Pokazywanie postów oznaczonych etykietą air show. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą air show. Pokaż wszystkie posty

środa, 30 grudnia 2015

Air Show czyli od obojętności przez zauroczenie do miłości.

Kończy się rok 2015. Rok bardzo ważny dla wszystkich pasjonatów lotnictwa rozrzuconych po całym kraju. Otóż pomiędzy 19 a 24 sierpnia każdy, komu maszyny latające są bliskie, przybył do Radomia, na lotnisko 42. Bazy Lotnictwa Szkolnego. To właśnie tu co dwa lata odbywa się największa w Polsce i jedna z większych imprez lotniczych w Europie - Air Show. 

Pamiętam jak to się zaczęło. Jak zaczęło się dla mnie. Miałem jakieś 13 lat. Moje pojęcie o lotnictwie ograniczało się do tego, że samoloty są, latają, lądują i startują. No, może jeszcze gdzieś tam w głowie kołatały się sceny z "Top Guna" i znane chyba każdemu młodemu mężczyźnie (a pewnie i niejednej kobiecie) uczucie, że... fajnie by było tak jak oni, tymi maszynami, bo wróg na jedenastej, a kraj zagrożony, więc pyk we wroga jakimś "argumentem"...
Latem 2000 roku głośno było w mieście o tym, że na lotnisku wojskowym organizowane są po raz pierwszy pokazy lotnicze na dużą skalę. Nie piknik lotniczy, a porządna, dwudniowa impreza z dużą ilością zaproszonych gości. Rozmach, dynamika...
Z coraz większą ciekawością obserwowałem przygotowania. Na kilka dni przed Air Show usłyszałem coś, co było dla mnie pewną nowością. Grzmot. Potężny, rozchodzący się nad miastem echem grzmot. I kolejny, i kolejny... Nie był mi obcy dźwięk silnika odrzutowego, bo baza lotnictwa szkolnego istniała w Radomiu "od zawsze". Dobrze pamiętam latające nad miastem samoloty TS-11 "Iskra" na których szkolono narybek naszych orłów, jednak ten huk był inny. Głębszy. To nie była znana Iskra. To musiało być coś o wiele większego...
Było. Podwórko, koledzy, jakieś wygłupy. Nagle zza bryły bloku z olbrzymim, rozdzierającym powietrze łomotem "wyskakuje" myśliwiec. Jest o wiele potężniejszy od TS-11, ma dwa stateczniki, dwa silniki i... piękną, surową sylwetkę. Przelatuje nisko. Na tyle nisko, że można zauważyć polską szachownicę pod skrzydłami. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że to MiG 29.
Jeśli porównamy to do związków, właśnie wszedłem w etap silnego zauroczenia. A moja "wybranka" wyglądała tak:

Air Show 2013 - MiG 29 z 1 Eskadry Lotnictwa Taktycznego w Mińsku Mazowieckim podchodzi do lądowania.
Wiedziałem jedno. Muszę pojawić się gdzieś w pobliżu lotniska. Przede wszystkim z ciekawości. Ponadto także dlatego, żeby jeszcze raz usłyszeć ten huk, bo było w nim coś porywającego, przyciągającego i jednocześnie mocno niepokojącego.
Jak pomyślałem, tak zrobiłem. W dzień pokazów pojawiłem się pod płotem i... pod nim zostałem.
Nic nie było w stanie oderwać mnie od oczekiwania na kolejny start, kolejny rozrywający wręcz powietrze dźwięk. Grupa akrobacyjna, po niej pokaz solowy, potem następna grupa...
MiG 29 a jakże, był. Jednak to nie on przekształcił zauroczenie w miłość. Zrobiła to inna maszyna. Jednym z elementów pokazu samolotu F-16 jest tzw. przelot na wysokich kątach natarcia. Maszyna zwalnia, pochyla się bardzo mocno "na ogon" i w tej pozycji majestatycznie przesuwa się przed publicznością. Często dla zaakcentowania figury uruchamiane są smugacze.
I właśnie to przekształciło zauroczenie w zakochanie. Przejście na niskich kątach natarcia w wykonaniu F-16 należącego do Holenderskich Królewskich Sił Powietrznych. Idealnie nad moją głową.
Wtedy jeszcze aparat był mi obcy, jednak chyba właśnie w tym momencie gdzieś zaczęła iskrzyć chęć uwieczniania tego, co się widzi. Minie kilka dobrych lat, kiedy zacznę interesować się także fotografią i powrócę w to samo miejsce, aby zatrzymać w kadrze tę scenę, która obudziła we mnie opisywaną tu pasję. Udaje się to dopiero w 2015 roku, F-16 jest belgijski, ale scena zostaje odtworzona niemalże w stosunku 1:1

Air Show 2015: F-16 Belgijskich Sił Powietrznych w przejściu na wysokich kątach natarcia, tzw. high alpha pass. 
Pasja rozwija się. Czytam o lotnictwie, poznaję specyfikację konkretnych maszyn, przekopuję wprost biblioteki w poszukiwaniu danych na temat tej pierwszej machiny. Chcę o Migu 29 wiedzieć niemal wszystko, o F-16 jeszcze więcej. W międzyczasie bywam "pod płotem". Obserwuję loty maszyn na co dzień stacjonujących w Radomiu - PZL-130 "Orlik". Pojawia się komputer, wraz z nim Internet. Próbuję liznąć lotnictwa od strony praktycznej - poznaję przepisy, zasady wykonywania lotów, wreszcie zasiadam za (co prawda wirtualnymi, ale zawsze) sterami. To właśnie  z tamtych czasów wywodzi się mój adres mailowy - SP-LTM (w alfabecie fonetycznym sierra papa - lima tango mike) to rejestracja pierwszej maszyny, którą "powoziłem" po polskim wirtualnym niebie. Dziś robię to rzadko, jednak nadal potrafię przełożyć dowolny wyraz na alfabet fonetyczny niemalże w locie. Powoduje to pewne nieporozumienia, bo kiedy w trakcie rozmowy telefonicznej muszę komuś coś przeliterować, to... odruchowo używam właśnie alfabetu fonetycznego, a nie jakichś tam "be jak Barbar" czy "u jak Urszul" :)

Co mnie przyciąga do tej tematyki? Zainteresowanie techniką, wojskowością, efektowność samej dziedziny? Owszem. Możliwość podziwiania triumfu człowieka nad materią i spełnienia jego odwiecznych marzeń o unoszeniu się w przestworzach, a więc romantyzm lotnictwa? Jak najbardziej. Ale co jeszcze? Co zmusza człowieka do sterczenia pod płotem w przeróżnych warunkach atmosferycznych tylko po to, aby zobaczyć to "latające żelastwo"? Ano... inni ludzie. Pasjonaci.
Pod płotem właściwie nie ma ludzi sobie obcych. Wystarczy podejść, popatrzeć, zamienić dwa zdania, aby w ciągu kilku sekund zdobyć nowego kolegę/koleżankę (wbrew pozorom pasjonatki lotnictwa nie są niczym dziwnym - "pod płotem" każdy jest mile widziany).

Air Show 2015: tłum zgromadzony pod ogrodzeniem od strony ul. Odrodzenia obserwuje symulację tzw. CAS - ataku celów naziemnych z wykorzystaniem lotnictwa myśliwskiego.


Na wstępie wspominałem, że miłośnicy lotnictwa przybyli do Radomia pomiędzy 19 a 24 sierpnia, a przecież same pokazy odbyły się 22 i 23 sierpnia. Ciekawostka polega na tym, że dla pasjonatów pokazy trwają... dłużej. Jakim sposobem?
Już tłumaczę. Najpierw przyloty ekip. W tym roku pierwsze maszyny pojawiły się w Radomiu 19 sierpnia, kolejne przybyły 20 i 21. To okazja do ujrzenia w locie tych maszyn, które w dniach pokazowych będą dostępne jedynie na wystawie statycznej. Ot, jak na przykład ta zabaweczka:

Air Show 2015, przyloty: Lockheed P-3 Orion podchodzi do lądowania. 
Ale także taki zabytek:

Air Show 2015, przyloty: Piper J3C-65 Cub podchodzi do lądowania.
A także maszyny o dużej wartości historycznej:

Antonow An-2 "Wiedeńczyk" tuż przed przyziemieniem.
Jednocześnie z przylotami rozpoczynają się treningi grup akrobacyjnych oraz solistów. Ktoś powie "Ale przecież to samo jest w dniu pokazów". Ano... nie. Treningi bowiem często różnią się od właściwego pokazu - niektóre elementy i figury są zmienione, ba! Zdarza się, że trening ma o wiele bardziej dynamiczny przebieg niż sam pokaz. Dla fotografów ważne jest także to, że dni treningowe są dodatkową okazją na uchwycenie dobrego kadru, nieraz w zupełnie innym świetle i z innej perspektywy niż w dniach pokazowych:

Air Show 2013: Su-27 Sił Powietrznych Sił Zbrojnych Ukrainy w trakcie treningu...


... oraz tuż po nim, w trakcie zjeżdżania z drogi startowej.
 "Inna perspektywa" to przede wszystkim fakt, że fotograf przebywa w tych dniach jeszcze poza lotniskiem. Udając się w konkretne miejsca ma szansę na obejrzenie treningu odbywającego się nieraz centralnie nad jego głową:

Grupa Jordanian Falcons w efektownej, grupowej pętli kilkaset metrów nad głowami spotterów.
Nieraz zobaczy też to, czego już, tkwiąc za barierką i walcząc z Januszami pokazów, nie ujrzy:

Grupa Frecce Tricolori z Włoch nalatująca na pas z włączonymi smugaczami.
Dni pokazowe to kolejna okazja do ciekawych ujęć, ale także obejrzenia w pełnej krasie tego, co przygotowano dla widzów. Jeśli tylko znajdziemy właściwe miejsce, to nawet dziki tłum, często nie zainteresowany tym, co dzieje się "na niebie i ziemi" nie przeszkodzi nam w złapaniu czegoś ciekawego. Możemy więc uwiecznić np. bohatera roku:

Kapitan Adrian Rojek w kokpicie samolotu MiG 29 podczas kołowania przed pokazem zawierającym element, który przyniósł mu sławę - niemal pionowym, "złamanym" startem.

Mamy też szansę przyjrzeć się nowym malowaniom. Z bliska. Z bardzo bliska:


F-16 Greckich Sił Powietrznych kołuje przez rozpoczęciem pokazu.
Możemy też dostać pozdrowienia :)

Członek załogi śmigłowca PZL SW-4 "Puszczyk" pozdrawia publiczność.
A co po zakończeniu pokazów? Pozostają jeszcze odloty. Ciekawostka polega na tym, że często odloty są jednocześnie... przylotami, bo maszyny transportowe często wielokrotnie odlatują i przylatują, przewożąc choćby wyposażenie ekip. Po raz kolejny to, co jest elementem wystawy statycznej możemy zobaczyć w ruchu.

PZL TS-11 "Iskra" po starcie z radomskiego lotniska wraca do Dęblina.
C-160D Transall Niemieckich Sił Powietrznych ląduje. 

W końcu ostatnia maszyna odleci. Życie na lotnisku wraca na jakiś czas do normy. Ale życie pasjonata do normy nie wraca nigdy. Bo przecież jeśli nie tu, to gdzieś indziej można podejrzeć te wspaniałe latające machiny.
Polecam lotnictwo. Naprawdę. Poznanie go i zrozumienie to... poznanie człowieka. Człowieka, który przez długi czas robił wszystko, aby choć w niewielkim stopniu dorównać ptakom. Czemu? Bo chciał. A skoro chciał, udało mu się. Swoją drogą, ciekawe o czym myśli gawron siedzący na płocie lotniska? Może śmieje się gdzieś "w duchu" z człowieka, że jak to? To ten wielki, wspaniały człowiek musi budować takie jakieś pokraczne, głośne, blaszane skorupy, aby móc się kawałek przelecieć? A nie może po prostu rozłożyć skrzydeł? Nie ma ich? Ale jak można nie mieć skrzydeł?
No, jak? :)

"Odrzuciwszy smętność ziemskich kajdanów
tańczę w niebiosach
na skrzydeł srebrnych radości
wspiąłem się się ku słońcu
w nieokrzesaną wesołość chmur
przedzielonych światłem
i oddawałem się tysiącom rzeczy
o których nikt nawet nie śnił
w pętlach, wzlotach i wstęgach
i ciszą umysłu niesiony
przemierzałem nieskalaną świętość przestrzeni
uniosłem dłoń moją
i dotknąłem
oblicza Boga!"
 
                                                  John Gillespie Magee junior, pilot. 




poniedziałek, 31 sierpnia 2015

"Barierki będę bronił jak niepodległości" czyli Polaka portret zbiorowy na imprezie masowej.

Jako że zaliczam się do miłośników lotnictwa, a ponadto od kilku lat fotografuję, jestem częstym gościem przeróżnych imprez plenerowych. Dla mnie to sposób na przyjemne spędzenie wolnego czasu, szansa na zdobycie nowego, niepowtarzalnego ujęcia oraz na zobaczenie na żywo tego, czego zwykle na co dzień zobaczyć się nie da. Po większości takich wydarzeń ja naładowany jestem pozytywną energią, karty pamięci przeładowane są setkami zdjęć, a akumulatory aparatu wyładowane niemal do zera. Niestety, "po większości"...
Robiąc zdjęcia zawsze staram się postępować według reguły, która mówi o tym, że fotograf ma być czymś (kimś?) w rodzaju ducha - jednocześnie aktywny i niewidzialny dla innych. Chodzi o to, aby człowiek z aparatem zwyczajnie nie wchodził w paradę tym, którzy grają w danym wydarzeniu pierwsze skrzypce. "Perspektywa ducha" ma także jeden dodatkowy bonus - będąc jednocześnie w centrum wydarzeń i niejako obok nich, można zauważyć sporo rzeczy. Również mało pozytywnych. I o tym właśnie będzie ta notka - o buractwie. Pragnę zaznaczyć - nie generalizuję, nie przypinam łatek, nie wkładam do szufladek - doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że zbiorowisko ludzi zawiera praktycznie cały przekrój społeczeństwa, a w tym przekroju znajdą się "nosiciele" także i tych cech, które nam wszystkim nie odpowiadają. Jednak, jako że to właśnie oni zwyczajnie wkurzają, postanowiłem wyrazić o tym swoją opinię. Subiektywną. Jak zawsze.

Nie wchodzić? Nie dotykać? Co to znaczy?!

To znaczy właśnie... TO. Dokładnie TO. Barierka, taśma w kontrastowych kolorach, strażnik - to zdecydowanie bardzo wyraźne sygnały dające do zrozumienia, że poza wyznaczonym terenem nie będziemy mile widziani. Nie, nie dlatego, że nas nie lubią. Dlatego, bo może grozić nam tam jakieś niebezpieczeństwo. Dlatego, że to MY możemy coś uszkodzić lub narazić na problemy i straty organizatora czy któregoś z gości przezeń zaproszonych.
Ktoś zapyta "Ej, ale jak można uszkodzić czołg czy samolot?" Odpowiadam - z czołgu można zwyczajnie zlecieć na łeb. I uszkodzić siebie. Szczególnie jeśli jest się dzieckiem w tłumie innych dzieci, albo człowiekiem, któremu procenty zaszumiały pod kopułą. A samolot? A samolot proszę państwa, wbrew pozorom jest bardzo delikatną konstrukcją. Kto widział z bliska jakąś maszynę, widział też pewnie naniesione na poszycie napisy "no step", "ne chybej", "nie chwytać za...", "opasno! wozduchozabronik". W ten sposób oznaczone są miejsca newralgiczne, o których obsługa doskonale wie. Rozbawiony widz czy jego dziecko mają prawo o tym nie wiedzieć. A taka niewiedza kosztuje, bo naprawa uszkodzenia nie dość, że nie jest tania, to dodatkowo wyłącza dany egzemplarz z normalnego użytkowania. Podobnie jest z rekwizytami, którymi posługują się wszelkie grupy rekonstrukcyjne - zbroje, miecze czy broń palna to w wielu przypadkach repliki wykonywane własnoręczne - z dużym nakładem środków finansowych i własnego wolnego czasu. Uszkodzić je jest bardzo łatwo. Nie dlatego, że to wszystko "słabizna", a przez niewłaściwą obsługę - rzeczy produkowane dla specjalistów z reguły nie są "idiotoodporne", bo taka cecha jest im zwyczajnie zbędną.

Ten napis naprawdę nie jest dla ozdoby...

Osobna piekielność wychodzi z ludzi podczas wszelakich pokazów dynamicznych. Dynamiczny, a więc ruchomy, będący w ruchu. Prościej - coś się porusza. Często "coś" o dużym ciężarze, z dużą prędkością, bywa że generując duże siły. Nic to! Trzeba podejść bliżej, a przynajmniej wypchnąć tam dziecko, żeby sobie zobaczyło. Barierka? Przepuścić pociechę między prętami. Taśma? Przejść pod nią. Strażnik? "Paaanie, ale niech se dzieciak zobaczy no...". Doskonały przykład z Pikniku Strażackiego organizowanego corocznie na moim osiedlu. Doświadczenie, mające uświadomić publice, co stanie się, kiedy zalejemy płonący olej choćby niewielką ilością wody. Efekt? Na poniższym zdjęciu, przy czym zjawisko jest tu w rozwoju - powstała kula ognia była naprawdę ogromna i wyraźnie czuć było gorąco stojąc nawet w sporej odległości od centrum pokazu.

"A co mi tam panie ogień jakiś?"
Nic to. Strażacy: "Prosimy odsunąć się". Widzowie ani drgną. "Naprawdę prosimy się odsunąć". Widzowie cofają się o kilka centymetrów. "Proszę państwa, kula ognia ma temperaturę taką i taką, strażak wykonujący pokaz jest w ubraniu żaroodpornym, nic mu nie grozi. Państwu w tym momencie grozi poparzenie, prosimy się odsunąć". Głosy oburzenia: "Ale kurwa panie, ja z dzieckiem, chce dzieciak zobaczyć", "Panie, ja we wojsku to...". Ludzie cofają się wreszcie na tyle, że można rozpocząć pokaz. Kula ognia błyskawicznie przyjmuje maksymalną objętość - wyraźnie czuć podmuch gorąca. Z tłumu wydobywa się "Wooow!", "O Jeeezuuu!". Nie kłamali. Wyglądało niebezpiecznie i było niebezpieczne. Szkoda, że przed rozpoczęciem akcji przez 15 minut tłum "walczył" z ratownikami o swoje dotychczasowe miejscówki. 15 minut upominania i próśb w sprawie tak oczywistej - "gorące! może poparzyć! Odsuń się!" "Nie, bo ja z dzieckiem, bo on będzie płakał". Stawiam dolary przeciwko orzechom, że będzie płakał bardziej, kiedy liźnie go taki płomyczek. Ale co ja tam wiem... ja tu tylko zdjęcia robię...
Podobna sytuacja w przeciwnym żywiołem - wodą. Ma odbyć się pokaz wykonywania otworu w betonie i dość grubej blasze (!) przy pomocy zwartego strumienia wody. Jakie jest zagrożenie? Duże... Polega ono choćby na tym, że strumień może oderwać jakiś odłamek, który poszybuje prosto w oko nieostrożnego widza. Identycznie jak wcześniej - statyw z materiałami do cięcia po środku, strażacy "w pełnym uzbrojeniu" czekający na sygnał do rozpoczęcia i... tłum skupiony wokół nich praktycznie na odległość ręki. Kolejne upomnienia - "Dalej, dalej... jeeeszcze dalej, będzie widać..." "Ale panie, ja z dzieckiem", "Ale panie, ja we wojsku...". Znów opóźnienie. Znów "Wooo!" bo jednak... znów nie kłamali.

"Panie, a co mie taka woda zrobi? Ja w wojsku z kałasza strzelałem..."
Dalej... dalej było identycznie. Pokaz ratownictwa technicznego? Byle bliżej. Symulacja pożaru samochodu? A jakże - byle bliżej. Dźwig przenosi autobus? Nie ma to jak cyknąć sobie fotkę... pod zawieszonym ciężarem. I tak co roku, na każdych pokazach...

"Mogłoby się co stać hehe..."

Przyznam - kiedy słyszę taki tekst, szlag mnie jasny trafia. Ja wiem - masa ludzi chodzi na pokazy właśnie po dreszczyk emocji, a twórcy pokazów starają się, aby było ciekawie i emocjonująco. To jednak często typowemu Januszowi* nie wystarcza. Musi być prawdziwe ryzyko śmierci, a najlepiej, żeby... faktycznie coś się stało. I niestety - stało się. W 2007 roku na pokazach Air Show w Radomiu doszło do zderzenia samolotów grupy akrobacyjnej "Żelazny". Zginęło dwóch pilotów - Lech Marchelewski i Piotr Banachowicz. Dwa lata później, na tych samych pokazach w 2009 rozbił się samolot Su 27 Białoruskich Sił Powietrznych - znów dwie ofiary śmiertelne - ginie Alaksandr Marficki i  Alaksandr Żuraulewicz. Obie katastrofy widziałem na własne oczy. Przy smutnej okazji obu z nich widziałem wiele wspaniałych zachowań widzów, jak i wiele przykładów - wybaczcie wulgaryzm - mentalnego spierdolenia. Jak inaczej można bowiem nazwać gwizdy i śmiechy podczas minuty ciszy i okrzyk "oddawać pieniądze" na wieść o przerwaniu pokazów? Jak można twierdzić, że "przecież nikt im nie kazał latać"? Jakim mianem w końcu można nazwać człowieka, który twierdzi, że to żadna tragedia, bo "tylko dwóch"? Czyli co? Gdyby któraś z tych maszyn spadła na tłum to już byłaby właściwa katastrofa, bo nie "dwóch" tylko "stu dwudziestu dwóch"?
Wiele osób nie rozumie jednej rzeczy - lotnictwo, ratownictwo, uczestnictwo w grupach rekonstrukcyjnych, sporty motorowe to PASJA. Coś, czego przeciętny Janusz, mówiąc językiem nastolatków, nie ogarnia. Nie ogarnia, że można tak po prostu wstać z fotela i zacząć robić coś konkretnego oraz czerpać z tego przyjemność. Nie ogarnia, że ludzie poświęcają czas, pieniądze, a często i zdrowie po to, aby móc robić coś więcej, niż tylko tkwienie w fotelu z piwem w łapie i oglądanie idiotycznych treści płynących szerokim strumieniem szamba prosto z odbiornika. Wszelkie pokazy organizowane są właśnie po to, aby móc zaprezentować swoje umiejętności i udowodnić, że można inaczej. Wiele pasji wymaga pokonywania własnych słabości. Ale Janusz nie ma słabości. Jest idealny. Przychodzi więc na pokaz, aby popatrzeć, co "ci idioci hehe" robią. A w głębi duszy żal mu dupę ściska, że to nie on siedzi za sterami, nie on ratuje ludzkie życie, nie on driftuje potworem o mocy wielokrotnie przekraczającej to, co on ma "pod butem" w swoim Passacie.

"Dajta spokój, ale nuda, ale dziadostwo..."

Uczestnictwo w imprezach masowych nie jest obowiązkowe. Naprawdę. Bywam na wielu z nich, nigdy nie zostałem na żadną z nich doprowadzony siłą i zmuszony do przebywania na jej terenie pod groźbą kary śmierci. Można wejść, można też w dowolnej chwili... wyjść. Jeśli kogoś tak bardzo nudzi pokaz, że musi coś w durny sposób skomentować, to po jaką jasną cholerę tam przyłaził, skoro wiedział, że to nie dla niego? Jeśli czegoś nie lubię, po prostu tam nie bywam, zamiast pojawić się, a potem zatruwać odbiór imprezy tym, których akurat to kręci. Tymczasem, choćby na ostatnim Air Show wraz z przyjaciółmi zaobserwowaliśmy ciekawą rzecz - im bliżej barierek odgradzających strefę pokazu tym więcej tam ludzi totalnie nie zainteresowanych tym, co dzieje się na pasie startowym i w powietrzu. Nie zainteresowanych, ale - jak w tytule - broniących dostępu do barierki jak niepodległości. To nic, że ktoś siedzi tyłem do kołującego właśnie F-16. To nic, że przy jednej z barierek niemal obozowisko, w którym wszyscy mają gdzieś latający właśnie, bardzo ciekawy dla pasjonatów śmigłowiec, i raczą się w najlepsze kiełbachą popijaną piwem. Pasjonacie! Nie podejdziesz! Nawet nie próbuj! Barierka jest moja! A co można było usłyszeć? "Eee! Lipa... Dajta spokój, człowiek się tłucze przez pół Polski, a tu tylko latają i latają" (nie no, spoko... na pokazach lotniczych latają samoloty... Serio?!). "I to jeszcze taki złom puszczają, chuj wie czy to w jednym kawałku wyląduje" (powiedział brudząc wąsy "kieczupem gratysowym rozumisz do ty hehe kiełbachy" i przepijając łykiem piwa samozwańczy inżynier pilot, a może nawet i konstruktor lotniczy Janusz). Pod samymi barierkami można było także odnaleźć opalające się panny, pary oddające się uniesieniom tak dalekim od tych podniebnych. Było też kilka przysypiających, opierających się na barierkach nastolatek, przebudzających się tylko na moment wykonania sobie selfie. Szwajcarscy piloci już-już mieli podejść, aby według regularności trzaskania samojebek ustawić sobie zegarki.
Mogę domyślać się końcowej opinii o pokazach wyrażonej przez sporą część "barierkowiczów" - "pokazy były słabe, było za głośno, samoloty za bardzo latały, piwo było drogie, a tak w ogóle to chciało mi się siku i było mi gorąco".

Podsumowanie, czyli konkluzja, czyli koniec ględzenia

Rozumiem i nie trzeba mi tego powtarzać - organizowanie jakiegokolwiek pokazu tylko dla pasjonatów mija się z celem. Ludzie siedzący w temacie bardzo często stanowią jedynie garstkę widzów każdej imprezy masowej opartej o pokazanie szerszej publice czegoś na co dzień niezbyt dostępnego. Bywałem i na takich że się tak z angielska wyrażę, eventach wyłącznie dla pasjonatów - było wręcz wzorcowo. Pytania - nie w stylu "a jak ten samolot lata panie pilot?", a raczej "tu jest silnik X, tam silnik Y, co pan sądzi o tym Y? Bo ja słyszałem, że to konstrukcja dobra, był stosowany na samolocie Z ale..."  Kwestie bezpieczeństwa? Jak w podręczniku, bo przecież każdy wie, że tędy może wessać, a tamtędy wypluć w nieco zmienionej formie. Nikt nikomu widoku nie blokował, bo każdy z aparatem i każdy poluje na dobre ujęcie. Tylko... tak się nie da. Aby impreza była popularna i przynosiła dochody, które zapewnią choćby zwrot kosztów organizacji, musi być nastawiona głównie na ludzi spoza grona wielbicieli tematu i pokazać temat tak, aby na kolejną wrócili już jako pasjonaci.
Jak wspomniałem na początku, widzowie imprez masowych to przekrój społeczeństwa, a jak to w każdym społeczeństwie bywa, są przeróżne jednostki. Na ogół na wszelkiego rodzaju pokazach panuje bardzo fajna atmosfera, a o samej imprezie dyskutuje się jeszcze wiele miesięcy po jej zakończeniu.
To wszystko nie zmienia jednak faktu, że "piekielności" się pojawiały, pojawiają i pojawiać będą. Grunt, to starać się na nie przymknąć oko, a jeśli rażą bardzo, przekląć sobie w myślach soczyście. A potem? Potem nieść w społeczeństwo "oświaty kaganek". Kto wie? Może jeśli komuś kiedyś wytłumaczymy, czemu takie a nie inne zachowanie może być niewłaściwe i niebezpieczne, to ten ktoś następnym razem go zaniecha? Wiem, łatwo nie będzie, ale... smoka choć zabić trudno, to starać się trzeba :)

*Janusz - pierwotnie określenie powstałe w środowiskach kibicowskich, używane w stosunku do człowieka, którego nie interesuje widowisko sportowe, a pojawił się na stadionie/w hali dla czystej rozrywki. Obecnie język Internetu mianem "Januszów" określa przeróżnych amatorów, często szkodzących dziedzinie, którą się zajmują, a także środowisku z tą dziedziną związanemu. Inaczej - partacz, dyletant.