Pokazywanie postów oznaczonych etykietą współczesność. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą współczesność. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 30 maja 2016

#wpieniony 03: Kult przedmiotów, kult marek.

"Mieszkanie mi okradli, wiesz? Zginęły dwa komputery, dwie komórki i iPhone!" - usłyszałem pewnego dnia podczas podróży komunikacją miejską poprzez nasz piękny gród. Wiem, nieładnie jest podsłuchiwać, ale akurat w tym przypadku nie było to ciche mamrotanie pod nosem, a dyskusja na tyle głośna, że generowane przez jedną z pań peaki akustyczne powodowały brzęczenie szyb. Szybko przeanalizowałem zestaw danych - "dwie komórki i iPhone, dwie komórki i IPHONE!" Bo to przecież nie komórka. To iPhone. I już.

Duże ilości niepełnowartościowych telefonów na raz. Telefonów. Tylko telefonów.
Czy mnie to zdziwiło? Prawdę mówiąc nie. Internety przyzwyczaiły mnie już do tej semantyki - jest iPhone, potem długo, długo nic, a potem zwyczajne smartfony. Nic nowego. Podziały tego typu były w świecie technologii od zawsze. Wśród fotografów od lat trwa święta wojna pomiędzy kanonierami (użytkownikami sprzętu marki Canon), a nikoniarzami (fanami aparatów Nikon). Nowej mocy nabiera też konflikt pomiędzy graczami konsolowymi i pecetowymi. Tu robi się już mocno niepokojąco, bo fani gamingu na PC nazywają siebie "Pecetową rasą panów". Nie jest więc żadnym novum spina pomiędzy fanami Apple, a użytkownikami innych marek. A ja? A ja stoję z boku i śmieję się w kułak. No bo... ludzie! Ej, naprawdę? Ale bez kitu tak? Naprawdę jesteście w stanie porównać się do pomiotu Adolfa H. czy pisać całe małe prace magisterskie na forach, aby wyjaśnić jak bardzo kochacie daną markę/platformę/system fotograficzny?

Ok, ja rozumiem - spora część tej napinki to żarty. Nie mnie oceniać, co kogo śmieszy. Jednak czy żartem jest pisanie ogromnych objętościowo wypowiedzi, w których przeciwnik wyzywany jest od tępych chujów, biedaków i sugerowane mu jest, że skoro nie stać go na "japko" to nie powinien w ogóle mieć telefonu? Śmieszne jak cholera. Czy śmiesznym jest twierdzenie, że jeśli nie posiadasz sprzętu określonej marki to marny z Ciebie fotograf? Jak powyższe - tarzam się ze śmiechu...
Skoro więc wiemy, że lwia część takich opinii wyrażana jest na poważnie, zastanówmy się, dlaczego tak jest? To znaczy... wiem, że jeśli na moim blogu padają słowa "zastanówmy się", to nastąpi po nich przynajmniej jakaś próba wyjaśnienia omawianej kwestii. Ale nie tym razem. Bo zwyczajnie i po ludzku tego nie ogarniam. Po prostu powiem, czemu dla mnie ta cała walka jest totalnie pozbawiona sensu.

Po pierwsze, powiedzmy sobie wprost - wielkie marki mają w dupie wojenki użytkowników. Nie, drogi fanie "japka" - Jobs nie wstanie z grobu, aby uścisnąć Ci rękę w podziękowaniu za Twoje "oranie biedoty z Androidami", odznaczenia też żadnego nie dostaniesz. Nie, drogi kanonierze, nie przyznają Ci (na wniosek Canona) honorowego pierwszego miejsca na World Press Photo czy innym National Geographic Photo Contest za to, że na jakimś forum zjechałeś głupiego nikonarza jak burą sukę. Dla wielkich marek liczy się ZYSK. Zysk ze sprzedaży produktu. A Ty, drogi użytkowniku dałeś się jak małe dziecko wciągnąć w coś, co koncernom jest na rękę - w bycie darmowym nośnikiem ich REKLAMY. Jesteś taką mobilną powierzchnią reklamową. Piejesz gdzie się da, jaki to ten Twój sprzęt jest cudowny, jakimi to idiotami są "przeciwnicy" używający czegoś innego, a kiedy tylko pojawi się informacja o premierze nowej wersji tego co masz, pakujesz śpiwór, namiot i zestaw racji żywnościowych, bo przecież w kolejce trzeba będzie swoje odstać, a Ty musisz być pierwszy? Gratulacje. Za chwilę wyjdzie przejściówka pomiędzy wersją najnowszą, a jeszcze nowszą. Leć i kupuj. Bo tak Ci każe koncern, bo fejm Ci spadnie, bo staniesz się gorszy. Wolny i niezależny człowieku...

Po drugie, pewnie jako psychofanboj masz pewne obawy, bo oto widzisz gdzieś grupkę dresiarzy, którzy patrzą jak używasz tej swojej zabawki, a w ich oczach widzisz już wczytujący się plik "wpierdol_dziesiona.exe". Zagrożenie jednak mija, a Ty podśmiewasz się z typowego Seby w czapce-wpierdolce i z kołczanem prawilności. Tyle, że widzisz, drogi psychofanboju danej marki... Ty i Seba jesteście owocami jednego drzewa. Wiesz w ogóle, skąd w Polsce wzięła się "subkultura" dresiarzy? Ano dawno, dawno temu, kiedy upadł w naszym kraju komunizm, olbrzymia ilość ludzi zaczęła wyjeżdżać za granicę. Do pracy. Mniej lub bardziej legalnej, ale na pewno bardzo dochodowej. Inni zostali nad Wisłą, zaczęli korzystać z wolności gospodarczej i otwierać biznesy. Spora część z tych ludzi bardzo chciała pokazać "szarej masie", jak to się "tam" dorobili i na jakie rzeczy ich stać. Problem w tym, że dobre jakościowo rzeczy były zbyt skromne. Nie "krzyczały" sobą, jak bardzo są luksusowe. No i co tu robić? Jak pokazać Janinie z szóstego, że "my to jesteśmy teraz KTOŚ!"? Ano... ubrania sportowe z zachodu miały dwie właściwe cechy. Po pierwsze, były z zachodu, po drugie w myśl ówczesnej mody posiadały olbrzymie wręcz nadruki z logo firmy. No i poszło... Co prawda Hans dziwił się trochę, że Janusz idzie do pracy w ubraniu przeznaczonym na siłownię, ale kiedy już Janusz wrócił do kraju, kiedy przeszedł przez osiedle z wielkim napisem "Adidas" na plecach i "Fila" na nogawce, noooo... To było coś! Tak więc, drogi psychofanboju nie śmiej się teraz z Seby. Robisz to samo, tylko w jeszcze bardziej irytujący sposób. Seba przynajmniej nosi tą swoją wpierdolkę i kołczan, ale nie kręci awantur z Matim, że tamten nosi czapkę innej firmy. Tobie zaś nie wystarczy, że masz firmowe. Ty jeszcze musisz mieć poczucie, że dzięki temu jesteś lepszy. Ty potrzebujesz posiąść nie przedmiot, a IDEOLOGIĘ. Otoczkę. I za to płacisz słony szmal. Przedmiot jest gratis. Wolny i niezależny człowieku.

Po trzecie, pisałem już o tym w pierwszej części "Wpienionego" - dziś marka właściwie nie znaczy... nic. Nie kłamię. Jakość wszelkich produktów leci na łeb na szyję, więc tłumaczenie, że "kupiłem drogie, czyli lepsze jakościowo" bywa niestety wyłącznie racjonalizowaniem dużego wydatku. Obecnie elektronika, odzież, obuwie, czy nawet pojazdy znanych marek to nic innego jak masówka. Produkowana na olbrzymią skalę, nastawiona na zapotrzebowanie niezwykle chłonnego rynku. Ma być dużo i szybko. Jako że "dużo i szybko" nie oznacza jednocześnie "dobrze", efekt jest taki, że pojawiają się serie produktów po prostu kiepskich. Niedopracowanych. Z fabrycznymi wadami. Niektóre firmy wprost "jadą" na odcinaniu kuponów od dawnej popularności. Tymczasem każda próba wytknięcia wad na jakimkolwiek forum użytkowników kończy się solidną gównoburzą. Bo przecież "Stary, ale to jest X! To nie może być złe! Fakt, może tu jest jakaś drobna, powtarzam DROBNA wada, ale weź nie marudź, bo to jest doskonała firma!" Co z tego, że ta "drobna wada" w moim przypadku zaowocowała utratą zawartości karty pamięci? Brak strat zawdzięczam wyłącznie nawykowi wykonywania kopii zapasowej po każdej sesji zdjęciowej. Ale gdybym takiego nawyku nie miał, to klient pewnie miałby gdzieś "drobną wadę" i urwał mi głowę przy samym siedzeniu delikatnie mówiąc. Fanboje marki stwierdzili jednak, że jestem paskudnym hejterem - bo karty pamięci firmy X NIE PSUJĄ SIĘ! ROZUMIESZ DEBILU? NIGDY!!!!111oneone... :)
Oczywiście mogę podejrzewać, że za takie wpisy odpowiedzialni są ludzie reprezentujący daną firmę (spiseg?), ale tzw. życiowe doświadczenie podpowiada mi, że tak być mogło, lecz wcale tak być nie musiało. To tylko wolni, niezależni ludzie. Dla których autorytetem jest producent kart pamięci... Ok... konstytucja (jeszcze) gwarantuje wolność wyznania, więc jeśli chcą, niech się modlą do tej memorki, absolutu wśród pamięci nieulotnych... Amen. Znaczy... Enter... :)


czwartek, 21 kwietnia 2016

Odpływają kawiarenki czy siedem złotych za godzinę

Jakiś rok temu podczas zakupów zwróciłem uwagę na pewną promocję. Otóż pewna znana marka spożywcza przy współpracy z równie znanym operatorem komórkowym zaproponowała klientom pewien układ - kupujesz, drogi kliencie, batonik za około 2 złote polskie, a na wewnętrznej stronie opakowania nadrukowany jest kod, pozwalający uaktywnić mobilny pakiet internetowy. Pakiet nieduży, aktywny dobę, jednak... kiedy tak głębiej się nad tym zastanowiłem, to stwierdziłem, że to już TEN moment. Moment, w którym dostęp do sieci spowszedniał tak bardzo, że uzyskać go możemy nawet podczas codziennych, drobnych zakupów. Kupując pojedynczy, całkiem dobry zresztą, batonik. 

Wiem co pomyślą teraz młodsi czytelnicy. "Dziękujemy kapitanie Oczywisty, proszę, weź ten kamień na znak naszej wdzięczności!". Wiadomo przecież, że dziś już nawet batonika kupować nie trzeba, bo każde szanujące się miejsce publiczne MUSI być objęte zasięgiem darmowej sieci WiFi. Inaczej pozostałe miejsca publiczne będą je wytykały palcami i nie będą chciały się z nim bawić. Wiadomo, że podobnie jest w świecie smartfonów - smartfon bez dostępu do netu to trochę jak sławetna Miriam - piękne ciało, wysoka inteligencja, ale jednak COŚ się nie zgadza. Wiadomo także, że (według danych z roku 2015) 70% polskich gospodarstw domowych podłączonych jest do światowej pajęczyny i notujemy w tym temacie tendencję wzrostową. Ja to wszystko wiem. Naprawdę. Tylko dla mnie, dzieciaka wychowanego w latach dziewięćdziesiątych, cały ten rozwój nadal jest czymś na swój sposób niezwykłym. Przecież nie tak dawno w pasażu tego samego hipermarketu, w którym zauważyłem ten batonik, mieściła się... kawiarenka internetowa! Świątynia wszystkich spragnionych dostępu do Wielkiego Świata przez cienki kabelek.
Tak więc droga młodzieży! Usiądźcie i posłuchajcie, jak to drzewiej bywało! A bywało, oj, bywało...

Pierwszy kontakt z Internetem? Późna podstawówka, lekcja informatyki. Pamiętam tylko tyle, że Internet przedstawiano nam raczej nie jako źródło rozrywki, a taką trochę globalną "encyklopedię" - zbiór informacji na każdy, dosłownie każdy temat. Pierwsza przeglądarka? "Klikamy w ikonkę z niebieską literką E na pulpicie..." Słychać, że komputer zaczyna ciężko pracować. Długa chwila oczekiwania (Wielordzeniowe procesory, gigabajty RAM na pokładzie? Plażo, proszę... ;) ) Pierwsza otwarta strona? "Klikamy w pasek adresu i wpisujemy: wu wu wu kropka wirtualnapolska, bez spacji! Nie wciskamy spacji! kropka pe el". Chwila oczekiwania (Łącza o prędkości kilkudziesięciu megabitów na sekundę? Plażo, proszę... ;) ) I... jest! Ło święci Pańscy! Internet! Taaak...

Strona główna Wirtualnej Polski, rok 2000. Screen wykonany dzięki serwisowi web.archive.org
Dziś taki design może śmieszyć. Dziś o takim designie mówi się w kategoriach #janusze_webmasteringu. Totalna prostota, same linki, zero zdjęć. A, przepraszam! Widzicie reklamę Telekomunikacji Polskiej? Była animowana. Jedyny ślad życia... Zwróćcie jednak uwagę na to, co napisałem wcześniej. Rok 2000 to nadal jeszcze czasy naprawdę niskich prędkości dostęp i niezbyt szybkich (w porównaniu do współczesnych) komputerów. Kierowano się więc maksymalną prostotą, bo wiedziano, że im strona bardziej skomplikowana, tym dłużej będzie się wczytywała. Im zaś dłużej będzie to trwało, tym większe ryzyko, że internauta zniechęci się i przerwie proces otwierania. Tak, wtedy naprawdę w ten sposób o tym myślano i była to prawda.
A jednak te parę linków na krzyż przyciągało. Zapoznano nas także z wyszukiwarkAMI. Dziś, wiadomo - "co ni ma w google, to ni ma wogle", wtedy Google dopiero przygotowało się do szturmu na pierwszą pozycję, a wyszukiwarek było kilka. Jedną z popularniejszych, pozwalających przeszukiwać zasoby światowej sieci, była ta:

Strona główna wyszukiwarki Altavista, rok 2000. Screen wykonany dzięki serwisowi web.archive.com
Jest nawet jedno zdjęcie! Co prawda wielkości znaczka pocztowego, ale... Co Ameryka to Ameryka, panie! :)
Tak, zdecydowanie pomimo tej prostoty i małej atrakcyjności wielu z nas pomyślało, że ten cały net to jednak całkiem fajna sprawa. Tylko te ostatnie 20 minut lekcji to było zbyt mało czasu. Sieć była zbyt wielka, aby móc w spokoju znaleźć to, co znaleźć się chciało. Z jednej strony oczekiwanie na dzwonek, z drugiej kolega obok udowadniający, że nie tego będziemy szukać tylko czegoś innego (niedobór komputerów w szkołach powodował, że często przy jednym stanowisku usadzano dwóch, a czasem trzech uczniów), a z trzeciej cholerstwo ładuje się tak wolno, że można obrać kilo ziemniaków, ugotować je i zjeść, a to nawet nie wczyta się do połowy. Dzwonek! "Nie wyłączamy komputerów, zostawiamy tak jak są..." No... to zostawiamy. "I widzisz, dzwonek, i nie znalazłem, bo mi tu zamulałeś, że..." "Dobra, weź -.-" "Sam się weź -.-" :)
Szczęściarze po powrocie do domu mieli swoje własne komputery, multiszczęściarze nawet dostęp do sieci. O równie szalonych prędkościach co w szkole, ale zawsze to coś. Reszta? No cóż...następna informatyka dopiero po weekendzie. Chyba, że...

- Ej, kawiarenkę internetową otworzyli
- Ej, o co chodzi?
- No normalnie wchodzisz, płacisz facetowi siedem blaszek i siedzisz godzinę!
- Tyyy, to ja idę, gdzie to?
Siedem złotych wysupłane. A gdzie to? Ano w pobliskim hipermarkecie. Ruchliwy pasaż, masa ludzi, głośno, idą święta. Jest! Zaklejone kolorową folią drzwi. "Net Cafe". Wchodzę. Półmrok, duszno, cicho. Mała salka, rozświetlona punktowo zimnym światłem monitorów. Oświetlone blado twarze ludzi zatopionych w innym świecie. Szum pecetowych wentylatorów, zapach... no średni, bo duszno jak sto piorunów. Od wejścia do przeciwległej ściany boksy z wydzielonymi stanowiskami. Ciasno. Cholera... klimatycznie.

- Dobry... Na godzinę... Siedem, tak? Proszsz...

Siadam pomiędzy ścianą a sąsiednim stanowiskiem. Obok jakiś facet tłucze w klawiaturę z prędkością dźwięku. Spoglądam na swój monitor. Wyświetla się jakaś strona z tymi biednymi paniami, których nie stać na ubranie. :) Widocznie poprzednik lubił sobie to i owo pooglądać, a ja mam w głowie myśl "A więc i TAKIE rzeczy tu są..." Blondyna gapi się na mnie ze zdjęcia, brunetka też... Kolejna myśl: "Spadajcie dziunie, ja tu przyszedłem zdobywać WIEDZĘ O ŚWIECIE, a nie gapić się na wasze... warunki oferty. No, jak to szło... wu wu wu, wupe... Nara blondyna, ty brunetka też. ;) Co by tu... Czat? Popularna sprawa. Można by z kimś pogadać! W końcu teraz jestem INTERNAUTĄ! Będę rozmawiał jak równy z równym! O, jest!

CZATeria.pl, serwis należący do portalu Interia.pl. Rok 2001. Screen powstał dzięki serwisowi web.archive.com

Wybór konkretny! Każde miasto Polski, nawet czaty z jakimiś ważnymi osobistościami. Radom? Jest. Wchodzę. "Wpisz nick". Ok... Jakiś kozacki by się przydał. Hmm... rozglądam się. Półmrok sali, ludzie skupieni na monitorach, gość obok zasuwa na klawiaturze jak Japończyk na konkursie szopenowskim. Komputery szumią. Szybkie skojarzenie... No jasne! Przecież właśnie trwa szał na Matriksa. Jakże ja mogłem być tak głupi! Normalne! "Mooorfeeeeuuuusz".

~Morfeusz87: Hej, witajcie ludzie sieci!
~ON_190cm_29cm_dla_niej: KTURA POKLIKA? JESTEM NAPALONY A MUJ...
~Fabian88: NIE PISZCIE Z Aneczka88_Wawa to jest DZIFKA
~Aneczka88_Wawa: Fabian88 TY HUJU JESTEŚ NIE NORMALNY, FAKAJ SIEM!
~ON_190cm_29cm_dla_niej: KTURA POKLIKA? NIEBUJCIE SIE JESTEM NAPALONY A MUJ...

"Ludzie sieci"... :)

Jest rok 2003. W moim domu pojawia się pierwszy komputer. Jak na owe czasy, potężna maszyna. Niestety... pozbawiona dostępu do sieci. Ale ja jestem już starym, kawiarenkowym wyjadaczem. Wiem, gdzie jest najszybciej, gdzie jest najtaniej. Wiem, gdzie można kupić coś do picia, a nawet do jedzenia, bo w wielu przypadkach "kawiarenka" z kawiarnią nie miała nic wspólnego. To po prostu było miejsce dostępu do sieci. Te, w których można było kupić puszkę coli czy zapiekankę należały do rzadkości.
Ale nowy komputer jest jakiś... pusty. Przydałoby się coś z tej sieci pościągać. Na tyle dużo, aby starczyło do kolejnej wizyty w kawiarence, a jednocześnie na tyle mało, aby zmieściło się na dyskietkę 3,5 cala. Całe 1,4 MB do dyspozycji. Efekt był taki, że często do kawiarenki szło się z pięcioma dyskietkami. A co można było na tych pięciu dyskietkach zmieścić? Do ówczesnych hitów należały:

Tapety - nie, nie w obecnych kosmicznych rozdzielczościach, ale w takich, jakie obsługiwały ówczesne monitory. 800x600 lub 1024x768. Każdy kilobajt był przecież na wagę złota, a im większa rozdzielczość tym miejsca na dyskietce ubywało.

Dzwonki na telefon - jeszcze nie mp3, a midi, lub... kody do kompozytora. Zapytacie co to? Wyjaśniam. W telefonach pokroju Nokii 3310 i jej następców znajdowała się opcja komponowania własnej melodii dzwonka. Komponowanie polegało na wprowadzaniu kolejnych części zapisu nutowego przy pomocy klawiszy. W sieci znajdowały się strony, na których były gotowe zapisy. Wystarczyło je wprowadzić i... nasza "trzy-trzy-dziesięć" popiskiwała najnowszym hiciorem.

Śmieszne obrazki - tak, o kwejku i tego typu humorystyczno-obrazkowych serwisach nawet nie śpiewały jeszcze ptaszki. A humoru człowiek pragnął jak kania dżdżu. Ściągało się więc nie tylko śmieszne zdjęcia, ale i gify, a także kiepskiej jakości nagrania "prawdziwych, naprawdę gość tak zrobił" rozmów telefonicznych, wpadek znanych ludzi itp. Filmiki? Wielkości znaczka pocztowego.

Skórki do Winampa - komputerowy program do odtwarzania plików mp3 był ówczesnym "must have" każdego właściciela blaszaka. Jedną z wielu jego opcji była możliwość zmiany wyglądu poprzez instalację "skinów". A metamorfoza wyglądała nieraz zaskakująco. I tak z tego:

Standardowa skórka programu Winamp
 można było zrobić to:

Niestandardowa skórka programu Winamp
I tak sobie czasem myślę, że to wszystko miało jakąś... magię. Dziś Internet to codzienność. Żaden luksus. Pobieramy z niego gigabajty danych miesięcznie, jego obecność w naszych domach traktujemy niemal jak fakt, że do domu doprowadzony jest także prąd i woda. Współczesna sieć to miliardowe inwestycje, giganci rynku. Miejsce, gdzie można zbudować karierę, zarabiać całkiem rozsądne pieniądze, szukać nowych klientów dla swoich usług. Miejsce, do którego jesteśmy przypięci niemal na stałe, bo oprócz PC do sieci podłączony jest także smartfon, smartwatch, telewizor... Staliśmy się ludźmi cyfrowymi, homo digitales. Kawiarenki internetowe nie mają racji bytu w tym systemie. Oczywiście istnieją jakieś niedobitki, jednak... to już nie to samo. Jesteśmy przesyceni treścią. I nikt z nas nie poczuje już tego, co czuło się wtedy, kiedy wracało się z kawiarenki z kilkoma dyskietkami w kieszeni, aby wieczorem móc przejrzeć ich zawartość. Ot, choćby w taki kwietniowy, pogodny wieczór jak dziś.




sobota, 26 grudnia 2015

#wpieniony: 01 - Jakość współczesnych produktów.

Nastąpił ten moment. Arkadiusz, młody, mało znany bloger z Polski odziera się przed swoimi Czytelnikami z prywatności. Arkadiusz ma zamiar publicznie pokazać... czym odkurza dywan! Cytując klasyka, shock, scandal, nie-do-wieeerzaniee. Arkadiusz przyznaje się bowiem, ze robi to... odkurzaczem. Ale jakim!

Ale od początku i po kolei. Świąteczne porządki. To wyczyścić, tu zamieść, to wynieść do piwnicy, tam odkurzyć. No właśnie, odkurzyć. Od lat w moim domu odkurza się czymś, uwaga, uwaga! Takim:


Zapytacie "A co to do cholery jest?!" Prezentuję i objaśniam. Odkurzacz. Odkurzacz Zelmer Alfa K2 "L". Według tabliczki znamionowej rok produkcji - 1973. Sprzęt znany wśród miłośników urządzeń retro jako "rakieta" lub "odrzutowiec". Czemu? Po pierwsze, ma całkiem niezłą wydajność. Po drugie... dźwięk! Poniżej krótka prezentacja (radzę przyciszyć głośniki/słuchawki :) )


Owszem, tworzywo na zewnątrz pożółkło i poczerniało. Niebawem odzyska blask, gdyż chcę tego klasyka doprowadzić do stanu fabrycznego. Właśnie z zewnątrz, bo wnętrze - uwierzcie na słowo - świeci nowością. Sprzęt od lat 70 wsysający tony kurzu, pracujący w przeróżnych warunkach wewnątrz wygląda niemalże jak po zjeździe z taśmy. Ktoś stwierdzi: "A daj spokój, dziadostwo takie, kup sobie jakiś nowy". Posłużę się pewnym obrazkiem:


Tak, będąc zdrowym na umyśle i w pełni świadomym otaczającej mnie rzeczywistości nie chcę wymieniać czegoś co działa na coś, co... podziała i przestanie. Jeśli Zelmer wyzionie ducha, zapewne trzeba będzie sięgnąć po coś nowszego. Jednak na razie wszystko wskazuje na to, że "rakieta" jest w świetnej kondycji. Oby jak najdłużej.
Co jednak powoduje, że współczesne urządzenia są wkurzające? Poniżej wypunktuję wszystkie wady. Wady, które zauważam jako użytkownik, ale i jako człowiek, który w sprzęcie lubi podłubać choćby po to, aby przywrócić go do stanu używalności.

1) "Nienaprawialność"

Tak, ja wiem. Ekonomia. Im sprzęt bardziej niezawodny, tym mniejsze zapotrzebowanie na jego wymianę. Im zaś mniejsze zapotrzebowanie, tym mniejszy dochód producenta. Jasna sprawa. Nie zmienia to jednak faktu, że kiedy po otwarciu obudowy widzę, jak bardzo producent leci w kulki, bierze mnie zwyczajna, ludzka złość. Po otwarciu obudowy... tak... O ile się DA ją otworzyć. Wiele urządzeń posiada bowiem obudowy wyposażone (na raz) w:

- Zatrzaski wykonane z wyjątkowo nietrwałego plastiku. Albo jest zbyt sztywny i nawet lekkie odgięcie powoduje pęknięcie "bolca", albo wręcz przeciwnie - zbyt miękki, a więc "bolec" po odgięciu zaczyna gibać się na wszystkie strony świata niczym zęby po sierpowym wypłaconym przez Tysona. Wynik; choćbyś człowieku stawał na głowie, za cholerę nie zamkniesz już obudowy. W tym miejscu zatrzask już nie trzyma. Twoja wina! Po cholerę dłubiesz? Masz UŻYWAĆ. Idioto.

- Śrubki. Albo tak miękkie, że zwyczajny śrubokręt krzyżakowy jest w stanie rozorać ich główki, albo tak twarde, że właściwie rozwiercają punkty, w które są wkręcone. Wynik: wykręcasz raz. Już nie wkręcisz. Twoja wina! Po cholerę dłubiesz? Masz UŻYWAĆ. Idioto.

- Klejenia. Tu najkrócej. Odpiąłeś zatrzaski. Usunąłeś śrubki. Coś trzyma. Co? No szlag by to trafił... przyklejone! I to tak cholernie mocno, że właściwie nie ma opcji - albo łamiesz obudowę, albo daj sobie spokój. Bo po cholerę dłubiesz? Masz UŻYWAĆ. Idioto.

A to dopiero początek. Nie chcę tu truć na tematy czysto techniczne, ale masa współczesnych urządzeń jest praktycznie zaprojektowana tak, aby się zepsuć. Z takich ciekawszych:

- Nijakie zabezpieczenia elektryczne. Są bo są, ale pierwsze lepsze przepięcie spowoduje usmażenie sprzętu.
- Kiepskie połączenia lutowane. Lutowie szybko pęka, a ponowne przylutowanie nie jest łatwe. W niektórych przypadkach bez porządnej stacji lutowniczej właściwie niemożliwe.
- Przewody cienkie jak włoski. Bez pęsety ani rusz.
- Umieszczenie kluczowych elementów w miejscach narażonych na wstrząsy, kurz, zamoczenie.

Mówiąc krótko - sprzęt ma działać po wyjęciu z pudełka. No... może do czasu upłynięcia terminu gwarancji. Później? Masz kupić nowe! Nie naprawiać. Oczywiście nawet i te nienaprawialne rzeczy naprawić się da, jednak zarówno koszt jak i energia w to włożona przerasta wartość samego urządzenia. Ty, użytkowniku MASZ się wkurzyć. I trzepnąć tym w kąt. Przecież w Super Duper Markecie jest promocja - już za 299,99 zł kupisz nowe, lepsze, szybsze...

2) Ubogość instrukcji obsługi

Miałem jakiś czas temu w rękach instrukcję obsługi dość leciwego telewizora. Gruba księga, zawierająca masę przydatnych informacji. Od podstaw typu "jak włączyć i używać", przez wskazówki eksploatacyjne, oraz (uwaga!) wykaz możliwych awarii i sposobów ich usunięcia. Na koniec schemat płyty głównej (w skali 1:1) oraz spis zamontowanych tam elementów. Szok.
A co mamy dziś? Nadal grubą księgę. Treść:

"TO JEST URZĄDZENIE ELEKTRYCZNE! PRĄD ZŁY! NIEBEZPIECZNY! UWAŻAJ! Jeśli zauważysz problem, PADNIJ KURWA! I natychmiast ewakuuj się pełzając w bezpieczne miejsce, a następnie zadzwoń po naszego serwisanta. UWAGA! PUDEŁKO NIE JEST ZABAWKĄ. FOLIA W PUDEŁKU NIE JEST ZABAWKĄ! URZĄDZENIE NIE JEST ZABAWKĄ! NIC DEBILU JEBANY NIE JEST ZABAWKĄ! TO JEST TWOJA WYJEBANA W KOSMOS 52'' PLAZMA! ROZUMIESZ? W przypadku połknięcia zgłoś się natychmiast do lekarza! !!! NIGDY !!! a) Nie otwieraj obudowy b) Nie dotykaj urządzenia w trakcie pracy. Jeśli nie wiesz, jak obsługiwać nasze urządzenie, zadzwoń do naszego serwisanta - 0-700-666-666 (to jest NUMER TELEFONU, TELEFON! ROZUMIESZ? TAKIE COŚ, ŻE WCISKASZ CYFERKI I SŁYSZYSZ W ŚRODKU NASZEGO SERWISANTA, TAKA, ROZUMIESZ, KURWA, MAGIA...) (22,50 zł/min + VAT). 

I tak w siedmiu tysiącach żywych języków świata, w kilkunastu martwych, oraz po marsjańsku i w runach elfich. Oraz dodatek:

"Nasza firma przestrzega zasad ochrony środowiska. Co prawda wyrżnęliśmy 30 hektarów lasu, aby wydrukować tę instrukcję, ale chrzanić to! Jesteśmy EKO! Ta instrukcja też jest EKO. Tak bardzo EKO, że możesz zeżreć ją na obiad".

I to znów przełożone na siedem tysięcy języków żywych, kilkanaście martwych, marsjański oraz na runy elfie.

3) Przeładowanie funkcjami

Odkurzacz powinien odkurzać. Pralka ma prać. Lodówka chłodzić. Proste? No... nie. Odkurzacz posiada wbudowany odtwarzacz mp3, pralkę można obsługiwać przy pomocy WiFi, a w lodówce znajdziemy telewizor HD z tunerem i dźwiękiem stereo. Ok, rozumiem. Może ktoś lubi takie bajery, ale nie ukrywajmy - 90% użytkowników i tak użyje ich najwyżej kilka razy. Raz, aby sprawdzić czy działa. Drugi, aby komuś pokazać, że działa. Trzeci - przypadkiem, "bo nie to chciałem kurwa... -.-" Pamiętajmy, że im więcej dodatkowych (i nie związanych z podstawowym przeznaczeniem urządzenia) funkcji tym po pierwsze większe ryzyko awarii (więcej elementów w ogóle = więcej elementów, które mogą się zepsuć). Po drugie wzrasta zużycie energii, bo fizyki się nie oszuka - więcej odbiorników zawsze będzie potrzebowało "więcej prądu" do pracy). Po trzecie znacznie zawyża to cenę samego urządzenia.

4) Marka nie jest wyznacznikiem jakości

Od dłuższego czasu zakupienie produktu danej marki wcale nie oznacza, że produkt ten będzie reprezentował określoną jakość. Wiadomo, każda firma ma w swoim dorobku gorsze serie, jednak przy obecnym, totalnie masowym systemie wytwarzania o problemy jakby łatwiej. Obecnie zdarza się, że produkty "no name" służą o wiele dłużej niż to, co pochodzi od znanej i uznanej światowej marki.

Doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że te wszystkie niedogodności z czegoś wynikają. Wiem też, że (jak wcześniej wspomniałem) z punktu widzenia ekonomii produkcja rzeczy bezawaryjnych jest zwyczajnie nieopłacalna. Nadal jednak jako konsument czuję zwyczajne poirytowanie.
Tym wpisem otwieram nową serię. Będą to właśnie takie moje luźne rozmyślania na przeróżne wkurzające, drażniące mnie tematy. Niekoniecznie to, co drażni mnie, będzie drażniło także Was, ale mam nadzieję, że seria się spodoba.

P.S. I: Wpis nie zawierał lokowania produktu.
P.S II: Ani sprzątania nim.
P.S.III: Ale jeśli firma Zelmer uważa inaczej... :D
P.S. IV: Nie, chyba nie uważa... :(


poniedziałek, 9 listopada 2015

"Szczucie cycem" czyli popkultura gołego odwłoka.

Dzisiejszy wpis jest pierwszym, który powstaje na życzenie Czytelniczki. Otóż Czytelniczka jest licealistką. Wnikliwie obserwuje środowisko rówieśnicze i dochodzi do wniosku, że inicjacja seksualna wśród współczesnej młodzieży zachodzi wyjątkowo wcześnie. Pyta więc, jakie mam w tym temacie zdanie? Czemu tak się dzieje? Z czego to wynika?
Przyznam, temat nie jest łatwy, choćby ze względu na jego wielowątkowość. Postaram się więc poruszyć wszystkie ważniejsze przyczyny tego zjawiska, omówić je odpowiednio wyczerpująco. Po części z punktu widzenia obserwatora, po części z punktu widzenia uczestnika wydarzeń, bo - uwaga - też kiedyś byłem nastolatkiem i doskonale pamiętam, jakie procesy myślowe rządzą wtedy człowiekiem. Wiem też, że często tych procesów zwyczajnie brak.
Co więc się składa na to, że coraz młodsi ludzie tak chętnie "sięgają po seks"?

Po pierwsze: żyjemy w czasach skrajnego, chorego wręcz kultu ciała

Znacie to? Włączamy telewizor, radio, otwieramy gazetę. I jesteśmy atakowani... pięknem, doskonałością, zdrowiem. Ciało stało się współczesnym bożkiem, któremu oddaje się hołd, zupełnie pomijając choćby strefę umysłową. Tego naprawdę nie da się nie zauważyć - w tzw. mainstreamie o ludziach mądrych mówi się w formie ciekawostki, marginalizuje się ich inteligencję, wpływ na współczesny świat, a często po prostu stawia się ich w anonimowej grupie podpisanej jako "naukowcy". No, może czasem "naukowcy z uniwersytetu w...". I tyle. Za to o ludziach pięknych tworzy się całe, często wielostronicowe artykuły. Zasługi? Dwa trzy zdania na ten temat. Wygląd? Kontakty z kobietami/mężczyznami? Jego zdanie na temat piękna swojego i innych? Reszta artykułu.
Ciało, ciało i jeszcze raz ciało. Współczesny bóg, do którego modli się cały mainstream. Porównanie do religii nie jest przypadkowe, bo to JEST religia. Ciało jest w niej bogiem, świętymi - właściciele ciał - celebryci, aktorzy. Kapłani to całe sztaby ludzi pracujących nad tym, aby święci postrzegani byli właściwie. Kapłanami są producenci, reżyserowie, ale także fotografowie, graficy, fotoedytorzy, operatorzy. Ich rolą jest nie tylko trzymanie straży nad właściwym wizerunkiem świętych, ale także namawianie do świętości. Do bycia takim jak idole.
Wszystko to oparte jest na olbrzymim kłamstwie, z którego przeciętny nastolatek zwyczajnie nie zdaje sobie sprawy. Na czym polega kłamstwo? Ci wszyscy "święci ze szklanego ekranu" to postaci reżyserowane od początku do końca. Reżyseria polega na właściwym doborze ubrań, uwydatnianiu pewnych zachowań, drastycznym retuszu zdjęć, ba! Niejednokrotnie także na manipulacji wypowiedziami tak, aby pasowały one do ogólnie przyjętej "linii politycznej" danego gwiazdora. Takie jest właśnie zaplecze kultu ciała. Zaplecze, na które nastolatkowie nie wstępują, bo nie mają na to najmniejszej ochoty. A szkoda, być może nie dali by się tak tanio robić na szaro. Kupują fasadę, kupują przekonanie, że bycie pięknym (a co za tym idzie - atrakcyjnym seksualnie) jest bardziej opłacalne od bycia w jakikolwiek sposób mądrym.

Po drugie: seks atakuje z każdej strony, tworzy się więc przekonanie o tym, że jest to rzecz powszechna.

W żargonie twórców wizualnych od lat funkcjonuje pojęcie tzw. szczucia cycem. Czym jest owo szczucie? Otóż o szczuciu cycem mówimy wtedy, kiedy forma wizualna (ulotka, klip wideo, billboard itp.) zamiast przyciągać kreatywnością, przyciąga (zbędnym w danym przypadku) erotyzmem, nawiązaniami do cielesności czy seksualności, nierzadko bardzo jednoznacznymi i poniżej granicy dobrego smaku. Jak wygląda to w praktyce? Zainteresowanych odsyłam pod ten link. Strona zawiera setki przykładów na to, jak bardzo proceder jest rozpowszechniony.
Nie będziemy się jednak skupiać na kwestiach estetycznych, skupimy się raczej na wpływie tego typu przekazu na społeczeństwo, szczególnie na tę młodszą jego część. Bo wpływ jest i to ogromny. Odbywa się to na bardzo prostej zasadzie znanej z ekonomii - towar słabiej dostępny zawsze będzie towarem droższym niż ten, który jest ogólnie dostępny. Nie inaczej jest z seksualnością - epatowanie golizną powoduje, że widok nagiego ciała powszednieje. Epatowanie nawiązaniami do erotyzmu powoduje, że nawiązania te nie stanowią już jakiejś bariery czy tabu. To rzecz codzienna. Jak wpływa to na przeciętnego nastolatka, sterowanego nie zdrowym rozsądkiem, a potokiem hormonów? Ano.. właśnie w taki sposób. Nastolatek chce być modny, współczesny. A że elementem współczesności jest stawianie ponad wszystko atrakcyjności seksualnej? Wynik mamy jaki mamy.
Problemem całej tej popkulturowej promocji jest to, że nie dołączono do niej instrukcji obsługi. Instrukcje oczywiście powstają - mówi się o odpowiedzialności, o stosowaniu zabezpieczeń, jednak można odnieść wrażenie, że są to instrukcje "pisane na kolanie", którymi zbyt wiele osób się nie przejmuje. Przecież wiedzą co i jak. Niestety, często jest to jedynie wrażenie.

Po trzecie: seks to często karta przetargowa. Łatwa do zdobycia, łatwa do użycia, pomocna kiedy nie ma się do zaoferowania niczego innego.

Nie bójmy się użyć tego określenia - współcześnie panuje moda na... bycie głupim. Posiadanie jakiejkolwiek wiedzy staje się wśród młodzieży stygmatem, a przekonanie o tym, że pusta mózgownica to łatwe życie jest niemalże powszechne. Głupota, niegdyś piętnowana, dziś przeżywa swój złoty wiek. W połączeniu z seksualnością jest to mieszanka iście piorunująca. Co może bowiem zaoferować drugiej osobie człowiek głupi? Jakiś ciekawy temat do rozmowy. Nie. Podzielenie się pasją? Też nie, bo sam jej nie posiada. Jakąś ciekawą rozrywkę? Również nie, bo dla niego ciekawa rozrywka mieści się w jednym zdaniu: "wychlać, jebać, nic się nie bać". Pozostaje więc seks. Jest darmowy, "zestaw narzędzi" każdy nosi ze sobą, jest też przyjemny. Czemu więc by go nie spróbować? W końcu "robi to każdy"...

Po czwarte: żyjemy w czasach kryzysu autorytetów.

Obecne czasy to czasy, w których podważa się dowolne autorytety. Nie zawsze słusznie, często - zupełnie niesłusznie, dla zasady. Jednocześnie status autorytetu zyskują ludzie, którzy na ten tytuł w żaden sposób nie zasługują - mówiąc wprost, zwykli kretyni, którzy wyróżniają się jedynie tym, że krzyczą głośniej od innych. Jeśli nałożymy na to bunt nastolatka, z jednej strony poszukiwania przez niego autorytetów, z drugiej bunt przeciwko tym zastanym, a z trzeciej ich miałkość, możemy zaryzykować stwierdzenie, że nastolatek rozpocznie współżycie ze zwykłej, połowicznie dziecięcej jeszcze przekory. "Bo co mi będzie truł taki nie taki, ja wiem lepiej".

Myślę, że wymieniłem tu zestaw powodów najważniejszych według mnie. Zdaję sobie sprawę z tego, że ktoś inny może mieć na ten temat zupełnie inne zdanie. Zapraszam więc do dyskusji - z chęcią skonfrontuję swoje poglądy z odmiennym spojrzeniem na sprawę.
I jeszcze kilka słów do nastolatków czytających ten wpis: Nie dajcie się wciągnąć tej popkulturze gołej dupy tylko dlatego, że jest modna. Pamiętajcie, że w niej jesteście po prostu... towarem. Wbrew pozorom nie chodzi o to, aby Wam było fajnie, a o to, aby fajnie było temu, kto na Was zarobi. Inwestujcie w to, co macie w głowie - tyłkiem naprawdę nie zdobędziecie świata, a nawet jeśli uda się to na jakiś czas, to i tak szybko się to zmieni, bo w przeciwieństwie do mózgu, tyłek traci na wartości wyjątkowo szybko...

wtorek, 27 października 2015

Samobójstwo czyli sznur nasz powszedni

Zdaję sobie sprawę z tego, że temat, który dziś poruszę, nie jest tematem prostym. Zdaję sobie sprawę także z tego, że o zjawisku społecznym, jakim jest samobójstwo napisano tysiące rozpraw, przeprowadzono tysiące analiz, wykonano tysiące badań. A jednak - temat targnięcia się na własne życie nadal stanowi wielką, mroczną zagadkę i jest swoistym tabu. W postrzeganiu społeczeństwa z jednej strony "tak nie wypada umrzeć", ale z drugiej strony są surowe, policyjne statystki - według danych Komendy Głównej Policji w roku 2013 życie odebrało sobie 6101 osób, a w roku 2014 ofiar samobójstw było już 6165. Nieznane są jeszcze statystyki na rok bieżący, ale obraz, który wyłania się z dotychczasowych notowań jest dość jasny - występuje tendencja wzrostowa. Od roku 1991 (początek prowadzenia statystyk już policyjnych, nie milicyjnych) to właśnie w latach 2013-2014 po raz pierwszy liczba samobójstw przekroczyła sześć tysięcy skutecznych (zakończonych zgonem) targnięć się na życie. Nie ukrywajmy, coś się dzieje. Ale co?
Nie jestem psychologiem, socjologiem, lekarzem psychiatrą. Nie napiszę więc "jak jest", napiszę raczej "jak wydaje mi się, że jest". Obserwuję otoczenie i właśnie nie z naukowych badań, a z takich codziennych obserwacji będzie wynikała treść tego wpisu. Czemu więc my, jako społeczeństwo, się zabijamy?

1) Bo jesteśmy sami.

Bo można być samym, będąc jednocześnie otoczonym tłumem ludzi. To paradoks współczesności, która jednocześnie skraca i wydłuża dystans pomiędzy ludźmi. Skraca go dzięki rozwojowi takich dziedzin jak telekomunikacja (powszechny dostęp do Internetu), transport (upowszechnienie transportu samochodowego czy lotniczego), ale wydłuża poprzez brak czasu. Brak czasu nie tylko dla siebie, ale przede wszystkim dla innych. Odkładamy tych innych "na później", na "jutro", na "kiedyś". Możemy przecież w każdej chwili wyciągnąć telefon, usiąść przed komputerem i porozmawiać z drugą osobą. Możemy także wsiąść do samochodu i tę osobę odwiedzić osobiście. A jednak brakuje czasu. Zegarek z pomocnika przekształcił się w surowego nadzorcę. Ta sama od setek lat doba staje się zbyt krótka z jej dwudziestoma czterema godzinami. Dotyczy to wielu osób - i nas, i "tych drugich" o których zapominamy. Wszyscy gdzieś zasuwamy. Sami. Każdy swoim korytarzem, ale każdy z tych korytarzy oddzielony jest grubą ścianą. Nawet nie usłyszymy, kiedy ktoś za tą ścianą nie wytrzyma tempa i wyrzuci z siebie ostatni oddech. On w swoim biegu nie usłyszy też nas.

2) Bo patrzymy przez pryzmat siebie samego. 

Współczesność umieściła człowieka w centrum wszechświata. Jego własnego wszechświata. Dla wielu ludzi spojrzenie na czyjąś sprawę oczami drugiej osoby jest nie do pomyślenia. Ci, którzy uwierzyli we własną doskonałość i niezniszczalność nie są w stanie opuścić tego (często iluzorycznego) kokonu. Strach przed opuszczeniem tej narcystycznej strefy jest tak silny, że społeczeństwo powoli (ale bardzo skutecznie) zaczyna postrzegać empatię jako słabość. Orbitowanie wokół własnej zajebistości "przeprogramowuje" system wartości, budzi niechęć, a nawet jawną wrogość do jakichkolwiek słabości. Jaki jest tego efekt? Podwójnie szkodliwy. Po pierwsze powoduje zamknięcie się na innych i usprawiedliwianie swojej bezczynności w bardzo "tani" sposób - "skoro JA mogłem, czemu ON/ONA nie może? Przecież to takie PROSTE!". To nic innego, jak założenie, że... druga osoba jest taka sama jak my. A nie jest. I nigdy nie będzie. Smutne jest to, że właśnie w XXI wieku, w czasach, w których potrafimy zauważyć, że substancja X od substancji Y różni się budową na poziomie atomowym (i głębiej), nadal należy tłumaczyć, że człowiek różni się od człowieka. Zachwycamy się tymi atomami, tworzymy rozbudowane teorie, bo przecież skoro cząsteczka X zawiera tyle i tyle atomów tego i tamtego, a w cząsteczce Y jest inaczej, to musiały zadziałać jakieś zmienne. Jakie? Dlaczego? Jakaż to wspaniała różnorodność! A potem odrywamy oko od mikroskopu elektronowego, notatek, wyników badań i wymagamy, aby druga osoba była taka sama jak my. Chrzanić zmienne, które ukształtowały tę osobę. Ma być nami.
Po drugie, przekonanie o własnej doskonałości w każdej chwili może zostać zburzone, a jego utrata jest bardzo bolesna. Zdrowa samoocena polega na tym, na czym polega wszystko, co zdrowe - na umiarkowaniu i nie popadaniu w skrajności. Nie chodzi o to, aby rozdzierać szaty i rozpamiętywać porażki, ale także i nie o to, aby żyć w przekonaniu, że jest się jakimś niezniszczalnym i doskonałym nadczłowiekiem. Tylko takie podejście może uchronić przed drastycznym i mocno wpływającym na psychikę wytrąceniem z tego prywatnego wszechświata. A takie właśnie wytrącenie może zakończyć się depresją, a co za tym idzie - samobójstwem/próbą samobójczą.

3) Bo wyrzucamy, nie naprawiamy.

Obecna rzeczywistość zakłada totalną jednorazowość wszystkich jej elementów. Jednorazowy sprzęt elektroniczny, jednorazowe opakowania i sztućce, jednorazowe także wszelkie relacje międzyludzkie - przyjaźnie, związki, miłości, często niestety także małżeństwa czy układy rodzinne. Jesteśmy zewsząd przekonywani, że zasoby, które nas otaczają są nieskończone, więc jeśli coś się wyczerpie, przestanie funkcjonować, zawsze istnieje możliwość wymiany na lepsze i nowsze. Nie da się więc nie zauważyć, że coraz częściej połączenia pomiędzy ludźmi tak właśnie są traktowane - jednorazowo.
Oduczamy się wybaczać i przepraszać, bo wybaczenie i przeprosiny to forma naprawy. A naprawiać dziś zwyczajnie nie wypada. Ba! Czasem nawet uznaje się to za słabość. No bo skoro wybaczasz, to co? Boisz się, że stracisz tego człowieka i drugiego takiego nie znajdziesz? Ależ znajdziesz - jesteś przecież wspaniały, cudowny, niepowtarzalny. Przepraszasz? Znaczy... poniżasz się? Przyznajesz się do błędu, którego przecież nie popełniłeś? Bo nie popełniłeś, nieprawdaż? To co zrobiłeś da się przecież jakoś wytłumaczyć, usprawiedliwić przed samym sobą. Zapomnij o tym człowieku! Zrobiłeś to, co uznałeś za stosowne. Zapomnij o tym człowieku. A może... boisz się, że go stracisz? Spokojnie - jesteś tak cudowny, tak zajebisty, że na jego miejsce znajdzie się dziesięć kolejnych, jeszcze lepszych osób.
Ta filozofia prowadzi choćby do tego, że stajemy się coraz mniej odporni na wady innych. Zamiast zwyczajnie pogadać z drugą osobą, zapytać, czemu postępuje tak, a nie inaczej, odrzucamy, wymazujemy, kasujemy.
Takie postępowanie prowadzi także do rozpadów więzi, to oczywiste. Ludzie ze zbyt nadmuchanym ego nie potrafią wybaczyć, ludzie ze zbyt nadmuchanym ego nie potrafią także przeprosić. I jak zwykle - to obraca się przeciwko nim. Brak wybaczenia dla człowieka, który żałuje, będzie silnym ciosem. Brak przeprosin od człowieka, który jest ważny, również boli. Wolimy jednak zacisnąć zęby - nie przepraszać, nie wybaczać. To niszczy. I nas, i otoczenie.

4) Bo nie potrafimy rozmawiać.

To trochę nawiązanie do podpunktu pierwszego. Bo często nawet jeśli uda nam się nawiązać z kimś kontakt, to często rozmowa przypomina dwa osobno prowadzone monologi - my słuchamy "bloku słów", potakujemy, a myślami jesteśmy w zupełnie innym miejscu. Kiedy przyjdzie nasza kolej, również atakujemy "blokiem słów", traktując drugą osobę nie jako partnera w dyskusji, a jako... przeciwnika. Bo przecież według wielu dobra rozmowa to taka, gdzie uda się przelicytować drugą osobę ogromem swoich problemów. Tym lepiej, jeśli ta druga osoba poczuje się jeszcze gorzej, bo nie dość, że ośmieliła się nam opowiadać o swoich kłopotach, to niech wie, że nie jest jedyna. Nas też boli, a że cudze to komedia, a moje tragedia...
No właśnie... Nie jest to rozmowa, która niesie ulgę. Pamiętajmy, że jeśli druga osoba otworzyła się przed nami i mówi o tym, co ją boli, to najgorszą rzeczą jest stwierdzenie "skończ się nad sobą użalać". Dla nas to wygodne zdanie, dla tej osoby jest kopnięciem prosto w twarz, wzmocnienie jej w przekonaniu, że nie jest nikim ważnym. Stwierdzenie "skończ się nad sobą użalać" wypowiedziane do osoby, która nam zaufała, jest równoznaczne ze stwierdzeniem "skończ pieprzyć, nie mam zamiaru cię słuchać". Ona nie robi tego dlatego, aby poinformować nas, że ma źle. Często nie chce głaskania po głowie, a zwyczajnie dusi się w sosie własnych domysłów, przekonań, chce świeżego spojrzenia z zewnątrz. Skoro wybrała nas, oznacza to, że zwyczajnie nam ufa. To wyróżnienie, nie kara. Brutalne "zamknięcie" kogoś kto się przed nami otworzył owszem, rozwiąże problem. Nasz. Zapewne już nigdy tej osoby nie usłyszymy w kontekście innym niż oficjalny. I będziemy mieli ten nasz wymarzony święty spokój, w którym nikt się nad sobą nie użala. No... dopóki to nas nie zacznie dusić jakiś problem. Ale wtedy zawsze możemy usłyszeć to samo.
Rozmowa to wspaniałe narzędzie, które jest w stanie zarówno zaszkodzić jak i pomóc. Uczmy się wykorzystywać je tak, aby niosło pomoc. Słuchajmy i nie bójmy się czyjegoś zaufania. Nawet jeśli nie uda nam się pomóc dokładnie tak jak pomóc by należało, to i tak nasze wsparcie może zmienić wiele. Druga osoba nie czuje się zostawiona sama ze sobą.

5) Bo mieć staje wyżej niż być.

Współczesność to czasy skrajnego fetyszyzmu posiadania. Posiadanie powoduje spełnienie, tylko przedmiot daje możliwość czucia się lepszym. Sprawy wewnętrzne, jeśli nie prowadzą do zwiększania zasobów przedmiotów czy środków, uznawane są za zbędne. To właśnie wywołuje pogoń, wyścig szczurów, bieg w nieznane za tym, aby mieć. Pieniądze, sławę, przedmioty. Gromadzić. Za wszelką cenę. Jednoczesne utrzymywanie społeczeństwa w przekonaniu, że jest nieśmiertelne, jeszcze cały ten mechanizm napędza. Nic więc dziwnego, że niektórzy chcą zjechać na pobocze, odpocząć. Często nie dostają na to szansy, spotykają się z ostracyzmem. Jeśli w jakikolwiek sposób wyłamują się z powszechnie przyjętego schematu, mogą zostać "zakrakani". Wynikiem jest lęk. Lęk przed odrzuceniem, stres. A stres przedłużający się przestaje motywować, zaczyna niszczyć.

To tylko pięć możliwych powodów tych niepokojących wzrostów w statystykach samobójstw. Zapewne istnieją także inne - wszystkie w podobnym stopniu ważne. Wierzę, że moi Czytelnicy są ludźmi świadomymi. Rada dla Was - bądźcie czujni. Rozglądajcie się wokół siebie. Wychwytujcie sygnały, wskazujące na to, że ktoś może potrzebować Waszej pomocy. Nie płyńcie z prądem, który wymusza w nas twierdzenie, że obojętność to cnota. Obojętność działa w obie strony - im bardziej dokładamy się do znieczulicy, tym większa szansa, że ona dotknie kiedyś nas. Nie bójmy się drugiego człowieka. On nie gryzie. Naprawdę.

sobota, 16 maja 2015

"Telewizja jest stworzona na wasze podobieństwo" czyli policjanci w szkole obok szpitala.

Kilka dni temu postanowiłem obejrzeć jakiś film z gatunku sci-fi. Żeby utrudnić sobie zadanie, za kryterium postawiłem sobie między innymi to, że ma być to film... polski. Niewiele osób bowiem wie, że Polacy kręcili naprawdę niezłe filmy z tego gatunku. Naprawdę. Polskie kino to nie tylko Karolak. Polskie kino to cała seria filmów mocno ambitnych. Wybór padł na "Wojnę światów - następne stulecie" w reżyserii Piotra Szulkina. Tytuł nawiązuje do jednej z pozycji, którą każdy szanujący się fan fantastyki znać powinien. Mowa o książce "Wojna światów" Orsona Wellsa, zresztą oba te dzieła stanowią pewien zazębiający się układ, ale to temat na osobną notkę. Fabuła filmu Szulkina w błyskawicznym skrócie: na Ziemię przybywają Marsjanie, w teorii deklarują, że kochają Ziemian. Jedyne, czego potrzebują to ludzka krew. Fakt, że Ziemianie ją oddają, dla Marsjan ma być największym dowodem wzajemnej przyjaźni i miłości. Do akcji uszczęśliwiania przybyszów dołącza telewizja, która nakazuje oddawać krew dla naszych pozaziemskich przyjaciół. I wokół tego właśnie kręci się cała myśl przewodnia filmu - wokół wpływu telewizji na rzeczywistość - telewizyjnych manipulacji i prania mózgów przy pomocy tego medium. Inspiracją do tej notki był pewien fragment "Wojny światów":


O czym mówi Iron Idem, główny bohater filmu? O współczesności. Naprawdę ciężko byłoby się z nim nie zgodzić - to przemówienie to ponure proroctwo. W latach 80 w naszym kraju być może trudno byłoby w nie uwierzyć, jednak kiedy oglądamy to dziś, śmiało możemy powiedzieć "Jasna cholera... tak jest!". O tym właśnie będzie dzisiejsza notka. O tym, w jakim stopniu proroctwo się spełniło i jaki ja mam do tego stosunek.

"Im głupszy był mój program, tym wy czuliście się mądrzejsi"

Według źródeł pierwszy był "Werdykt" - program fabularno-dokumentalny prezentujący rzekomo prawdziwe kazusy, które swój finał odnalazły na sali sądowej. Sali rzecz jasna telewizyjnej, na którą wstęp przy pomocy szklanego ekranu miał każdy telewidz. Był to koniec lat 90, format nie miał chyba zbyt wielu zwolenników, bo temat na jakiś czas przycichł. Potem pojawił się "W-11 Wydział Śledczy" i... poszło! Produkcje z gatunku scripted docu wprost zalały ramówki. Obecnie emitowana jest ich ogromna ilość. Czego dotyczą? Wszystkiego! Autorzy oprócz ukazywania "scenek z życia codziennego" pozwalają widzowi zajrzeć do miejsc takich jak:

- Szkoła (gimnazjum i liceum)
- Szpital
- Sala sądu rejonowego
- Sala sądu rodzinnego
- Posterunek policji
- Posterunek straży pożarnej
- Siedziba prywatnych detektywów
- Siedziba prywatnego detektywa zajmującego się tropieniem zdrad
- Środowisko polskich emigrantów

Uff, trochę tego jest, nie sądzicie? Do tego praktycznie każda stacja ma swoją wersję programu ukazującego "prawdziwe historie, które mogą zdarzyć się każdemu". Jednak lecimy dalej - oprócz tych programów zawsze możemy trafić na jakiś talk-show. Talk show, do którego zapraszani są oczywiście "prawdziwi ludzie, z prawdziwymi problemami". Jak bardzo prawdziwi są to ludzie? Ano tak bardzo, że występująca we wtorek trzydziestoletnia cnotliwa Stenia, która po mieszkaniu chodzi niemal w habicie, aby nie podniecić swojego chłopaka, już w czwartek zamienia się w trzydziestoletnią Dżesikę, której pasją jest solarium, drogie prezenty i szybki seks w dyskotekowej toalecie.
Tak, zgadliście. To ta sama osoba, bo tajemnicą poliszynela jest to, że uczestnicy talk-show to po prostu... aktorzy-amatorzy. Ich "przedkamerowe" ego pochodzi z przygotowanego wcześniej scenariusza. Wystarczy dobrze przeszukać sieć, aby dowiedzieć się, że za występ w talk-show można dostać nawet 400 złotych - cena tym wyższa, im większego idiotę przyjdzie nam grać.

Chwilami aż mam ochotę się tam zgłosić. Co powiecie na to, aby mnie, Arkadiusza - człowieka o urodzie typu "postrach kobiet w zakresie wiekowym 15-50+" i o gracji telewizora marki Rubin niesionego przez kompletnie pijanego typa, przerobiono na przykład na jakiegoś Darka, ksywa "Ogier", króla parkietu dyskoteki "Paradajs" w Wygwizdowie-Kolonii, który co sobota wyrywa dupeczki na swoje pełnoletnie BMW? Oprócz swojej wątpliwej urody mogę dorzucić wadę wymowy - kiedyś miałem, dziś nie mam, ale nadal świetnie umiem ją symulować (Sid leniwiec - mówi Wam to coś? ;) ). Wiecie co jest najgorsze? LUDZIE  BY TO KUPILI!
Czemu? Odpowiedź jest prosta. Przeciętny odbiorca tego typu dzieł, który ogląda je na poważnie - ogląda je w konkretnym celu. Tym celem jest poprawa samooceny. Problemy bohaterów talk-show i scripted docu są banalne lub totalnie przerysowane. Cała zabawa polega na tym, aby widz patrzący w ekran mógł pomyśleć "Jezu, ale grzbiet!", "Matko Boska z której bądź kapliczki! Ale debilka! No tępa strzała jak pragnę bańki w totka!", a za chwilę skonfrontować to z samym sobą i znów pomyśleć: "No... ale ze mną to jeszcze nie jest tak źle... Umiem się wysłowić, coś tam o świecie powiedzieć, nie... nie jest źle, jeszcze nie jest źle".

"Przestańcie być bandą głupich baranów!" czyli teledurniej.

Oglądanie wyżej wymienionych "dzieł" jest bardzo szkodliwe. Ja, aby przygotować się do napisania tej notki, musiałem kilka z nich obejrzeć. Lubię mówić o tym, co sam widziałem i co znam. Nikt nie zgłupieje, jeśli od czasu do czasu obejrzy coś takiego, aby na chwilę wyłączyć mózg i zwyczajnie się pośmiać. Problem pojawia się w w chwili, kiedy ktoś zaczyna wierzyć w cały ten wykreowany światek i zaczyna odczuwać to, o czym pisałem wcześniej - poczucie wyższości nad sztucznymi bohaterami. A uwierzcie, są tacy ludzie. Ba! Ja znam takich ludzi osobiście. Szkoda, jaką wywołuje wiara w telewizyjne treści polega na zaniedbaniu własnego samorozwoju. To bardzo logiczne - kiedy widzimy ludzi mądrzejszych i lepszych od siebie, a próbujemy im dorównać - chcąc nie chcąc - rozwijamy się. Kiedy zaś widzimy (w naszej opinii) idiotów, nie robimy nic - bo przecież już jesteśmy ponad nimi.

Daleki jestem od snucia teorii spiskowych, przez niektórych uważany jestem za niemal betonowego sceptyka, jeśli chodzi o tego typu rzeczy, jednak gdyby spojrzeć na temat ogłupiania szerzej to naprawdę coś się dzieje. Teleturnieje ambitne po prostu umarły. Starsi z moich czytelników (ludzie w wieku 30+) na pewno pamiętają teleturniej "Wielka Gra". Polegał on na tym, że uczestnicy odpowiadali na pytania z zakresu wiedzy - nie ukrywajmy - specjalistycznej. Jeśli ktoś interesował się sztuką czy określonymi dziedzinami nauki, podczas oglądania "Wielkiej gry" mógł uzupełnić swoją wiedzę, a to co prezentowali uczestnicy bywał majstersztykiem umysłowym, bo nie dość, że często dziedziny były bardzo wąskie, to jeszcze pytania i odpowiedzi wyjątkowo szczegółowe. Ktoś powie "No ale oni się do tego przygotowywali". Owszem. Jednak za wchłonięcie takiej ilości wiedzy i niejednokrotnie wyrecytowanie jej bez zająknięcia z dodaniem własnych uwag - przeogromny szacunek dla tych ludzi. "Wielka gra" spadła z anteny w wyniku słabej oglądalności. Nadal jednak nie było źle - w jednej ze stacji komercyjnych pojawili się "Milionerzy" - format co prawda zachodni, ale również wymagający od uczestnika bardzo dużej wiedzy, tym razem ogólnej. Ale i "Milionerów" drogi telewidzu już nie uświadczysz. Został program "1 z 10" - trzyma poziom od lat i mam głęboką nadzieję, że on z anteny nie spadnie, bo... gdyby tak się stało, nie istniałby już żaden "mądry" teleturniej. Zostałyby same "teledurnieje". Czym jest "teledurniej"? To po prostu show, w którym wiedza tak naprawdę się nie liczy. Liczy się za to prezenter (rzucający się po studiu jak tchórzofretka z ADHD po dwóch kreskach amfy i pięciu mocnych kawach), głośna muzyka, ostre światło i fajerwerki. No i jakaś pani Kasia albo Jola, czyli hostessa, z którą prezenter (sądząc po wzroku) najchętniej poszedłby na parę chwil za kulisy, a jakby mógł, to wszystko co miałby zrobić za kulisami, zrobiłby po środku studia. Uczestnicy? A kto by się tam nimi przejmował. Albo stoją przestraszeni i zażenowani tym całym "tak się robi telewizję", albo starają się dostosować i... być fajni w tej formie "fajności" jaką prezentuje teleturniej. Pytania? "Wlazł kotek na płotek i... a) Mruga b) Pali szluga c) Pieprznął z płotku na bańkę popełniając samobójstwo, bo nie mógł znieść poziomu żenady, którą odpowiedź wybierasz? Mała podpowiedź, prawidłowa jest tylko jedna! Ha! Podchwytliwe, nie sądzisz?" Odpowiedzi: "Nooo, bo jak kotek... i pło... nie no, ej, bez kitu! Co to jest płotek? Ja się z takim określeniem nie spotkałaaaam! Faktycznie, trudne".
Działa tu ten sam mechanizm, który opisywałem wyżej, w przypadku scripted-docu i talk-show - widza ma skręcać przed telewizorem, bo przecież on wie! Wie, po co ten cholerny kotek wlazł na ten cholerny płotek, a ta... tak tak... "głupia pinda z cyckami na wierzchu, tępa strzała jedna takich prostych rzeczy nie umie? No ludzie, trzymajcie mnie. JA WIEM, ONA NIE WIE!" A co w domyśle? Znów jak wyżej: "Jestem mądrzejszy".

Pora zakończyć te rozważania. Jeśli dotarłeś tu drogi Czytelniku, wielkie dzięki za przeczytanie moich przemyśleń. Jeśli się zgadzasz- lajkuj, udostępniaj, podziel się opinią, ba! Możesz nawet kliknąć w reklamę pod postem - kto wie? Może to właśnie dzięki Tobie zarobię na puszkę napoju energetycznego, po którym dopadnie mnie bezsenność i stworzę kolejną treść, która Ci się spodoba? :)  Jeśli post Ci "nie pasi" - komentuj, dyskutuj, wyrażaj swoją opinię. Masz prawo nie zgadzać się z jakimś dziwnym typem z Internetu, więc nie bój się tego robić. Ale najważniejsze - traktuj z dystansem to, co widzisz w TV. Dziś już wiesz dlaczego. A nie jesteś "głupim baranem", choćby dlatego, że chciało Ci się to wszystko przeczytać. Do następnego posta :)

wtorek, 9 grudnia 2014

Jestę alternatywny, czyly fejsbók jezd gópi (?)

Serwisy społecznościowe właściwie od początku swojego istnienia budziły kontrowersje. Wiele mądrych głów z zakresu psychologii oraz socjologii zastanawiało się, co właściwie przyciąga ludzi do takich miejsc w Internecie. Jedni twierdzili, że to naturalne - człowiek jest zwierzęciem stadnym, więc dąży do socjalizacji. Drudzy z kolei stwierdzali, że popularność portali społecznościowych to znak czasów, a więc moda na powszechny ekshibicjonizm. Byli tacy, którzy od razu stawali się fanami takich miejsc, są w końcu i tacy, którzy za żadne skarby świata nie chcą mieć tam konta. Mój dzisiejszy wpis skupi się właśnie na tych ostatnich. Chciałbym skupić się na argumentach podnoszonych przez przeciwników "społecznościówek", przeanalizować je i... po raz kolejny stać się advocatus diavoli, a więc spróbować je obalić. Zanim jednak to zrobię, przedstawię swoje stanowisko. A będzie ono zawierało się w jednym, jedynym zdaniu: "Nie ma rzeczy złych, są tylko rzeczy niewłaściwie wykorzystane". Poniższe opinie dotyczą w głównej mierze najpopularniejszego social medium, a więc Facebooka, jednak argumenty stosowane są przeciwko innym, mniej popularnym serwisom.

1) "Nie lubię portali społecznościowych, bo ludzie wrzucają tam idiotyczne treści i uprawiają psychiczny, a często i fizyczny ekshibicjonizm"

Zauważ drogi przeciwniku, że zasada działania większości serwisów społecznościowych opiera się na przeniesieniu w świat wirtualny powiązań ze świata realnego. Mówiąc wprost - to nie serwis sam z siebie generuje treść, generują go jego użytkownicy. Zawartość, jaką Ty oglądasz, jest tworzona przez... Twoich znajomych, rodzinę i przyjaciół. Konto na FB posiadam od kilku dobrych lat. Ani razu nie spotkałem się z treściami, o których wspomina ten argument. Nie widziałem gołej dupy koleżanki, nie zauważyłem, aby ktoś z mojej rodziny rzygał pod stół na imprezie, podobnie żaden kolega, kuzyn, kuzynka czy ktokolwiek z moich znajomych nie pozował też przy nowym samochodzie z miną "co hołoto? A wy nadal pełnoletnią Corsą 1.2 w gazie?". Dziwne, nieprawdaż? Ano wcale nie dziwne. Może ja po prostu mam normalną rodzinę, znajomych i przyjaciół? Jeśli Ty drogi przeciwniku obawiasz się, że zobaczysz coś takiego, nie mów że to np. Facebook jest zły. Uświadom sobie, że coś nie tak jest z ludźmi, których znasz. To oni mają kompleksy, to oni cierpią na brak atencji i to oni będą taką treść umieszczać. Nie są tacy na co dzień, a na FB wstępuje w nich diabeł? Nic w nikogo nie wstępuje - albo słabo ich znasz, albo zbytnio idealizujesz.

2) "Portale społecznościowe to złodzieje czasu! Ludzie od nich się uzależniają i zamiast robić coś kreatywnego, przesiadują tam godzinami"

Człowiek to takie dziwne stworzenie, które jest w stanie uzależnić się od WSZYSTKIEGO. Uzależnia alkohol, robią to narkotyki, seks, internet, szybka jazda, jedzenie... Mógłbym wymieniać do jutra. Nie oznacza to jednak, że sam fakt istnienia tych rzeczy to zło wcielone. Czy fakt istnienia alkoholu powoduje, że każdy stanie się alkoholikiem? Nie. Czy to, że na czarnym rynku znajdziemy dowolny narkotyk, powoduje że staniemy się ćpunami? Nie. Czy w końcu fakt, że społecznościówki istnieją, powoduje że każdy internauta wcześniej czy później uzależni się od nich? Oczywiście, że nie. Aby wystąpiło uzależnienie od czegokolwiek, potrzeba wielu nakładających się na siebie czynników. Czynników, które działają zarówno wewnątrz jak i na zewnątrz uzależnionego. W grę mogą wchodzić również zaburzenia osobowości, a to kolejna iskra na proch nałogu. Paracelsus napisał, że wszystko jest trucizną i nic nie jest trucizną - to dawka czyni truciznę. Ale dawkę ustalamy MY. Samo istnienie dawkowanej substancji nie jest powodem uzależnień.

3) Portale społecznościowe zniszczyły niejednemu życie.

Po raz kolejny argument, który niejako nadaje cechy ludzkie programowi. Bo czym innym jest taki FB jeśli nie aplikacją internetową, serwisem budowanym przez ludzi i obsługiwanym przez ludzi? Skoro portal społecznościowy zniszczył komuś życie, to jeśli ktoś ulegnie śmiertelnemu wypadkowi na drodze, czemu do więzienia trafia kierowca? Przecież to samochód bezpośrednio uderzył i zabił. Ano dlatego zapuszkowano kierowcę, bo samochód jest jedynie bezwolną maszyną. Bez woli kierowcy nie poruszy się ani o centymetr, również nikogo nie zabije. Identycznie jest z FB - to tylko bezwolny serwis. Jeśli kogoś przy jego pomocy oczerniono czy skompromitowano, to zrobiono to tylko i wyłącznie przy jego pomocy. Ale zrobili to ludzie, wrogowie danej osoby. Ktoś powie, że gdyby ofiara i sprawcy nie mieliby tam konta, do sprawy by nie doszło. Oczywiście, że by doszło. Tyle, że w inny sposób. Popatrzymy - aby komuś zaszkodzić, wcale nie potrzeba portali społecznościowych. Wystarczy to, co mamy w siebie "fabrycznie wbudowane" - mózg i usta. To wystarczy, aby np. rozpuścić plotkę, postawić kogoś w złym świetle, a idąc tą drogą - zniszczyć lub uprzykrzyć mu życie. Jeśli komuś bardzo zależy, aby trafić w swoją ofiarę, zrobi to bardzo skutecznie, nie dotykając nawet małym palcem nie tylko klawiatury komputera, ale jakiegokolwiek urządzenia elektronicznego.
Podobnie z innymi przejawami rzekomego złego wpływu takich portali. Ot, choćby zdrady. Prosta historia - było sobie małżeństwo, on albo ona założyli konto na "społecznościówce", odzyskali kontakt ze swoją starą miłością sprzed lat, BUCH! Zdrada! Kto winny? Nie on, bo przespał się z tą kobietą. Nie ona, bo poszła do łóżka z tym gościem. Winny portal społecznościowy! W kajdany i pod sąd... Pytanie, czy do zdrady doszło by, gdyby nie FB? Oczywiście. Zdrada to głębszy problem z punktu widzenia psychologii, nie będziemy go w tym momencie rozbierać na czynniki pierwsze (może kiedyś poświęcę temu wpis i coś tam sobie rozbierzemy :) ), jednak po raz kolejny wina leży po stronie człowieka i jego psychiki. Serwis to tylko narzędzie do wykonania tego, co jeden wykona bez problemu, drugi zaś nie wykona wcale. Zwalając winę na portal, musimy także zgodzić się z argumentacją, że każda gospodyni domowa to potencjalna morderczyni, w końcu w każdej kuchni ma do dyspozycji przynajmniej kilka porządnych noży.

4) Portale społecznościowe niszczą kontakty międzyludzkie. Rozmowa online to nie to samo, co rozmowa na żywo. Ludzie wolą rozmawiać przez sieć, niż robić to w "realu".

Problem tak stary, jak komunikacja na odległość. Podobnie mówiono o liście, bo historia zna przykłady ludzi, którzy wysyłali ich przez całe życie tysiące, przy czym często ich odbiorcę na żywo widzieli zaledwie kilka razy w życiu, to samo mówiono też o telefonie. Nikomu nie jest przecież obcy widok znany choćby z filmów, często i z życia - nastolatka "wisząca na słuchawce" i rozmawiająca z przyjaciółką o totalnych pierdołach. Grzmiano w ten sposób także o mailu. Teraz dostają po głowie portale społecznościowe. A jednak te kontakty nie umarły, ludzie nadal spotykają się na żywo, rozmawiają na żywo, ba! Nawet łączą się w pary, zakładają rodziny, mają dzieci... Pamiętajmy, że rozmowa online i rozmowa w cztery oczy to dwa zupełnie różne typy komunikacji z charakterystycznymi dla siebie cechami. Rozmawiając w cztery oczy bardzo często ciężko jest się zupełnie otworzyć przed kimś, choćby znało się go latami. Jednocześnie rozmawiając online ciężko ukazać jest określone emocje. Są tematy, które można poruszyć online, są i takie, których poruszyć w ten sposób się nie da. Podobnie jak podczas rozmowy "in real". Żaden z tych typów rozmów nie jest lepszy od drugiego, dopóki rozmówcy godzą się na określoną formę i są z niej zadowoleni.

Powyżej przedstawiłem cztery, najczęściej spotykane argumenty. Zgadzacie się z nimi? Nie? Zapraszam do dyskusji i komentowania. A wpis będzie dostępny tradycyjnie również w Świątyni Zła i Głupoty - na Facebooku :)