Kolejny raz się dla Was poświęcam. Ryzykuję zdrowiem psychicznym, fizycznym i duchowym. Zagłębiam się w mroczną otchłań tych części naszej rzeczywistości, na które wielu z Was patrzy z grozą, niesmakiem... Nie myślicie nawet o tym, aby dotknąć tych strasznych obszarów choćby małym palcem lewej stopy. A ja? Ja robię to za Was. Wchodzę w to cały. Tym razem jednak przesadziłem. Nie wiem jak mocno to na mnie wpłynie, czym to się skończy. Ale zrobiłem to - obejrzałem kilka odcinków (Maestro! Creepy muzyka!) POŁUDNIOWOAMERYKAŃSKICH TELENOWEL... (Maestro! Chopin, "Marsz pogrzebowy", dla mnie...)
Pierwsze wrażenie - co się do jasnej cholery dzieje? Wybrałem trzy różne tytuły. Tymczasem nie zauważyłem pomiędzy nimi naprawdę żadnej różnicy. Naprawdę. Te seriale są do siebie tak łudząco podobne, że obejrzenie dwunastego odcinka "Wściekłego serca Lucesity", po nim trzynastej części "Zadumanej, zadufanej i zauroczonej", a na koniec pięćdziesiątego drugiego epizodu "Luisy Carmen Soledad Trinidad e Tobago Marii de Jesus de Santa Cruz eeee Macareny" to zalecana kolejność. Nie zgubimy wątku, bo jeśli coś wydarzyło się w pierwszym z wymienionych dzieł, będzie miało kontynuację w drugim, a zakończy się w trzecim. Przy odrobinie farta trafimy nawet na tych samych aktorów.
Tu jedna ważna uwaga rzeczowa. Nie należy mylić telenoweli z operą mydlaną. Opera mydlana charakteryzuje się tym, że składa się z kosmicznej liczby odcinków, a sensowne zakończenie fabuły musiałoby się oprzeć na wprowadzeniu jakiejś katastrofy, w której giną wszyscy bohaterowie, bo jest ich mniej więcej tylu ile odcinków, a każdy niesie ze sobą swój wątek. Telenowela to "powieść telewizyjna". I tak jak powieść jest zbudowana - zawiera początek, rozwinięcie akcji oraz zakończenie. O tym jak zostać bohaterem/bohaterką "tasiemca" pisałem w jednej z pierwszych notek na tym blogu. Bycie bohaterem telenoweli to jednak zupełnie inna bajka. Psia mać... staję się ekspertem... Nie chciałem tego, naprawdę...
Jako się rzekło - telenowela musi mieć bohaterów. I ma. I to jakich! Ano... takich samych. Każda. Oto zestawienie najpopularniejszych postaci, które występują w tego typu dziełach:
Ona
Musi być biedna. Nie, nie tak biedna, że po prostu brakuje jej kasy. Raczej tak biedna, że mieszka na wysypisku, w opuszczonym grobowcu, albo w kartonie po telewizorze LCD. Musi także posiadać imię. Krótkie, ale pamiętajcie, że to cholerna pułapka. Tak naprawdę, aby spisać listę wszystkich jej imion trzeba takiej ilości papieru, jaką zajmuje papierowe wydanie Wikipedii. We wszystkich językach. Rzecz jasna naszej bohaterce bieda wcale nie przeszkadza w tym, aby być piękną. To nic, że noc spędzona w pudełku do lekkich nie należy. To nic, że na co dzień chodzi się w łachmanach powiązanych jakimiś sznurkami. Jeśli spojrzymy na twarz biednej Onej, zauważymy nienaganny makijaż i całkiem modną fryzurę. Brud? No... parę maźnięć jakimś węglem gdzieś na policzku. Uzębienie kompletne i białe jak śnieg. Figura? Chodakowska może zapaść się pod ziemię ze wstydu.
Biedna Ona jest przez innych biedaków wprost uwielbiana. Zawsze otoczona gromadką dzieci, zwierząt i wszystkiego, co żywe i w miarę świadome. Funkcjonuje sobie w tych warunkach śmietniczo-uliczno-cmentarnych, ale nie trwa to długo. Bo oto na jej drodze pojawia się...
On
Nie jakiś tam zwykły "on". Nawet nie On, ON to minimum, a ON to najwłaściwsza forma. Dziedzic przeogromnej fortuny, podcierający się najwyższymi nominałami pesos, właściciel kilkudziesięciu świetnie prosperujących firm, dyrektor świata, kierownik Internetu, gość który na śniadanie wpieprza złoto, na kolację srebro, a na podwieczorek kaszankę z bitą śmietaną, kaczkę duszoną drzwiami i kartofle ze szpyrką. Jeździ (a tam... jeździ... wożą go!) bryką, o której świat nie słyszał. Ogólnie, co tu dużo mówić - wersal panie...
Ona pojawia się w jego życiu nagle i przypadkiem. Ot, choćby prosząc go o "pisiąt groszy". Oczywiście mamy do czynienia z miłością od pierwszego wejrzenia. Jak wygląda scena przedstawiająca moment zakochania się?
Kamera na nią: "Wielmożny panie, wspomóż pan sierotę, biedaczkę, córkę Szatana i motopompy. Mój ojciec umarł, potem zamordował matkę i poszedł siedzieć na sto lat..."
Kamera na niego: "Si...si... gdzieś tu miałem jakieś drobn... [cielęce_oczy_mode: on] jak masz na imię?"
Kamera na nią: "Nazywają mnie tu X, nie znam swojego prawdziwego imienia, pies zjadł mi dowód, kiedy miałam sześć lat..."
Kamera na niego: "Z czego żyjesz?" (Z handlu ropą naftową kurwa... -.- Na giełdzie se czasem zagram, ale to jak jakieś drobne mam...)
Kamera na nią: "Jestem sierotą, biedaczką, od roku nic nie jadłam, ja nawet nie wiem jak jedzenie wygląda, a woda... tu na ulicy nie mamy takich luksusów..."
Kamera na niego: "Tu jest moja wizytówka... powiedz... co umiesz? Jeśli chcesz pracować w mojej firmie na stanowisku zastępcy szefa zarządu, po prostu zadzwoń..."
Kamera na nią: "Jestem sierotą, biedaczką, nie umiem nawet czytać... A co umiem? Skończyłam z wyróżnieniem Massachusetts Institute of Technology, Harvard, Oxford i jeszcze kilka trudnych nazw (znam), oczywiście zadzwonię..." (Dwa razy w rynnę, raz w parapet, albo zębami na mrozie...)
On i Ona spotykają się w hacjendzie. A hacjenda... no ludzie, cuda w tej budzie! Woda w ścianie, sranie w porcelanie, gumoleum na podłodze. I...
Ta Zła
Ta Zła od razu wie, że Ona jest sierotą, biedaczką, a pojawienie się w hacjendzie "prostaczki" pokrzyżuje wszystkie plany usidlenia Jego. Bo oczywistą rzeczą jest, że Ta Zła leci na Niego niczym stado dzików na obierki. A "prostaczka" oczywiście kręci się wokół Niego cały czas, więc wkurw osiąga granicę ostateczną. Ta Zła postanawia ją POGRĄŻYĆ.
Tak. Określenie "pogrążyć" pada z jej ust z częstotliwością czterdziestu dwóch razy/odcinek.
Co jeszcze charakteryzuje Tę Złą? Wypowiadanie wszystkich swoich myśli na głos. Wiadomo, w telenowelach jest to na porządku dziennym, ale Ta Zła przoduje. Przykład?
On (Manuel Vittorio Macuttas-Posampas): "Nigdy nie odbierzesz mi prawa do miłości! Nigdy! Kocham Estrellę Marię Manuelę Rebekę Victorię! [przeciętny słuchacz pomyśli "Zdecyduj się kurwa chłopie, którą! Ale nie... my specjaliści wiemy, że to o jedną biega...] Ja... ja chcę ją... POSIĄŚĆ!"
Ta Zła: "Nigdy tego nie osiągniesz Manuelu Vittorio Macuttasie Posampasie. Nigdy!"
On: stoi półtora metra od Tej Złej. Jak rozpoznać, że to już "głośne myślenie" a nie ciąg dalszy dialogu? Aktorzy są od siebie odwróceni. Ta Zła:
"O nieee Manuelu Vittorio, o nieee! Prędzej zabiję siebie, ciebie i spalę tę norę, a potem uduszę tę twoją prostaczkę, wytarmoszę ją za kudły, a o 14:21 dodam jej truciznę (cyjanek potasu, który zdobędę od mafioza imieniem Sanchez zamieszkałego tu i tu) do obiadu, niż pozwolę, aby ktokolwiek mi cię odebrał. Kocham cię Manuelu Vittorio, kocham i pożądam!". Wszystko tak głośno i wyraźnie, że sąsiedzi dwie ulice dalej już dzwonią na policję. Mauel Vittorio NIC nie słyszał.
Tę złą rozpoznamy od razu. Nigdy się nie uśmiecha, a jeśli już to tak paskudnie, że obnaża przy tym dziąsła do samych ósemek. Ubiera się na czarno. Chodzi w kapeluszu. Jej pojawieniu się towarzyszy niepokojąca muzyka - fani "Muminków" wiedzą o czym ja mówię.
Cały ten bajzel obserwuje z boku nie kto inny jak...
Ksiądz
Postać kapłana katolickiego to must have każdej porządnej telenoweli. Jaką rolę odgrywa tu Ksiądz?
Otóż... Ksiądz WIE. Co wie? COŚ WIE. To Ksiądz najczęściej jest tą postacią, która informuje o tym, że główny bohater jest przecież bratem własnego ojca od strony matki, więc z zapisanego mu majątku nie dostanie złamanego peso. To Ksiądz zna historię Jej. Wie, czemu znalazła się na ulicy, wie kim jest jej matka, babka, brat i instruktor nauki jazdy. Wie wszystko. Ale milczy. Do czasu.
Do czasu, kiedy powoli zbliża się ostatnie dziesięć odcinków, więc wreszcie wypadałoby się jakoś odezwać, bo ci wszyscy debile w końcu się pozabijają. Scena wyznania prawdy poprzedzona jest rzucaniem się księdza po plebanii, ociekaniem potem, modlitwami, przekleństwami, kolejnymi modlitwami, kolejnym rzucaniem się po plebanii i rozdupceniem sterty naczyń. Z czego to wynika?
Ano z tego, że ksiądz kiedy się DOWIEDZIAŁ złożył przysięgę, że dotrzyma tajemnicy. Ale przecież widzi chłopina gołym okiem, że oni wszyscy zaraz wymordują się tępymi nożami, więc do takiej rozpierduchy dopuścić to chyba jednak większy grzech niż złamać przysięgę. Więc ją łamie.
To jest jak wybuch granatu w składzie benzyny. Rozwiązanie akcji wygląda następująco:
- Ta Zła staje się ofiarą własnych niecnych planów. Jeśli dodała truciznę do napoju, wypija ten napój na srogim kacu i wali z kopytka w kalendarz. Krzycząc oczywiście "No! No! To nie miało być tak! To prostaczka miała zdechnąć! Nie ja! Nie jaaaa!"
- On i Ona biorą ślub. Wesele wygląda fascynująco. Z jednej strony elita w garniturach wartości nowego Maybacha, z drugiej towarzystwo z ulicy. Small talking na takim weselu: "Jose, a jak tam akcje twojej firmy? Pamiętasz, zakładaliśmy się o milion peso, że spadną i spadły, haha płacisz! Co? Nie masz drobnych?" "Mamo, mamo, bo Lucia zjadła kurczaka, nie zostawiła nawet kości" "Którego?" "Tego kolorowego, z klatki" "Ale to nie był kurczak synku, to papuga..." Komunikat z megafonu: "Uprasza się gości od strony pani młodej o nie załatwianie swoich potrzeb fizjologicznych pod stołem..."
I wszyscy żyli długo i szczęśliwie.
FIN.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rzeczywistość. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rzeczywistość. Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, 18 stycznia 2016
sobota, 26 grudnia 2015
#wpieniony: 01 - Jakość współczesnych produktów.
Nastąpił ten moment. Arkadiusz, młody, mało znany bloger z Polski odziera się przed swoimi Czytelnikami z prywatności. Arkadiusz ma zamiar publicznie pokazać... czym odkurza dywan! Cytując klasyka, shock, scandal, nie-do-wieeerzaniee. Arkadiusz przyznaje się bowiem, ze robi to... odkurzaczem. Ale jakim!
Ale od początku i po kolei. Świąteczne porządki. To wyczyścić, tu zamieść, to wynieść do piwnicy, tam odkurzyć. No właśnie, odkurzyć. Od lat w moim domu odkurza się czymś, uwaga, uwaga! Takim:
Zapytacie "A co to do cholery jest?!" Prezentuję i objaśniam. Odkurzacz. Odkurzacz Zelmer Alfa K2 "L". Według tabliczki znamionowej rok produkcji - 1973. Sprzęt znany wśród miłośników urządzeń retro jako "rakieta" lub "odrzutowiec". Czemu? Po pierwsze, ma całkiem niezłą wydajność. Po drugie... dźwięk! Poniżej krótka prezentacja (radzę przyciszyć głośniki/słuchawki :) )
Owszem, tworzywo na zewnątrz pożółkło i poczerniało. Niebawem odzyska blask, gdyż chcę tego klasyka doprowadzić do stanu fabrycznego. Właśnie z zewnątrz, bo wnętrze - uwierzcie na słowo - świeci nowością. Sprzęt od lat 70 wsysający tony kurzu, pracujący w przeróżnych warunkach wewnątrz wygląda niemalże jak po zjeździe z taśmy. Ktoś stwierdzi: "A daj spokój, dziadostwo takie, kup sobie jakiś nowy". Posłużę się pewnym obrazkiem:
Tak, będąc zdrowym na umyśle i w pełni świadomym otaczającej mnie rzeczywistości nie chcę wymieniać czegoś co działa na coś, co... podziała i przestanie. Jeśli Zelmer wyzionie ducha, zapewne trzeba będzie sięgnąć po coś nowszego. Jednak na razie wszystko wskazuje na to, że "rakieta" jest w świetnej kondycji. Oby jak najdłużej.
Co jednak powoduje, że współczesne urządzenia są wkurzające? Poniżej wypunktuję wszystkie wady. Wady, które zauważam jako użytkownik, ale i jako człowiek, który w sprzęcie lubi podłubać choćby po to, aby przywrócić go do stanu używalności.
1) "Nienaprawialność"
Tak, ja wiem. Ekonomia. Im sprzęt bardziej niezawodny, tym mniejsze zapotrzebowanie na jego wymianę. Im zaś mniejsze zapotrzebowanie, tym mniejszy dochód producenta. Jasna sprawa. Nie zmienia to jednak faktu, że kiedy po otwarciu obudowy widzę, jak bardzo producent leci w kulki, bierze mnie zwyczajna, ludzka złość. Po otwarciu obudowy... tak... O ile się DA ją otworzyć. Wiele urządzeń posiada bowiem obudowy wyposażone (na raz) w:
- Zatrzaski wykonane z wyjątkowo nietrwałego plastiku. Albo jest zbyt sztywny i nawet lekkie odgięcie powoduje pęknięcie "bolca", albo wręcz przeciwnie - zbyt miękki, a więc "bolec" po odgięciu zaczyna gibać się na wszystkie strony świata niczym zęby po sierpowym wypłaconym przez Tysona. Wynik; choćbyś człowieku stawał na głowie, za cholerę nie zamkniesz już obudowy. W tym miejscu zatrzask już nie trzyma. Twoja wina! Po cholerę dłubiesz? Masz UŻYWAĆ. Idioto.
- Śrubki. Albo tak miękkie, że zwyczajny śrubokręt krzyżakowy jest w stanie rozorać ich główki, albo tak twarde, że właściwie rozwiercają punkty, w które są wkręcone. Wynik: wykręcasz raz. Już nie wkręcisz. Twoja wina! Po cholerę dłubiesz? Masz UŻYWAĆ. Idioto.
- Klejenia. Tu najkrócej. Odpiąłeś zatrzaski. Usunąłeś śrubki. Coś trzyma. Co? No szlag by to trafił... przyklejone! I to tak cholernie mocno, że właściwie nie ma opcji - albo łamiesz obudowę, albo daj sobie spokój. Bo po cholerę dłubiesz? Masz UŻYWAĆ. Idioto.
A to dopiero początek. Nie chcę tu truć na tematy czysto techniczne, ale masa współczesnych urządzeń jest praktycznie zaprojektowana tak, aby się zepsuć. Z takich ciekawszych:
- Nijakie zabezpieczenia elektryczne. Są bo są, ale pierwsze lepsze przepięcie spowoduje usmażenie sprzętu.
- Kiepskie połączenia lutowane. Lutowie szybko pęka, a ponowne przylutowanie nie jest łatwe. W niektórych przypadkach bez porządnej stacji lutowniczej właściwie niemożliwe.
- Przewody cienkie jak włoski. Bez pęsety ani rusz.
- Umieszczenie kluczowych elementów w miejscach narażonych na wstrząsy, kurz, zamoczenie.
Mówiąc krótko - sprzęt ma działać po wyjęciu z pudełka. No... może do czasu upłynięcia terminu gwarancji. Później? Masz kupić nowe! Nie naprawiać. Oczywiście nawet i te nienaprawialne rzeczy naprawić się da, jednak zarówno koszt jak i energia w to włożona przerasta wartość samego urządzenia. Ty, użytkowniku MASZ się wkurzyć. I trzepnąć tym w kąt. Przecież w Super Duper Markecie jest promocja - już za 299,99 zł kupisz nowe, lepsze, szybsze...
2) Ubogość instrukcji obsługi
Miałem jakiś czas temu w rękach instrukcję obsługi dość leciwego telewizora. Gruba księga, zawierająca masę przydatnych informacji. Od podstaw typu "jak włączyć i używać", przez wskazówki eksploatacyjne, oraz (uwaga!) wykaz możliwych awarii i sposobów ich usunięcia. Na koniec schemat płyty głównej (w skali 1:1) oraz spis zamontowanych tam elementów. Szok.
A co mamy dziś? Nadal grubą księgę. Treść:
"TO JEST URZĄDZENIE ELEKTRYCZNE! PRĄD ZŁY! NIEBEZPIECZNY! UWAŻAJ! Jeśli zauważysz problem, PADNIJ KURWA! I natychmiast ewakuuj się pełzając w bezpieczne miejsce, a następnie zadzwoń po naszego serwisanta. UWAGA! PUDEŁKO NIE JEST ZABAWKĄ. FOLIA W PUDEŁKU NIE JEST ZABAWKĄ! URZĄDZENIE NIE JEST ZABAWKĄ! NIC DEBILU JEBANY NIE JEST ZABAWKĄ! TO JEST TWOJA WYJEBANA W KOSMOS 52'' PLAZMA! ROZUMIESZ? W przypadku połknięcia zgłoś się natychmiast do lekarza! !!! NIGDY !!! a) Nie otwieraj obudowy b) Nie dotykaj urządzenia w trakcie pracy. Jeśli nie wiesz, jak obsługiwać nasze urządzenie, zadzwoń do naszego serwisanta - 0-700-666-666 (to jest NUMER TELEFONU, TELEFON! ROZUMIESZ? TAKIE COŚ, ŻE WCISKASZ CYFERKI I SŁYSZYSZ W ŚRODKU NASZEGO SERWISANTA, TAKA, ROZUMIESZ, KURWA, MAGIA...) (22,50 zł/min + VAT).
I tak w siedmiu tysiącach żywych języków świata, w kilkunastu martwych, oraz po marsjańsku i w runach elfich. Oraz dodatek:
"Nasza firma przestrzega zasad ochrony środowiska. Co prawda wyrżnęliśmy 30 hektarów lasu, aby wydrukować tę instrukcję, ale chrzanić to! Jesteśmy EKO! Ta instrukcja też jest EKO. Tak bardzo EKO, że możesz zeżreć ją na obiad".
I to znów przełożone na siedem tysięcy języków żywych, kilkanaście martwych, marsjański oraz na runy elfie.
3) Przeładowanie funkcjami
Odkurzacz powinien odkurzać. Pralka ma prać. Lodówka chłodzić. Proste? No... nie. Odkurzacz posiada wbudowany odtwarzacz mp3, pralkę można obsługiwać przy pomocy WiFi, a w lodówce znajdziemy telewizor HD z tunerem i dźwiękiem stereo. Ok, rozumiem. Może ktoś lubi takie bajery, ale nie ukrywajmy - 90% użytkowników i tak użyje ich najwyżej kilka razy. Raz, aby sprawdzić czy działa. Drugi, aby komuś pokazać, że działa. Trzeci - przypadkiem, "bo nie to chciałem kurwa... -.-" Pamiętajmy, że im więcej dodatkowych (i nie związanych z podstawowym przeznaczeniem urządzenia) funkcji tym po pierwsze większe ryzyko awarii (więcej elementów w ogóle = więcej elementów, które mogą się zepsuć). Po drugie wzrasta zużycie energii, bo fizyki się nie oszuka - więcej odbiorników zawsze będzie potrzebowało "więcej prądu" do pracy). Po trzecie znacznie zawyża to cenę samego urządzenia.
4) Marka nie jest wyznacznikiem jakości
Od dłuższego czasu zakupienie produktu danej marki wcale nie oznacza, że produkt ten będzie reprezentował określoną jakość. Wiadomo, każda firma ma w swoim dorobku gorsze serie, jednak przy obecnym, totalnie masowym systemie wytwarzania o problemy jakby łatwiej. Obecnie zdarza się, że produkty "no name" służą o wiele dłużej niż to, co pochodzi od znanej i uznanej światowej marki.
Doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że te wszystkie niedogodności z czegoś wynikają. Wiem też, że (jak wcześniej wspomniałem) z punktu widzenia ekonomii produkcja rzeczy bezawaryjnych jest zwyczajnie nieopłacalna. Nadal jednak jako konsument czuję zwyczajne poirytowanie.
Tym wpisem otwieram nową serię. Będą to właśnie takie moje luźne rozmyślania na przeróżne wkurzające, drażniące mnie tematy. Niekoniecznie to, co drażni mnie, będzie drażniło także Was, ale mam nadzieję, że seria się spodoba.
P.S. I: Wpis nie zawierał lokowania produktu.
P.S II: Ani sprzątania nim.
P.S.III: Ale jeśli firma Zelmer uważa inaczej... :D
P.S. IV: Nie, chyba nie uważa... :(
Owszem, tworzywo na zewnątrz pożółkło i poczerniało. Niebawem odzyska blask, gdyż chcę tego klasyka doprowadzić do stanu fabrycznego. Właśnie z zewnątrz, bo wnętrze - uwierzcie na słowo - świeci nowością. Sprzęt od lat 70 wsysający tony kurzu, pracujący w przeróżnych warunkach wewnątrz wygląda niemalże jak po zjeździe z taśmy. Ktoś stwierdzi: "A daj spokój, dziadostwo takie, kup sobie jakiś nowy". Posłużę się pewnym obrazkiem:
Tak, będąc zdrowym na umyśle i w pełni świadomym otaczającej mnie rzeczywistości nie chcę wymieniać czegoś co działa na coś, co... podziała i przestanie. Jeśli Zelmer wyzionie ducha, zapewne trzeba będzie sięgnąć po coś nowszego. Jednak na razie wszystko wskazuje na to, że "rakieta" jest w świetnej kondycji. Oby jak najdłużej.
Co jednak powoduje, że współczesne urządzenia są wkurzające? Poniżej wypunktuję wszystkie wady. Wady, które zauważam jako użytkownik, ale i jako człowiek, który w sprzęcie lubi podłubać choćby po to, aby przywrócić go do stanu używalności.
1) "Nienaprawialność"
Tak, ja wiem. Ekonomia. Im sprzęt bardziej niezawodny, tym mniejsze zapotrzebowanie na jego wymianę. Im zaś mniejsze zapotrzebowanie, tym mniejszy dochód producenta. Jasna sprawa. Nie zmienia to jednak faktu, że kiedy po otwarciu obudowy widzę, jak bardzo producent leci w kulki, bierze mnie zwyczajna, ludzka złość. Po otwarciu obudowy... tak... O ile się DA ją otworzyć. Wiele urządzeń posiada bowiem obudowy wyposażone (na raz) w:
- Zatrzaski wykonane z wyjątkowo nietrwałego plastiku. Albo jest zbyt sztywny i nawet lekkie odgięcie powoduje pęknięcie "bolca", albo wręcz przeciwnie - zbyt miękki, a więc "bolec" po odgięciu zaczyna gibać się na wszystkie strony świata niczym zęby po sierpowym wypłaconym przez Tysona. Wynik; choćbyś człowieku stawał na głowie, za cholerę nie zamkniesz już obudowy. W tym miejscu zatrzask już nie trzyma. Twoja wina! Po cholerę dłubiesz? Masz UŻYWAĆ. Idioto.
- Śrubki. Albo tak miękkie, że zwyczajny śrubokręt krzyżakowy jest w stanie rozorać ich główki, albo tak twarde, że właściwie rozwiercają punkty, w które są wkręcone. Wynik: wykręcasz raz. Już nie wkręcisz. Twoja wina! Po cholerę dłubiesz? Masz UŻYWAĆ. Idioto.
- Klejenia. Tu najkrócej. Odpiąłeś zatrzaski. Usunąłeś śrubki. Coś trzyma. Co? No szlag by to trafił... przyklejone! I to tak cholernie mocno, że właściwie nie ma opcji - albo łamiesz obudowę, albo daj sobie spokój. Bo po cholerę dłubiesz? Masz UŻYWAĆ. Idioto.
A to dopiero początek. Nie chcę tu truć na tematy czysto techniczne, ale masa współczesnych urządzeń jest praktycznie zaprojektowana tak, aby się zepsuć. Z takich ciekawszych:
- Nijakie zabezpieczenia elektryczne. Są bo są, ale pierwsze lepsze przepięcie spowoduje usmażenie sprzętu.
- Kiepskie połączenia lutowane. Lutowie szybko pęka, a ponowne przylutowanie nie jest łatwe. W niektórych przypadkach bez porządnej stacji lutowniczej właściwie niemożliwe.
- Przewody cienkie jak włoski. Bez pęsety ani rusz.
- Umieszczenie kluczowych elementów w miejscach narażonych na wstrząsy, kurz, zamoczenie.
Mówiąc krótko - sprzęt ma działać po wyjęciu z pudełka. No... może do czasu upłynięcia terminu gwarancji. Później? Masz kupić nowe! Nie naprawiać. Oczywiście nawet i te nienaprawialne rzeczy naprawić się da, jednak zarówno koszt jak i energia w to włożona przerasta wartość samego urządzenia. Ty, użytkowniku MASZ się wkurzyć. I trzepnąć tym w kąt. Przecież w Super Duper Markecie jest promocja - już za 299,99 zł kupisz nowe, lepsze, szybsze...
2) Ubogość instrukcji obsługi
Miałem jakiś czas temu w rękach instrukcję obsługi dość leciwego telewizora. Gruba księga, zawierająca masę przydatnych informacji. Od podstaw typu "jak włączyć i używać", przez wskazówki eksploatacyjne, oraz (uwaga!) wykaz możliwych awarii i sposobów ich usunięcia. Na koniec schemat płyty głównej (w skali 1:1) oraz spis zamontowanych tam elementów. Szok.
A co mamy dziś? Nadal grubą księgę. Treść:
"TO JEST URZĄDZENIE ELEKTRYCZNE! PRĄD ZŁY! NIEBEZPIECZNY! UWAŻAJ! Jeśli zauważysz problem, PADNIJ KURWA! I natychmiast ewakuuj się pełzając w bezpieczne miejsce, a następnie zadzwoń po naszego serwisanta. UWAGA! PUDEŁKO NIE JEST ZABAWKĄ. FOLIA W PUDEŁKU NIE JEST ZABAWKĄ! URZĄDZENIE NIE JEST ZABAWKĄ! NIC DEBILU JEBANY NIE JEST ZABAWKĄ! TO JEST TWOJA WYJEBANA W KOSMOS 52'' PLAZMA! ROZUMIESZ? W przypadku połknięcia zgłoś się natychmiast do lekarza! !!! NIGDY !!! a) Nie otwieraj obudowy b) Nie dotykaj urządzenia w trakcie pracy. Jeśli nie wiesz, jak obsługiwać nasze urządzenie, zadzwoń do naszego serwisanta - 0-700-666-666 (to jest NUMER TELEFONU, TELEFON! ROZUMIESZ? TAKIE COŚ, ŻE WCISKASZ CYFERKI I SŁYSZYSZ W ŚRODKU NASZEGO SERWISANTA, TAKA, ROZUMIESZ, KURWA, MAGIA...) (22,50 zł/min + VAT).
I tak w siedmiu tysiącach żywych języków świata, w kilkunastu martwych, oraz po marsjańsku i w runach elfich. Oraz dodatek:
"Nasza firma przestrzega zasad ochrony środowiska. Co prawda wyrżnęliśmy 30 hektarów lasu, aby wydrukować tę instrukcję, ale chrzanić to! Jesteśmy EKO! Ta instrukcja też jest EKO. Tak bardzo EKO, że możesz zeżreć ją na obiad".
I to znów przełożone na siedem tysięcy języków żywych, kilkanaście martwych, marsjański oraz na runy elfie.
3) Przeładowanie funkcjami
Odkurzacz powinien odkurzać. Pralka ma prać. Lodówka chłodzić. Proste? No... nie. Odkurzacz posiada wbudowany odtwarzacz mp3, pralkę można obsługiwać przy pomocy WiFi, a w lodówce znajdziemy telewizor HD z tunerem i dźwiękiem stereo. Ok, rozumiem. Może ktoś lubi takie bajery, ale nie ukrywajmy - 90% użytkowników i tak użyje ich najwyżej kilka razy. Raz, aby sprawdzić czy działa. Drugi, aby komuś pokazać, że działa. Trzeci - przypadkiem, "bo nie to chciałem kurwa... -.-" Pamiętajmy, że im więcej dodatkowych (i nie związanych z podstawowym przeznaczeniem urządzenia) funkcji tym po pierwsze większe ryzyko awarii (więcej elementów w ogóle = więcej elementów, które mogą się zepsuć). Po drugie wzrasta zużycie energii, bo fizyki się nie oszuka - więcej odbiorników zawsze będzie potrzebowało "więcej prądu" do pracy). Po trzecie znacznie zawyża to cenę samego urządzenia.
4) Marka nie jest wyznacznikiem jakości
Od dłuższego czasu zakupienie produktu danej marki wcale nie oznacza, że produkt ten będzie reprezentował określoną jakość. Wiadomo, każda firma ma w swoim dorobku gorsze serie, jednak przy obecnym, totalnie masowym systemie wytwarzania o problemy jakby łatwiej. Obecnie zdarza się, że produkty "no name" służą o wiele dłużej niż to, co pochodzi od znanej i uznanej światowej marki.
Doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że te wszystkie niedogodności z czegoś wynikają. Wiem też, że (jak wcześniej wspomniałem) z punktu widzenia ekonomii produkcja rzeczy bezawaryjnych jest zwyczajnie nieopłacalna. Nadal jednak jako konsument czuję zwyczajne poirytowanie.
Tym wpisem otwieram nową serię. Będą to właśnie takie moje luźne rozmyślania na przeróżne wkurzające, drażniące mnie tematy. Niekoniecznie to, co drażni mnie, będzie drażniło także Was, ale mam nadzieję, że seria się spodoba.
P.S. I: Wpis nie zawierał lokowania produktu.
P.S II: Ani sprzątania nim.
P.S.III: Ale jeśli firma Zelmer uważa inaczej... :D
P.S. IV: Nie, chyba nie uważa... :(
Etykiety:
alfa k2,
codzienność,
niska jakość,
odkurzacz,
planowe postarzanie produktu,
produkty,
rzeczywistość,
sprzęt,
sprzęt z prl,
wkurzające cechy produktów,
współczesność,
zelmer
środa, 25 listopada 2015
"Hej, co tam? Słuchaj, bo..." czyli o pasożytach raz jeszcze.
Jakiś czas temu na moim blogu powstała notka dotycząca pasożytnictwa. Jeśli ktoś nie czytał, zapraszam, jeśli czytał - wie w czym rzecz. Dzisiejszy wpis (chociaż może to tak wyglądać) nie będzie "odgrzewaniem kotleta" a raczej próbą wyjaśnienia, czemu to MY stajemy się ofiarami tego typu ludzi. Ostatnio dość mocno się nad tym zastanawiałem, bo w końcu i ja swojego czasu miałem z tym procederem do czynienia. Doszedłem więc do kilku wniosków, które dziś zamierzam tu Wam przedstawić. Powtórzę jedynie to, co napisałem w notce do której odsyłam - uczcie się na cudzych błędach (czyt. moich) niż na własnych - to naprawdę mniej kosztuje.
Z lektury wspominanego wpisu wiemy już jak sprawę widzi pasożyt. Dziś parę słów o tym, w jaki sposób problem postrzegamy my sami. Niestety, bardzo często jest tak, że to my stajemy się magnesem przyciągającym wszystkie pasożytnicze "opiłki", mało tego - czasem nawet pomagamy im w ich sposobie na życie. Jak?
Uczymy ich bezradności.
Pojęcie tzw. wyuczonej bezradności znane jest socjologii oraz psychologii od lat 70 XX wieku. Na czym ono dokładnie polega? W najprostszym wyjaśnieniu jest to taki stan, w którym jednostka dysponuje realnymi możliwościami, aby móc zmienić np. swoje złe położenie, ale nie robi tego. Często nawet wtedy, kiedy rozwiązanie jej problemu leży o krok. Bywa także, że jednostka liczy wręcz na działanie jakiejś zewnętrznej siły, która za nią przyjmie na siebie wszelkie nieprzyjemności związane z naprawieniem niezadowalającego ją stanu. Kto będzie taką siłą w przypadku osób, których dotyczy ten post? Ano... my.
Pamiętajmy jedną, ważną rzecz - nie pomagamy dając gotowe rozwiązanie problemu. Ba! Nawet szkodzimy. Czemu? Wynika to z prostej logiki - pomijamy w ten sposób proces, któremu podlegamy wszyscy, a który pozwala nam rozwikłać spotykane trudności - proces NAUKI. Nauka pozwala bowiem zrozumieć anatomię problemu, a więc także i wszystkie procesy, które do niego prowadzą. Porównajmy to sobie na przykład ze studiami medycznymi. Przecież przyszłych lekarzy nikt nie uczy na zasadzie "Choroba A - lekarstwo X, choroba B - zabieg Y". Lekarz musi najpierw pojąć funkcjonowanie zdrowego organizmu, dopiero potem uczy się go, jak "działa" choroba, co ona w tym zdrowym organizmie zmienia, że przestaje być zdrowy. Wreszcie pojawia się nauka o sposobie usunięcia nieprawidłowości, a więc właściwa nauka o leczeniu. W ten sam sposób uczy się każdy - mechanik samochodowy, serwisant komputerowy, budowlaniec... Właściwie przedstawiciel dowolnego zawodu musi wiedzieć jak jest "źle", aby przerobić to na "dobrze". Rzecz jasna nie chodzi o to, aby osoba, której pomagamy wchłonęła całą specjalistyczną wiedzę. Wystarczy, aby chciała wchłonąć chociaż ten ułamek, który pomoże jej rozwiązać jej problem.
To właśnie różni pasożyta od tego, komu pomagać warto - ten drugi wykorzystał już wszystkie opcje. Ten pierwszy będąc otoczonym opcjami, pokazanymi palcem i podkreślonymi oczojebnym markerem, nie kiwnął nawet palcem w kamaszu, aby chociaż na nie spojrzeć. Czemu? Bo ma prywatnego raba - nas.
Chcemy udowodnić naszą wartość.
Początek problemów z "sezonowymi przyjaciółmi" leży właśnie w tym, że bardzo chcemy udowodnić naszą przydatność. Chcemy pokazać, że mamy o czymś pojęcie, wyróżniamy się jakąś umiejętnością, umiemy kogoś uszczęśliwić, a ostatecznie chcemy poczuć się docenieni. Nie ma w tym nic złego - każdy z nas chce czuć się dobrze, każdy z nas chciałby czuć się ważny, bo to są składowe szczęścia. Pomaganie daje ogromną dawkę pozytywnej energii, to czyni je wspaniałą rzeczą. Problem polega jednak na tym, że "sezonowi przyjaciele" nie dają nam pełnowartościowego szczęścia. Choćby właśnie przez to, że istniejemy dla nich tylko wtedy, kiedy jesteśmy im potrzebni. Oni zastawiają pułapkę, w którą my - wiedzeni chęcią udowodnienia swojej przydatności - wpadamy. Niestety, NIGDY nie zostaniemy przez nich docenieni. Albo inaczej - zauważona zostanie tylko ta jedna wartość, a więc umiejętność szybkiego i sprawnego wyciągania ich z kłopotów. Niezauważona zostanie natomiast konotacja "pomaga, więc jest dobrym/mądrym/fajnym człowiekiem". Naprawdę. Pasożyt ma gdzieś, jakim jesteś człowiekiem. Pasożyt ma gdzieś, że pomagasz, bo darzysz go sympatią, więc się poświęcasz. Pasożyt ma to wszystko, cytując kapitana Bednarza, "we dupie". Dla niego liczy się czysty zysk. Reszta jest chłodną kalkulacją. Wyczuwa, że go lubisz? To nawet lepiej dla niego, bo jeszcze ciężej będzie Ci odmówić, a on wyniesie swoją korzyść tak czy inaczej.
Oczywiście od "sezonowego przyjaciela" nie raz usłyszysz zapewnienia o swojej wspaniałości. Wspominałem nawet o tym w notce, do której odsyłam na początku. Z tym, że te wszystkie zapewnienia są jak fałszywe pieniądze - cieszysz się, bo dostajesz plik banknotów, chowasz je do kieszeni, myśląc że się wzbogaciłeś, a kiedy chcesz nimi zapłacić, zauważasz że to marne podróby, z których pozłaził już kiepski tusz, a pod spodem jest bezwartościowy papier.
Pamiętaj - moment, w którym czujesz, że pomaganie nie sprawia Ci przyjemności, jest najpewniej momentem, w którym uświadomiłeś sobie, że jesteś wykorzystywany.
Próbujemy być świętsi od papieża.
Ktoś kiedyś stwierdził, że nadgorliwość jest gorsza od faszyzmu. I miał cholerną rację. Ten akapit wynika niejako z poprzednich - pomagamy tam, gdzie pomagać nie warto, pomagamy też tym, którym pomagać nie warto. Pomagamy na siłę. Ktoś zaraz stwierdzi "A tam, pierdolisz Arek jakby cię matka w dzieciństwie dwa razy podrzuciła, a raz złapała - pomagać trzeba zawsze, czasem i na siłę". Jasne. Pomagać należy, ale w granicach zdrowego rozsądku, a przede wszystkim w granicach własnych możliwości. Nie chodzi o to, aby spisać drugiego człowieka na straty, ale o to, aby przyjąć do wiadomości, że nasza rola się tu już skończyła. Zrobiliśmy wszystko co w naszej mocy? Zrobiliśmy. Nie pomogło? Nie pomogło. Odpuszczamy. Dla naszego zdrowia. To nie jest żadne samolubstwo, chodzi po prostu o to, aby pomagając drugiej osobie nie zniszczyć przy okazji siebie. A o to łatwo, bo kiedy chcemy ratować na siłę, w pewnym momencie inwestujemy więcej, niż możemy wydać. Poświęcamy więc także i tą energię, która w dobrym stanie utrzymuje nas. Efekt? Sytuacja ratowanego ani drgnęła "in plus", nadal robi swoje, a my czujemy się wypaleni i sfrustrowani. Kojarzycie to uczucie? Uczucie złości na drugą osobę, złości że nie daje sobie pomóc - my stajemy na głowie, ona przytakuje, a nic się nie zmienia. Uwierzcie, przerabiałem to, nie raz. Paskudne uczucie. Odpuściłem, kiedy doszedłem do wniosku, że chyba ja bardziej przejmuję się cudzym problemem niż ci, którzy go mają. A tak być nie powinno. To szkodzi. Może to być gorzka prawda, ale czasem i gorycz trzeba przełknąć - nie ma ludzi niezastąpionych. Czasem nasza duma, a czasem to, że zależy nam na danym człowieku, nie pozwala nam przestać pomagać. Czujemy się źle, bo zdajemy sobie sprawę, że po nas może przyjść druga osoba i załatwić sprawę ekspresowo. Czujemy się gorsi. A to błąd. Ludzka psychika rzadko podlega prawom logiki. Nie zawsze reakcja jest następstwem akcji, jak uczono nas na fizyce. Nie zawsze reakcja dwóch odczynników dąży do równowagi, jak uczono nas na chemii. Pamiętajmy, że normalny człowiek, nie "sezonowy przyjaciel" doceni nasze starania i to, ile dla niego zrobiliśmy. I my to poczujemy. Jeśli nie poczuliśmy - nie ma czego żałować. To nie my byliśmy niewłaściwą osobą. To niewłaściwej osobie próbowaliśmy pomóc.
Warto dodać, że takie pomaganie na siłę może doprowadzić do "uruchomienia się" trybu pasożyta w z pozoru normalnej osobie. Zwykle ten ktoś nie wykorzystywałby nikogo, gdyby inicjatywa miała wyjść z jego strony, ale skoro widzi, że "podajemy mu się na tacy" - zwalnia wewnętrzny hamulec i korzysta.
Mierzymy swoją miarą.
Pewnie wielu z Was spotykając na swojej drodze pasożyta w skórze "przyjaciela" przynajmniej raz powiedziało lub pomyślało: "No jak on mógł! Przecież ja w takiej sytuacji to bym..." Tak, racja. Ty byś, ja bym, on, ona, ono by. Ale pasożyt NIE. I to go właśnie czyni pasożytem. Jest to bowiem stan umysłu, utrwalany przez lata praktyki za pomocą wielu różnych sytuacji. Trochę jak umysł "zawodowego" złodzieja, który nawet jeśli już zakończył "karierę" to i tak w sytuacji wyboru ścieżki uczciwej i nieuczciwej, wybierając uczciwą zawsze pomyśli, że nieuczciwą też by dał radę pójść.
My natomiast w kontakcie z "sezonowcem" przykładamy do niego swoją miarę, swój zestaw wartości i zasad. Z tym, że on ich nie wyznawał, nie wyznaje i najpewniej wyznawał nie będzie. Nie włożymy ubrania niskiej chudziny na dwumetrowego, ważącego sto kilogramów byka. Nie wymagajmy więc, że pasożyt w kontaktach z nami nagle dozna oświecenia i przestanie. Owszem, przestanie, kiedy wyczerpie mu się źródełko darmowej pomocy, ewentualnie "źródełko" zrozumie, że ktoś się do niego przyssał i samo zakończy działanie.
Ważna uwaga na koniec - naprawdę nie chodzi o to, aby nie pomagać. Pomagać należy, bo jest to źródło wielkiej, pozytywnej energii, dla obu stron. Warto jednak najpierw przeanalizować sytuację, aby dowiedzieć się, czy faktycznie jest to wymiana energii, a nie jedynie jej wydatkowanie, bez żadnego "impulsu zwrotnego". Ten impuls jest bardzo ważny, bo jest sygnałem, że pomagamy nie tylko we właściwy sposób, ale i właściwej osobie. Kiedy go nie czujemy, jak pisałem wyżej, pora zwyczajnie dać sobie spokój.
Z lektury wspominanego wpisu wiemy już jak sprawę widzi pasożyt. Dziś parę słów o tym, w jaki sposób problem postrzegamy my sami. Niestety, bardzo często jest tak, że to my stajemy się magnesem przyciągającym wszystkie pasożytnicze "opiłki", mało tego - czasem nawet pomagamy im w ich sposobie na życie. Jak?
Uczymy ich bezradności.
Pojęcie tzw. wyuczonej bezradności znane jest socjologii oraz psychologii od lat 70 XX wieku. Na czym ono dokładnie polega? W najprostszym wyjaśnieniu jest to taki stan, w którym jednostka dysponuje realnymi możliwościami, aby móc zmienić np. swoje złe położenie, ale nie robi tego. Często nawet wtedy, kiedy rozwiązanie jej problemu leży o krok. Bywa także, że jednostka liczy wręcz na działanie jakiejś zewnętrznej siły, która za nią przyjmie na siebie wszelkie nieprzyjemności związane z naprawieniem niezadowalającego ją stanu. Kto będzie taką siłą w przypadku osób, których dotyczy ten post? Ano... my.
Pamiętajmy jedną, ważną rzecz - nie pomagamy dając gotowe rozwiązanie problemu. Ba! Nawet szkodzimy. Czemu? Wynika to z prostej logiki - pomijamy w ten sposób proces, któremu podlegamy wszyscy, a który pozwala nam rozwikłać spotykane trudności - proces NAUKI. Nauka pozwala bowiem zrozumieć anatomię problemu, a więc także i wszystkie procesy, które do niego prowadzą. Porównajmy to sobie na przykład ze studiami medycznymi. Przecież przyszłych lekarzy nikt nie uczy na zasadzie "Choroba A - lekarstwo X, choroba B - zabieg Y". Lekarz musi najpierw pojąć funkcjonowanie zdrowego organizmu, dopiero potem uczy się go, jak "działa" choroba, co ona w tym zdrowym organizmie zmienia, że przestaje być zdrowy. Wreszcie pojawia się nauka o sposobie usunięcia nieprawidłowości, a więc właściwa nauka o leczeniu. W ten sam sposób uczy się każdy - mechanik samochodowy, serwisant komputerowy, budowlaniec... Właściwie przedstawiciel dowolnego zawodu musi wiedzieć jak jest "źle", aby przerobić to na "dobrze". Rzecz jasna nie chodzi o to, aby osoba, której pomagamy wchłonęła całą specjalistyczną wiedzę. Wystarczy, aby chciała wchłonąć chociaż ten ułamek, który pomoże jej rozwiązać jej problem.
To właśnie różni pasożyta od tego, komu pomagać warto - ten drugi wykorzystał już wszystkie opcje. Ten pierwszy będąc otoczonym opcjami, pokazanymi palcem i podkreślonymi oczojebnym markerem, nie kiwnął nawet palcem w kamaszu, aby chociaż na nie spojrzeć. Czemu? Bo ma prywatnego raba - nas.
Chcemy udowodnić naszą wartość.
Początek problemów z "sezonowymi przyjaciółmi" leży właśnie w tym, że bardzo chcemy udowodnić naszą przydatność. Chcemy pokazać, że mamy o czymś pojęcie, wyróżniamy się jakąś umiejętnością, umiemy kogoś uszczęśliwić, a ostatecznie chcemy poczuć się docenieni. Nie ma w tym nic złego - każdy z nas chce czuć się dobrze, każdy z nas chciałby czuć się ważny, bo to są składowe szczęścia. Pomaganie daje ogromną dawkę pozytywnej energii, to czyni je wspaniałą rzeczą. Problem polega jednak na tym, że "sezonowi przyjaciele" nie dają nam pełnowartościowego szczęścia. Choćby właśnie przez to, że istniejemy dla nich tylko wtedy, kiedy jesteśmy im potrzebni. Oni zastawiają pułapkę, w którą my - wiedzeni chęcią udowodnienia swojej przydatności - wpadamy. Niestety, NIGDY nie zostaniemy przez nich docenieni. Albo inaczej - zauważona zostanie tylko ta jedna wartość, a więc umiejętność szybkiego i sprawnego wyciągania ich z kłopotów. Niezauważona zostanie natomiast konotacja "pomaga, więc jest dobrym/mądrym/fajnym człowiekiem". Naprawdę. Pasożyt ma gdzieś, jakim jesteś człowiekiem. Pasożyt ma gdzieś, że pomagasz, bo darzysz go sympatią, więc się poświęcasz. Pasożyt ma to wszystko, cytując kapitana Bednarza, "we dupie". Dla niego liczy się czysty zysk. Reszta jest chłodną kalkulacją. Wyczuwa, że go lubisz? To nawet lepiej dla niego, bo jeszcze ciężej będzie Ci odmówić, a on wyniesie swoją korzyść tak czy inaczej.
Oczywiście od "sezonowego przyjaciela" nie raz usłyszysz zapewnienia o swojej wspaniałości. Wspominałem nawet o tym w notce, do której odsyłam na początku. Z tym, że te wszystkie zapewnienia są jak fałszywe pieniądze - cieszysz się, bo dostajesz plik banknotów, chowasz je do kieszeni, myśląc że się wzbogaciłeś, a kiedy chcesz nimi zapłacić, zauważasz że to marne podróby, z których pozłaził już kiepski tusz, a pod spodem jest bezwartościowy papier.
Pamiętaj - moment, w którym czujesz, że pomaganie nie sprawia Ci przyjemności, jest najpewniej momentem, w którym uświadomiłeś sobie, że jesteś wykorzystywany.
Próbujemy być świętsi od papieża.
Ktoś kiedyś stwierdził, że nadgorliwość jest gorsza od faszyzmu. I miał cholerną rację. Ten akapit wynika niejako z poprzednich - pomagamy tam, gdzie pomagać nie warto, pomagamy też tym, którym pomagać nie warto. Pomagamy na siłę. Ktoś zaraz stwierdzi "A tam, pierdolisz Arek jakby cię matka w dzieciństwie dwa razy podrzuciła, a raz złapała - pomagać trzeba zawsze, czasem i na siłę". Jasne. Pomagać należy, ale w granicach zdrowego rozsądku, a przede wszystkim w granicach własnych możliwości. Nie chodzi o to, aby spisać drugiego człowieka na straty, ale o to, aby przyjąć do wiadomości, że nasza rola się tu już skończyła. Zrobiliśmy wszystko co w naszej mocy? Zrobiliśmy. Nie pomogło? Nie pomogło. Odpuszczamy. Dla naszego zdrowia. To nie jest żadne samolubstwo, chodzi po prostu o to, aby pomagając drugiej osobie nie zniszczyć przy okazji siebie. A o to łatwo, bo kiedy chcemy ratować na siłę, w pewnym momencie inwestujemy więcej, niż możemy wydać. Poświęcamy więc także i tą energię, która w dobrym stanie utrzymuje nas. Efekt? Sytuacja ratowanego ani drgnęła "in plus", nadal robi swoje, a my czujemy się wypaleni i sfrustrowani. Kojarzycie to uczucie? Uczucie złości na drugą osobę, złości że nie daje sobie pomóc - my stajemy na głowie, ona przytakuje, a nic się nie zmienia. Uwierzcie, przerabiałem to, nie raz. Paskudne uczucie. Odpuściłem, kiedy doszedłem do wniosku, że chyba ja bardziej przejmuję się cudzym problemem niż ci, którzy go mają. A tak być nie powinno. To szkodzi. Może to być gorzka prawda, ale czasem i gorycz trzeba przełknąć - nie ma ludzi niezastąpionych. Czasem nasza duma, a czasem to, że zależy nam na danym człowieku, nie pozwala nam przestać pomagać. Czujemy się źle, bo zdajemy sobie sprawę, że po nas może przyjść druga osoba i załatwić sprawę ekspresowo. Czujemy się gorsi. A to błąd. Ludzka psychika rzadko podlega prawom logiki. Nie zawsze reakcja jest następstwem akcji, jak uczono nas na fizyce. Nie zawsze reakcja dwóch odczynników dąży do równowagi, jak uczono nas na chemii. Pamiętajmy, że normalny człowiek, nie "sezonowy przyjaciel" doceni nasze starania i to, ile dla niego zrobiliśmy. I my to poczujemy. Jeśli nie poczuliśmy - nie ma czego żałować. To nie my byliśmy niewłaściwą osobą. To niewłaściwej osobie próbowaliśmy pomóc.
Warto dodać, że takie pomaganie na siłę może doprowadzić do "uruchomienia się" trybu pasożyta w z pozoru normalnej osobie. Zwykle ten ktoś nie wykorzystywałby nikogo, gdyby inicjatywa miała wyjść z jego strony, ale skoro widzi, że "podajemy mu się na tacy" - zwalnia wewnętrzny hamulec i korzysta.
Mierzymy swoją miarą.
Pewnie wielu z Was spotykając na swojej drodze pasożyta w skórze "przyjaciela" przynajmniej raz powiedziało lub pomyślało: "No jak on mógł! Przecież ja w takiej sytuacji to bym..." Tak, racja. Ty byś, ja bym, on, ona, ono by. Ale pasożyt NIE. I to go właśnie czyni pasożytem. Jest to bowiem stan umysłu, utrwalany przez lata praktyki za pomocą wielu różnych sytuacji. Trochę jak umysł "zawodowego" złodzieja, który nawet jeśli już zakończył "karierę" to i tak w sytuacji wyboru ścieżki uczciwej i nieuczciwej, wybierając uczciwą zawsze pomyśli, że nieuczciwą też by dał radę pójść.
My natomiast w kontakcie z "sezonowcem" przykładamy do niego swoją miarę, swój zestaw wartości i zasad. Z tym, że on ich nie wyznawał, nie wyznaje i najpewniej wyznawał nie będzie. Nie włożymy ubrania niskiej chudziny na dwumetrowego, ważącego sto kilogramów byka. Nie wymagajmy więc, że pasożyt w kontaktach z nami nagle dozna oświecenia i przestanie. Owszem, przestanie, kiedy wyczerpie mu się źródełko darmowej pomocy, ewentualnie "źródełko" zrozumie, że ktoś się do niego przyssał i samo zakończy działanie.
Ważna uwaga na koniec - naprawdę nie chodzi o to, aby nie pomagać. Pomagać należy, bo jest to źródło wielkiej, pozytywnej energii, dla obu stron. Warto jednak najpierw przeanalizować sytuację, aby dowiedzieć się, czy faktycznie jest to wymiana energii, a nie jedynie jej wydatkowanie, bez żadnego "impulsu zwrotnego". Ten impuls jest bardzo ważny, bo jest sygnałem, że pomagamy nie tylko we właściwy sposób, ale i właściwej osobie. Kiedy go nie czujemy, jak pisałem wyżej, pora zwyczajnie dać sobie spokój.
Etykiety:
cwaniactwo,
fałszywi przyjaciele,
obojętność,
pasożyty,
problemy,
psychika,
psychologia,
rzeczywistość,
społeczeństwo,
wykorzystywanie,
wyuczona bezradność
wtorek, 27 października 2015
Samobójstwo czyli sznur nasz powszedni
Zdaję sobie sprawę z tego, że temat, który dziś poruszę, nie jest tematem prostym. Zdaję sobie sprawę także z tego, że o zjawisku społecznym, jakim jest samobójstwo napisano tysiące rozpraw, przeprowadzono tysiące analiz, wykonano tysiące badań. A jednak - temat targnięcia się na własne życie nadal stanowi wielką, mroczną zagadkę i jest swoistym tabu. W postrzeganiu społeczeństwa z jednej strony "tak nie wypada umrzeć", ale z drugiej strony są surowe, policyjne statystki - według danych Komendy Głównej Policji w roku 2013 życie odebrało sobie 6101 osób, a w roku 2014 ofiar samobójstw było już 6165. Nieznane są jeszcze statystyki na rok bieżący, ale obraz, który wyłania się z dotychczasowych notowań jest dość jasny - występuje tendencja wzrostowa. Od roku 1991 (początek prowadzenia statystyk już policyjnych, nie milicyjnych) to właśnie w latach 2013-2014 po raz pierwszy liczba samobójstw przekroczyła sześć tysięcy skutecznych (zakończonych zgonem) targnięć się na życie. Nie ukrywajmy, coś się dzieje. Ale co?
Nie jestem psychologiem, socjologiem, lekarzem psychiatrą. Nie napiszę więc "jak jest", napiszę raczej "jak wydaje mi się, że jest". Obserwuję otoczenie i właśnie nie z naukowych badań, a z takich codziennych obserwacji będzie wynikała treść tego wpisu. Czemu więc my, jako społeczeństwo, się zabijamy?
1) Bo jesteśmy sami.
Bo można być samym, będąc jednocześnie otoczonym tłumem ludzi. To paradoks współczesności, która jednocześnie skraca i wydłuża dystans pomiędzy ludźmi. Skraca go dzięki rozwojowi takich dziedzin jak telekomunikacja (powszechny dostęp do Internetu), transport (upowszechnienie transportu samochodowego czy lotniczego), ale wydłuża poprzez brak czasu. Brak czasu nie tylko dla siebie, ale przede wszystkim dla innych. Odkładamy tych innych "na później", na "jutro", na "kiedyś". Możemy przecież w każdej chwili wyciągnąć telefon, usiąść przed komputerem i porozmawiać z drugą osobą. Możemy także wsiąść do samochodu i tę osobę odwiedzić osobiście. A jednak brakuje czasu. Zegarek z pomocnika przekształcił się w surowego nadzorcę. Ta sama od setek lat doba staje się zbyt krótka z jej dwudziestoma czterema godzinami. Dotyczy to wielu osób - i nas, i "tych drugich" o których zapominamy. Wszyscy gdzieś zasuwamy. Sami. Każdy swoim korytarzem, ale każdy z tych korytarzy oddzielony jest grubą ścianą. Nawet nie usłyszymy, kiedy ktoś za tą ścianą nie wytrzyma tempa i wyrzuci z siebie ostatni oddech. On w swoim biegu nie usłyszy też nas.
2) Bo patrzymy przez pryzmat siebie samego.
Współczesność umieściła człowieka w centrum wszechświata. Jego własnego wszechświata. Dla wielu ludzi spojrzenie na czyjąś sprawę oczami drugiej osoby jest nie do pomyślenia. Ci, którzy uwierzyli we własną doskonałość i niezniszczalność nie są w stanie opuścić tego (często iluzorycznego) kokonu. Strach przed opuszczeniem tej narcystycznej strefy jest tak silny, że społeczeństwo powoli (ale bardzo skutecznie) zaczyna postrzegać empatię jako słabość. Orbitowanie wokół własnej zajebistości "przeprogramowuje" system wartości, budzi niechęć, a nawet jawną wrogość do jakichkolwiek słabości. Jaki jest tego efekt? Podwójnie szkodliwy. Po pierwsze powoduje zamknięcie się na innych i usprawiedliwianie swojej bezczynności w bardzo "tani" sposób - "skoro JA mogłem, czemu ON/ONA nie może? Przecież to takie PROSTE!". To nic innego, jak założenie, że... druga osoba jest taka sama jak my. A nie jest. I nigdy nie będzie. Smutne jest to, że właśnie w XXI wieku, w czasach, w których potrafimy zauważyć, że substancja X od substancji Y różni się budową na poziomie atomowym (i głębiej), nadal należy tłumaczyć, że człowiek różni się od człowieka. Zachwycamy się tymi atomami, tworzymy rozbudowane teorie, bo przecież skoro cząsteczka X zawiera tyle i tyle atomów tego i tamtego, a w cząsteczce Y jest inaczej, to musiały zadziałać jakieś zmienne. Jakie? Dlaczego? Jakaż to wspaniała różnorodność! A potem odrywamy oko od mikroskopu elektronowego, notatek, wyników badań i wymagamy, aby druga osoba była taka sama jak my. Chrzanić zmienne, które ukształtowały tę osobę. Ma być nami.
Po drugie, przekonanie o własnej doskonałości w każdej chwili może zostać zburzone, a jego utrata jest bardzo bolesna. Zdrowa samoocena polega na tym, na czym polega wszystko, co zdrowe - na umiarkowaniu i nie popadaniu w skrajności. Nie chodzi o to, aby rozdzierać szaty i rozpamiętywać porażki, ale także i nie o to, aby żyć w przekonaniu, że jest się jakimś niezniszczalnym i doskonałym nadczłowiekiem. Tylko takie podejście może uchronić przed drastycznym i mocno wpływającym na psychikę wytrąceniem z tego prywatnego wszechświata. A takie właśnie wytrącenie może zakończyć się depresją, a co za tym idzie - samobójstwem/próbą samobójczą.
3) Bo wyrzucamy, nie naprawiamy.
Obecna rzeczywistość zakłada totalną jednorazowość wszystkich jej elementów. Jednorazowy sprzęt elektroniczny, jednorazowe opakowania i sztućce, jednorazowe także wszelkie relacje międzyludzkie - przyjaźnie, związki, miłości, często niestety także małżeństwa czy układy rodzinne. Jesteśmy zewsząd przekonywani, że zasoby, które nas otaczają są nieskończone, więc jeśli coś się wyczerpie, przestanie funkcjonować, zawsze istnieje możliwość wymiany na lepsze i nowsze. Nie da się więc nie zauważyć, że coraz częściej połączenia pomiędzy ludźmi tak właśnie są traktowane - jednorazowo.
Oduczamy się wybaczać i przepraszać, bo wybaczenie i przeprosiny to forma naprawy. A naprawiać dziś zwyczajnie nie wypada. Ba! Czasem nawet uznaje się to za słabość. No bo skoro wybaczasz, to co? Boisz się, że stracisz tego człowieka i drugiego takiego nie znajdziesz? Ależ znajdziesz - jesteś przecież wspaniały, cudowny, niepowtarzalny. Przepraszasz? Znaczy... poniżasz się? Przyznajesz się do błędu, którego przecież nie popełniłeś? Bo nie popełniłeś, nieprawdaż? To co zrobiłeś da się przecież jakoś wytłumaczyć, usprawiedliwić przed samym sobą. Zapomnij o tym człowieku! Zrobiłeś to, co uznałeś za stosowne. Zapomnij o tym człowieku. A może... boisz się, że go stracisz? Spokojnie - jesteś tak cudowny, tak zajebisty, że na jego miejsce znajdzie się dziesięć kolejnych, jeszcze lepszych osób.
Ta filozofia prowadzi choćby do tego, że stajemy się coraz mniej odporni na wady innych. Zamiast zwyczajnie pogadać z drugą osobą, zapytać, czemu postępuje tak, a nie inaczej, odrzucamy, wymazujemy, kasujemy.
Takie postępowanie prowadzi także do rozpadów więzi, to oczywiste. Ludzie ze zbyt nadmuchanym ego nie potrafią wybaczyć, ludzie ze zbyt nadmuchanym ego nie potrafią także przeprosić. I jak zwykle - to obraca się przeciwko nim. Brak wybaczenia dla człowieka, który żałuje, będzie silnym ciosem. Brak przeprosin od człowieka, który jest ważny, również boli. Wolimy jednak zacisnąć zęby - nie przepraszać, nie wybaczać. To niszczy. I nas, i otoczenie.
4) Bo nie potrafimy rozmawiać.
To trochę nawiązanie do podpunktu pierwszego. Bo często nawet jeśli uda nam się nawiązać z kimś kontakt, to często rozmowa przypomina dwa osobno prowadzone monologi - my słuchamy "bloku słów", potakujemy, a myślami jesteśmy w zupełnie innym miejscu. Kiedy przyjdzie nasza kolej, również atakujemy "blokiem słów", traktując drugą osobę nie jako partnera w dyskusji, a jako... przeciwnika. Bo przecież według wielu dobra rozmowa to taka, gdzie uda się przelicytować drugą osobę ogromem swoich problemów. Tym lepiej, jeśli ta druga osoba poczuje się jeszcze gorzej, bo nie dość, że ośmieliła się nam opowiadać o swoich kłopotach, to niech wie, że nie jest jedyna. Nas też boli, a że cudze to komedia, a moje tragedia...
No właśnie... Nie jest to rozmowa, która niesie ulgę. Pamiętajmy, że jeśli druga osoba otworzyła się przed nami i mówi o tym, co ją boli, to najgorszą rzeczą jest stwierdzenie "skończ się nad sobą użalać". Dla nas to wygodne zdanie, dla tej osoby jest kopnięciem prosto w twarz, wzmocnienie jej w przekonaniu, że nie jest nikim ważnym. Stwierdzenie "skończ się nad sobą użalać" wypowiedziane do osoby, która nam zaufała, jest równoznaczne ze stwierdzeniem "skończ pieprzyć, nie mam zamiaru cię słuchać". Ona nie robi tego dlatego, aby poinformować nas, że ma źle. Często nie chce głaskania po głowie, a zwyczajnie dusi się w sosie własnych domysłów, przekonań, chce świeżego spojrzenia z zewnątrz. Skoro wybrała nas, oznacza to, że zwyczajnie nam ufa. To wyróżnienie, nie kara. Brutalne "zamknięcie" kogoś kto się przed nami otworzył owszem, rozwiąże problem. Nasz. Zapewne już nigdy tej osoby nie usłyszymy w kontekście innym niż oficjalny. I będziemy mieli ten nasz wymarzony święty spokój, w którym nikt się nad sobą nie użala. No... dopóki to nas nie zacznie dusić jakiś problem. Ale wtedy zawsze możemy usłyszeć to samo.
Rozmowa to wspaniałe narzędzie, które jest w stanie zarówno zaszkodzić jak i pomóc. Uczmy się wykorzystywać je tak, aby niosło pomoc. Słuchajmy i nie bójmy się czyjegoś zaufania. Nawet jeśli nie uda nam się pomóc dokładnie tak jak pomóc by należało, to i tak nasze wsparcie może zmienić wiele. Druga osoba nie czuje się zostawiona sama ze sobą.
5) Bo mieć staje wyżej niż być.
Współczesność to czasy skrajnego fetyszyzmu posiadania. Posiadanie powoduje spełnienie, tylko przedmiot daje możliwość czucia się lepszym. Sprawy wewnętrzne, jeśli nie prowadzą do zwiększania zasobów przedmiotów czy środków, uznawane są za zbędne. To właśnie wywołuje pogoń, wyścig szczurów, bieg w nieznane za tym, aby mieć. Pieniądze, sławę, przedmioty. Gromadzić. Za wszelką cenę. Jednoczesne utrzymywanie społeczeństwa w przekonaniu, że jest nieśmiertelne, jeszcze cały ten mechanizm napędza. Nic więc dziwnego, że niektórzy chcą zjechać na pobocze, odpocząć. Często nie dostają na to szansy, spotykają się z ostracyzmem. Jeśli w jakikolwiek sposób wyłamują się z powszechnie przyjętego schematu, mogą zostać "zakrakani". Wynikiem jest lęk. Lęk przed odrzuceniem, stres. A stres przedłużający się przestaje motywować, zaczyna niszczyć.
To tylko pięć możliwych powodów tych niepokojących wzrostów w statystykach samobójstw. Zapewne istnieją także inne - wszystkie w podobnym stopniu ważne. Wierzę, że moi Czytelnicy są ludźmi świadomymi. Rada dla Was - bądźcie czujni. Rozglądajcie się wokół siebie. Wychwytujcie sygnały, wskazujące na to, że ktoś może potrzebować Waszej pomocy. Nie płyńcie z prądem, który wymusza w nas twierdzenie, że obojętność to cnota. Obojętność działa w obie strony - im bardziej dokładamy się do znieczulicy, tym większa szansa, że ona dotknie kiedyś nas. Nie bójmy się drugiego człowieka. On nie gryzie. Naprawdę.
Nie jestem psychologiem, socjologiem, lekarzem psychiatrą. Nie napiszę więc "jak jest", napiszę raczej "jak wydaje mi się, że jest". Obserwuję otoczenie i właśnie nie z naukowych badań, a z takich codziennych obserwacji będzie wynikała treść tego wpisu. Czemu więc my, jako społeczeństwo, się zabijamy?
1) Bo jesteśmy sami.
Bo można być samym, będąc jednocześnie otoczonym tłumem ludzi. To paradoks współczesności, która jednocześnie skraca i wydłuża dystans pomiędzy ludźmi. Skraca go dzięki rozwojowi takich dziedzin jak telekomunikacja (powszechny dostęp do Internetu), transport (upowszechnienie transportu samochodowego czy lotniczego), ale wydłuża poprzez brak czasu. Brak czasu nie tylko dla siebie, ale przede wszystkim dla innych. Odkładamy tych innych "na później", na "jutro", na "kiedyś". Możemy przecież w każdej chwili wyciągnąć telefon, usiąść przed komputerem i porozmawiać z drugą osobą. Możemy także wsiąść do samochodu i tę osobę odwiedzić osobiście. A jednak brakuje czasu. Zegarek z pomocnika przekształcił się w surowego nadzorcę. Ta sama od setek lat doba staje się zbyt krótka z jej dwudziestoma czterema godzinami. Dotyczy to wielu osób - i nas, i "tych drugich" o których zapominamy. Wszyscy gdzieś zasuwamy. Sami. Każdy swoim korytarzem, ale każdy z tych korytarzy oddzielony jest grubą ścianą. Nawet nie usłyszymy, kiedy ktoś za tą ścianą nie wytrzyma tempa i wyrzuci z siebie ostatni oddech. On w swoim biegu nie usłyszy też nas.
2) Bo patrzymy przez pryzmat siebie samego.
Współczesność umieściła człowieka w centrum wszechświata. Jego własnego wszechświata. Dla wielu ludzi spojrzenie na czyjąś sprawę oczami drugiej osoby jest nie do pomyślenia. Ci, którzy uwierzyli we własną doskonałość i niezniszczalność nie są w stanie opuścić tego (często iluzorycznego) kokonu. Strach przed opuszczeniem tej narcystycznej strefy jest tak silny, że społeczeństwo powoli (ale bardzo skutecznie) zaczyna postrzegać empatię jako słabość. Orbitowanie wokół własnej zajebistości "przeprogramowuje" system wartości, budzi niechęć, a nawet jawną wrogość do jakichkolwiek słabości. Jaki jest tego efekt? Podwójnie szkodliwy. Po pierwsze powoduje zamknięcie się na innych i usprawiedliwianie swojej bezczynności w bardzo "tani" sposób - "skoro JA mogłem, czemu ON/ONA nie może? Przecież to takie PROSTE!". To nic innego, jak założenie, że... druga osoba jest taka sama jak my. A nie jest. I nigdy nie będzie. Smutne jest to, że właśnie w XXI wieku, w czasach, w których potrafimy zauważyć, że substancja X od substancji Y różni się budową na poziomie atomowym (i głębiej), nadal należy tłumaczyć, że człowiek różni się od człowieka. Zachwycamy się tymi atomami, tworzymy rozbudowane teorie, bo przecież skoro cząsteczka X zawiera tyle i tyle atomów tego i tamtego, a w cząsteczce Y jest inaczej, to musiały zadziałać jakieś zmienne. Jakie? Dlaczego? Jakaż to wspaniała różnorodność! A potem odrywamy oko od mikroskopu elektronowego, notatek, wyników badań i wymagamy, aby druga osoba była taka sama jak my. Chrzanić zmienne, które ukształtowały tę osobę. Ma być nami.
Po drugie, przekonanie o własnej doskonałości w każdej chwili może zostać zburzone, a jego utrata jest bardzo bolesna. Zdrowa samoocena polega na tym, na czym polega wszystko, co zdrowe - na umiarkowaniu i nie popadaniu w skrajności. Nie chodzi o to, aby rozdzierać szaty i rozpamiętywać porażki, ale także i nie o to, aby żyć w przekonaniu, że jest się jakimś niezniszczalnym i doskonałym nadczłowiekiem. Tylko takie podejście może uchronić przed drastycznym i mocno wpływającym na psychikę wytrąceniem z tego prywatnego wszechświata. A takie właśnie wytrącenie może zakończyć się depresją, a co za tym idzie - samobójstwem/próbą samobójczą.
3) Bo wyrzucamy, nie naprawiamy.
Obecna rzeczywistość zakłada totalną jednorazowość wszystkich jej elementów. Jednorazowy sprzęt elektroniczny, jednorazowe opakowania i sztućce, jednorazowe także wszelkie relacje międzyludzkie - przyjaźnie, związki, miłości, często niestety także małżeństwa czy układy rodzinne. Jesteśmy zewsząd przekonywani, że zasoby, które nas otaczają są nieskończone, więc jeśli coś się wyczerpie, przestanie funkcjonować, zawsze istnieje możliwość wymiany na lepsze i nowsze. Nie da się więc nie zauważyć, że coraz częściej połączenia pomiędzy ludźmi tak właśnie są traktowane - jednorazowo.
Oduczamy się wybaczać i przepraszać, bo wybaczenie i przeprosiny to forma naprawy. A naprawiać dziś zwyczajnie nie wypada. Ba! Czasem nawet uznaje się to za słabość. No bo skoro wybaczasz, to co? Boisz się, że stracisz tego człowieka i drugiego takiego nie znajdziesz? Ależ znajdziesz - jesteś przecież wspaniały, cudowny, niepowtarzalny. Przepraszasz? Znaczy... poniżasz się? Przyznajesz się do błędu, którego przecież nie popełniłeś? Bo nie popełniłeś, nieprawdaż? To co zrobiłeś da się przecież jakoś wytłumaczyć, usprawiedliwić przed samym sobą. Zapomnij o tym człowieku! Zrobiłeś to, co uznałeś za stosowne. Zapomnij o tym człowieku. A może... boisz się, że go stracisz? Spokojnie - jesteś tak cudowny, tak zajebisty, że na jego miejsce znajdzie się dziesięć kolejnych, jeszcze lepszych osób.
Ta filozofia prowadzi choćby do tego, że stajemy się coraz mniej odporni na wady innych. Zamiast zwyczajnie pogadać z drugą osobą, zapytać, czemu postępuje tak, a nie inaczej, odrzucamy, wymazujemy, kasujemy.
Takie postępowanie prowadzi także do rozpadów więzi, to oczywiste. Ludzie ze zbyt nadmuchanym ego nie potrafią wybaczyć, ludzie ze zbyt nadmuchanym ego nie potrafią także przeprosić. I jak zwykle - to obraca się przeciwko nim. Brak wybaczenia dla człowieka, który żałuje, będzie silnym ciosem. Brak przeprosin od człowieka, który jest ważny, również boli. Wolimy jednak zacisnąć zęby - nie przepraszać, nie wybaczać. To niszczy. I nas, i otoczenie.
4) Bo nie potrafimy rozmawiać.
To trochę nawiązanie do podpunktu pierwszego. Bo często nawet jeśli uda nam się nawiązać z kimś kontakt, to często rozmowa przypomina dwa osobno prowadzone monologi - my słuchamy "bloku słów", potakujemy, a myślami jesteśmy w zupełnie innym miejscu. Kiedy przyjdzie nasza kolej, również atakujemy "blokiem słów", traktując drugą osobę nie jako partnera w dyskusji, a jako... przeciwnika. Bo przecież według wielu dobra rozmowa to taka, gdzie uda się przelicytować drugą osobę ogromem swoich problemów. Tym lepiej, jeśli ta druga osoba poczuje się jeszcze gorzej, bo nie dość, że ośmieliła się nam opowiadać o swoich kłopotach, to niech wie, że nie jest jedyna. Nas też boli, a że cudze to komedia, a moje tragedia...
No właśnie... Nie jest to rozmowa, która niesie ulgę. Pamiętajmy, że jeśli druga osoba otworzyła się przed nami i mówi o tym, co ją boli, to najgorszą rzeczą jest stwierdzenie "skończ się nad sobą użalać". Dla nas to wygodne zdanie, dla tej osoby jest kopnięciem prosto w twarz, wzmocnienie jej w przekonaniu, że nie jest nikim ważnym. Stwierdzenie "skończ się nad sobą użalać" wypowiedziane do osoby, która nam zaufała, jest równoznaczne ze stwierdzeniem "skończ pieprzyć, nie mam zamiaru cię słuchać". Ona nie robi tego dlatego, aby poinformować nas, że ma źle. Często nie chce głaskania po głowie, a zwyczajnie dusi się w sosie własnych domysłów, przekonań, chce świeżego spojrzenia z zewnątrz. Skoro wybrała nas, oznacza to, że zwyczajnie nam ufa. To wyróżnienie, nie kara. Brutalne "zamknięcie" kogoś kto się przed nami otworzył owszem, rozwiąże problem. Nasz. Zapewne już nigdy tej osoby nie usłyszymy w kontekście innym niż oficjalny. I będziemy mieli ten nasz wymarzony święty spokój, w którym nikt się nad sobą nie użala. No... dopóki to nas nie zacznie dusić jakiś problem. Ale wtedy zawsze możemy usłyszeć to samo.
Rozmowa to wspaniałe narzędzie, które jest w stanie zarówno zaszkodzić jak i pomóc. Uczmy się wykorzystywać je tak, aby niosło pomoc. Słuchajmy i nie bójmy się czyjegoś zaufania. Nawet jeśli nie uda nam się pomóc dokładnie tak jak pomóc by należało, to i tak nasze wsparcie może zmienić wiele. Druga osoba nie czuje się zostawiona sama ze sobą.
5) Bo mieć staje wyżej niż być.
Współczesność to czasy skrajnego fetyszyzmu posiadania. Posiadanie powoduje spełnienie, tylko przedmiot daje możliwość czucia się lepszym. Sprawy wewnętrzne, jeśli nie prowadzą do zwiększania zasobów przedmiotów czy środków, uznawane są za zbędne. To właśnie wywołuje pogoń, wyścig szczurów, bieg w nieznane za tym, aby mieć. Pieniądze, sławę, przedmioty. Gromadzić. Za wszelką cenę. Jednoczesne utrzymywanie społeczeństwa w przekonaniu, że jest nieśmiertelne, jeszcze cały ten mechanizm napędza. Nic więc dziwnego, że niektórzy chcą zjechać na pobocze, odpocząć. Często nie dostają na to szansy, spotykają się z ostracyzmem. Jeśli w jakikolwiek sposób wyłamują się z powszechnie przyjętego schematu, mogą zostać "zakrakani". Wynikiem jest lęk. Lęk przed odrzuceniem, stres. A stres przedłużający się przestaje motywować, zaczyna niszczyć.
To tylko pięć możliwych powodów tych niepokojących wzrostów w statystykach samobójstw. Zapewne istnieją także inne - wszystkie w podobnym stopniu ważne. Wierzę, że moi Czytelnicy są ludźmi świadomymi. Rada dla Was - bądźcie czujni. Rozglądajcie się wokół siebie. Wychwytujcie sygnały, wskazujące na to, że ktoś może potrzebować Waszej pomocy. Nie płyńcie z prądem, który wymusza w nas twierdzenie, że obojętność to cnota. Obojętność działa w obie strony - im bardziej dokładamy się do znieczulicy, tym większa szansa, że ona dotknie kiedyś nas. Nie bójmy się drugiego człowieka. On nie gryzie. Naprawdę.
Subskrybuj:
Posty (Atom)

