go właśnie czyni pasożytem. Jest to bowiem stan umysłu, utrwalany przez lata praktyki za pomocą wielu różnych sytuacji. Trochę jak umysł "zawodowego" złodzieja, który nawet jeśli już zakończył "karierę" to i tak w sytuacji wyboru ścieżki uczciwej i nieuczciwej, wybierając uczciwą zawsze pomyśli, że nieuczciwą też by dał radę pójść.
My natomiast w kontakcie z "sezonowcem" przykładamy do niego swoją miarę, swój zestaw wartości i zasad. Z tym, że on ich nie wyznawał, nie wyznaje i najpewniej wyznawał nie będzie. Nie włożymy ubrania niskiej chudziny na dwumetrowego, ważącego sto kilogramów byka. Nie wymagajmy więc, że pasożyt w kontaktach z nami nagle dozna oświecenia i przestanie. Owszem, przestanie, kiedy wyczerpie mu się źródełko darmowej pomocy, ewentualnie "źródełko" zrozumie, że ktoś się do niego przyssał i samo zakończy działanie.
Ważna uwaga na koniec - naprawdę nie chodzi o to, aby nie pomagać. Pomagać należy, bo jest to źródło wielkiej, pozytywnej energii, dla obu stron. Warto jednak najpierw przeanalizować sytuację, aby dowiedzieć się, czy faktycznie jest to wymiana energii, a nie jedynie jej wydatkowanie, bez żadnego "impulsu zwrotnego". Ten impuls jest bardzo ważny, bo jest sygnałem, że pomagamy nie tylko we właściwy sposób, ale i właściwej osobie. Kiedy go nie czujemy, jak pisałem wyżej, pora zwyczajnie dać sobie spokój.
Etykiety:
cwaniactwo,
fałszywi przyjaciele,
obojętność,
pasożyty,
problemy,
psychika,
psychologia,
rzeczywistość,
społeczeństwo,
wykorzystywanie,
wyuczona bezradność
wtorek, 3 listopada 2015
"Aaa, idź, bo jak ci jebnę..." czyli listopadowa Polaka zaduma.
1 i 2 listopada za nami. Sprzedawcy cmentarnych akcesoriów liczą zarobki, urząd skarbowy czeka jak zbawienia podatku od tych zarobków, na grobach dopalają się resztki zniczy, cmentarze opustoszały, słowem - wszystko wraca do rocznej normy. I tak do kolejnej pary "świąt listopadowych", kiedy naród połączy się w tłum, aby ruszyć na miejsca spoczynku przodków.
Byłem w tym tłumie. Jak co roku. Poczyniłem obserwacje. Jak co roku. Czy zachodzą zmiany? Owszem, zachodzą. Ciężko określić, czy są to zmiany na dobre czy na złe, bo jak wiadomo natura nie znosi próżni - tam gdzie czegoś ubędzie, tam natychmiast musi przybyć czegoś innego, a mówiąc po ludzku - co się polepszy, to się popieprzy. I o tym będzie dzisiejszy wpis - o tym, co w dniu Wszystkich Świętych się zmieniło i o tym, co zapewne nie zmieni się nigdy.
Agresja mode: on
Tytuł wpisu nie jest przypadkowy. To cytat. Ot, taka sytuacja: na przystanek podjeżdża autobus dowożący ludzi na cmentarz. Tłum rusza w stronę otwartych drzwi, jakby wewnątrz czekało zbawienie. Nagle stop! Blokada. Coś się dzieje. Oto stojący w tłumie wsiadających tatuś postanowił wsiąść pierwszy, a do wymuszenia pierwszeństwa wykorzystał wózek dziecięcy pchany przed sobą. Mówiąc krótko, próbował rozepchać grupę wysiadających. Upomniany, że chyba jednak najpierw przepuszcza się opuszczających pojazd, dopiero potem wsiada, zareagował pięknym, jakże polskim zwrotem: "Aaa idź, bo jak ci jebnę...". I powiem tyle - miał farta, naprawdę. Facet, do którego zostały skierowane te słowa miał wymiary naprawdę słuszne. Podejrzewam, że gdyby doszło pomiędzy nimi do wymiany ciosów, to dzień zaduszny stałby się świętem także dla bojowego tatusia. Nie dostał w klawiaturę z litości. I tu ciekawostka. W pierwszych dwóch dniach listopada miasto uruchamia specjalne linie autobusowe, kursujące w szczycie "przycmentarnej aktywności" z częstotliwością 2-3 minut. Zaraz za autobusem, o który tak zaciekle walczono, stał drugi. Pusty. Gotów na przyjęcie pasażerów. No ale ten był pierwszy. Bij, zabij! Nabluzgajmy na innych, wypełnijmy pojazd po sufit tłocząc się jak sardynki. Dojedziemy na groby pierwsi! Dwie minuty wcześniej, ale to już coś! A tamci frajerzy? Niech się duszą... w pustym autobusie... każdy wygodnie... siedząc... oh wait! No, jedźmy już, zanim dotrze do nas, że to co właśnie zrobiliśmy jest pozbawione sensu.
Nie wiem jaki czynnik wzbudza w tłumie tak pierwotne instynkty jak chęć "jebnięcia" komuś za zwrócenie słusznej zresztą uwagi. Nie da się jednak nie zauważyć, że agresja (mniejsza lub większa) to stały element świąt listopadowych. Może to wynik zmęczenia? Tylko... skoro coś jest tak męczące, że wywołuje w człowieku chęć mordu, a nie jest obowiązkowe, po jaką cholerę to praktykować?
Nie dotyczy to tylko okolic przystanków KM, ale także straganów z kwiatami i zniczami. Tu zasłyszane, nie mniej piękne: "Panie, kurwa pana mać, kolejka!" "A chuj kładę na twoją kolejkę, bucu!". Sytuacja identyczna jak w pierwszym przypadku - obok stoisko niemal puste, ceny identyczne. Ale znów - to było pierwsze, a tamci frajerzy? No niech stoją... bez kolejki... oh wait!
"Biedna dziewszina, Paris Hilton wanna be..."
O cmentarnej rewii mody tysiące blogerów (a głównie blogerek) napisało setki tysięcy słów. I ja dodam coś od siebie. To zabawne zjawisko nie zmienia się bowiem od lat. Odkąd pamiętam 1 i 2 listopada to dni, w których rzesze pań, panienek, dam i nobliwych matron, postanawiają wydobyć ze swoich szaf wszystko, co udało się kupić w ciągu ostatnich miesięcy. Wydobyć, założyć na siebie i ruszyć na podbój alejek i kwater. Gwóźdź programu - parada futer i obuwia zimowego. Niezależnie od temperatury. Nie żeby mi to jakoś przeszkadzało, bo w końcu to nie ja się pocę, ale czy wyjaśni mi ktoś, czym różni się listopadowe 15 stopni ciepła od powiedzmy majowych 15 stopni ciepła? Podejrzewam, że odpowiedź będzie znana: "No wiesz, ale to już listopad..." I co z tego? Ciepły dzień w listopadzie to taki sam ciepły dzień, jak jego odpowiednik w dowolnym miesiącu. To naprawdę nie działa tak, że wraz ze zmianą nazwy miesiąca w kalendarzu nagle to samo ciepłe powietrze, które grzało nas w październiku, zacznie ziębić w listopadzie. A może chodzi o to, aby pokazać nowe futro czy buty? Żeby Kowalską spod szóstki szlag jasny (pośród tej zadumy oczywiście) trafił? Żeby ta pindzia, Kaśka z IIC z zazdrości kolki wątrobowej (pośród tej zadumy oczywiście) dostała i pryszcz jej na środku czachy wyskoczył? Żeby ta Agnieszka z domu obok z zazdrości tymi swoimi tipsiorami (pośród tej zadumy oczywiście) przeorała ogródek? Nie! Broń Boże. Nie chodzi o to! Chodzi o to, że 31 października 15 stopni ciepła to 15 stopni ciepła, ale już 1 listopada to zabójczy mróz.
"Handel lud zalewa boży..."
A teraz coś, co jest w mojej opinii pewną zmianą na plus. Otóż okolice cmentarzy w ciągu tych dwóch listopadowych dni z roku na rok przestają przypominać hipermarket. Naprawdę. Sprzedaż wiązanek, zniczy czy innych cmentarnych utensyliów nie jest niczym rażącym, jak najbardziej to popieram. Pamiętam jednak lata 90. Potwierdzić to może każdy, kto w tych latach żył - pod cmentarzem można było dostać... wszystko. Stragany posiadające w ofercie "szwarc, mydło i powidło" ciągnęły się na odcinku około trzystu metrów wzdłuż ulicy przylegającej do muru nekropolii. Oprócz zabawek można było dostać tam także podróby odzieży, kasety z muzyką (niejednokrotnie odtwarzaną, jak to mówią Ślązacy, "na cały karpyntel", a gorole "na fulla") i coś, z czym od lat kojarzył mi się dzień Wszystkich Świętych - petardy. O tak, dziś nie uświadczy się już huku generowanego przez domorosłych pirotechników, a jeszcze kilka lat temu ten dzień pod względem efektów dźwiękowych przypominał lądowanie w Normandii. Niczym dziwnym nie była też sytuacja, w której jakiś ćwierćinteligent rzucił taką petardą w tłum idących na cmentarz. Bo to takie, kurwa mać, zabawne...
Zmieniła się natomiast moda w wystroju grobów. Dziś znicz to już dawno nie znicz, ale olbrzymi lampion, niemalże latarnia. Czasem bardzo "eko", bo już nie z kopcącą wewnątrz świecą, a z diodami LED. Tak, i taki wynalazek widziałem - lampion nie dość, że świecący niemalże tak jasno jak porządna latarka, to jeszcze błyskający i zmieniający kolory. Miejska legenda głosi, że są i takie z melodyjką. Jeśli ktoś z Was zechce mi coś takiego postawić nad miejscem doczesnego spoczynku moich szanownych gnatów, ostrzegam - będę straszył jak jasna cholera.
A tak na poważnie - signum tempori? Czy naprawdę niedługo będziemy szli nie "zapalić świeczkę", a "wymienić bateryjkę"? Możliwe. Tylko klimat jakby nie ten...
Wszystkich Świętych i dzień zaduszny, jak się rzekło, już za nami. Przed nami kolejne lata, kolejne dni zadumy. Tylko kiedy się na to wszystko patrzy, to jakby w tej zadumie zadumy... mniej. Jest pośpiech, jest tandeta, jest parada futer. Ważne, żeby odfajkować, żeby zaliczyć, pobiec do następnego grobu, trzepnąć na szybko "zdrowaśkę", potem jeszcze spotkanie z rodziną i do domu. I spokój. Byle do następnego roku, wtedy załatwi się to jeszcze szybciej.
A może naprawdę w te dni warto trochę zwolnić? Bez względu na wyznawane poglądy pomyśleć nad tym, że jako ludzie przemijamy? Że to wcale nie jest tak jak próbują nam wmówić media - nie będziemy żyć wiecznie, a nowa pigułka, szampon czy krem nie przedłużą nam życia w nieskończoność.
Kilka dni temu zwróciłem uwagę na bardzo mądrą w swojej prostocie inskrypcję nagrobną:
Byłem w tym tłumie. Jak co roku. Poczyniłem obserwacje. Jak co roku. Czy zachodzą zmiany? Owszem, zachodzą. Ciężko określić, czy są to zmiany na dobre czy na złe, bo jak wiadomo natura nie znosi próżni - tam gdzie czegoś ubędzie, tam natychmiast musi przybyć czegoś innego, a mówiąc po ludzku - co się polepszy, to się popieprzy. I o tym będzie dzisiejszy wpis - o tym, co w dniu Wszystkich Świętych się zmieniło i o tym, co zapewne nie zmieni się nigdy.
Agresja mode: on
Tytuł wpisu nie jest przypadkowy. To cytat. Ot, taka sytuacja: na przystanek podjeżdża autobus dowożący ludzi na cmentarz. Tłum rusza w stronę otwartych drzwi, jakby wewnątrz czekało zbawienie. Nagle stop! Blokada. Coś się dzieje. Oto stojący w tłumie wsiadających tatuś postanowił wsiąść pierwszy, a do wymuszenia pierwszeństwa wykorzystał wózek dziecięcy pchany przed sobą. Mówiąc krótko, próbował rozepchać grupę wysiadających. Upomniany, że chyba jednak najpierw przepuszcza się opuszczających pojazd, dopiero potem wsiada, zareagował pięknym, jakże polskim zwrotem: "Aaa idź, bo jak ci jebnę...". I powiem tyle - miał farta, naprawdę. Facet, do którego zostały skierowane te słowa miał wymiary naprawdę słuszne. Podejrzewam, że gdyby doszło pomiędzy nimi do wymiany ciosów, to dzień zaduszny stałby się świętem także dla bojowego tatusia. Nie dostał w klawiaturę z litości. I tu ciekawostka. W pierwszych dwóch dniach listopada miasto uruchamia specjalne linie autobusowe, kursujące w szczycie "przycmentarnej aktywności" z częstotliwością 2-3 minut. Zaraz za autobusem, o który tak zaciekle walczono, stał drugi. Pusty. Gotów na przyjęcie pasażerów. No ale ten był pierwszy. Bij, zabij! Nabluzgajmy na innych, wypełnijmy pojazd po sufit tłocząc się jak sardynki. Dojedziemy na groby pierwsi! Dwie minuty wcześniej, ale to już coś! A tamci frajerzy? Niech się duszą... w pustym autobusie... każdy wygodnie... siedząc... oh wait! No, jedźmy już, zanim dotrze do nas, że to co właśnie zrobiliśmy jest pozbawione sensu.
Nie wiem jaki czynnik wzbudza w tłumie tak pierwotne instynkty jak chęć "jebnięcia" komuś za zwrócenie słusznej zresztą uwagi. Nie da się jednak nie zauważyć, że agresja (mniejsza lub większa) to stały element świąt listopadowych. Może to wynik zmęczenia? Tylko... skoro coś jest tak męczące, że wywołuje w człowieku chęć mordu, a nie jest obowiązkowe, po jaką cholerę to praktykować?
Nie dotyczy to tylko okolic przystanków KM, ale także straganów z kwiatami i zniczami. Tu zasłyszane, nie mniej piękne: "Panie, kurwa pana mać, kolejka!" "A chuj kładę na twoją kolejkę, bucu!". Sytuacja identyczna jak w pierwszym przypadku - obok stoisko niemal puste, ceny identyczne. Ale znów - to było pierwsze, a tamci frajerzy? No niech stoją... bez kolejki... oh wait!
"Biedna dziewszina, Paris Hilton wanna be..."
O cmentarnej rewii mody tysiące blogerów (a głównie blogerek) napisało setki tysięcy słów. I ja dodam coś od siebie. To zabawne zjawisko nie zmienia się bowiem od lat. Odkąd pamiętam 1 i 2 listopada to dni, w których rzesze pań, panienek, dam i nobliwych matron, postanawiają wydobyć ze swoich szaf wszystko, co udało się kupić w ciągu ostatnich miesięcy. Wydobyć, założyć na siebie i ruszyć na podbój alejek i kwater. Gwóźdź programu - parada futer i obuwia zimowego. Niezależnie od temperatury. Nie żeby mi to jakoś przeszkadzało, bo w końcu to nie ja się pocę, ale czy wyjaśni mi ktoś, czym różni się listopadowe 15 stopni ciepła od powiedzmy majowych 15 stopni ciepła? Podejrzewam, że odpowiedź będzie znana: "No wiesz, ale to już listopad..." I co z tego? Ciepły dzień w listopadzie to taki sam ciepły dzień, jak jego odpowiednik w dowolnym miesiącu. To naprawdę nie działa tak, że wraz ze zmianą nazwy miesiąca w kalendarzu nagle to samo ciepłe powietrze, które grzało nas w październiku, zacznie ziębić w listopadzie. A może chodzi o to, aby pokazać nowe futro czy buty? Żeby Kowalską spod szóstki szlag jasny (pośród tej zadumy oczywiście) trafił? Żeby ta pindzia, Kaśka z IIC z zazdrości kolki wątrobowej (pośród tej zadumy oczywiście) dostała i pryszcz jej na środku czachy wyskoczył? Żeby ta Agnieszka z domu obok z zazdrości tymi swoimi tipsiorami (pośród tej zadumy oczywiście) przeorała ogródek? Nie! Broń Boże. Nie chodzi o to! Chodzi o to, że 31 października 15 stopni ciepła to 15 stopni ciepła, ale już 1 listopada to zabójczy mróz.
"Handel lud zalewa boży..."
A teraz coś, co jest w mojej opinii pewną zmianą na plus. Otóż okolice cmentarzy w ciągu tych dwóch listopadowych dni z roku na rok przestają przypominać hipermarket. Naprawdę. Sprzedaż wiązanek, zniczy czy innych cmentarnych utensyliów nie jest niczym rażącym, jak najbardziej to popieram. Pamiętam jednak lata 90. Potwierdzić to może każdy, kto w tych latach żył - pod cmentarzem można było dostać... wszystko. Stragany posiadające w ofercie "szwarc, mydło i powidło" ciągnęły się na odcinku około trzystu metrów wzdłuż ulicy przylegającej do muru nekropolii. Oprócz zabawek można było dostać tam także podróby odzieży, kasety z muzyką (niejednokrotnie odtwarzaną, jak to mówią Ślązacy, "na cały karpyntel", a gorole "na fulla") i coś, z czym od lat kojarzył mi się dzień Wszystkich Świętych - petardy. O tak, dziś nie uświadczy się już huku generowanego przez domorosłych pirotechników, a jeszcze kilka lat temu ten dzień pod względem efektów dźwiękowych przypominał lądowanie w Normandii. Niczym dziwnym nie była też sytuacja, w której jakiś ćwierćinteligent rzucił taką petardą w tłum idących na cmentarz. Bo to takie, kurwa mać, zabawne...
Zmieniła się natomiast moda w wystroju grobów. Dziś znicz to już dawno nie znicz, ale olbrzymi lampion, niemalże latarnia. Czasem bardzo "eko", bo już nie z kopcącą wewnątrz świecą, a z diodami LED. Tak, i taki wynalazek widziałem - lampion nie dość, że świecący niemalże tak jasno jak porządna latarka, to jeszcze błyskający i zmieniający kolory. Miejska legenda głosi, że są i takie z melodyjką. Jeśli ktoś z Was zechce mi coś takiego postawić nad miejscem doczesnego spoczynku moich szanownych gnatów, ostrzegam - będę straszył jak jasna cholera.
A tak na poważnie - signum tempori? Czy naprawdę niedługo będziemy szli nie "zapalić świeczkę", a "wymienić bateryjkę"? Możliwe. Tylko klimat jakby nie ten...
Wszystkich Świętych i dzień zaduszny, jak się rzekło, już za nami. Przed nami kolejne lata, kolejne dni zadumy. Tylko kiedy się na to wszystko patrzy, to jakby w tej zadumie zadumy... mniej. Jest pośpiech, jest tandeta, jest parada futer. Ważne, żeby odfajkować, żeby zaliczyć, pobiec do następnego grobu, trzepnąć na szybko "zdrowaśkę", potem jeszcze spotkanie z rodziną i do domu. I spokój. Byle do następnego roku, wtedy załatwi się to jeszcze szybciej.
A może naprawdę w te dni warto trochę zwolnić? Bez względu na wyznawane poglądy pomyśleć nad tym, że jako ludzie przemijamy? Że to wcale nie jest tak jak próbują nam wmówić media - nie będziemy żyć wiecznie, a nowa pigułka, szampon czy krem nie przedłużą nam życia w nieskończoność.
Kilka dni temu zwróciłem uwagę na bardzo mądrą w swojej prostocie inskrypcję nagrobną:
"Gdzie Ty jesteś, ja byłem. Gdzie ja jestem, Ty będziesz."Nie zapominajmy o tym, że każda droga gdzieś się kończy.
poniedziałek, 31 sierpnia 2015
"Barierki będę bronił jak niepodległości" czyli Polaka portret zbiorowy na imprezie masowej.
Jako że zaliczam się do miłośników lotnictwa, a ponadto od kilku lat fotografuję, jestem częstym gościem przeróżnych imprez plenerowych. Dla mnie to sposób na przyjemne spędzenie wolnego czasu, szansa na zdobycie nowego, niepowtarzalnego ujęcia oraz na zobaczenie na żywo tego, czego zwykle na co dzień zobaczyć się nie da. Po większości takich wydarzeń ja naładowany jestem pozytywną energią, karty pamięci przeładowane są setkami zdjęć, a akumulatory aparatu wyładowane niemal do zera. Niestety, "po większości"...
Robiąc zdjęcia zawsze staram się postępować według reguły, która mówi o tym, że fotograf ma być czymś (kimś?) w rodzaju ducha - jednocześnie aktywny i niewidzialny dla innych. Chodzi o to, aby człowiek z aparatem zwyczajnie nie wchodził w paradę tym, którzy grają w danym wydarzeniu pierwsze skrzypce. "Perspektywa ducha" ma także jeden dodatkowy bonus - będąc jednocześnie w centrum wydarzeń i niejako obok nich, można zauważyć sporo rzeczy. Również mało pozytywnych. I o tym właśnie będzie ta notka - o buractwie. Pragnę zaznaczyć - nie generalizuję, nie przypinam łatek, nie wkładam do szufladek - doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że zbiorowisko ludzi zawiera praktycznie cały przekrój społeczeństwa, a w tym przekroju znajdą się "nosiciele" także i tych cech, które nam wszystkim nie odpowiadają. Jednak, jako że to właśnie oni zwyczajnie wkurzają, postanowiłem wyrazić o tym swoją opinię. Subiektywną. Jak zawsze.
Nie wchodzić? Nie dotykać? Co to znaczy?!
To znaczy właśnie... TO. Dokładnie TO. Barierka, taśma w kontrastowych kolorach, strażnik - to zdecydowanie bardzo wyraźne sygnały dające do zrozumienia, że poza wyznaczonym terenem nie będziemy mile widziani. Nie, nie dlatego, że nas nie lubią. Dlatego, bo może grozić nam tam jakieś niebezpieczeństwo. Dlatego, że to MY możemy coś uszkodzić lub narazić na problemy i straty organizatora czy któregoś z gości przezeń zaproszonych.
Ktoś zapyta "Ej, ale jak można uszkodzić czołg czy samolot?" Odpowiadam - z czołgu można zwyczajnie zlecieć na łeb. I uszkodzić siebie. Szczególnie jeśli jest się dzieckiem w tłumie innych dzieci, albo człowiekiem, któremu procenty zaszumiały pod kopułą. A samolot? A samolot proszę państwa, wbrew pozorom jest bardzo delikatną konstrukcją. Kto widział z bliska jakąś maszynę, widział też pewnie naniesione na poszycie napisy "no step", "ne chybej", "nie chwytać za...", "opasno! wozduchozabronik". W ten sposób oznaczone są miejsca newralgiczne, o których obsługa doskonale wie. Rozbawiony widz czy jego dziecko mają prawo o tym nie wiedzieć. A taka niewiedza kosztuje, bo naprawa uszkodzenia nie dość, że nie jest tania, to dodatkowo wyłącza dany egzemplarz z normalnego użytkowania. Podobnie jest z rekwizytami, którymi posługują się wszelkie grupy rekonstrukcyjne - zbroje, miecze czy broń palna to w wielu przypadkach repliki wykonywane własnoręczne - z dużym nakładem środków finansowych i własnego wolnego czasu. Uszkodzić je jest bardzo łatwo. Nie dlatego, że to wszystko "słabizna", a przez niewłaściwą obsługę - rzeczy produkowane dla specjalistów z reguły nie są "idiotoodporne", bo taka cecha jest im zwyczajnie zbędną.
Osobna piekielność wychodzi z ludzi podczas wszelakich pokazów dynamicznych. Dynamiczny, a więc ruchomy, będący w ruchu. Prościej - coś się porusza. Często "coś" o dużym ciężarze, z dużą prędkością, bywa że generując duże siły. Nic to! Trzeba podejść bliżej, a przynajmniej wypchnąć tam dziecko, żeby sobie zobaczyło. Barierka? Przepuścić pociechę między prętami. Taśma? Przejść pod nią. Strażnik? "Paaanie, ale niech se dzieciak zobaczy no...". Doskonały przykład z Pikniku Strażackiego organizowanego corocznie na moim osiedlu. Doświadczenie, mające uświadomić publice, co stanie się, kiedy zalejemy płonący olej choćby niewielką ilością wody. Efekt? Na poniższym zdjęciu, przy czym zjawisko jest tu w rozwoju - powstała kula ognia była naprawdę ogromna i wyraźnie czuć było gorąco stojąc nawet w sporej odległości od centrum pokazu.
Nic to. Strażacy: "Prosimy odsunąć się". Widzowie ani drgną. "Naprawdę prosimy się odsunąć". Widzowie cofają się o kilka centymetrów. "Proszę państwa, kula ognia ma temperaturę taką i taką, strażak wykonujący pokaz jest w ubraniu żaroodpornym, nic mu nie grozi. Państwu w tym momencie grozi poparzenie, prosimy się odsunąć". Głosy oburzenia: "Ale kurwa panie, ja z dzieckiem, chce dzieciak zobaczyć", "Panie, ja we wojsku to...". Ludzie cofają się wreszcie na tyle, że można rozpocząć pokaz. Kula ognia błyskawicznie przyjmuje maksymalną objętość - wyraźnie czuć podmuch gorąca. Z tłumu wydobywa się "Wooow!", "O Jeeezuuu!". Nie kłamali. Wyglądało niebezpiecznie i było niebezpieczne. Szkoda, że przed rozpoczęciem akcji przez 15 minut tłum "walczył" z ratownikami o swoje dotychczasowe miejscówki. 15 minut upominania i próśb w sprawie tak oczywistej - "gorące! może poparzyć! Odsuń się!" "Nie, bo ja z dzieckiem, bo on będzie płakał". Stawiam dolary przeciwko orzechom, że będzie płakał bardziej, kiedy liźnie go taki płomyczek. Ale co ja tam wiem... ja tu tylko zdjęcia robię...
Podobna sytuacja w przeciwnym żywiołem - wodą. Ma odbyć się pokaz wykonywania otworu w betonie i dość grubej blasze (!) przy pomocy zwartego strumienia wody. Jakie jest zagrożenie? Duże... Polega ono choćby na tym, że strumień może oderwać jakiś odłamek, który poszybuje prosto w oko nieostrożnego widza. Identycznie jak wcześniej - statyw z materiałami do cięcia po środku, strażacy "w pełnym uzbrojeniu" czekający na sygnał do rozpoczęcia i... tłum skupiony wokół nich praktycznie na odległość ręki. Kolejne upomnienia - "Dalej, dalej... jeeeszcze dalej, będzie widać..." "Ale panie, ja z dzieckiem", "Ale panie, ja we wojsku...". Znów opóźnienie. Znów "Wooo!" bo jednak... znów nie kłamali.
Dalej... dalej było identycznie. Pokaz ratownictwa technicznego? Byle bliżej. Symulacja pożaru samochodu? A jakże - byle bliżej. Dźwig przenosi autobus? Nie ma to jak cyknąć sobie fotkę... pod zawieszonym ciężarem. I tak co roku, na każdych pokazach...
"Mogłoby się co stać hehe..."
Przyznam - kiedy słyszę taki tekst, szlag mnie jasny trafia. Ja wiem - masa ludzi chodzi na pokazy właśnie po dreszczyk emocji, a twórcy pokazów starają się, aby było ciekawie i emocjonująco. To jednak często typowemu Januszowi* nie wystarcza. Musi być prawdziwe ryzyko śmierci, a najlepiej, żeby... faktycznie coś się stało. I niestety - stało się. W 2007 roku na pokazach Air Show w Radomiu doszło do zderzenia samolotów grupy akrobacyjnej "Żelazny". Zginęło dwóch pilotów - Lech Marchelewski i Piotr Banachowicz. Dwa lata później, na tych samych pokazach w 2009 rozbił się samolot Su 27 Białoruskich Sił Powietrznych - znów dwie ofiary śmiertelne - ginie Alaksandr Marficki i Alaksandr Żuraulewicz. Obie katastrofy widziałem na własne oczy. Przy smutnej okazji obu z nich widziałem wiele wspaniałych zachowań widzów, jak i wiele przykładów - wybaczcie wulgaryzm - mentalnego spierdolenia. Jak inaczej można bowiem nazwać gwizdy i śmiechy podczas minuty ciszy i okrzyk "oddawać pieniądze" na wieść o przerwaniu pokazów? Jak można twierdzić, że "przecież nikt im nie kazał latać"? Jakim mianem w końcu można nazwać człowieka, który twierdzi, że to żadna tragedia, bo "tylko dwóch"? Czyli co? Gdyby któraś z tych maszyn spadła na tłum to już byłaby właściwa katastrofa, bo nie "dwóch" tylko "stu dwudziestu dwóch"?
Wiele osób nie rozumie jednej rzeczy - lotnictwo, ratownictwo, uczestnictwo w grupach rekonstrukcyjnych, sporty motorowe to PASJA. Coś, czego przeciętny Janusz, mówiąc językiem nastolatków, nie ogarnia. Nie ogarnia, że można tak po prostu wstać z fotela i zacząć robić coś konkretnego oraz czerpać z tego przyjemność. Nie ogarnia, że ludzie poświęcają czas, pieniądze, a często i zdrowie po to, aby móc robić coś więcej, niż tylko tkwienie w fotelu z piwem w łapie i oglądanie idiotycznych treści płynących szerokim strumieniem szamba prosto z odbiornika. Wszelkie pokazy organizowane są właśnie po to, aby móc zaprezentować swoje umiejętności i udowodnić, że można inaczej. Wiele pasji wymaga pokonywania własnych słabości. Ale Janusz nie ma słabości. Jest idealny. Przychodzi więc na pokaz, aby popatrzeć, co "ci idioci hehe" robią. A w głębi duszy żal mu dupę ściska, że to nie on siedzi za sterami, nie on ratuje ludzkie życie, nie on driftuje potworem o mocy wielokrotnie przekraczającej to, co on ma "pod butem" w swoim Passacie.
"Dajta spokój, ale nuda, ale dziadostwo..."
Uczestnictwo w imprezach masowych nie jest obowiązkowe. Naprawdę. Bywam na wielu z nich, nigdy nie zostałem na żadną z nich doprowadzony siłą i zmuszony do przebywania na jej terenie pod groźbą kary śmierci. Można wejść, można też w dowolnej chwili... wyjść. Jeśli kogoś tak bardzo nudzi pokaz, że musi coś w durny sposób skomentować, to po jaką jasną cholerę tam przyłaził, skoro wiedział, że to nie dla niego? Jeśli czegoś nie lubię, po prostu tam nie bywam, zamiast pojawić się, a potem zatruwać odbiór imprezy tym, których akurat to kręci. Tymczasem, choćby na ostatnim Air Show wraz z przyjaciółmi zaobserwowaliśmy ciekawą rzecz - im bliżej barierek odgradzających strefę pokazu tym więcej tam ludzi totalnie nie zainteresowanych tym, co dzieje się na pasie startowym i w powietrzu. Nie zainteresowanych, ale - jak w tytule - broniących dostępu do barierki jak niepodległości. To nic, że ktoś siedzi tyłem do kołującego właśnie F-16. To nic, że przy jednej z barierek niemal obozowisko, w którym wszyscy mają gdzieś latający właśnie, bardzo ciekawy dla pasjonatów śmigłowiec, i raczą się w najlepsze kiełbachą popijaną piwem. Pasjonacie! Nie podejdziesz! Nawet nie próbuj! Barierka jest moja! A co można było usłyszeć? "Eee! Lipa... Dajta spokój, człowiek się tłucze przez pół Polski, a tu tylko latają i latają" (nie no, spoko... na pokazach lotniczych latają samoloty... Serio?!). "I to jeszcze taki złom puszczają, chuj wie czy to w jednym kawałku wyląduje" (powiedział brudząc wąsy "kieczupem gratysowym rozumisz do ty hehe kiełbachy" i przepijając łykiem piwa samozwańczy inżynier pilot, a może nawet i konstruktor lotniczy Janusz). Pod samymi barierkami można było także odnaleźć opalające się panny, pary oddające się uniesieniom tak dalekim od tych podniebnych. Było też kilka przysypiających, opierających się na barierkach nastolatek, przebudzających się tylko na moment wykonania sobie selfie. Szwajcarscy piloci już-już mieli podejść, aby według regularności trzaskania samojebek ustawić sobie zegarki.
Mogę domyślać się końcowej opinii o pokazach wyrażonej przez sporą część "barierkowiczów" - "pokazy były słabe, było za głośno, samoloty za bardzo latały, piwo było drogie, a tak w ogóle to chciało mi się siku i było mi gorąco".
Podsumowanie, czyli konkluzja, czyli koniec ględzenia
Rozumiem i nie trzeba mi tego powtarzać - organizowanie jakiegokolwiek pokazu tylko dla pasjonatów mija się z celem. Ludzie siedzący w temacie bardzo często stanowią jedynie garstkę widzów każdej imprezy masowej opartej o pokazanie szerszej publice czegoś na co dzień niezbyt dostępnego. Bywałem i na takich że się tak z angielska wyrażę, eventach wyłącznie dla pasjonatów - było wręcz wzorcowo. Pytania - nie w stylu "a jak ten samolot lata panie pilot?", a raczej "tu jest silnik X, tam silnik Y, co pan sądzi o tym Y? Bo ja słyszałem, że to konstrukcja dobra, był stosowany na samolocie Z ale..." Kwestie bezpieczeństwa? Jak w podręczniku, bo przecież każdy wie, że tędy może wessać, a tamtędy wypluć w nieco zmienionej formie. Nikt nikomu widoku nie blokował, bo każdy z aparatem i każdy poluje na dobre ujęcie. Tylko... tak się nie da. Aby impreza była popularna i przynosiła dochody, które zapewnią choćby zwrot kosztów organizacji, musi być nastawiona głównie na ludzi spoza grona wielbicieli tematu i pokazać temat tak, aby na kolejną wrócili już jako pasjonaci.
Jak wspomniałem na początku, widzowie imprez masowych to przekrój społeczeństwa, a jak to w każdym społeczeństwie bywa, są przeróżne jednostki. Na ogół na wszelkiego rodzaju pokazach panuje bardzo fajna atmosfera, a o samej imprezie dyskutuje się jeszcze wiele miesięcy po jej zakończeniu.
To wszystko nie zmienia jednak faktu, że "piekielności" się pojawiały, pojawiają i pojawiać będą. Grunt, to starać się na nie przymknąć oko, a jeśli rażą bardzo, przekląć sobie w myślach soczyście. A potem? Potem nieść w społeczeństwo "oświaty kaganek". Kto wie? Może jeśli komuś kiedyś wytłumaczymy, czemu takie a nie inne zachowanie może być niewłaściwe i niebezpieczne, to ten ktoś następnym razem go zaniecha? Wiem, łatwo nie będzie, ale... smoka choć zabić trudno, to starać się trzeba :)
*Janusz - pierwotnie określenie powstałe w środowiskach kibicowskich, używane w stosunku do człowieka, którego nie interesuje widowisko sportowe, a pojawił się na stadionie/w hali dla czystej rozrywki. Obecnie język Internetu mianem "Januszów" określa przeróżnych amatorów, często szkodzących dziedzinie, którą się zajmują, a także środowisku z tą dziedziną związanemu. Inaczej - partacz, dyletant.
Robiąc zdjęcia zawsze staram się postępować według reguły, która mówi o tym, że fotograf ma być czymś (kimś?) w rodzaju ducha - jednocześnie aktywny i niewidzialny dla innych. Chodzi o to, aby człowiek z aparatem zwyczajnie nie wchodził w paradę tym, którzy grają w danym wydarzeniu pierwsze skrzypce. "Perspektywa ducha" ma także jeden dodatkowy bonus - będąc jednocześnie w centrum wydarzeń i niejako obok nich, można zauważyć sporo rzeczy. Również mało pozytywnych. I o tym właśnie będzie ta notka - o buractwie. Pragnę zaznaczyć - nie generalizuję, nie przypinam łatek, nie wkładam do szufladek - doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że zbiorowisko ludzi zawiera praktycznie cały przekrój społeczeństwa, a w tym przekroju znajdą się "nosiciele" także i tych cech, które nam wszystkim nie odpowiadają. Jednak, jako że to właśnie oni zwyczajnie wkurzają, postanowiłem wyrazić o tym swoją opinię. Subiektywną. Jak zawsze.
Nie wchodzić? Nie dotykać? Co to znaczy?!
To znaczy właśnie... TO. Dokładnie TO. Barierka, taśma w kontrastowych kolorach, strażnik - to zdecydowanie bardzo wyraźne sygnały dające do zrozumienia, że poza wyznaczonym terenem nie będziemy mile widziani. Nie, nie dlatego, że nas nie lubią. Dlatego, bo może grozić nam tam jakieś niebezpieczeństwo. Dlatego, że to MY możemy coś uszkodzić lub narazić na problemy i straty organizatora czy któregoś z gości przezeń zaproszonych.
Ktoś zapyta "Ej, ale jak można uszkodzić czołg czy samolot?" Odpowiadam - z czołgu można zwyczajnie zlecieć na łeb. I uszkodzić siebie. Szczególnie jeśli jest się dzieckiem w tłumie innych dzieci, albo człowiekiem, któremu procenty zaszumiały pod kopułą. A samolot? A samolot proszę państwa, wbrew pozorom jest bardzo delikatną konstrukcją. Kto widział z bliska jakąś maszynę, widział też pewnie naniesione na poszycie napisy "no step", "ne chybej", "nie chwytać za...", "opasno! wozduchozabronik". W ten sposób oznaczone są miejsca newralgiczne, o których obsługa doskonale wie. Rozbawiony widz czy jego dziecko mają prawo o tym nie wiedzieć. A taka niewiedza kosztuje, bo naprawa uszkodzenia nie dość, że nie jest tania, to dodatkowo wyłącza dany egzemplarz z normalnego użytkowania. Podobnie jest z rekwizytami, którymi posługują się wszelkie grupy rekonstrukcyjne - zbroje, miecze czy broń palna to w wielu przypadkach repliki wykonywane własnoręczne - z dużym nakładem środków finansowych i własnego wolnego czasu. Uszkodzić je jest bardzo łatwo. Nie dlatego, że to wszystko "słabizna", a przez niewłaściwą obsługę - rzeczy produkowane dla specjalistów z reguły nie są "idiotoodporne", bo taka cecha jest im zwyczajnie zbędną.
![]() |
| Ten napis naprawdę nie jest dla ozdoby... |
Osobna piekielność wychodzi z ludzi podczas wszelakich pokazów dynamicznych. Dynamiczny, a więc ruchomy, będący w ruchu. Prościej - coś się porusza. Często "coś" o dużym ciężarze, z dużą prędkością, bywa że generując duże siły. Nic to! Trzeba podejść bliżej, a przynajmniej wypchnąć tam dziecko, żeby sobie zobaczyło. Barierka? Przepuścić pociechę między prętami. Taśma? Przejść pod nią. Strażnik? "Paaanie, ale niech se dzieciak zobaczy no...". Doskonały przykład z Pikniku Strażackiego organizowanego corocznie na moim osiedlu. Doświadczenie, mające uświadomić publice, co stanie się, kiedy zalejemy płonący olej choćby niewielką ilością wody. Efekt? Na poniższym zdjęciu, przy czym zjawisko jest tu w rozwoju - powstała kula ognia była naprawdę ogromna i wyraźnie czuć było gorąco stojąc nawet w sporej odległości od centrum pokazu.
![]() |
| "A co mi tam panie ogień jakiś?" |
Podobna sytuacja w przeciwnym żywiołem - wodą. Ma odbyć się pokaz wykonywania otworu w betonie i dość grubej blasze (!) przy pomocy zwartego strumienia wody. Jakie jest zagrożenie? Duże... Polega ono choćby na tym, że strumień może oderwać jakiś odłamek, który poszybuje prosto w oko nieostrożnego widza. Identycznie jak wcześniej - statyw z materiałami do cięcia po środku, strażacy "w pełnym uzbrojeniu" czekający na sygnał do rozpoczęcia i... tłum skupiony wokół nich praktycznie na odległość ręki. Kolejne upomnienia - "Dalej, dalej... jeeeszcze dalej, będzie widać..." "Ale panie, ja z dzieckiem", "Ale panie, ja we wojsku...". Znów opóźnienie. Znów "Wooo!" bo jednak... znów nie kłamali.
![]() |
| "Panie, a co mie taka woda zrobi? Ja w wojsku z kałasza strzelałem..." |
"Mogłoby się co stać hehe..."
Przyznam - kiedy słyszę taki tekst, szlag mnie jasny trafia. Ja wiem - masa ludzi chodzi na pokazy właśnie po dreszczyk emocji, a twórcy pokazów starają się, aby było ciekawie i emocjonująco. To jednak często typowemu Januszowi* nie wystarcza. Musi być prawdziwe ryzyko śmierci, a najlepiej, żeby... faktycznie coś się stało. I niestety - stało się. W 2007 roku na pokazach Air Show w Radomiu doszło do zderzenia samolotów grupy akrobacyjnej "Żelazny". Zginęło dwóch pilotów - Lech Marchelewski i Piotr Banachowicz. Dwa lata później, na tych samych pokazach w 2009 rozbił się samolot Su 27 Białoruskich Sił Powietrznych - znów dwie ofiary śmiertelne - ginie Alaksandr Marficki i Alaksandr Żuraulewicz. Obie katastrofy widziałem na własne oczy. Przy smutnej okazji obu z nich widziałem wiele wspaniałych zachowań widzów, jak i wiele przykładów - wybaczcie wulgaryzm - mentalnego spierdolenia. Jak inaczej można bowiem nazwać gwizdy i śmiechy podczas minuty ciszy i okrzyk "oddawać pieniądze" na wieść o przerwaniu pokazów? Jak można twierdzić, że "przecież nikt im nie kazał latać"? Jakim mianem w końcu można nazwać człowieka, który twierdzi, że to żadna tragedia, bo "tylko dwóch"? Czyli co? Gdyby któraś z tych maszyn spadła na tłum to już byłaby właściwa katastrofa, bo nie "dwóch" tylko "stu dwudziestu dwóch"?
Wiele osób nie rozumie jednej rzeczy - lotnictwo, ratownictwo, uczestnictwo w grupach rekonstrukcyjnych, sporty motorowe to PASJA. Coś, czego przeciętny Janusz, mówiąc językiem nastolatków, nie ogarnia. Nie ogarnia, że można tak po prostu wstać z fotela i zacząć robić coś konkretnego oraz czerpać z tego przyjemność. Nie ogarnia, że ludzie poświęcają czas, pieniądze, a często i zdrowie po to, aby móc robić coś więcej, niż tylko tkwienie w fotelu z piwem w łapie i oglądanie idiotycznych treści płynących szerokim strumieniem szamba prosto z odbiornika. Wszelkie pokazy organizowane są właśnie po to, aby móc zaprezentować swoje umiejętności i udowodnić, że można inaczej. Wiele pasji wymaga pokonywania własnych słabości. Ale Janusz nie ma słabości. Jest idealny. Przychodzi więc na pokaz, aby popatrzeć, co "ci idioci hehe" robią. A w głębi duszy żal mu dupę ściska, że to nie on siedzi za sterami, nie on ratuje ludzkie życie, nie on driftuje potworem o mocy wielokrotnie przekraczającej to, co on ma "pod butem" w swoim Passacie.
"Dajta spokój, ale nuda, ale dziadostwo..."
Uczestnictwo w imprezach masowych nie jest obowiązkowe. Naprawdę. Bywam na wielu z nich, nigdy nie zostałem na żadną z nich doprowadzony siłą i zmuszony do przebywania na jej terenie pod groźbą kary śmierci. Można wejść, można też w dowolnej chwili... wyjść. Jeśli kogoś tak bardzo nudzi pokaz, że musi coś w durny sposób skomentować, to po jaką jasną cholerę tam przyłaził, skoro wiedział, że to nie dla niego? Jeśli czegoś nie lubię, po prostu tam nie bywam, zamiast pojawić się, a potem zatruwać odbiór imprezy tym, których akurat to kręci. Tymczasem, choćby na ostatnim Air Show wraz z przyjaciółmi zaobserwowaliśmy ciekawą rzecz - im bliżej barierek odgradzających strefę pokazu tym więcej tam ludzi totalnie nie zainteresowanych tym, co dzieje się na pasie startowym i w powietrzu. Nie zainteresowanych, ale - jak w tytule - broniących dostępu do barierki jak niepodległości. To nic, że ktoś siedzi tyłem do kołującego właśnie F-16. To nic, że przy jednej z barierek niemal obozowisko, w którym wszyscy mają gdzieś latający właśnie, bardzo ciekawy dla pasjonatów śmigłowiec, i raczą się w najlepsze kiełbachą popijaną piwem. Pasjonacie! Nie podejdziesz! Nawet nie próbuj! Barierka jest moja! A co można było usłyszeć? "Eee! Lipa... Dajta spokój, człowiek się tłucze przez pół Polski, a tu tylko latają i latają" (nie no, spoko... na pokazach lotniczych latają samoloty... Serio?!). "I to jeszcze taki złom puszczają, chuj wie czy to w jednym kawałku wyląduje" (powiedział brudząc wąsy "kieczupem gratysowym rozumisz do ty hehe kiełbachy" i przepijając łykiem piwa samozwańczy inżynier pilot, a może nawet i konstruktor lotniczy Janusz). Pod samymi barierkami można było także odnaleźć opalające się panny, pary oddające się uniesieniom tak dalekim od tych podniebnych. Było też kilka przysypiających, opierających się na barierkach nastolatek, przebudzających się tylko na moment wykonania sobie selfie. Szwajcarscy piloci już-już mieli podejść, aby według regularności trzaskania samojebek ustawić sobie zegarki.
Mogę domyślać się końcowej opinii o pokazach wyrażonej przez sporą część "barierkowiczów" - "pokazy były słabe, było za głośno, samoloty za bardzo latały, piwo było drogie, a tak w ogóle to chciało mi się siku i było mi gorąco".
Podsumowanie, czyli konkluzja, czyli koniec ględzenia
Rozumiem i nie trzeba mi tego powtarzać - organizowanie jakiegokolwiek pokazu tylko dla pasjonatów mija się z celem. Ludzie siedzący w temacie bardzo często stanowią jedynie garstkę widzów każdej imprezy masowej opartej o pokazanie szerszej publice czegoś na co dzień niezbyt dostępnego. Bywałem i na takich że się tak z angielska wyrażę, eventach wyłącznie dla pasjonatów - było wręcz wzorcowo. Pytania - nie w stylu "a jak ten samolot lata panie pilot?", a raczej "tu jest silnik X, tam silnik Y, co pan sądzi o tym Y? Bo ja słyszałem, że to konstrukcja dobra, był stosowany na samolocie Z ale..." Kwestie bezpieczeństwa? Jak w podręczniku, bo przecież każdy wie, że tędy może wessać, a tamtędy wypluć w nieco zmienionej formie. Nikt nikomu widoku nie blokował, bo każdy z aparatem i każdy poluje na dobre ujęcie. Tylko... tak się nie da. Aby impreza była popularna i przynosiła dochody, które zapewnią choćby zwrot kosztów organizacji, musi być nastawiona głównie na ludzi spoza grona wielbicieli tematu i pokazać temat tak, aby na kolejną wrócili już jako pasjonaci.
Jak wspomniałem na początku, widzowie imprez masowych to przekrój społeczeństwa, a jak to w każdym społeczeństwie bywa, są przeróżne jednostki. Na ogół na wszelkiego rodzaju pokazach panuje bardzo fajna atmosfera, a o samej imprezie dyskutuje się jeszcze wiele miesięcy po jej zakończeniu.
To wszystko nie zmienia jednak faktu, że "piekielności" się pojawiały, pojawiają i pojawiać będą. Grunt, to starać się na nie przymknąć oko, a jeśli rażą bardzo, przekląć sobie w myślach soczyście. A potem? Potem nieść w społeczeństwo "oświaty kaganek". Kto wie? Może jeśli komuś kiedyś wytłumaczymy, czemu takie a nie inne zachowanie może być niewłaściwe i niebezpieczne, to ten ktoś następnym razem go zaniecha? Wiem, łatwo nie będzie, ale... smoka choć zabić trudno, to starać się trzeba :)
*Janusz - pierwotnie określenie powstałe w środowiskach kibicowskich, używane w stosunku do człowieka, którego nie interesuje widowisko sportowe, a pojawił się na stadionie/w hali dla czystej rozrywki. Obecnie język Internetu mianem "Januszów" określa przeróżnych amatorów, często szkodzących dziedzinie, którą się zajmują, a także środowisku z tą dziedziną związanemu. Inaczej - partacz, dyletant.
poniedziałek, 13 lipca 2015
Wioskowy Głupek v.2.0, czyli rodowód hejtera.
Jakiś czas temu polską sieć obiegła informacja o tym, że pewien nastolatek z Bieżunia (woj. mazowieckie) popełnił samobójstwo. Według doniesień, miał on dokonać tego czynu pod wpływem fali hejtu skierowanej przeciwko niemu. Fali, która nie ustała nawet po jego tragicznej śmierci, ba! Przybrała nawet na sile. Ledwie sprawa przycichła, pojawił się kolejny przypadek - umiera 26-letnia blogerka. Śmierć z przyczyn naturalnych, sprawa bardzo przykra, bo zawsze przykro się robi, kiedy okazuje się, że Wielka Anorektyczka upomniała się o kolejne młode istnienie. I znów - portale społecznościowe zalewa fala nienawiści przeciwko tej dziewczynie. Chwila zastanowienia - co do jasnej cholery się dzieje? Kim są ludzie, którzy potrafią cieszyć się cudzą śmiercią? Kim są ludzie, którzy tej śmierci życzą i właściwie swoje życzenie zamieniają w czyn? O tym właśnie będzie dzisiejszy post.
Trucizna podawana domózgowo
Jeśli ktoś czyta mojego bloga, może zauważyć, że dość często walczę tu z mitem "lepszości" dawnych czasów. Uważam, że pewne zjawiska występowały, występują i występować będą. Zmieniają się jedynie formy i narzędzia, jednak "rdzeń" zawsze pozostaje niezmieniony. Nie inaczej jest z nienawiścią, bo ona istniała jak świat światem i - czy tego chcemy, czy nie - istnieć będzie. Problem polega na tym, że skrajna nienawiść dotyka coraz młodszych ludzi i dotyka ich zarówno ze strony czynnej (są sprawcami) jak i biernej (są ofiarami). Czy jest to nowość? Po głębszym zastanowieniu się można stwierdzić, że... nie.
Jak wiemy z historii, praktycznie każdy system totalitarny, mówiąc współczesnym językiem, stawiał na rozwój młodzieży. Komuniści mieli służbę pionierską, naziści - Hitlerjugend, faszyści - ONB. Młode umysły najłatwiej przecież nasycić ideą, a dzięki temu wychować dorosłych głosicieli tej idei. Nośnikami była propaganda - książki, ulotki, przemówienia, cała otoczka związana z wciskaniem przekonania, że to co robimy jest słuszne. Dziś co prawda, żyjemy w kraju (teoretycznie - praktyka jest zupełnie inna) wolnym od jakichś skrajnych ideologii, młodzież nadal jednak posiada to, co posiadała od zawsze - plastyczne i chłonne umysły. I tak samo jak kiedyś, dziś bardzo łatwo sprzedać młodym ludziom ideę, choćby była to idea najgłupsza.
Jak? W bardzo prosty sposób - przez Internet. Prosto do młodych mózgów, gotowych na przyjęcie wszystkiego, pozbawionych naturalnych, wynikających z dojrzałości filtrów niedorzeczności oraz chętnych na to, na co chętna jest większość dojrzewających umysłów - na poczucie przynależności do grupy. Inna sprawa, jeśli sprzedawane w ten sposób poglądy mają chociaż w teorii jakiś sens (np. poglądy polityczne) - z niektórymi zgodzić się nie sposób, ale jeśli jakiś polityk obiecuje utopię, to stara się przynajmniej nadać swojej wypowiedzi pozory sensu, na zasadzie "trzeba zrobić to, to i tamto, a będzie tak i tak". Jedni to połkną, inni nie, ale generalnie trzyma się to kupy. Gorzej, jeśli w umysły pompowana jest totalna i szkodliwa bzdura, wzięta z d...alekich zakątków kosmosu. Pompowana przez... Wioskowego Głupka w najnowszej dostępnej wersji użytkowej.
Wioskowy Głupek v. 2.0
W dawnych czasach w większości wsi obok proboszcza, sołtysa i bogatego ziemianina istniała inna ważna funkcja - wioskowego głupka. Kim był ów człowiek? Ano takim sobie wesołkiem, co to do roboty w polu niedzielne ubranie założył, klepisko w izbie rozkopał, co by skarbów pod chałupą szukać, a jak mu w karczmie gorzałki dali, to i dziewuchom kiecki podrywał, piejąc ze śmiechu i po udach się klepiąc, na obrazę niebiosom i na wstyd srogi ludziom. Kiedy wioskowy głupek miał gorszy humor, to i uważać trza było, bo w rowie z gołą dupą siadywał, naród krześcijański słowem ohydnym znieważał, do studni sąsiadowi napaskudził, a i kamień z przyzby porwać mógł i szyby przez ślkarza miastowego wstawiane za grosz niemały, pobić na kawałki. Jeśli taki delikwent przesadził, ówczesne rozwiązanie było proste - kowal wraz z grupką krzepkich chłopów wprowadzał tłumaczenie ręczne, czyli mówiąc krótko dawał w pysk, ale niezbyt mocno, bo i tak każdy zdawał sobie sprawę, że choć on szkodnik, to swój. Czasem, kiedy go pod karczmą pytali "Wacuś, chodź ino tu i powiedz, jak byś babę miał, take jak trza, ale o! Długie paluchy by miała, jak karczmarzowa Marynia, to chciałbyś take babe?" odpowiadał "Łoj co bym miał nie chcieć? Ino takich nie lubię, co paluchy długie mają, to bym ją w komorze zamykał i batem przez plecy raz i drugi, jak sołtys kobyłe, bo ja bym wtedy był wielki pan! I kobyłke bym miał, i kapelusz..." Ot, powiedział głupi głupotę i ta głupota zostawała w jego otoczeniu, bo taki gość rzadko kiedy opuszczał miejsce swojego zamieszkania, tak więc nie miał zbyt wielu szans, aby spotkać podobnych sobie, ani aby podzielić się z szerszym audytorium swoimi zwichrowanymi poglądami.
Czasy się zmieniły. Do wsi takie śnury pociągnęli, jaśnie pan jenzinier mówili, że w nich jakowyś prund, co to niby chłopa ubić może, ale i maszyną rucha jako żywą, a i w chałupie jasno jak w południe, choć północek. Dziwy panie! Mijały lata, świat się zmieniał, ale instytucja wioskowego głupka pozostała. Zmieniła się nawet nazwa, bo głupek zamieszkał w mieście, kupił sobie komputer, zainstalował łącze internetowe... Z pozoru normalny gość, ale... "gen głupoty" po poprzednikach wreszcie doszedł do głosu. Obudził się taki któregoś dnia, dowiedział się o czyjejś śmierci, w odmętach swojego pustego łba uznał to za śmieszne. Kiedy jego pradziad śmiał się na pogrzebie sąsiadki i pod karczmą gadał o obijaniu batem dziewuch z długimi palcami, każdy pokazał kółko obok głowy lub załamał ręce. A dziś? Dziś wystarczy napisać i... czekać na reakcję internetowych wioskowo-miejskich głupków. Odpowiedzą na pewno. Pomogą w powielaniu idiotycznego zachowania, uznając je za wyjątkowo zabawne i jednocząc się z pomysłodawcą. Do nich dołączy dzieciarnia, która dawniej za wioskowym głupkiem podążała grupą i dla śmiechu będzie popierała i rozpowszechniała idiotyzmy dalej. Efekt znamy wszyscy - nawet skrajnie inteligentna jednostka nie ma szans z grupą atakujących idiotów. Istnieje w łacinie takie powiedzenie - "nec Hercules contra plures". Po naszemu - "i Herkules dupa, kiedy ludzi kupa".
"A gdzie byli rodzice?"
Wiemy już kto nakręca internetowy hejt - liczba ludzi go tworzących tak naprawdę jest niewielka. To właśnie te "wioskowe głupki" - kiedyś bzdurzące pod karczmą, dziś online. Jednak ich praca przy sianiu zwykłej nienawiści skończyłaby się fiaskiem, gdyby nie rozpowszechniający ją dalej. Kto to jest? Ano banda dzieciaków i - delikatnie mówiąc - średnio rozgarniętej młodzieży. Od dawnych czasów właściwie niewiele się zmieniło. Tak jak za Wacusiem-głupkiem podążała grupka roześmianych dzieciaków, tak i dziś Wacuś_łysy_88 znajdzie spore grono fanów. Fanów, którzy być może w głębi ducha nie popierają jego wizji, ale skoro "dzieje się", to dla rozrywki można do tego dołączyć. Tyle, że kiedy "analogowy" Wacuś przesadzał i zachowanie śmieszne zmieniało się w gorszące czy niebezpieczne, mądrzy rodzice zwyczajnie zaczynali izolować swoje dzieci od takiego typa. Z Wacusiem cyfrowym jest ten problem, że nie zawsze można. Choć, rzecz jasna da się i wcale nie jest to takie trudne.
Pytanie o to, gdzie byli rodzice, kiedy powstawały komentarze skierowane przeciwko nastolatkowi czy zmarłej blogerce, pojawiało się wyjątkowo często. A ja znam na nie odpowiedź. Rodzice byli... w drugim pokoju. Po raz kolejny powtórzę, że ani temu chłopakowi, ani rodzinie nieżyjącej blogerki, ani nikomu innemu, kto poniósł szkody przez sieciowy hejt, nie zaszkodził internet. Zaszkodzili wyłącznie fizyczni ludzie, którzy posłużyli się siecią jako narzędziem. Ludzie, którzy przez nikogo nie kontrolowani wylewali wiadra pomyj w stronę niewinnych ludzi. W większości właśnie dzieciarnia, inspirowana głosem być może starszych, ale na pewno głupszych. Tradycyjnie zabrakło więc kontroli rodziców. I - tradycyjnie - cholernie mnie to dziwi. Żyjemy w XXI wieku. Internauta to już dawno nie jest pryszczaty komputerowy nerd w okularach jak denka od flaszek i we flanelowej koszuli w kratę, a zwyczajny człowiek. Internauta to przeciętny człowiek, który nie musi już zaglądać "pod maskę" systemu informatycznego, aby zeń korzystać sprawnie - jest zwyczajnym użytkownikiem. Internauci to... w ogromnej ilości przypadków rodzice dzieciaków siejących hejt, ba! Ludzie, którzy być może byli pierwszymi trollami w polskim usenecie i na powstających w ich czasach forach. To niejednokrotnie "budowniczowie" miejsc w sieci, które dziś wszyscy znają. Nie rozumiem więc, czemu marginalizują internet jako miejsce, gdzie ich dzieciak może narobić sobie i komuś problemów? Przecież doskonale wiedzą, jakie zagrożenia on niesie. Może wystarczy z dzieckiem... uwaga, uwaga, bo jedzie rolwaga - POGADAĆ? Nie, nie według nowoczesnych podręczników znanych i uznanych psychologów zza wielkiej kałuży, nie według rad oświeconych, anonimowych mamuś z przeróżnych dziwnych forów, nie z myślą w głowie "mam dziecko, ale w sumie nie mam pojęcia jak je obsługiwać", a po ludzku, po rodzicielsku, normalnie. Rozmawiać to nie tylko mówić. To także słuchać. Choćby po to, aby wychwycić określenia charakterystyczne dla niektórych miejsc w sieci, które dla dziecka nie są odpowiednie. Jeśli się ich nie rozumie (nic w tym dziwnego - sieciowa mowa zmienia się jak w kalejdoskopie - kilka lat dla języka internetu to jak dla języka literackiego cała wielka epoka), to sprawdzić. Wujek G. nie gryzie. Słuchać też po to, aby usłyszeć wołanie o pomoc, bo jeśli dziecko nie jest sprawcą sieciowej przemocy, zawsze może być jej ofiarą. Ale przede wszystkim uświadamiać dziecko, że sieć nie jest miejscem anonimowym, każde wykroczenie czy przestępstwo w niej popełnione naprawdę nie jest trudne do wykrycia, a sprawca do ustalenia. Wszystko zależy wyłącznie od woli tych, którym mogłoby na tym zależeć. Być może taka rozmowa i odpowiedni nadzór doprowadzi do tego, że za kolejnym wioskowym przygłupem nie pójdą tłumy i nie stanie się kolejna tragedia.
Trucizna podawana domózgowo
Jeśli ktoś czyta mojego bloga, może zauważyć, że dość często walczę tu z mitem "lepszości" dawnych czasów. Uważam, że pewne zjawiska występowały, występują i występować będą. Zmieniają się jedynie formy i narzędzia, jednak "rdzeń" zawsze pozostaje niezmieniony. Nie inaczej jest z nienawiścią, bo ona istniała jak świat światem i - czy tego chcemy, czy nie - istnieć będzie. Problem polega na tym, że skrajna nienawiść dotyka coraz młodszych ludzi i dotyka ich zarówno ze strony czynnej (są sprawcami) jak i biernej (są ofiarami). Czy jest to nowość? Po głębszym zastanowieniu się można stwierdzić, że... nie.
Jak wiemy z historii, praktycznie każdy system totalitarny, mówiąc współczesnym językiem, stawiał na rozwój młodzieży. Komuniści mieli służbę pionierską, naziści - Hitlerjugend, faszyści - ONB. Młode umysły najłatwiej przecież nasycić ideą, a dzięki temu wychować dorosłych głosicieli tej idei. Nośnikami była propaganda - książki, ulotki, przemówienia, cała otoczka związana z wciskaniem przekonania, że to co robimy jest słuszne. Dziś co prawda, żyjemy w kraju (teoretycznie - praktyka jest zupełnie inna) wolnym od jakichś skrajnych ideologii, młodzież nadal jednak posiada to, co posiadała od zawsze - plastyczne i chłonne umysły. I tak samo jak kiedyś, dziś bardzo łatwo sprzedać młodym ludziom ideę, choćby była to idea najgłupsza.
Jak? W bardzo prosty sposób - przez Internet. Prosto do młodych mózgów, gotowych na przyjęcie wszystkiego, pozbawionych naturalnych, wynikających z dojrzałości filtrów niedorzeczności oraz chętnych na to, na co chętna jest większość dojrzewających umysłów - na poczucie przynależności do grupy. Inna sprawa, jeśli sprzedawane w ten sposób poglądy mają chociaż w teorii jakiś sens (np. poglądy polityczne) - z niektórymi zgodzić się nie sposób, ale jeśli jakiś polityk obiecuje utopię, to stara się przynajmniej nadać swojej wypowiedzi pozory sensu, na zasadzie "trzeba zrobić to, to i tamto, a będzie tak i tak". Jedni to połkną, inni nie, ale generalnie trzyma się to kupy. Gorzej, jeśli w umysły pompowana jest totalna i szkodliwa bzdura, wzięta z d...alekich zakątków kosmosu. Pompowana przez... Wioskowego Głupka w najnowszej dostępnej wersji użytkowej.
Wioskowy Głupek v. 2.0
W dawnych czasach w większości wsi obok proboszcza, sołtysa i bogatego ziemianina istniała inna ważna funkcja - wioskowego głupka. Kim był ów człowiek? Ano takim sobie wesołkiem, co to do roboty w polu niedzielne ubranie założył, klepisko w izbie rozkopał, co by skarbów pod chałupą szukać, a jak mu w karczmie gorzałki dali, to i dziewuchom kiecki podrywał, piejąc ze śmiechu i po udach się klepiąc, na obrazę niebiosom i na wstyd srogi ludziom. Kiedy wioskowy głupek miał gorszy humor, to i uważać trza było, bo w rowie z gołą dupą siadywał, naród krześcijański słowem ohydnym znieważał, do studni sąsiadowi napaskudził, a i kamień z przyzby porwać mógł i szyby przez ślkarza miastowego wstawiane za grosz niemały, pobić na kawałki. Jeśli taki delikwent przesadził, ówczesne rozwiązanie było proste - kowal wraz z grupką krzepkich chłopów wprowadzał tłumaczenie ręczne, czyli mówiąc krótko dawał w pysk, ale niezbyt mocno, bo i tak każdy zdawał sobie sprawę, że choć on szkodnik, to swój. Czasem, kiedy go pod karczmą pytali "Wacuś, chodź ino tu i powiedz, jak byś babę miał, take jak trza, ale o! Długie paluchy by miała, jak karczmarzowa Marynia, to chciałbyś take babe?" odpowiadał "Łoj co bym miał nie chcieć? Ino takich nie lubię, co paluchy długie mają, to bym ją w komorze zamykał i batem przez plecy raz i drugi, jak sołtys kobyłe, bo ja bym wtedy był wielki pan! I kobyłke bym miał, i kapelusz..." Ot, powiedział głupi głupotę i ta głupota zostawała w jego otoczeniu, bo taki gość rzadko kiedy opuszczał miejsce swojego zamieszkania, tak więc nie miał zbyt wielu szans, aby spotkać podobnych sobie, ani aby podzielić się z szerszym audytorium swoimi zwichrowanymi poglądami.
Czasy się zmieniły. Do wsi takie śnury pociągnęli, jaśnie pan jenzinier mówili, że w nich jakowyś prund, co to niby chłopa ubić może, ale i maszyną rucha jako żywą, a i w chałupie jasno jak w południe, choć północek. Dziwy panie! Mijały lata, świat się zmieniał, ale instytucja wioskowego głupka pozostała. Zmieniła się nawet nazwa, bo głupek zamieszkał w mieście, kupił sobie komputer, zainstalował łącze internetowe... Z pozoru normalny gość, ale... "gen głupoty" po poprzednikach wreszcie doszedł do głosu. Obudził się taki któregoś dnia, dowiedział się o czyjejś śmierci, w odmętach swojego pustego łba uznał to za śmieszne. Kiedy jego pradziad śmiał się na pogrzebie sąsiadki i pod karczmą gadał o obijaniu batem dziewuch z długimi palcami, każdy pokazał kółko obok głowy lub załamał ręce. A dziś? Dziś wystarczy napisać i... czekać na reakcję internetowych wioskowo-miejskich głupków. Odpowiedzą na pewno. Pomogą w powielaniu idiotycznego zachowania, uznając je za wyjątkowo zabawne i jednocząc się z pomysłodawcą. Do nich dołączy dzieciarnia, która dawniej za wioskowym głupkiem podążała grupą i dla śmiechu będzie popierała i rozpowszechniała idiotyzmy dalej. Efekt znamy wszyscy - nawet skrajnie inteligentna jednostka nie ma szans z grupą atakujących idiotów. Istnieje w łacinie takie powiedzenie - "nec Hercules contra plures". Po naszemu - "i Herkules dupa, kiedy ludzi kupa".
"A gdzie byli rodzice?"
Wiemy już kto nakręca internetowy hejt - liczba ludzi go tworzących tak naprawdę jest niewielka. To właśnie te "wioskowe głupki" - kiedyś bzdurzące pod karczmą, dziś online. Jednak ich praca przy sianiu zwykłej nienawiści skończyłaby się fiaskiem, gdyby nie rozpowszechniający ją dalej. Kto to jest? Ano banda dzieciaków i - delikatnie mówiąc - średnio rozgarniętej młodzieży. Od dawnych czasów właściwie niewiele się zmieniło. Tak jak za Wacusiem-głupkiem podążała grupka roześmianych dzieciaków, tak i dziś Wacuś_łysy_88 znajdzie spore grono fanów. Fanów, którzy być może w głębi ducha nie popierają jego wizji, ale skoro "dzieje się", to dla rozrywki można do tego dołączyć. Tyle, że kiedy "analogowy" Wacuś przesadzał i zachowanie śmieszne zmieniało się w gorszące czy niebezpieczne, mądrzy rodzice zwyczajnie zaczynali izolować swoje dzieci od takiego typa. Z Wacusiem cyfrowym jest ten problem, że nie zawsze można. Choć, rzecz jasna da się i wcale nie jest to takie trudne.
Pytanie o to, gdzie byli rodzice, kiedy powstawały komentarze skierowane przeciwko nastolatkowi czy zmarłej blogerce, pojawiało się wyjątkowo często. A ja znam na nie odpowiedź. Rodzice byli... w drugim pokoju. Po raz kolejny powtórzę, że ani temu chłopakowi, ani rodzinie nieżyjącej blogerki, ani nikomu innemu, kto poniósł szkody przez sieciowy hejt, nie zaszkodził internet. Zaszkodzili wyłącznie fizyczni ludzie, którzy posłużyli się siecią jako narzędziem. Ludzie, którzy przez nikogo nie kontrolowani wylewali wiadra pomyj w stronę niewinnych ludzi. W większości właśnie dzieciarnia, inspirowana głosem być może starszych, ale na pewno głupszych. Tradycyjnie zabrakło więc kontroli rodziców. I - tradycyjnie - cholernie mnie to dziwi. Żyjemy w XXI wieku. Internauta to już dawno nie jest pryszczaty komputerowy nerd w okularach jak denka od flaszek i we flanelowej koszuli w kratę, a zwyczajny człowiek. Internauta to przeciętny człowiek, który nie musi już zaglądać "pod maskę" systemu informatycznego, aby zeń korzystać sprawnie - jest zwyczajnym użytkownikiem. Internauci to... w ogromnej ilości przypadków rodzice dzieciaków siejących hejt, ba! Ludzie, którzy być może byli pierwszymi trollami w polskim usenecie i na powstających w ich czasach forach. To niejednokrotnie "budowniczowie" miejsc w sieci, które dziś wszyscy znają. Nie rozumiem więc, czemu marginalizują internet jako miejsce, gdzie ich dzieciak może narobić sobie i komuś problemów? Przecież doskonale wiedzą, jakie zagrożenia on niesie. Może wystarczy z dzieckiem... uwaga, uwaga, bo jedzie rolwaga - POGADAĆ? Nie, nie według nowoczesnych podręczników znanych i uznanych psychologów zza wielkiej kałuży, nie według rad oświeconych, anonimowych mamuś z przeróżnych dziwnych forów, nie z myślą w głowie "mam dziecko, ale w sumie nie mam pojęcia jak je obsługiwać", a po ludzku, po rodzicielsku, normalnie. Rozmawiać to nie tylko mówić. To także słuchać. Choćby po to, aby wychwycić określenia charakterystyczne dla niektórych miejsc w sieci, które dla dziecka nie są odpowiednie. Jeśli się ich nie rozumie (nic w tym dziwnego - sieciowa mowa zmienia się jak w kalejdoskopie - kilka lat dla języka internetu to jak dla języka literackiego cała wielka epoka), to sprawdzić. Wujek G. nie gryzie. Słuchać też po to, aby usłyszeć wołanie o pomoc, bo jeśli dziecko nie jest sprawcą sieciowej przemocy, zawsze może być jej ofiarą. Ale przede wszystkim uświadamiać dziecko, że sieć nie jest miejscem anonimowym, każde wykroczenie czy przestępstwo w niej popełnione naprawdę nie jest trudne do wykrycia, a sprawca do ustalenia. Wszystko zależy wyłącznie od woli tych, którym mogłoby na tym zależeć. Być może taka rozmowa i odpowiedni nadzór doprowadzi do tego, że za kolejnym wioskowym przygłupem nie pójdą tłumy i nie stanie się kolejna tragedia.
wtorek, 12 maja 2015
DiabelskieNasienie.exe czyli dlaczego nie zostałem maniakalnym mordercą, choć w sumie by wypadało.
Zaledwie kilka dni temu Polskę obiegła szokująca wiadomość - dwóch nastolatków zamordowało babcię jednego z nich, ciężko ranili dziesięcioletnią dziewczynkę, a następnie obaj sporządzili kilka koktajli Mołotowa, ukryli się w pustostanie i tak przygotowani oczekiwali na policjantów.
Media bardzo szybko wskazały głównego winnego tej tragedii. Oczywiście był to sprawca niemal służbowy, wyciągany z szuflady praktycznie w każdym podobnym przypadku - GRY KOMPUTEROWE! Tak. Nastolatkowie grali w gry, postanowili więc przenieść treść gier do realiów i zacząć zabijać naprawdę. Straszne? Straszne. Zastanawiam się jedynie, czy wina leży właśnie tam, gdzie starają się wskazać nam wszystkim media. I o tym właśnie będzie ten wpis. Spróbuję ocenić, czy gry faktycznie szkodzą, a jeśli szkodzą, jak temu zaradzić? A jeśli nie szkodzą? Albo tylko trochę? Zapraszam.
START GAME
Kawałek historii - gram od dawna. Można śmiało powiedzieć, że od dzieciństwa. Pierwszym urządzeniem służącym elektronicznej rozrywce w moim przypadku była znana i lubiana konsola Pegasus. Później właściwie pełnoprawny komputer - Amiga 1200. W okolicach drugiej lub trzeciej klasy gimnazjum dostałem komputer klasy PC - boska machina, z procesorem 1.8 Ghz, 256 megabajtami RAM i 128 megabajtową kartą graficzną na pokładzie. I pod kontrolą najnowszego wtedy Windowsa XP. Grało się! Oj, jak się grało. Gry zawsze stanowiły dla mnie chwilową odskocznię od rzeczywistości. Pomimo, że na samym PC przeszedłem ich około sześćdziesięciu, nigdy nie uważałem się za jakiegoś hardkorowego gracza. E-rozrywkę traktowałem na równi z literaturą czy dobrym filmem. Przyznaję bez bicia - nie raz zdarzało mi się grać w tytuły, które zdecydowanie nie były przeznaczone dla mojej kategorii wiekowej, ale... to samo dotyczyło również książek czy filmów, w końcu te 18+ zawsze są ciekawsze, kiedy my sami jesteśmy poniżej tego magicznego wieku. Ot, ciekawość nastolatka. Dziś powoli zbliżam się do trzydziestki i chwilami zastanawiam się, co ze mną było nie tak? Przecież według mediów powinienem któregoś dnia wziąć jakąś srogą kosę i zadźgać nim członka rodziny. Tak po prostu. Bo (według mediów of course) powinno mi się wydawać, że moja ofiara zaraz wstanie. Ma przecież kilka żyć. Jak w grze...
PAUSE
Tak właśnie. Pauza. Stop. Drogie media, proszę Was bardzo - nie przedstawiajcie graczy, jako totalnych idiotów, którym świat gry miesza się ze światem realnym. Czy Wam naprawdę się wydaje, że przeciętny nastolatek UWAŻA, że jeśli kogoś zabije, to ten ktoś za chwilę wstanie, bo przecież ma drugie życie? Nie. Jeśli zaś człowiek w wieku 14-16 lat faktycznie tak uważa, to nie izolacja od gier mu jest potrzebna, a wizyta u lekarza psychiatry. I to nie jedna, a szereg, z właściwym leczeniem farmakologicznym w tle.
Problem w mojej opinii leży właśnie tu. W psychice. Jeśli jest z nią wszystko w porządku, nie ma opcji, aby gry wpłynęły na nią do tego stopnia, że gracz jest w stanie popełnić przestępstwo. Równie dobrze w miejsce gry można wstawić np. książkę (a o efekcie Wertera drogie media słyszały? Wydanie "Cierpień młodego Wertera" spowodowało wzrost samobójstw młodych ludzi i nie byli to bynajmniej współcześni licealiści, którzy muszą się z tym dziełem zapoznawać w ramach zajęć języka polskiego. Później "efektem Wertera" nazwano to, co opisuje treść w linku). Można tam też wstawić film (sporo zbrodni i filmów było inspirowanych właśnie dziełami z Hollywood), można też ostatecznie wstawić utwór muzyczny, obraz... jakiekolwiek medium. Czemu? Ano temu, że to nic innego jak zapalniki. Zapalniki uruchamiające w psychice z problemami określone mechanizmy.
Tragedia, która wydarzyła się w przypadku opisywanej na początku zbrodni, wydarzyła się tak naprawdę kilka, może kilkanaście lat wcześniej. Z tymi ludźmi było coś nie tak WCZEŚNIEJ. Zanim jeszcze dotknęli klawiatury i myszki, aby grać. Ktoś czegoś nie zauważył, ktoś coś olał, ktoś stwierdził, że "tak ma być". No ale kiedy w ruch poszedł nóż, to winne okazały się gry. I tylko one.
RESUME GAME
Wiemy już, że to nie gry są winne, a psychika. Co więc robić? Pewne środowiska na pewno krzyknęłyby "Zakazać gier!". To ja im odkrzyknę: "Zakazać noży, samochodów i kąpieli w wannie. I pod prysznicem! W ogóle zakazać kąpieli!" Będziemy jedli wszystko w całości, wszędzie chodzili pieszo i będzie od nas śmierdziało na kilometr, ale przynajmniej będziemy bezpieczni!" Nie tędy droga. Zakazywać, owszem. Ale na poziomie dostępu KONKRETNEJ jednostki do KONKRETNEGO tytułu/gatunku. Kto ma to robić? Na pewno nie ogólnie pojęte państwo, a... rodzice. Nikt nie zna swojego dziecka lepiej niż jego własny rodzic. Wystarczy... obserwować. Naprawdę. Tylko tyle i aż tyle. Rodzic nie musi być zawodowym psychologiem, aby mógł ocenić, że z dzieckiem coś nie gra, stało się bardziej agresywne, coś nienaturalnie pochłania jego myśli. Radę tę kieruję głównie do współczesnych rodziców (zakres wiekowy 25-35 lat), a więc do pokolenia, dla którego komputer i jego zawartość to nie jest już czarna magia. Nie bójcie się tej wiedzy wykorzystać w praktyce. Widać zmiany? Widzimy, że to właśnie w wyniku zbyt długiego grania, zbyt mocnego angażowania się w grę? "Synu, córko, nie grasz! Ta gra ci szkodzi!". Każdy człowiek rozwija się inaczej, na każdego te same rzeczy wpływają inaczej. Gwarantuję, że samo to znacznie może zminimalizować ryzyko, że dziecko stanie się przestępcą. Zwracanie uwagi i ROZMOWA. Nie tylko o i w obrębie e-rozrywki. Zwracanie uwagi właśnie na codzienne problemy - szkolne, podwórkowe, być może rodzinne. Tak, rodzinne, generowane przez samych rodziców. Dorośli wielokrotnie nie zdają sobie sprawy z tego, że szeregiem swoich zachowań po prostu swoje dzieci RANIĄ. Rana zadana przez bliską, kochaną osobę boli dwa razy mocniej i goi się dwa razy dłużej. A psychika pokryta bliznami to psychika podatna na wiele późniejszych problemów. Przestępstwo inspirowane grą? A czemu nie? Jeśli będzie chodziło o zwrócenie na siebie uwagi, każdy zapalnik będzie dobry. A powtarzam - gra jest tylko zapalnikiem. Tylko.
QUIT GAME
Był to kolejny wpis, w którym starałem się Wam przybliżyć moje spojrzenie na pewne kwestie. Bardzo nie lubię szybkiego wskazywania winnych, szybkich osądów i szybkich wyroków. Tym naprawdę można kogoś skrzywdzić. Media doskonale o tym wiedzą, ale nadal to robią. Po prostu taki sposób stawiania sprawy bardzo łatwo sprzedać, a o to właśnie chodzi. Nie dajmy sobie wmówić, że złe są martwe przedmioty, czy jak w tym przypadku - programy. Źli czy w jakiś sposób psychicznie zaniedbani mogą być jedynie LUDZIE. Ludzie, którzy z tych rzeczy nieprawidłowo korzystają. Problem zawsze jest wewnątrz ludzi, w przedmiotach, które ich otaczają - nigdy. One po prostu są.
Media bardzo szybko wskazały głównego winnego tej tragedii. Oczywiście był to sprawca niemal służbowy, wyciągany z szuflady praktycznie w każdym podobnym przypadku - GRY KOMPUTEROWE! Tak. Nastolatkowie grali w gry, postanowili więc przenieść treść gier do realiów i zacząć zabijać naprawdę. Straszne? Straszne. Zastanawiam się jedynie, czy wina leży właśnie tam, gdzie starają się wskazać nam wszystkim media. I o tym właśnie będzie ten wpis. Spróbuję ocenić, czy gry faktycznie szkodzą, a jeśli szkodzą, jak temu zaradzić? A jeśli nie szkodzą? Albo tylko trochę? Zapraszam.
START GAME
Kawałek historii - gram od dawna. Można śmiało powiedzieć, że od dzieciństwa. Pierwszym urządzeniem służącym elektronicznej rozrywce w moim przypadku była znana i lubiana konsola Pegasus. Później właściwie pełnoprawny komputer - Amiga 1200. W okolicach drugiej lub trzeciej klasy gimnazjum dostałem komputer klasy PC - boska machina, z procesorem 1.8 Ghz, 256 megabajtami RAM i 128 megabajtową kartą graficzną na pokładzie. I pod kontrolą najnowszego wtedy Windowsa XP. Grało się! Oj, jak się grało. Gry zawsze stanowiły dla mnie chwilową odskocznię od rzeczywistości. Pomimo, że na samym PC przeszedłem ich około sześćdziesięciu, nigdy nie uważałem się za jakiegoś hardkorowego gracza. E-rozrywkę traktowałem na równi z literaturą czy dobrym filmem. Przyznaję bez bicia - nie raz zdarzało mi się grać w tytuły, które zdecydowanie nie były przeznaczone dla mojej kategorii wiekowej, ale... to samo dotyczyło również książek czy filmów, w końcu te 18+ zawsze są ciekawsze, kiedy my sami jesteśmy poniżej tego magicznego wieku. Ot, ciekawość nastolatka. Dziś powoli zbliżam się do trzydziestki i chwilami zastanawiam się, co ze mną było nie tak? Przecież według mediów powinienem któregoś dnia wziąć jakąś srogą kosę i zadźgać nim członka rodziny. Tak po prostu. Bo (według mediów of course) powinno mi się wydawać, że moja ofiara zaraz wstanie. Ma przecież kilka żyć. Jak w grze...
PAUSE
Tak właśnie. Pauza. Stop. Drogie media, proszę Was bardzo - nie przedstawiajcie graczy, jako totalnych idiotów, którym świat gry miesza się ze światem realnym. Czy Wam naprawdę się wydaje, że przeciętny nastolatek UWAŻA, że jeśli kogoś zabije, to ten ktoś za chwilę wstanie, bo przecież ma drugie życie? Nie. Jeśli zaś człowiek w wieku 14-16 lat faktycznie tak uważa, to nie izolacja od gier mu jest potrzebna, a wizyta u lekarza psychiatry. I to nie jedna, a szereg, z właściwym leczeniem farmakologicznym w tle.
Problem w mojej opinii leży właśnie tu. W psychice. Jeśli jest z nią wszystko w porządku, nie ma opcji, aby gry wpłynęły na nią do tego stopnia, że gracz jest w stanie popełnić przestępstwo. Równie dobrze w miejsce gry można wstawić np. książkę (a o efekcie Wertera drogie media słyszały? Wydanie "Cierpień młodego Wertera" spowodowało wzrost samobójstw młodych ludzi i nie byli to bynajmniej współcześni licealiści, którzy muszą się z tym dziełem zapoznawać w ramach zajęć języka polskiego. Później "efektem Wertera" nazwano to, co opisuje treść w linku). Można tam też wstawić film (sporo zbrodni i filmów było inspirowanych właśnie dziełami z Hollywood), można też ostatecznie wstawić utwór muzyczny, obraz... jakiekolwiek medium. Czemu? Ano temu, że to nic innego jak zapalniki. Zapalniki uruchamiające w psychice z problemami określone mechanizmy.
Tragedia, która wydarzyła się w przypadku opisywanej na początku zbrodni, wydarzyła się tak naprawdę kilka, może kilkanaście lat wcześniej. Z tymi ludźmi było coś nie tak WCZEŚNIEJ. Zanim jeszcze dotknęli klawiatury i myszki, aby grać. Ktoś czegoś nie zauważył, ktoś coś olał, ktoś stwierdził, że "tak ma być". No ale kiedy w ruch poszedł nóż, to winne okazały się gry. I tylko one.
RESUME GAME
Wiemy już, że to nie gry są winne, a psychika. Co więc robić? Pewne środowiska na pewno krzyknęłyby "Zakazać gier!". To ja im odkrzyknę: "Zakazać noży, samochodów i kąpieli w wannie. I pod prysznicem! W ogóle zakazać kąpieli!" Będziemy jedli wszystko w całości, wszędzie chodzili pieszo i będzie od nas śmierdziało na kilometr, ale przynajmniej będziemy bezpieczni!" Nie tędy droga. Zakazywać, owszem. Ale na poziomie dostępu KONKRETNEJ jednostki do KONKRETNEGO tytułu/gatunku. Kto ma to robić? Na pewno nie ogólnie pojęte państwo, a... rodzice. Nikt nie zna swojego dziecka lepiej niż jego własny rodzic. Wystarczy... obserwować. Naprawdę. Tylko tyle i aż tyle. Rodzic nie musi być zawodowym psychologiem, aby mógł ocenić, że z dzieckiem coś nie gra, stało się bardziej agresywne, coś nienaturalnie pochłania jego myśli. Radę tę kieruję głównie do współczesnych rodziców (zakres wiekowy 25-35 lat), a więc do pokolenia, dla którego komputer i jego zawartość to nie jest już czarna magia. Nie bójcie się tej wiedzy wykorzystać w praktyce. Widać zmiany? Widzimy, że to właśnie w wyniku zbyt długiego grania, zbyt mocnego angażowania się w grę? "Synu, córko, nie grasz! Ta gra ci szkodzi!". Każdy człowiek rozwija się inaczej, na każdego te same rzeczy wpływają inaczej. Gwarantuję, że samo to znacznie może zminimalizować ryzyko, że dziecko stanie się przestępcą. Zwracanie uwagi i ROZMOWA. Nie tylko o i w obrębie e-rozrywki. Zwracanie uwagi właśnie na codzienne problemy - szkolne, podwórkowe, być może rodzinne. Tak, rodzinne, generowane przez samych rodziców. Dorośli wielokrotnie nie zdają sobie sprawy z tego, że szeregiem swoich zachowań po prostu swoje dzieci RANIĄ. Rana zadana przez bliską, kochaną osobę boli dwa razy mocniej i goi się dwa razy dłużej. A psychika pokryta bliznami to psychika podatna na wiele późniejszych problemów. Przestępstwo inspirowane grą? A czemu nie? Jeśli będzie chodziło o zwrócenie na siebie uwagi, każdy zapalnik będzie dobry. A powtarzam - gra jest tylko zapalnikiem. Tylko.
QUIT GAME
Był to kolejny wpis, w którym starałem się Wam przybliżyć moje spojrzenie na pewne kwestie. Bardzo nie lubię szybkiego wskazywania winnych, szybkich osądów i szybkich wyroków. Tym naprawdę można kogoś skrzywdzić. Media doskonale o tym wiedzą, ale nadal to robią. Po prostu taki sposób stawiania sprawy bardzo łatwo sprzedać, a o to właśnie chodzi. Nie dajmy sobie wmówić, że złe są martwe przedmioty, czy jak w tym przypadku - programy. Źli czy w jakiś sposób psychicznie zaniedbani mogą być jedynie LUDZIE. Ludzie, którzy z tych rzeczy nieprawidłowo korzystają. Problem zawsze jest wewnątrz ludzi, w przedmiotach, które ich otaczają - nigdy. One po prostu są.
wtorek, 9 grudnia 2014
Jestę alternatywny, czyly fejsbók jezd gópi (?)
Serwisy społecznościowe właściwie od początku swojego istnienia budziły kontrowersje. Wiele mądrych głów z zakresu psychologii oraz socjologii zastanawiało się, co właściwie przyciąga ludzi do takich miejsc w Internecie. Jedni twierdzili, że to naturalne - człowiek jest zwierzęciem stadnym, więc dąży do socjalizacji. Drudzy z kolei stwierdzali, że popularność portali społecznościowych to znak czasów, a więc moda na powszechny ekshibicjonizm. Byli tacy, którzy od razu stawali się fanami takich miejsc, są w końcu i tacy, którzy za żadne skarby świata nie chcą mieć tam konta. Mój dzisiejszy wpis skupi się właśnie na tych ostatnich. Chciałbym skupić się na argumentach podnoszonych przez przeciwników "społecznościówek", przeanalizować je i... po raz kolejny stać się advocatus diavoli, a więc spróbować je obalić. Zanim jednak to zrobię, przedstawię swoje stanowisko. A będzie ono zawierało się w jednym, jedynym zdaniu: "Nie ma rzeczy złych, są tylko rzeczy niewłaściwie wykorzystane". Poniższe opinie dotyczą w głównej mierze najpopularniejszego social medium, a więc Facebooka, jednak argumenty stosowane są przeciwko innym, mniej popularnym serwisom.
1) "Nie lubię portali społecznościowych, bo ludzie wrzucają tam idiotyczne treści i uprawiają psychiczny, a często i fizyczny ekshibicjonizm"
Zauważ drogi przeciwniku, że zasada działania większości serwisów społecznościowych opiera się na przeniesieniu w świat wirtualny powiązań ze świata realnego. Mówiąc wprost - to nie serwis sam z siebie generuje treść, generują go jego użytkownicy. Zawartość, jaką Ty oglądasz, jest tworzona przez... Twoich znajomych, rodzinę i przyjaciół. Konto na FB posiadam od kilku dobrych lat. Ani razu nie spotkałem się z treściami, o których wspomina ten argument. Nie widziałem gołej dupy koleżanki, nie zauważyłem, aby ktoś z mojej rodziny rzygał pod stół na imprezie, podobnie żaden kolega, kuzyn, kuzynka czy ktokolwiek z moich znajomych nie pozował też przy nowym samochodzie z miną "co hołoto? A wy nadal pełnoletnią Corsą 1.2 w gazie?". Dziwne, nieprawdaż? Ano wcale nie dziwne. Może ja po prostu mam normalną rodzinę, znajomych i przyjaciół? Jeśli Ty drogi przeciwniku obawiasz się, że zobaczysz coś takiego, nie mów że to np. Facebook jest zły. Uświadom sobie, że coś nie tak jest z ludźmi, których znasz. To oni mają kompleksy, to oni cierpią na brak atencji i to oni będą taką treść umieszczać. Nie są tacy na co dzień, a na FB wstępuje w nich diabeł? Nic w nikogo nie wstępuje - albo słabo ich znasz, albo zbytnio idealizujesz.
2) "Portale społecznościowe to złodzieje czasu! Ludzie od nich się uzależniają i zamiast robić coś kreatywnego, przesiadują tam godzinami"
Człowiek to takie dziwne stworzenie, które jest w stanie uzależnić się od WSZYSTKIEGO. Uzależnia alkohol, robią to narkotyki, seks, internet, szybka jazda, jedzenie... Mógłbym wymieniać do jutra. Nie oznacza to jednak, że sam fakt istnienia tych rzeczy to zło wcielone. Czy fakt istnienia alkoholu powoduje, że każdy stanie się alkoholikiem? Nie. Czy to, że na czarnym rynku znajdziemy dowolny narkotyk, powoduje że staniemy się ćpunami? Nie. Czy w końcu fakt, że społecznościówki istnieją, powoduje że każdy internauta wcześniej czy później uzależni się od nich? Oczywiście, że nie. Aby wystąpiło uzależnienie od czegokolwiek, potrzeba wielu nakładających się na siebie czynników. Czynników, które działają zarówno wewnątrz jak i na zewnątrz uzależnionego. W grę mogą wchodzić również zaburzenia osobowości, a to kolejna iskra na proch nałogu. Paracelsus napisał, że wszystko jest trucizną i nic nie jest trucizną - to dawka czyni truciznę. Ale dawkę ustalamy MY. Samo istnienie dawkowanej substancji nie jest powodem uzależnień.
3) Portale społecznościowe zniszczyły niejednemu życie.
Po raz kolejny argument, który niejako nadaje cechy ludzkie programowi. Bo czym innym jest taki FB jeśli nie aplikacją internetową, serwisem budowanym przez ludzi i obsługiwanym przez ludzi? Skoro portal społecznościowy zniszczył komuś życie, to jeśli ktoś ulegnie śmiertelnemu wypadkowi na drodze, czemu do więzienia trafia kierowca? Przecież to samochód bezpośrednio uderzył i zabił. Ano dlatego zapuszkowano kierowcę, bo samochód jest jedynie bezwolną maszyną. Bez woli kierowcy nie poruszy się ani o centymetr, również nikogo nie zabije. Identycznie jest z FB - to tylko bezwolny serwis. Jeśli kogoś przy jego pomocy oczerniono czy skompromitowano, to zrobiono to tylko i wyłącznie przy jego pomocy. Ale zrobili to ludzie, wrogowie danej osoby. Ktoś powie, że gdyby ofiara i sprawcy nie mieliby tam konta, do sprawy by nie doszło. Oczywiście, że by doszło. Tyle, że w inny sposób. Popatrzymy - aby komuś zaszkodzić, wcale nie potrzeba portali społecznościowych. Wystarczy to, co mamy w siebie "fabrycznie wbudowane" - mózg i usta. To wystarczy, aby np. rozpuścić plotkę, postawić kogoś w złym świetle, a idąc tą drogą - zniszczyć lub uprzykrzyć mu życie. Jeśli komuś bardzo zależy, aby trafić w swoją ofiarę, zrobi to bardzo skutecznie, nie dotykając nawet małym palcem nie tylko klawiatury komputera, ale jakiegokolwiek urządzenia elektronicznego.
Podobnie z innymi przejawami rzekomego złego wpływu takich portali. Ot, choćby zdrady. Prosta historia - było sobie małżeństwo, on albo ona założyli konto na "społecznościówce", odzyskali kontakt ze swoją starą miłością sprzed lat, BUCH! Zdrada! Kto winny? Nie on, bo przespał się z tą kobietą. Nie ona, bo poszła do łóżka z tym gościem. Winny portal społecznościowy! W kajdany i pod sąd... Pytanie, czy do zdrady doszło by, gdyby nie FB? Oczywiście. Zdrada to głębszy problem z punktu widzenia psychologii, nie będziemy go w tym momencie rozbierać na czynniki pierwsze (może kiedyś poświęcę temu wpis i coś tam sobie rozbierzemy :) ), jednak po raz kolejny wina leży po stronie człowieka i jego psychiki. Serwis to tylko narzędzie do wykonania tego, co jeden wykona bez problemu, drugi zaś nie wykona wcale. Zwalając winę na portal, musimy także zgodzić się z argumentacją, że każda gospodyni domowa to potencjalna morderczyni, w końcu w każdej kuchni ma do dyspozycji przynajmniej kilka porządnych noży.
4) Portale społecznościowe niszczą kontakty międzyludzkie. Rozmowa online to nie to samo, co rozmowa na żywo. Ludzie wolą rozmawiać przez sieć, niż robić to w "realu".
Problem tak stary, jak komunikacja na odległość. Podobnie mówiono o liście, bo historia zna przykłady ludzi, którzy wysyłali ich przez całe życie tysiące, przy czym często ich odbiorcę na żywo widzieli zaledwie kilka razy w życiu, to samo mówiono też o telefonie. Nikomu nie jest przecież obcy widok znany choćby z filmów, często i z życia - nastolatka "wisząca na słuchawce" i rozmawiająca z przyjaciółką o totalnych pierdołach. Grzmiano w ten sposób także o mailu. Teraz dostają po głowie portale społecznościowe. A jednak te kontakty nie umarły, ludzie nadal spotykają się na żywo, rozmawiają na żywo, ba! Nawet łączą się w pary, zakładają rodziny, mają dzieci... Pamiętajmy, że rozmowa online i rozmowa w cztery oczy to dwa zupełnie różne typy komunikacji z charakterystycznymi dla siebie cechami. Rozmawiając w cztery oczy bardzo często ciężko jest się zupełnie otworzyć przed kimś, choćby znało się go latami. Jednocześnie rozmawiając online ciężko ukazać jest określone emocje. Są tematy, które można poruszyć online, są i takie, których poruszyć w ten sposób się nie da. Podobnie jak podczas rozmowy "in real". Żaden z tych typów rozmów nie jest lepszy od drugiego, dopóki rozmówcy godzą się na określoną formę i są z niej zadowoleni.
Powyżej przedstawiłem cztery, najczęściej spotykane argumenty. Zgadzacie się z nimi? Nie? Zapraszam do dyskusji i komentowania. A wpis będzie dostępny tradycyjnie również w Świątyni Zła i Głupoty - na Facebooku :)
1) "Nie lubię portali społecznościowych, bo ludzie wrzucają tam idiotyczne treści i uprawiają psychiczny, a często i fizyczny ekshibicjonizm"
Zauważ drogi przeciwniku, że zasada działania większości serwisów społecznościowych opiera się na przeniesieniu w świat wirtualny powiązań ze świata realnego. Mówiąc wprost - to nie serwis sam z siebie generuje treść, generują go jego użytkownicy. Zawartość, jaką Ty oglądasz, jest tworzona przez... Twoich znajomych, rodzinę i przyjaciół. Konto na FB posiadam od kilku dobrych lat. Ani razu nie spotkałem się z treściami, o których wspomina ten argument. Nie widziałem gołej dupy koleżanki, nie zauważyłem, aby ktoś z mojej rodziny rzygał pod stół na imprezie, podobnie żaden kolega, kuzyn, kuzynka czy ktokolwiek z moich znajomych nie pozował też przy nowym samochodzie z miną "co hołoto? A wy nadal pełnoletnią Corsą 1.2 w gazie?". Dziwne, nieprawdaż? Ano wcale nie dziwne. Może ja po prostu mam normalną rodzinę, znajomych i przyjaciół? Jeśli Ty drogi przeciwniku obawiasz się, że zobaczysz coś takiego, nie mów że to np. Facebook jest zły. Uświadom sobie, że coś nie tak jest z ludźmi, których znasz. To oni mają kompleksy, to oni cierpią na brak atencji i to oni będą taką treść umieszczać. Nie są tacy na co dzień, a na FB wstępuje w nich diabeł? Nic w nikogo nie wstępuje - albo słabo ich znasz, albo zbytnio idealizujesz.
2) "Portale społecznościowe to złodzieje czasu! Ludzie od nich się uzależniają i zamiast robić coś kreatywnego, przesiadują tam godzinami"
Człowiek to takie dziwne stworzenie, które jest w stanie uzależnić się od WSZYSTKIEGO. Uzależnia alkohol, robią to narkotyki, seks, internet, szybka jazda, jedzenie... Mógłbym wymieniać do jutra. Nie oznacza to jednak, że sam fakt istnienia tych rzeczy to zło wcielone. Czy fakt istnienia alkoholu powoduje, że każdy stanie się alkoholikiem? Nie. Czy to, że na czarnym rynku znajdziemy dowolny narkotyk, powoduje że staniemy się ćpunami? Nie. Czy w końcu fakt, że społecznościówki istnieją, powoduje że każdy internauta wcześniej czy później uzależni się od nich? Oczywiście, że nie. Aby wystąpiło uzależnienie od czegokolwiek, potrzeba wielu nakładających się na siebie czynników. Czynników, które działają zarówno wewnątrz jak i na zewnątrz uzależnionego. W grę mogą wchodzić również zaburzenia osobowości, a to kolejna iskra na proch nałogu. Paracelsus napisał, że wszystko jest trucizną i nic nie jest trucizną - to dawka czyni truciznę. Ale dawkę ustalamy MY. Samo istnienie dawkowanej substancji nie jest powodem uzależnień.
3) Portale społecznościowe zniszczyły niejednemu życie.
Po raz kolejny argument, który niejako nadaje cechy ludzkie programowi. Bo czym innym jest taki FB jeśli nie aplikacją internetową, serwisem budowanym przez ludzi i obsługiwanym przez ludzi? Skoro portal społecznościowy zniszczył komuś życie, to jeśli ktoś ulegnie śmiertelnemu wypadkowi na drodze, czemu do więzienia trafia kierowca? Przecież to samochód bezpośrednio uderzył i zabił. Ano dlatego zapuszkowano kierowcę, bo samochód jest jedynie bezwolną maszyną. Bez woli kierowcy nie poruszy się ani o centymetr, również nikogo nie zabije. Identycznie jest z FB - to tylko bezwolny serwis. Jeśli kogoś przy jego pomocy oczerniono czy skompromitowano, to zrobiono to tylko i wyłącznie przy jego pomocy. Ale zrobili to ludzie, wrogowie danej osoby. Ktoś powie, że gdyby ofiara i sprawcy nie mieliby tam konta, do sprawy by nie doszło. Oczywiście, że by doszło. Tyle, że w inny sposób. Popatrzymy - aby komuś zaszkodzić, wcale nie potrzeba portali społecznościowych. Wystarczy to, co mamy w siebie "fabrycznie wbudowane" - mózg i usta. To wystarczy, aby np. rozpuścić plotkę, postawić kogoś w złym świetle, a idąc tą drogą - zniszczyć lub uprzykrzyć mu życie. Jeśli komuś bardzo zależy, aby trafić w swoją ofiarę, zrobi to bardzo skutecznie, nie dotykając nawet małym palcem nie tylko klawiatury komputera, ale jakiegokolwiek urządzenia elektronicznego.
Podobnie z innymi przejawami rzekomego złego wpływu takich portali. Ot, choćby zdrady. Prosta historia - było sobie małżeństwo, on albo ona założyli konto na "społecznościówce", odzyskali kontakt ze swoją starą miłością sprzed lat, BUCH! Zdrada! Kto winny? Nie on, bo przespał się z tą kobietą. Nie ona, bo poszła do łóżka z tym gościem. Winny portal społecznościowy! W kajdany i pod sąd... Pytanie, czy do zdrady doszło by, gdyby nie FB? Oczywiście. Zdrada to głębszy problem z punktu widzenia psychologii, nie będziemy go w tym momencie rozbierać na czynniki pierwsze (może kiedyś poświęcę temu wpis i coś tam sobie rozbierzemy :) ), jednak po raz kolejny wina leży po stronie człowieka i jego psychiki. Serwis to tylko narzędzie do wykonania tego, co jeden wykona bez problemu, drugi zaś nie wykona wcale. Zwalając winę na portal, musimy także zgodzić się z argumentacją, że każda gospodyni domowa to potencjalna morderczyni, w końcu w każdej kuchni ma do dyspozycji przynajmniej kilka porządnych noży.
4) Portale społecznościowe niszczą kontakty międzyludzkie. Rozmowa online to nie to samo, co rozmowa na żywo. Ludzie wolą rozmawiać przez sieć, niż robić to w "realu".
Problem tak stary, jak komunikacja na odległość. Podobnie mówiono o liście, bo historia zna przykłady ludzi, którzy wysyłali ich przez całe życie tysiące, przy czym często ich odbiorcę na żywo widzieli zaledwie kilka razy w życiu, to samo mówiono też o telefonie. Nikomu nie jest przecież obcy widok znany choćby z filmów, często i z życia - nastolatka "wisząca na słuchawce" i rozmawiająca z przyjaciółką o totalnych pierdołach. Grzmiano w ten sposób także o mailu. Teraz dostają po głowie portale społecznościowe. A jednak te kontakty nie umarły, ludzie nadal spotykają się na żywo, rozmawiają na żywo, ba! Nawet łączą się w pary, zakładają rodziny, mają dzieci... Pamiętajmy, że rozmowa online i rozmowa w cztery oczy to dwa zupełnie różne typy komunikacji z charakterystycznymi dla siebie cechami. Rozmawiając w cztery oczy bardzo często ciężko jest się zupełnie otworzyć przed kimś, choćby znało się go latami. Jednocześnie rozmawiając online ciężko ukazać jest określone emocje. Są tematy, które można poruszyć online, są i takie, których poruszyć w ten sposób się nie da. Podobnie jak podczas rozmowy "in real". Żaden z tych typów rozmów nie jest lepszy od drugiego, dopóki rozmówcy godzą się na określoną formę i są z niej zadowoleni.
Powyżej przedstawiłem cztery, najczęściej spotykane argumenty. Zgadzacie się z nimi? Nie? Zapraszam do dyskusji i komentowania. A wpis będzie dostępny tradycyjnie również w Świątyni Zła i Głupoty - na Facebooku :)
sobota, 29 listopada 2014
"Złote lata 90" czyli łyżka dziegciu w garniec miodu. Część I.
Od dłuższego czasu w sieci możemy zaobserwować modę na gloryfikowanie minionych epok. Jedną z tych wychwalanych pod niebiosa epok są lata 90 XX wieku. Portale społecznościowe wprost kipią od obrazków, zdjęć i przemyśleń odnośnie tamtych czasów, do łask powracają napoje pite w tych czasach, współczesna młodzież oburza się, że przecież oni też na swoje czasy nie narzekają, w odpowiedzi słyszą, że "gimby nie znajo" i tak to się moi drodzy obraca. Przyznam, że dość długo zwlekałem z napisaniem tej notki. Zastanawiałem się, jak ugryźć temat i opisać obiektywnie epokę, na którą przypadło moje dzieciństwo. Nie jest bowiem rzeczą dziwną, że na czas własnego dzieciństwa każdy lubi spojrzeć przez zaburzające obiektywizm różowe okulary. Przemyślałem sprawę, odnalazłem wszystkie "zady i walety" i teraz już wiem. Cytując klasyka, po prostu "powiem jak jest", a raczej jak było. Bez zbędnych uładzeń, bez wynoszenia na ołtarze. Chciałbym także rozprawić się z niektórymi mitami o "dawnych, lepszych czasach". Słuchajcie więc, bo oto ja, świadek epoki zaczynam zanudzać. I to jak! Przeprowadzając wywiad z samym sobą! :)
P.s. Chwała blogom! Za zbyt częste przeprowadzanie wywiadów z samym sobą w realnym świecie można co najwyżej zarobić jakieś ciekawe rozpoznanie, które według kodu ICD-10 będzie zaczynało się literką F... ;)
Dzień dobry...
Ano dla kogo dobry, dla tego dobry. Ale niech będzie, że dzień. A czy dobry, to już proszę pana zależy. No ale dobrze, depresyjne nastroje zostawmy, bo przecież wracamy do [wybuch fajerwerków, publika wyje z radością kopulującego orangutana] [confetti spod sufitu] LAT DZIEWIĘĆDZIESIĄTYCH! [smród siarki po fajerwerkach, ktoś się dusi, ekipa z zoo szuka orangutana] [co ja mam cholera w tym oku... a... confetti...].
No właśnie... Lata 90... Kiedy to było?
Dawno proszę pana. Dość dawno. No ale nie aż tak znowu. Mniej więcej wtedy, kiedy nieboszczka komuna wydała ostatnie tchnienie, skończył się rok 1989, rok przemian, Polska odzyskała (przynajmniej tak się mówi) wolność. Od roku 1990 do 1999 mieliśmy, proszę pana te właśnie osławione lata dziewięćdziesiąte XX wieku.
Czyli czasy, w których każdy był szczęśliwy.
Niech pan pokaże mi czasy, w których każdy był szczęśliwy to dam panu dychę. A! Niech stracę. Piętnaście złotych. Przepraszam... jesteśmy na początku lat 90, hiperinflacja szaleje. Daję 150 tysięcy polskich złotych. Takie czasy pełnego szczęścia nie istniały NIGDY. Lata dziewięćdziesiąte to okres naszego dzieciństwa, a pamiętajmy, że nie każdy to dzieciństwo miał idealne. Ten czas to także czas upadku wielkich zakładów pracy. Wzrasta bezrobocie. Jedni radzą sobie, korzystają z wolności gospodarczej i zakładają biznesy. Inni załamują się, sięgają po "pocieszycielkę" w płynie, są sfrustrowani. Wyładowują frustrację na dzieciach. Bo jedni i drudzy, proszę pana, mają dzieci. Czy dziecko biznesmena na dorobku i alkoholika będzie tak samo szczęśliwe? Nie. To się nie zmieniło, tak jest i dziś. Powszechne szczęście nie istniało w żadnych czasach. Problemy skrzętnie ukrywane przed opinią publiczną przez PRL nagle okazały się namacalne, prawdziwe. Ćpun z dworca...
Kto?! Skąd?!
Właśnie on, właśnie z niego. Ćpun z dworca istniał naprawdę. Nie był już mitem wymyślonym przez wrogów socjalizmu. I swoją niemityczną strzykawką ładował sobie w niemityczną żyłę niemityczną działę niemitycznego kompotu. I jakoś w nowych czasach trzeba to było przełknąć. Oczywiście jako dzieci nie mieliśmy pojęcia, co jest grane. Czemu ten typ coś sobie wstrzykuje. Albo czemu ci łysi goście gonią tego z czubem na głowie...
Skini gonią punka?!
Robią to. Nie tylko zresztą oni. Mnogość subkultur powodowała, że wiele z nich żyło ze sobą w odwiecznym konflikcie. Punk nie lubił skina, skin punka, punk japiszona w garniturze, depeszowiec mógł oberwać od skina, a oni wszyscy od jakiegoś narwanego chuligana, bo nie byli za tą drużyną, za którą na danej dzielnicy być należało. Prawdę mówiąc, w mordę można było zarobić choćby za to, że było się właśnie z innej dzielnicy, bo "wojny międzyosiedlowe" to było takie "neverending story" - "oni wpieprzyli nam to my im, bo my im kiedyś, więc oni nam teraz, ale my się jeszcze zemścimy, chyba że przyjedzie policja i wpieprzy i im i nam po równo wszystkim". O problemie przemocy wśród młodzieży dopiero zaczynało się głośno mówić.
Ale młodzież była lepsza?
Młodzież proszę pana jest zawsze taka sama. Są wśród niej ogarnięte przypadki, a są i pozbawieni mózgowia imbecyle. Wtedy było podobnie. Oczywiście panowały pewne zasady, których dziś próżno szukać, ale tylko dlatego, że zostały one wyparte przez zupełnie inny styl życia. Podejście do życia. Często powtarza się, że na podwórku starsi pilnowali młodszych. Owszem, tak było. Ale byli też tacy, których upilnować się nie dało, zresztą nikt nawet nie próbował. Można upilnować małolatów, którzy przesadzają z głupią zabawą, czy zareagować, kiedy "solówa" [bójka 1:1 według określonych zasad] polega na oklepywaniu bezbronnego, bliskiego płaczu przeciwnika. Ale czy da się upilnować młodego patola, który w wieku 8 lat jara papierochy jak smok, wącha klej czy benzynę, a na widok dziewcząt wydobywa ze spodni oprzyrządowanie i symuluje masturbację? Nie! A tacy byli. Upilnować ich nie mógł nikt, bo... po prostu się bał. Jeśli ten dzieciak mówił "odwal się, bo powiem bratu i cię zapierdoli" to faktycznie, brat mógł zapierdolić. Bo był po prostu bardziej rozwiniętą wersją małego patola. A wie pan, kim dziś jest ten mały patol?
Kim?
Prawie trzydziestoletnim bandytą, który żyje z tego, co komuś zginie. Gdyby lata 90 faktycznie były tak "złote" jak się to przedstawia, to gość nie sprawiałby dziś problemów, byłby niemal wzorcowym obywatelem. Uchroniłaby go od tego jakaś "magia" czasów w których się wychowywał. A nie uchroniła. Podobnie skończy dzisiejszy małolat, zachowujący się w identyczny sposób, bo to nie czasy w których człowiek się wychował, a to JAK został wychowany definiuje bliższą i dalszą przyszłość tego człowieka.
Panie, a daj pan spokój! Przemoc, narkomania, patologia... no horror jakiś. Przecież tego nie było! Przynajmniej ja nie widziałem...
A powietrze pan widzi? A? Nie. A jeszcze jakoś gadamy, skoro pan oddycha. Czyli powietrze jest, chociaż go nie widać. Przyczyna jest prosta. Jako dzieci nie zwracaliśmy na to wszystko uwagi, być może nawet nie mieliśmy zielonego pojęcia, że takie rzeczy się dzieją. Coś tam zauważaliśmy, coś może i przeszło przez myśl. Ale kto by się wtedy nad takimi rzeczami zastanawiał, skoro trzeba było budować bazę. Wspólnymi siłami, bo taka była najlepsza.
Czyli jednak nie było tak źle - podwórko likwidowało podziały, zazdrość i "lepszość" nie istniała.
Wszystko zależy od tego jak byśmy na to spojrzeli. W bardzo młodym wieku podziały faktycznie nie istniały, ale im człowiek był starszy, tym więcej zauważał. Grubość portfela także. Wbrew pozorom zdarzali się na podwórkach i tacy, którzy po prostu lubili szpanować. Nie brakowało też takich, którzy dali się na ten szpan "kupić". Ktoś miał składaka. Kultowe dziś Wigry 3 albo Jubilata 2. Ale był też ktoś, kto miał "górala z kozą" i "osiemnastoma przerzutkami", do tego "na grubej ramie", a już klękajcie narody jeśli z "liczniczkiem". Wiadomo kto był bardziej lubiany i to takim pierwszym "fałszywym" lubieniem. Choćby za to, że kolega daje się czasem tym swoim "Ferrari" "karnąć".
Rowery... Miałem Wigry, Jubilata, miałem i kilka różnych "górali"... Dzieciaki ogólnie wtedy więcej się ruszały, bardziej lubiły sport, aktywność. A dziś? Smartfon, komputer, konsola... Chociaż konsola... był przecież Pegasus! Ale się tłukło!
Przede wszystkim wielkim mitem jest to, że gdyby przenieść nas z lat 90 do roku 2014 i pokazać możliwości współczesnych rozrywek elektronicznych to nadal z własnej woli wybralibyśmy podwórko. To podwórko było na nas niejako "wymuszone". Na złe to nikomu nie wyszło, ale pytanie czemu było ono "wymuszone"? Ano temu, że świat rozrywek elektronicznych (pomimo, że dość ubogi w porównaniu ze współczesnym) przyciągał, jednak to rodzice kontrolowali, jak długo możemy sobie na nie pozwolić. Komputer miało niewielu, bo nie była to tania rzecz. Prawdę mówiąc - bardzo, bardzo droga. Pegasusa miało oczywiście nieco więcej osób. Ale tu z kolei aktywność ograniczała sama technologia - konsolę należało podłączyć do telewizora, w latach 90 w większości domów telewizor był jeden. I teraz tak - trzeba się nim jakoś podzielić. Oczywiście ważniejsze będzie to co oglądają rodzice, dziadkowie. Pograć można wtedy, kiedy TV nie jest używany. A że jest jeden, używany jest praktycznie cały czas. I to nas wyganiało na podwórko. Niejeden z nas jednak marzył, aby zabawy z podwórka móc chociaż trochę urealnić. Zamiast udawać, że rower to samochód, móc się ścigać "prawdziwym" samochodem. Zamiast bawić się w wojnę, faktycznie postrzelać z "prawdziwego" cekaemu. Rzecz jasna to rozwijało wyobraźnię, tylko nawet najlepsza wyobraźnia to nie to samo co prawdziwe lub zbliżone do prawdziwych doznania. Era powszechnej elektronizacji dała to wszystko jak na talerzu. Nie dziwmy się więc, że dziś dzieciaki lubią sobie pograć, skoro mają to na wyciągnięcie ręki i to w doskonałej jakości. Pierwszego w życiu Pegasusa widziałem (i nawet grałem na nim) u mojej kuzynki. Młody wiek, ale "wooow" było potężne. W międzyczasie pojawiła się na to moda, wraz z nią - podróbki o wiele tańsze od oryginału. Dostałem swój egzemplarz, grałem. Koledzy też grali. Szał. Ale któregoś dnia, właśnie z kolegami mieliśmy okazję pierwszy raz w życiu zobaczyć, co oferuje PSX, a więc konsola Sony PlayStation. Ilość liter "o" w słowie "wow" wyczerpałaby dozwoloną liczbę znaków przy tworzeniu jednego wpisu na tym blogu. Zareagowaliśmy tak wszyscy. Tak... dzieci lat 90... To było to! Dziś gry z PSX, ba! Nawet PS2 to zlepki pikseli. Wtedy dla nas była to filmowa grafika. A dziewczyny miały tamagochi.
Ale o tym, czym to było i z czym się to jadło, jutro, ok?
Ano, jak pan już mi tu chrapiesz... To niech będzie, że jutro...
C.D. mam nadzieję N :)
P.s. Chwała blogom! Za zbyt częste przeprowadzanie wywiadów z samym sobą w realnym świecie można co najwyżej zarobić jakieś ciekawe rozpoznanie, które według kodu ICD-10 będzie zaczynało się literką F... ;)
Dzień dobry...
Ano dla kogo dobry, dla tego dobry. Ale niech będzie, że dzień. A czy dobry, to już proszę pana zależy. No ale dobrze, depresyjne nastroje zostawmy, bo przecież wracamy do [wybuch fajerwerków, publika wyje z radością kopulującego orangutana] [confetti spod sufitu] LAT DZIEWIĘĆDZIESIĄTYCH! [smród siarki po fajerwerkach, ktoś się dusi, ekipa z zoo szuka orangutana] [co ja mam cholera w tym oku... a... confetti...].
No właśnie... Lata 90... Kiedy to było?
Dawno proszę pana. Dość dawno. No ale nie aż tak znowu. Mniej więcej wtedy, kiedy nieboszczka komuna wydała ostatnie tchnienie, skończył się rok 1989, rok przemian, Polska odzyskała (przynajmniej tak się mówi) wolność. Od roku 1990 do 1999 mieliśmy, proszę pana te właśnie osławione lata dziewięćdziesiąte XX wieku.
Czyli czasy, w których każdy był szczęśliwy.
Niech pan pokaże mi czasy, w których każdy był szczęśliwy to dam panu dychę. A! Niech stracę. Piętnaście złotych. Przepraszam... jesteśmy na początku lat 90, hiperinflacja szaleje. Daję 150 tysięcy polskich złotych. Takie czasy pełnego szczęścia nie istniały NIGDY. Lata dziewięćdziesiąte to okres naszego dzieciństwa, a pamiętajmy, że nie każdy to dzieciństwo miał idealne. Ten czas to także czas upadku wielkich zakładów pracy. Wzrasta bezrobocie. Jedni radzą sobie, korzystają z wolności gospodarczej i zakładają biznesy. Inni załamują się, sięgają po "pocieszycielkę" w płynie, są sfrustrowani. Wyładowują frustrację na dzieciach. Bo jedni i drudzy, proszę pana, mają dzieci. Czy dziecko biznesmena na dorobku i alkoholika będzie tak samo szczęśliwe? Nie. To się nie zmieniło, tak jest i dziś. Powszechne szczęście nie istniało w żadnych czasach. Problemy skrzętnie ukrywane przed opinią publiczną przez PRL nagle okazały się namacalne, prawdziwe. Ćpun z dworca...
Kto?! Skąd?!
Właśnie on, właśnie z niego. Ćpun z dworca istniał naprawdę. Nie był już mitem wymyślonym przez wrogów socjalizmu. I swoją niemityczną strzykawką ładował sobie w niemityczną żyłę niemityczną działę niemitycznego kompotu. I jakoś w nowych czasach trzeba to było przełknąć. Oczywiście jako dzieci nie mieliśmy pojęcia, co jest grane. Czemu ten typ coś sobie wstrzykuje. Albo czemu ci łysi goście gonią tego z czubem na głowie...
Skini gonią punka?!
Robią to. Nie tylko zresztą oni. Mnogość subkultur powodowała, że wiele z nich żyło ze sobą w odwiecznym konflikcie. Punk nie lubił skina, skin punka, punk japiszona w garniturze, depeszowiec mógł oberwać od skina, a oni wszyscy od jakiegoś narwanego chuligana, bo nie byli za tą drużyną, za którą na danej dzielnicy być należało. Prawdę mówiąc, w mordę można było zarobić choćby za to, że było się właśnie z innej dzielnicy, bo "wojny międzyosiedlowe" to było takie "neverending story" - "oni wpieprzyli nam to my im, bo my im kiedyś, więc oni nam teraz, ale my się jeszcze zemścimy, chyba że przyjedzie policja i wpieprzy i im i nam po równo wszystkim". O problemie przemocy wśród młodzieży dopiero zaczynało się głośno mówić.
Ale młodzież była lepsza?
Młodzież proszę pana jest zawsze taka sama. Są wśród niej ogarnięte przypadki, a są i pozbawieni mózgowia imbecyle. Wtedy było podobnie. Oczywiście panowały pewne zasady, których dziś próżno szukać, ale tylko dlatego, że zostały one wyparte przez zupełnie inny styl życia. Podejście do życia. Często powtarza się, że na podwórku starsi pilnowali młodszych. Owszem, tak było. Ale byli też tacy, których upilnować się nie dało, zresztą nikt nawet nie próbował. Można upilnować małolatów, którzy przesadzają z głupią zabawą, czy zareagować, kiedy "solówa" [bójka 1:1 według określonych zasad] polega na oklepywaniu bezbronnego, bliskiego płaczu przeciwnika. Ale czy da się upilnować młodego patola, który w wieku 8 lat jara papierochy jak smok, wącha klej czy benzynę, a na widok dziewcząt wydobywa ze spodni oprzyrządowanie i symuluje masturbację? Nie! A tacy byli. Upilnować ich nie mógł nikt, bo... po prostu się bał. Jeśli ten dzieciak mówił "odwal się, bo powiem bratu i cię zapierdoli" to faktycznie, brat mógł zapierdolić. Bo był po prostu bardziej rozwiniętą wersją małego patola. A wie pan, kim dziś jest ten mały patol?
Kim?
Prawie trzydziestoletnim bandytą, który żyje z tego, co komuś zginie. Gdyby lata 90 faktycznie były tak "złote" jak się to przedstawia, to gość nie sprawiałby dziś problemów, byłby niemal wzorcowym obywatelem. Uchroniłaby go od tego jakaś "magia" czasów w których się wychowywał. A nie uchroniła. Podobnie skończy dzisiejszy małolat, zachowujący się w identyczny sposób, bo to nie czasy w których człowiek się wychował, a to JAK został wychowany definiuje bliższą i dalszą przyszłość tego człowieka.
Panie, a daj pan spokój! Przemoc, narkomania, patologia... no horror jakiś. Przecież tego nie było! Przynajmniej ja nie widziałem...
A powietrze pan widzi? A? Nie. A jeszcze jakoś gadamy, skoro pan oddycha. Czyli powietrze jest, chociaż go nie widać. Przyczyna jest prosta. Jako dzieci nie zwracaliśmy na to wszystko uwagi, być może nawet nie mieliśmy zielonego pojęcia, że takie rzeczy się dzieją. Coś tam zauważaliśmy, coś może i przeszło przez myśl. Ale kto by się wtedy nad takimi rzeczami zastanawiał, skoro trzeba było budować bazę. Wspólnymi siłami, bo taka była najlepsza.
Czyli jednak nie było tak źle - podwórko likwidowało podziały, zazdrość i "lepszość" nie istniała.
Wszystko zależy od tego jak byśmy na to spojrzeli. W bardzo młodym wieku podziały faktycznie nie istniały, ale im człowiek był starszy, tym więcej zauważał. Grubość portfela także. Wbrew pozorom zdarzali się na podwórkach i tacy, którzy po prostu lubili szpanować. Nie brakowało też takich, którzy dali się na ten szpan "kupić". Ktoś miał składaka. Kultowe dziś Wigry 3 albo Jubilata 2. Ale był też ktoś, kto miał "górala z kozą" i "osiemnastoma przerzutkami", do tego "na grubej ramie", a już klękajcie narody jeśli z "liczniczkiem". Wiadomo kto był bardziej lubiany i to takim pierwszym "fałszywym" lubieniem. Choćby za to, że kolega daje się czasem tym swoim "Ferrari" "karnąć".
Rowery... Miałem Wigry, Jubilata, miałem i kilka różnych "górali"... Dzieciaki ogólnie wtedy więcej się ruszały, bardziej lubiły sport, aktywność. A dziś? Smartfon, komputer, konsola... Chociaż konsola... był przecież Pegasus! Ale się tłukło!
Przede wszystkim wielkim mitem jest to, że gdyby przenieść nas z lat 90 do roku 2014 i pokazać możliwości współczesnych rozrywek elektronicznych to nadal z własnej woli wybralibyśmy podwórko. To podwórko było na nas niejako "wymuszone". Na złe to nikomu nie wyszło, ale pytanie czemu było ono "wymuszone"? Ano temu, że świat rozrywek elektronicznych (pomimo, że dość ubogi w porównaniu ze współczesnym) przyciągał, jednak to rodzice kontrolowali, jak długo możemy sobie na nie pozwolić. Komputer miało niewielu, bo nie była to tania rzecz. Prawdę mówiąc - bardzo, bardzo droga. Pegasusa miało oczywiście nieco więcej osób. Ale tu z kolei aktywność ograniczała sama technologia - konsolę należało podłączyć do telewizora, w latach 90 w większości domów telewizor był jeden. I teraz tak - trzeba się nim jakoś podzielić. Oczywiście ważniejsze będzie to co oglądają rodzice, dziadkowie. Pograć można wtedy, kiedy TV nie jest używany. A że jest jeden, używany jest praktycznie cały czas. I to nas wyganiało na podwórko. Niejeden z nas jednak marzył, aby zabawy z podwórka móc chociaż trochę urealnić. Zamiast udawać, że rower to samochód, móc się ścigać "prawdziwym" samochodem. Zamiast bawić się w wojnę, faktycznie postrzelać z "prawdziwego" cekaemu. Rzecz jasna to rozwijało wyobraźnię, tylko nawet najlepsza wyobraźnia to nie to samo co prawdziwe lub zbliżone do prawdziwych doznania. Era powszechnej elektronizacji dała to wszystko jak na talerzu. Nie dziwmy się więc, że dziś dzieciaki lubią sobie pograć, skoro mają to na wyciągnięcie ręki i to w doskonałej jakości. Pierwszego w życiu Pegasusa widziałem (i nawet grałem na nim) u mojej kuzynki. Młody wiek, ale "wooow" było potężne. W międzyczasie pojawiła się na to moda, wraz z nią - podróbki o wiele tańsze od oryginału. Dostałem swój egzemplarz, grałem. Koledzy też grali. Szał. Ale któregoś dnia, właśnie z kolegami mieliśmy okazję pierwszy raz w życiu zobaczyć, co oferuje PSX, a więc konsola Sony PlayStation. Ilość liter "o" w słowie "wow" wyczerpałaby dozwoloną liczbę znaków przy tworzeniu jednego wpisu na tym blogu. Zareagowaliśmy tak wszyscy. Tak... dzieci lat 90... To było to! Dziś gry z PSX, ba! Nawet PS2 to zlepki pikseli. Wtedy dla nas była to filmowa grafika. A dziewczyny miały tamagochi.
Ale o tym, czym to było i z czym się to jadło, jutro, ok?
Ano, jak pan już mi tu chrapiesz... To niech będzie, że jutro...
C.D. mam nadzieję N :)
Subskrybuj:
Posty (Atom)




