Pokazywanie postów oznaczonych etykietą fotografia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą fotografia. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 30 maja 2016

#wpieniony 03: Kult przedmiotów, kult marek.

"Mieszkanie mi okradli, wiesz? Zginęły dwa komputery, dwie komórki i iPhone!" - usłyszałem pewnego dnia podczas podróży komunikacją miejską poprzez nasz piękny gród. Wiem, nieładnie jest podsłuchiwać, ale akurat w tym przypadku nie było to ciche mamrotanie pod nosem, a dyskusja na tyle głośna, że generowane przez jedną z pań peaki akustyczne powodowały brzęczenie szyb. Szybko przeanalizowałem zestaw danych - "dwie komórki i iPhone, dwie komórki i IPHONE!" Bo to przecież nie komórka. To iPhone. I już.

Duże ilości niepełnowartościowych telefonów na raz. Telefonów. Tylko telefonów.
Czy mnie to zdziwiło? Prawdę mówiąc nie. Internety przyzwyczaiły mnie już do tej semantyki - jest iPhone, potem długo, długo nic, a potem zwyczajne smartfony. Nic nowego. Podziały tego typu były w świecie technologii od zawsze. Wśród fotografów od lat trwa święta wojna pomiędzy kanonierami (użytkownikami sprzętu marki Canon), a nikoniarzami (fanami aparatów Nikon). Nowej mocy nabiera też konflikt pomiędzy graczami konsolowymi i pecetowymi. Tu robi się już mocno niepokojąco, bo fani gamingu na PC nazywają siebie "Pecetową rasą panów". Nie jest więc żadnym novum spina pomiędzy fanami Apple, a użytkownikami innych marek. A ja? A ja stoję z boku i śmieję się w kułak. No bo... ludzie! Ej, naprawdę? Ale bez kitu tak? Naprawdę jesteście w stanie porównać się do pomiotu Adolfa H. czy pisać całe małe prace magisterskie na forach, aby wyjaśnić jak bardzo kochacie daną markę/platformę/system fotograficzny?

Ok, ja rozumiem - spora część tej napinki to żarty. Nie mnie oceniać, co kogo śmieszy. Jednak czy żartem jest pisanie ogromnych objętościowo wypowiedzi, w których przeciwnik wyzywany jest od tępych chujów, biedaków i sugerowane mu jest, że skoro nie stać go na "japko" to nie powinien w ogóle mieć telefonu? Śmieszne jak cholera. Czy śmiesznym jest twierdzenie, że jeśli nie posiadasz sprzętu określonej marki to marny z Ciebie fotograf? Jak powyższe - tarzam się ze śmiechu...
Skoro więc wiemy, że lwia część takich opinii wyrażana jest na poważnie, zastanówmy się, dlaczego tak jest? To znaczy... wiem, że jeśli na moim blogu padają słowa "zastanówmy się", to nastąpi po nich przynajmniej jakaś próba wyjaśnienia omawianej kwestii. Ale nie tym razem. Bo zwyczajnie i po ludzku tego nie ogarniam. Po prostu powiem, czemu dla mnie ta cała walka jest totalnie pozbawiona sensu.

Po pierwsze, powiedzmy sobie wprost - wielkie marki mają w dupie wojenki użytkowników. Nie, drogi fanie "japka" - Jobs nie wstanie z grobu, aby uścisnąć Ci rękę w podziękowaniu za Twoje "oranie biedoty z Androidami", odznaczenia też żadnego nie dostaniesz. Nie, drogi kanonierze, nie przyznają Ci (na wniosek Canona) honorowego pierwszego miejsca na World Press Photo czy innym National Geographic Photo Contest za to, że na jakimś forum zjechałeś głupiego nikonarza jak burą sukę. Dla wielkich marek liczy się ZYSK. Zysk ze sprzedaży produktu. A Ty, drogi użytkowniku dałeś się jak małe dziecko wciągnąć w coś, co koncernom jest na rękę - w bycie darmowym nośnikiem ich REKLAMY. Jesteś taką mobilną powierzchnią reklamową. Piejesz gdzie się da, jaki to ten Twój sprzęt jest cudowny, jakimi to idiotami są "przeciwnicy" używający czegoś innego, a kiedy tylko pojawi się informacja o premierze nowej wersji tego co masz, pakujesz śpiwór, namiot i zestaw racji żywnościowych, bo przecież w kolejce trzeba będzie swoje odstać, a Ty musisz być pierwszy? Gratulacje. Za chwilę wyjdzie przejściówka pomiędzy wersją najnowszą, a jeszcze nowszą. Leć i kupuj. Bo tak Ci każe koncern, bo fejm Ci spadnie, bo staniesz się gorszy. Wolny i niezależny człowieku...

Po drugie, pewnie jako psychofanboj masz pewne obawy, bo oto widzisz gdzieś grupkę dresiarzy, którzy patrzą jak używasz tej swojej zabawki, a w ich oczach widzisz już wczytujący się plik "wpierdol_dziesiona.exe". Zagrożenie jednak mija, a Ty podśmiewasz się z typowego Seby w czapce-wpierdolce i z kołczanem prawilności. Tyle, że widzisz, drogi psychofanboju danej marki... Ty i Seba jesteście owocami jednego drzewa. Wiesz w ogóle, skąd w Polsce wzięła się "subkultura" dresiarzy? Ano dawno, dawno temu, kiedy upadł w naszym kraju komunizm, olbrzymia ilość ludzi zaczęła wyjeżdżać za granicę. Do pracy. Mniej lub bardziej legalnej, ale na pewno bardzo dochodowej. Inni zostali nad Wisłą, zaczęli korzystać z wolności gospodarczej i otwierać biznesy. Spora część z tych ludzi bardzo chciała pokazać "szarej masie", jak to się "tam" dorobili i na jakie rzeczy ich stać. Problem w tym, że dobre jakościowo rzeczy były zbyt skromne. Nie "krzyczały" sobą, jak bardzo są luksusowe. No i co tu robić? Jak pokazać Janinie z szóstego, że "my to jesteśmy teraz KTOŚ!"? Ano... ubrania sportowe z zachodu miały dwie właściwe cechy. Po pierwsze, były z zachodu, po drugie w myśl ówczesnej mody posiadały olbrzymie wręcz nadruki z logo firmy. No i poszło... Co prawda Hans dziwił się trochę, że Janusz idzie do pracy w ubraniu przeznaczonym na siłownię, ale kiedy już Janusz wrócił do kraju, kiedy przeszedł przez osiedle z wielkim napisem "Adidas" na plecach i "Fila" na nogawce, noooo... To było coś! Tak więc, drogi psychofanboju nie śmiej się teraz z Seby. Robisz to samo, tylko w jeszcze bardziej irytujący sposób. Seba przynajmniej nosi tą swoją wpierdolkę i kołczan, ale nie kręci awantur z Matim, że tamten nosi czapkę innej firmy. Tobie zaś nie wystarczy, że masz firmowe. Ty jeszcze musisz mieć poczucie, że dzięki temu jesteś lepszy. Ty potrzebujesz posiąść nie przedmiot, a IDEOLOGIĘ. Otoczkę. I za to płacisz słony szmal. Przedmiot jest gratis. Wolny i niezależny człowieku.

Po trzecie, pisałem już o tym w pierwszej części "Wpienionego" - dziś marka właściwie nie znaczy... nic. Nie kłamię. Jakość wszelkich produktów leci na łeb na szyję, więc tłumaczenie, że "kupiłem drogie, czyli lepsze jakościowo" bywa niestety wyłącznie racjonalizowaniem dużego wydatku. Obecnie elektronika, odzież, obuwie, czy nawet pojazdy znanych marek to nic innego jak masówka. Produkowana na olbrzymią skalę, nastawiona na zapotrzebowanie niezwykle chłonnego rynku. Ma być dużo i szybko. Jako że "dużo i szybko" nie oznacza jednocześnie "dobrze", efekt jest taki, że pojawiają się serie produktów po prostu kiepskich. Niedopracowanych. Z fabrycznymi wadami. Niektóre firmy wprost "jadą" na odcinaniu kuponów od dawnej popularności. Tymczasem każda próba wytknięcia wad na jakimkolwiek forum użytkowników kończy się solidną gównoburzą. Bo przecież "Stary, ale to jest X! To nie może być złe! Fakt, może tu jest jakaś drobna, powtarzam DROBNA wada, ale weź nie marudź, bo to jest doskonała firma!" Co z tego, że ta "drobna wada" w moim przypadku zaowocowała utratą zawartości karty pamięci? Brak strat zawdzięczam wyłącznie nawykowi wykonywania kopii zapasowej po każdej sesji zdjęciowej. Ale gdybym takiego nawyku nie miał, to klient pewnie miałby gdzieś "drobną wadę" i urwał mi głowę przy samym siedzeniu delikatnie mówiąc. Fanboje marki stwierdzili jednak, że jestem paskudnym hejterem - bo karty pamięci firmy X NIE PSUJĄ SIĘ! ROZUMIESZ DEBILU? NIGDY!!!!111oneone... :)
Oczywiście mogę podejrzewać, że za takie wpisy odpowiedzialni są ludzie reprezentujący daną firmę (spiseg?), ale tzw. życiowe doświadczenie podpowiada mi, że tak być mogło, lecz wcale tak być nie musiało. To tylko wolni, niezależni ludzie. Dla których autorytetem jest producent kart pamięci... Ok... konstytucja (jeszcze) gwarantuje wolność wyznania, więc jeśli chcą, niech się modlą do tej memorki, absolutu wśród pamięci nieulotnych... Amen. Znaczy... Enter... :)


środa, 30 grudnia 2015

Air Show czyli od obojętności przez zauroczenie do miłości.

Kończy się rok 2015. Rok bardzo ważny dla wszystkich pasjonatów lotnictwa rozrzuconych po całym kraju. Otóż pomiędzy 19 a 24 sierpnia każdy, komu maszyny latające są bliskie, przybył do Radomia, na lotnisko 42. Bazy Lotnictwa Szkolnego. To właśnie tu co dwa lata odbywa się największa w Polsce i jedna z większych imprez lotniczych w Europie - Air Show. 

Pamiętam jak to się zaczęło. Jak zaczęło się dla mnie. Miałem jakieś 13 lat. Moje pojęcie o lotnictwie ograniczało się do tego, że samoloty są, latają, lądują i startują. No, może jeszcze gdzieś tam w głowie kołatały się sceny z "Top Guna" i znane chyba każdemu młodemu mężczyźnie (a pewnie i niejednej kobiecie) uczucie, że... fajnie by było tak jak oni, tymi maszynami, bo wróg na jedenastej, a kraj zagrożony, więc pyk we wroga jakimś "argumentem"...
Latem 2000 roku głośno było w mieście o tym, że na lotnisku wojskowym organizowane są po raz pierwszy pokazy lotnicze na dużą skalę. Nie piknik lotniczy, a porządna, dwudniowa impreza z dużą ilością zaproszonych gości. Rozmach, dynamika...
Z coraz większą ciekawością obserwowałem przygotowania. Na kilka dni przed Air Show usłyszałem coś, co było dla mnie pewną nowością. Grzmot. Potężny, rozchodzący się nad miastem echem grzmot. I kolejny, i kolejny... Nie był mi obcy dźwięk silnika odrzutowego, bo baza lotnictwa szkolnego istniała w Radomiu "od zawsze". Dobrze pamiętam latające nad miastem samoloty TS-11 "Iskra" na których szkolono narybek naszych orłów, jednak ten huk był inny. Głębszy. To nie była znana Iskra. To musiało być coś o wiele większego...
Było. Podwórko, koledzy, jakieś wygłupy. Nagle zza bryły bloku z olbrzymim, rozdzierającym powietrze łomotem "wyskakuje" myśliwiec. Jest o wiele potężniejszy od TS-11, ma dwa stateczniki, dwa silniki i... piękną, surową sylwetkę. Przelatuje nisko. Na tyle nisko, że można zauważyć polską szachownicę pod skrzydłami. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że to MiG 29.
Jeśli porównamy to do związków, właśnie wszedłem w etap silnego zauroczenia. A moja "wybranka" wyglądała tak:

Air Show 2013 - MiG 29 z 1 Eskadry Lotnictwa Taktycznego w Mińsku Mazowieckim podchodzi do lądowania.
Wiedziałem jedno. Muszę pojawić się gdzieś w pobliżu lotniska. Przede wszystkim z ciekawości. Ponadto także dlatego, żeby jeszcze raz usłyszeć ten huk, bo było w nim coś porywającego, przyciągającego i jednocześnie mocno niepokojącego.
Jak pomyślałem, tak zrobiłem. W dzień pokazów pojawiłem się pod płotem i... pod nim zostałem.
Nic nie było w stanie oderwać mnie od oczekiwania na kolejny start, kolejny rozrywający wręcz powietrze dźwięk. Grupa akrobacyjna, po niej pokaz solowy, potem następna grupa...
MiG 29 a jakże, był. Jednak to nie on przekształcił zauroczenie w miłość. Zrobiła to inna maszyna. Jednym z elementów pokazu samolotu F-16 jest tzw. przelot na wysokich kątach natarcia. Maszyna zwalnia, pochyla się bardzo mocno "na ogon" i w tej pozycji majestatycznie przesuwa się przed publicznością. Często dla zaakcentowania figury uruchamiane są smugacze.
I właśnie to przekształciło zauroczenie w zakochanie. Przejście na niskich kątach natarcia w wykonaniu F-16 należącego do Holenderskich Królewskich Sił Powietrznych. Idealnie nad moją głową.
Wtedy jeszcze aparat był mi obcy, jednak chyba właśnie w tym momencie gdzieś zaczęła iskrzyć chęć uwieczniania tego, co się widzi. Minie kilka dobrych lat, kiedy zacznę interesować się także fotografią i powrócę w to samo miejsce, aby zatrzymać w kadrze tę scenę, która obudziła we mnie opisywaną tu pasję. Udaje się to dopiero w 2015 roku, F-16 jest belgijski, ale scena zostaje odtworzona niemalże w stosunku 1:1

Air Show 2015: F-16 Belgijskich Sił Powietrznych w przejściu na wysokich kątach natarcia, tzw. high alpha pass. 
Pasja rozwija się. Czytam o lotnictwie, poznaję specyfikację konkretnych maszyn, przekopuję wprost biblioteki w poszukiwaniu danych na temat tej pierwszej machiny. Chcę o Migu 29 wiedzieć niemal wszystko, o F-16 jeszcze więcej. W międzyczasie bywam "pod płotem". Obserwuję loty maszyn na co dzień stacjonujących w Radomiu - PZL-130 "Orlik". Pojawia się komputer, wraz z nim Internet. Próbuję liznąć lotnictwa od strony praktycznej - poznaję przepisy, zasady wykonywania lotów, wreszcie zasiadam za (co prawda wirtualnymi, ale zawsze) sterami. To właśnie  z tamtych czasów wywodzi się mój adres mailowy - SP-LTM (w alfabecie fonetycznym sierra papa - lima tango mike) to rejestracja pierwszej maszyny, którą "powoziłem" po polskim wirtualnym niebie. Dziś robię to rzadko, jednak nadal potrafię przełożyć dowolny wyraz na alfabet fonetyczny niemalże w locie. Powoduje to pewne nieporozumienia, bo kiedy w trakcie rozmowy telefonicznej muszę komuś coś przeliterować, to... odruchowo używam właśnie alfabetu fonetycznego, a nie jakichś tam "be jak Barbar" czy "u jak Urszul" :)

Co mnie przyciąga do tej tematyki? Zainteresowanie techniką, wojskowością, efektowność samej dziedziny? Owszem. Możliwość podziwiania triumfu człowieka nad materią i spełnienia jego odwiecznych marzeń o unoszeniu się w przestworzach, a więc romantyzm lotnictwa? Jak najbardziej. Ale co jeszcze? Co zmusza człowieka do sterczenia pod płotem w przeróżnych warunkach atmosferycznych tylko po to, aby zobaczyć to "latające żelastwo"? Ano... inni ludzie. Pasjonaci.
Pod płotem właściwie nie ma ludzi sobie obcych. Wystarczy podejść, popatrzeć, zamienić dwa zdania, aby w ciągu kilku sekund zdobyć nowego kolegę/koleżankę (wbrew pozorom pasjonatki lotnictwa nie są niczym dziwnym - "pod płotem" każdy jest mile widziany).

Air Show 2015: tłum zgromadzony pod ogrodzeniem od strony ul. Odrodzenia obserwuje symulację tzw. CAS - ataku celów naziemnych z wykorzystaniem lotnictwa myśliwskiego.


Na wstępie wspominałem, że miłośnicy lotnictwa przybyli do Radomia pomiędzy 19 a 24 sierpnia, a przecież same pokazy odbyły się 22 i 23 sierpnia. Ciekawostka polega na tym, że dla pasjonatów pokazy trwają... dłużej. Jakim sposobem?
Już tłumaczę. Najpierw przyloty ekip. W tym roku pierwsze maszyny pojawiły się w Radomiu 19 sierpnia, kolejne przybyły 20 i 21. To okazja do ujrzenia w locie tych maszyn, które w dniach pokazowych będą dostępne jedynie na wystawie statycznej. Ot, jak na przykład ta zabaweczka:

Air Show 2015, przyloty: Lockheed P-3 Orion podchodzi do lądowania. 
Ale także taki zabytek:

Air Show 2015, przyloty: Piper J3C-65 Cub podchodzi do lądowania.
A także maszyny o dużej wartości historycznej:

Antonow An-2 "Wiedeńczyk" tuż przed przyziemieniem.
Jednocześnie z przylotami rozpoczynają się treningi grup akrobacyjnych oraz solistów. Ktoś powie "Ale przecież to samo jest w dniu pokazów". Ano... nie. Treningi bowiem często różnią się od właściwego pokazu - niektóre elementy i figury są zmienione, ba! Zdarza się, że trening ma o wiele bardziej dynamiczny przebieg niż sam pokaz. Dla fotografów ważne jest także to, że dni treningowe są dodatkową okazją na uchwycenie dobrego kadru, nieraz w zupełnie innym świetle i z innej perspektywy niż w dniach pokazowych:

Air Show 2013: Su-27 Sił Powietrznych Sił Zbrojnych Ukrainy w trakcie treningu...


... oraz tuż po nim, w trakcie zjeżdżania z drogi startowej.
 "Inna perspektywa" to przede wszystkim fakt, że fotograf przebywa w tych dniach jeszcze poza lotniskiem. Udając się w konkretne miejsca ma szansę na obejrzenie treningu odbywającego się nieraz centralnie nad jego głową:

Grupa Jordanian Falcons w efektownej, grupowej pętli kilkaset metrów nad głowami spotterów.
Nieraz zobaczy też to, czego już, tkwiąc za barierką i walcząc z Januszami pokazów, nie ujrzy:

Grupa Frecce Tricolori z Włoch nalatująca na pas z włączonymi smugaczami.
Dni pokazowe to kolejna okazja do ciekawych ujęć, ale także obejrzenia w pełnej krasie tego, co przygotowano dla widzów. Jeśli tylko znajdziemy właściwe miejsce, to nawet dziki tłum, często nie zainteresowany tym, co dzieje się "na niebie i ziemi" nie przeszkodzi nam w złapaniu czegoś ciekawego. Możemy więc uwiecznić np. bohatera roku:

Kapitan Adrian Rojek w kokpicie samolotu MiG 29 podczas kołowania przed pokazem zawierającym element, który przyniósł mu sławę - niemal pionowym, "złamanym" startem.

Mamy też szansę przyjrzeć się nowym malowaniom. Z bliska. Z bardzo bliska:


F-16 Greckich Sił Powietrznych kołuje przez rozpoczęciem pokazu.
Możemy też dostać pozdrowienia :)

Członek załogi śmigłowca PZL SW-4 "Puszczyk" pozdrawia publiczność.
A co po zakończeniu pokazów? Pozostają jeszcze odloty. Ciekawostka polega na tym, że często odloty są jednocześnie... przylotami, bo maszyny transportowe często wielokrotnie odlatują i przylatują, przewożąc choćby wyposażenie ekip. Po raz kolejny to, co jest elementem wystawy statycznej możemy zobaczyć w ruchu.

PZL TS-11 "Iskra" po starcie z radomskiego lotniska wraca do Dęblina.
C-160D Transall Niemieckich Sił Powietrznych ląduje. 

W końcu ostatnia maszyna odleci. Życie na lotnisku wraca na jakiś czas do normy. Ale życie pasjonata do normy nie wraca nigdy. Bo przecież jeśli nie tu, to gdzieś indziej można podejrzeć te wspaniałe latające machiny.
Polecam lotnictwo. Naprawdę. Poznanie go i zrozumienie to... poznanie człowieka. Człowieka, który przez długi czas robił wszystko, aby choć w niewielkim stopniu dorównać ptakom. Czemu? Bo chciał. A skoro chciał, udało mu się. Swoją drogą, ciekawe o czym myśli gawron siedzący na płocie lotniska? Może śmieje się gdzieś "w duchu" z człowieka, że jak to? To ten wielki, wspaniały człowiek musi budować takie jakieś pokraczne, głośne, blaszane skorupy, aby móc się kawałek przelecieć? A nie może po prostu rozłożyć skrzydeł? Nie ma ich? Ale jak można nie mieć skrzydeł?
No, jak? :)

"Odrzuciwszy smętność ziemskich kajdanów
tańczę w niebiosach
na skrzydeł srebrnych radości
wspiąłem się się ku słońcu
w nieokrzesaną wesołość chmur
przedzielonych światłem
i oddawałem się tysiącom rzeczy
o których nikt nawet nie śnił
w pętlach, wzlotach i wstęgach
i ciszą umysłu niesiony
przemierzałem nieskalaną świętość przestrzeni
uniosłem dłoń moją
i dotknąłem
oblicza Boga!"
 
                                                  John Gillespie Magee junior, pilot. 




środa, 2 września 2015

" Zuchwalco światowy! Jakież przedsięwzięcie wiedzie cię tutaj?" albo piekiełko polskich forów hobbystycznych.

Czemu część tytułu dzisiejszego posta zapożyczyłem z klasyki polskiej literatury, konkretnie z "Popiołów" Żeromskiego? Jeśli ktoś czytał tę powieść, zapamiętał zapewne, w którym momencie one padają - otóż dzieje się to w chwili wstępowania głównego bohatera do loży masońskiej. Postąpiłem tak nieprzypadkowo. Temat, o którym chciałbym wspomnieć to... polskie fora hobbystyczne. "No ale zara, czekaj, moment! Zaczynasz o masonach, kończysz o hobbystach, o co chodzi?" - powiecie. Już wyjaśniam - wstąpienie w szeregi masonerii jest tak samo "proste", jak uzyskanie jakiejkolwiek informacji na typowym polskim forum tematycznym - da się, ale gwarancji sukcesu nie ma. O ile wolnomularzom skrywanie swoich tajemnic nakazuje wieloletnia tradycja, to jeszcze nigdy, rejestrując się na jakimkolwiek forum nie byłem zobowiązany do składania przysiąg na swój honor, za świadka biorąc braci, siostry i Świata Całego Budownika, że tajemnic mi powierzonych nie wyjawię nikomu. Ani ja, ani najpewniej żaden z pozostałych userów. A jednak wrażenie można odnieść zupełnie inne...

 Wyobraźmy sobie drogi czytelniku, że masz jakieś mniej lub bardziej nietypowe hobby. Nie, nie takie, jakie miał słynny pan Grey, bohater pewnego popularnego ostatnio czytadła (chociaż jeśli takie masz - nic co ludzkie nie jest mi obce... :) ). Interesujesz się tym tematem w bardzo dużym stopniu - czytasz fachową literaturę, oglądasz efekty pracy innych i oczywiście sam praktykujesz. Nabierasz wprawy, ale przede wszystkim czerpiesz z tego radochę - taka bowiem jest rola hobby - ma nieść przede wszystkim radość. Nagle pojawia się jakiś problem. Dowolny, być może niewielki, ale wkurzający. Literatura milczy, wujek Google doznał zapętlenia (jakiego - o tym za chwilę), mówiąc krótko - kaplica. Znajdujesz więc forum tematyczne. Sprawia wrażenie elitarnego (często ma to w nazwie - pieprzyć skromność, nie?) - dostęp do jego zasobów uzyskasz tylko po rejestracji. Rejestrujesz się, przeszukujesz forum. Nic nie znalazłeś. Zdajesz więc pytanie... No toś wpadł bratku, oj wpadł żeś po uszy... Oto co najpewniej otrzymasz:

"No witaj... jak widzę kolejny amator nie potrafi poradzić sobie z problemem prostym jak budowa Wielkiego Zderzacza Hadronów... Pamiętaj, że nasze W CHUJ ELITARNE podkreślam - E-LI-TAR-NE forum posiada taką opcję jak SZUKAJ. Korzystałeś? Temat był wałkowany setki tysięcy razy. Pytając wyrażasz skrajną postawę roszczeniową, jak to zresztą dzisiejsza młodzież - tylko im daj i daj! [szybkie zerknięcie w profil odpowiadającego - jest o rok starszy od Ciebie] Temat uważam za zakończony - po prostu poszukaj sobie odpowiedzi, bo dam sobie uciąć rękę i dorzucam półtorej nogi, że Twój problem był poruszany kwadrylion razy... Nie pozdrawiam, Kozak Nad Kozaki Ultraspecjalista w randze Supermistrza, Santo Subito Jego Eminencja Moderator Seba97 P.S. Ech, amatorzy, amatorzy..."

W tym momencie szlag Cię jasny trafił. Przecież szukałeś! Szukałeś przez dwa dni. Nie znalazłeś nic. A, przepraszam! Znalazłeś wpis podobnego Tobie biedaczyska, któremu okazano więcej łaski - podano mu link do dyskusji składającej się ze 140 podstron. Zaczętej w okolicach roku, w którym wchodziłeś jeszcze na stojąco pod szafę, a trwającej do dziś. Najpewniej toczy się tam tzw. gównoburza, w której starzy użytkownicy mierzą wzajemnie swoje wirtualne penisy tworząc wpisy o objętości rozprawy doktorskiej, w których rozwodzą się nad wyższością np. modelu jednego przyrządu nad jego nowszą/starszą wersją. Gdzieś tam powinna być odpowiedź na Twoje pytanie. "Gdzie? No... gdzieś tam! Spływaj kopać w szambie. Roszczeniowcu paskudny -.-".
 Tymczasem, chociaż padła taka groźba, Twoje pytanie nadal wisi. I nawet pojawiła się tam odpowiedź:

"Hehehehe, Seba97 ma rację, jak zawsze. Ech Seba, stary wyjadaczu, kiedy to obiecane piwko? No ale mniejsza... Mówisz, że masz problem? Dziwisz się? Używasz niewłaściwego sprzętu! Używanie go grozi śmiercią, trwałym kalectwem oraz wadami genetycznymi u Twojego przyszłego potomstwa. Nie wiem, jak można być tak głupim... Pokażę ten temat Pszemkowi88, złapie się za głowę hehe. Jeszcze raz racja Seba! Amatorzy to tacy kretyni..."

I teraz ważna sprawa - dostałeś informację, że nie używasz właściwego sprzętu. Zostałeś też nazwany już kilka razy amatorem Co to właściwie oznacza pojęcie "właściwy sprzęt" i kim nie jest "amator" na przeciętnym polskim forum tematycznym?

a) Na forum fotograficznym amatorem nie jest wyłącznie fotograf(IK!!!) z dziada pradziada, robiący doskonałe zdjęcia zaraz po otrząśnięciu się z wód płodowych. Studia artystyczne w Paryżu to była tylko formalność. Właściciel PROFESJONALNEGO studia fotograficznego, nie wyrabiający się wprost ze zleceniami, z szeregiem nagród i wyróżnień na wszelkich konkursach. Profesjonalista posługuje się TYLKO Hasselbladem H5D-50c za około 20 tysięcy ojro. Na forum fotograficznym KAŻDY jest takim zawodowcem. Każdy tylko nie Ty, amatorze.

b) Na forum sportowym amatorem nie jest ktoś, kto ma przynajmniej dwóch olimpijczyków w rodzinie. Odzywać się masz tam prawo wyłącznie jeśli posiadasz tytuł przynajmniej mistrza Polski. Profesjonalista rusza uprawiać sport w komplecie akcesoriów godnych astronauty - konieczny jest miernik tętna, prędkości, wysokości, pochylenia terenu, ciśnienia krwi, powietrza wdychanego i wydychanego oraz atmosferycznego, temperatury ciała, różnicy temperatury pomiędzy lewym i prawym półdupkiem, stężenia cukru we krwi, częstotliwości oddechu. A to ledwo początek, bo potrzeba jeszcze kosmicznej odzieży inteligentnej (gacie, które kończyły Oxford z wyróżnieniem to norma), która dopasowuje się do każdej sylwetki i wykonana jest z materiałów używanych przy produkcji myśliwców naddźwiękowych. Koniecznie z olbrzymim logo producenta - z przodu ("Ooo, nadciąga profesjonalista, czas złożyć pokłon profani!") i z tyłu ("Aaale poszedł! Szacunek i podziw dla mistrza!"). I buty! Najważniejsze! Buty które praktycznie same chodzą - z autopilotem, amortyzacją, GPS/GLONASS, systemem identyfikacji "swój-obcy", dopalaczem, automatycznym chłodzeniem stopy, systemem "AntySztync 2015", wagą... Profesjonalista wie, że nie wyniki są najważniejsze, a przyjemność z uprawiania sportu. Amatorzy tego nie zrozumieją. A Ty jesteś amatorem. I dopóki sobie tego wszystkiego nie kupisz, będziesz nim. Albo padniesz na zawał, udar mózgu i raka ptaka na raz, pięć minut po rozpoczęciu rozgrzewki.

c) Na forum miłośników szycia profechą jest gość o nicku w stylu ŁucznikDominator. Szyje dla największych projektantów, którzy leją się po mordach pod windą w jego bloku, bo przecież każdy chce być pierwszy. ŁucznikDominator dawno nie używa już do szycia maszyny - robi to tradycyjnie - igłą ze stali z domieszką gruntu marsjańskiego i nicią pająka występującego tylko w centrum centrum centrum centralnej części centrum Puszczy Amazońskiej. Osobiście lata na Marsa po składniki do igły i szuka z narażeniem życia tego pająka. Ty amatorze tak nie umiesz. I nigdy nie będziesz umiał. Bo jesteś amatorem.

d) O forach komputerowych nawet nie wspominam. Słynne, niemal święte dla wielu pseudoinformatyków stwierdzenie "U mnie działa" jest ich hasłem flagowym. Każdy sprzęt, jaki kupisz będzie niewłaściwy, bo przecież wydałeś 200 zł i dostałeś dziadostwo. Gdybyś poczekał dwa lata i dołożył 2500 zł, miałbyś to co jedna z ważniejszych figur na forum - sprzęt z certyfikatem NASA, funkcją obierania cebuli, parzenia kawy, oparty na dwudziestordzeniowym procesorze, a wszystko to zasilane zasilaczem do spawarki i chłodzone specjalnym systemem zapewniającym temperaturę zera absolutnego. A w dodatku z niebieskimi diodami na obudowie.

Wspominałem wcześniej, że podczas szukania niektórych specjalistycznych informacji Google może się zapętlić. Co to oznacza? Bardzo często użytkownicy forów tematycznych jako poradę stosują słynne określenie "Google nie gryzie". A co jeśli forum na którym się udzielają jest jednym z największych? I większość wyników z Google prowadzi... do tego właśnie forum? Właśnie do tematów, w których ktoś opisywał konkretny problem, ale dostał odpowiedź, aby poszukał w Google. Taka mała sieciowa paranoja.

Rozwiązania więc nie znalazłeś. Mało tego - zapewne wkurzono Cię, a kto wie? Może nawet i podcięto Ci skrzydła. Poczułeś się gorszy. Mam radę - miej to w dupie. Naprawdę. Jako pasjonat dopuszczaj do siebie wyłącznie konstruktywną krytykę. Tylko taka rozwija. Fora traktuj jako ciekawostkę, a nie jako niepodważalne źródło wiedzy. Opieraj się na fachowej literaturze, czy poradach bardziej doświadczonych, nie anonimowych pasjonatów - uwierz, oni nie są zadufani w sobie i na pewno nie zganią Cię za to, że chcesz podążać ich ścieżką. Nie boją się konkurencji, bo ludzie dobrzy w swoim fachu konkurencji bać się nie muszą - są zwykle jakością i marką samą w sobie, a ta - sama się obroni. I mają dystans, bo sami dobrze pamiętają, jak wyglądały ich początki. Doskonały przykład - znany w Polsce mistrz fotografii lotniczej Sławomir "Hesja" Krajniewski opublikował na swojej stronie (pod wyróżnionym tekstem link do miejsca, o którym mówię) kompletny poradnik jak fotografować na pokazach Air Show w Radomiu. Tak po prostu. Za darmo. Kompletny poradnik ze szczegółami bardzo ważnymi dla pasjonatów. Na tym właśnie polega mistrzostwo. Na forach o takie rzeczy ciężko. Czemu? Uwierz na słowo - moderowałem kilka forów w życiu. Wielu z tych ultraspeców od wszystkiego, wciskających szpilę gdzie się da to... mitomani budujący w swoich opowieściach wirtualne światy pełne niebosiężnych sukcesów. Spora część to wszelkiego rodzaju frustraci, źli na cały świat, zdający sobie sprawę z tego, że czas mija, a określoną pasją zajmują się coraz młodsze roczniki. Nie od dziś wiadomo, że anonimowość Internetu przyciąga różnych ludzi. Działaj dalej, a fora dla specjalistów zostaw "specjalistom". Niech nadal bawią się w kółeczka wzajemnej adoracji/nienawiści. Ich cyrk, ich małpy. :)

sobota, 2 lutego 2013

Po siódme: nowy aparat kupić trudno, ale starać się trzeba.

Jako że fotografuję już parę dobrych lat, dość często spotykam się z prośbą o radę w kwestii zakupu nowego aparatu. Nie jestem profesjonalistą, nie mogę się więc uważać za eksperta. Jednak z racji tego, że pstrykanie to moja największa pasja, jakieś tam doświadczenie odnośnie sprzętu posiadam. Notkę tę polecam więc wszystkim, którzy w najbliższym czasie planują zakup nowego urządzenia służącego do rejestracji obrazów nieruchomych, a nie wiedzą jak się do tego zabrać, bo nigdy się w to nie bawili. Dość charakterystyczną cechą moich wpisów jest podawanie dużych ilości informacji w formie podpunktów. Tak też będzie i tym razem. Myślę, że to dobry sposób na wyłowienie z bloku tekstu tego, co konkretnie czytelnika interesuje. Jeśli więc drogi Czytelniku jesteś zainteresowany, przeczytaj. Jeżeli jednak nie, nie rób tego, bo to - proszę Ciebie - długie, nudne i jeszcze w dodatku nieśmieszne, a wręcz smutnym okazać się może. :).

1. Wojna! Tak, drogi użytkowniku. Kupowanie jakiegokolwiek nowego sprzętu elektronicznego w dzisiejszych czasach to wojna. Po jednej stronie barykady stoisz Ty (a raczej Twój portfel), a po drugiej przeciwnik w postaci sklepu reprezentowanego przez sprzedawcę. Sprzedawca ma jedno, proste zadanie - musi wydobyć z Twojego portfela jak najwięcej portretów przedstawiających polskich królów. Musisz być więc przygotowany na potyczkę. Ale spokojnie! Nikt nikogo nie będzie bił, na pociskach, granatach i tym podobnych zabawkach również oszczędzimy. Potyczka tej wojny odbywać się będzie na poziomie psychologicznym. Dlatego też musisz wiedzieć rzecz najważniejszą - czego właściwie chcesz i na co Ci to. W pierwszej części tej notki omówimy więc przede wszystkim cztery typy aparatów dostępnych na rynku.

a) Aparat kompaktowy - aparat tego typu to zwykle mała, lekka i poręczna konstrukcja. Jego obsługa uproszczona jest do maksimum. Na obudowie najczęściej znajdziemy jedynie kilka przycisków - spust migawki, włącznik lampy błyskowej, pokrętło zoomu oraz klawisze nawigacyjne służące do przeglądania/kasowania wykonanych zdjęć. Oprogramowanie zawiera dużą ilość programów tematycznych, które dostosują ustawienia aparatu do zastanych warunków. Kompakty posiadają także duży, wyraźny wyświetlacz. Sporo aparatów kompaktowych jest w stanie rejestrować filmy w rozdzielczości HD. Zdecyduj się na kompakt, jeśli:

- Cenisz wygodę. Aparat ma być lekki, mieścić się w kieszeni lub torebce. Docenisz to, robiąc zdjęcia na imprezie, podczas wypadu na miasto ze znajomymi czy jeśli chcesz uwiecznić swoją pociechę w czasie zabawy.
- Nie masz zamiaru zagłębiać się w kreatywną fotografię, a potrzebujesz jedynie prostego "rejestratora" rzeczywistości.
- Nie chcesz wydać zbyt wielu pieniędzy.

b) Aparat kompaktowy z wymienną optyką. Urządzenia te na rynku pojawiły się niedawno. "Bezlusterkowiec" (bo i tak mówi się na reprezentantów tego segmentu) od kompaktu różni się dwiema rzeczami: oprócz trybów automatycznych posiada również tryb manualny (pozwalający na ręczną regulację parametrów przyszłego zdjęcia), oraz istnieje w nim możliwość zmiany obiektywu. I tu drogi użytkowniku jest haczyk na Ciebie. Zastanów się, czy w możliwościach Twojego portfela leży dokupienie innego obiektywu niż ten, który znajduje się w zestawie oraz czy będzie Ci to potrzebne. Bo jeśli potrzebujesz aparatu do rzeczy, które wymieniłem w pierwszym podpunkcie, to zakup bezlusterkowca będzie jedynie stratą pieniędzy. I tak będziesz korzystał z obiektywu "kitowego" (czyli dołączonego w zestawie), a jego możliwości są podobne do szkła zamontowanego na stałe w porządnych kompaktach. Fakt, programy tematyczne pozwolą na nieco więcej, ale i tak lwią część ceny takiego aparatu stanowi MOŻLIWOŚĆ zmiany obiektywu. Możliwość, której i tak nie wykorzystasz, bo każdy aparat tego typu to osobny tzw. system. Mówiąc prościej - do aparatów marki X pasują obiektywy marki X. A ceny ich potrafią być naprawdę spore. Oczywiście można bawić się w przejściówki i adaptery (nie zawsze jest to możliwe), ale to kolejna inwestycja. Jeśli nie pasjonujesz się fotografią, lepiej mieć pod ręką coś bardziej uniwersalnego. Kompakt z wymienną optyką wybierz jeśli:

- Zamierzasz zostać fotoamatorem, który od aparatu wymaga czegoś więcej niż prostoty w użytkowaniu.
- Chcesz połączyć wygodę użytkowania (lekkość, małe rozmiary) z możliwością dopasowania aparatu do swoich potrzeb, bo orientujesz się już w podstawach kreatywnej fotografii i potrafisz np. odróżnić od siebie rodzaje obiektywów.
- Jesteś w stanie doinwestować swój aparat, a więc w przyszłości dokupić dodatkowe obiektywy do konkretnych typów zdjęć.

c) Hybrydowy aparat kompaktowy, potocznie "hybryda". Hybryda jak nazwa wskazuje to połączenie "czegoś z czymś". W tym przypadku jest to połączenie większości funkcjonalności lustrzanki cyfrowej (patrz podpunkt d) i aparatu kompaktowego. Plusem hybrydy z punktu widzenia zaawansowanego fotoamatora jest na pewno mnogość ustawień ręcznych. Minusem brak możliwości zmiany obiektywu. Ale tu kolejny plus - obiektywy hybryd oferują bardzo szeroki zakres ogniskowych. Mówiąc ludzkim językiem - takim obiektywem wykonamy zarówno ładne zdjęcie owada jak i zbliżenie obiektu znajdującego się bardzo daleko. Jeśli jednak chcemy prostoty, oprogramowanie hybrydy zawiera również tryb automatyczny i wiele programów tematycznych. Hybrydę właściwie można polecić każdemu - i osobie w fotografii "zielonej", i tej która chce uczyć się fotografować kreatywnie, oraz tej, która już to robi. Pojawia się jednak pewien zgrzyt. Otóż hybryda nie jest ani lekka, ani poręczna, a już na pewno nie mała. Aparat nie zmieści się w kieszeni czy torebce. Potrzeba specjalnej torby, dzięki której możemy bezpiecznie i bez narażania na "urazy" transportować naszą fotomaszynkę. Kup hybrydę, jeśli:

- Często fotografujesz na wycieczkach, wypadach za miasto. Przyda się tu bardzo duży zoom, który oferuje ten typ aparatów.
- Starasz się fotografować kreatywnie, ale potrzebujesz czasem wsparcia automatyki. Hybryda posiada tryby zarówno w pełni automatyczne, jak i półautomatyczne. Każdy z nich przy włączaniu jest krótko opisany, tak więc wiesz jakich efektów możesz się spodziewać.
- Nie przeszkadza Ci ciężar i wymiary aparatu oraz to, że będziesz zmuszony nosić go w osobnej torbie.
- Nie zamierzasz doinwestowywać aparatu i wystarcza Ci wbudowany obiektyw. Hybrydę można jednak w pewnym stopniu rozbudować - większość z nich pozwala na podłączenie dodatkowej lampy błyskowej, w niektórych da się również stosować filtry czy osłonę przeciwsłoneczną.

d) Lustrzanka cyfrowa. Połączenie możliwości wszystkich wyżej wymienionych aparatów. Znajdziemy tu zarówno możliwość rozbudowy (zmiana obiektywów, mocowanie zewnętrznej lampy błyskowej, filtry na obiektyw) jak i pełną automatykę. Nie dajmy się jednak skusić sprzedawcy. Lustrzankę kupujemy w jednym, jedynym przypadku - wtedy, kiedy WIEMY, że jest nam potrzebna. Sprzedawca będzie nas częstował tysiącem bajek o wyższości tego aparatu nad innymi. I owszem, po części będzie miał rację, bo "lusterko" pozwala na wiele rzeczy, których nie uświadczymy wśród kompaktów, ale pod jednym warunkiem - nie zrobi tego samo. I na pewno z nikogo nie uczyni profesjonalisty, bo NIE APARAT ROBI ZDJĘCIA, ALE FOTOGRAF. Lustrzanka używana przez kogoś, kto nie ma ochoty zagłębiać się w arkana fotografii zrobi podobne zdjęcia jak dobry kompakt. Większość świetnych zdjęć, które oglądamy w sieci to efekty zastosowania trybu manualnego, odpowiednich obiektywów i zaawansowanej obróbki oraz świadomego fotografowania. Jeśli nie zamierzamy się uczyć obsługi tego trybu, a co za tym idzie nie planujemy uczyć się obróbki i dokupować obiektywów - lustrzanki nie polecam. Polecam ją natomiast tym, dla których:

- Aparat hybrydowy to za mało. O ile przy zastosowaniach czysto amatorskich pewne kwestie nie mają znaczenia, to już po wypłynięciu na "szersze wody" mogą się rzucać w oczy błędy techniczne wynikające ze słabej pracy obiektywu na dużych zakresach ogniskowych (winietowanie, dystorsje). Problemy może także przynieść nieduży rozmiar matrycy (szumy przy długich czasach ekspozycji na wysokich wartościach ISO), oraz ograniczenia czasu naświetlania (długie czasy to zwykle maksimum minuta, bardzo rzadko występuje tryb "bulb").
- Noszenie dużego i ciężkiego aparatu nie jest problemem, bo przyzwyczaili się do tego używając hybryd.
- Nie jest problemem eksperymentowanie. Ceny systemowych obiektywów czołowych producentów do niskich nie należą. Warto więc przeczesywać rynek wtórny w poszukiwaniu alternatywy dla tego, co pomysłodawca systemu ceni na czterocyfrową kwotę.