Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ludzie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ludzie. Pokaż wszystkie posty
sobota, 18 marca 2017
wpieniony #05: Panoptikon, czyli "ślubuję ci miłość, wierność i uczciwość małżeńską, a moje hasło do FB to..."
Wyobraź sobie Czytelniku, że miałeś kumpla. Dobrego kumpla, co to zawsze można z nim było gdzieś się powłóczyć, odstawić coś nie do końca poważnego, spierać się nad wyższością silnika A nad silnikiem B, albo zwyczajnie i po słowiańsku przechylić z nim kieliszek popularnego w naszych kręgach kulturowych roztworu. Czas mijał, kontakty lekko się zatarły, bo i czasu mniej, praca, studia, ot, życie. Po jakimś czasie pewnie chciałeś znajomość odnowić. Otwierasz więc listę znajomych na popularnej społecznościówce. Nie ma chłopa! Umarł? Gorzej, ożenił się. On dał jakiejś pięknej białogłowie swoje nazwisko, a ona mu dała swoje... zaraz, moment, prr! Stop orkiestra, bo Felka biją! Dała... imię?!
Czytasz i nie wierzysz własnym oczom. Ale stoi jak byk, każdy piksel tekstu, który masz przed twarzą jasno daje do zrozumienia, że Twój dawny kumpel to już nie jest Atanazy Kowalski. Teraz to jest Atanazy Anna Kowalski. Co tu dzieje się? Noo... tu hardkorowo jest! Właśnie widzisz połączone konto dwojga gołąbków.
Dzwonisz do mnie. "Siemasz Arku, słuchaj... pstrykasz ty te różne uroczystości, weź no powiedz, czy ostatnio był jakiś update przysięgi małżeńskiej? Nie było? Nic o Facebooku? Na cywilnych też nic? No bo stary, zobacz, taka sytuacja..." Znam to uczucie kolego. I tak jak Ty pojąć go za jasną cholerę nie mogę. Ale próbuję.
Zbieram więc argumenty, opinie. Zaglądam w takie miejsca w internetach, że włos na kolanie się jeży. Czytam. Ręce opadają. Szczęka opada. Ludzie, wy tak serio?!
"Połączone konto to znak zaufania"
A kontrola to jego najwyższa forma, jak uże skazał Lenin. Jakoś ciężko mi uwierzyć, że taka decyzja zapadła wspólnie, w porozumieniu i za pełną zgodą obu stron. Zakładam, że ktoś musiał o to w jakichś okolicznościach poprosić, być może zażądać. Ktoś inny musiał się na to zgodzić. Jesteśmy tylko ludźmi. Mniej więcej na etapie wchodzenia w wiek dojrzewania odczuwamy coraz większą potrzebę prywatności. I ona nie mija. My ją mamy cały czas. Nie rezygnujemy z niej "bo tak". "Znak zaufania"? Raczej dowód. Kto wie, czy nie wymuszony...
"My nie mamy przed sobą żadnych tajemnic"
A czy, drogie gołąbki, nie zdajecie sobie sprawy z tego, że KTOŚ może mieć tajemnice przed którymś z Was? Nie macie tajemnic? Brawo. Tyle, że jeśli ja piszę do mojego kumpla Atanazego, to nie piszę do jego żony Anny. I nie, droga Anno. Nie chcę wyciągnąć go na wódę, na baby, czy na co Ci tam Twoja bujna wyobraźnia podpowiada. Chcę mu opowiedzieć o tym, jak poślizgnąłem się na schodach i potłukłem sobie lewy półdupek, a siniak na nim kształtem przypomina Grenlandię. Nie chcę, abyś po jednej wiadomości stwierdziła, że napisał tu jakiś debil i mówi o swoim półdupku. To jest nasz "inside joke", ta dupa, ta Grenlandia... Nie zrozumiesz, zresztą nie Twoja sprawa, bo ja Cię zupełnie nie znam. I nie wiem, czy wiadomość odbierze Atanazy czy Ty. A i Ty pomyśl o swojej przyjaciółce Marioli. Naprawdę chcesz, aby przypadkiem Atanazy trafił na jej wiadomość o spóźniającej się miesiączce albo wynikach badania ginekologicznego? Tak, to wszystko ludzkie, a nic co ludzkie obce być nie powinno, ale najpierw zapytaj Marioli, czy nie poczuje się głupio, kiedy otrzyma odpowiedź "Super, fajnie, że wszystko ok, przekażę Annie". Gołąbki, nie zawracajcie kijem Wisły. Czasy, w których komunikując się drogą prywatną, najpierw trzeba było się upewnić, "kto przy aparacie", a dopiero potem mówić, już minęły. Ja nie chcę, Mariola nie chce, nikt nie chce. Uszanujcie to.
"Bo ja muszę go/jej pilnować"
Znów - ej, powoli, stop! To jest związek czy zakład karny? Jeśli łudzisz się, że jeśli będziesz stale miał pod kontrolą konto swojej połówki, to taka taktyka jest świetną ochroną przed zdradą, porzuć złudzenia. Przed zdradą ochrony NIE MA. Kto jest podłym sukinsynem i się jej chce dopuścić, dopuści się, choćbyście chłopaku czy dziewczyno stawali na głowie. A jeśli Twoje życie ma polegać na trzymaniu kogoś przy sobie siłą, ewentualnie na ciągłym strachu, czy to stało się już, czy stanie się zaraz, czy może jednak nie, polecam głębokie zastanowienie się nad tym, z kim tańczysz. Nie moja sprawa, ale polecam. Tak po prostu.
"Bo my się tak kochamy..."
Super, gratuluję. Tyle, że bycie w zdrowym związku nie powinno równać się zacieraniu swojej tożsamości. Ja wiem, że w pierwszych miesiącach bycia ze sobą chciałoby się wykrzyczeć całemu światu, że "my razem", ale... portale społecznościowe udostępniają już mechanizmy do informowania świata o Waszym wspólnym szczęściu. Żyjemy w takich czasach, w których konto na tego typu portalach jest czymś w rodzaju naszej wizytówki. Czy tego chcemy czy nie, pracodawcy lubią przestudiować dostępne o nas treści. A stwierdzenie, że kandydat ma wspólne konto ze swoją żoną, albo że kandydatka ma wspólny profil ze swoim chłopakiem może wywołać mieszane uczucia. Bo to jednak takie... no niezbyt dojrzałe.
Wiem, że ten post może zabrzmieć jak wtrącanie się do czyjegoś życia. Bynajmniej. To raczej apel. Apel o zdrowe podejście do prywatności w związkach. Bycie z kimś nie oznacza, że nagle dwie osoby magicznie przemieniają się w jedną. Związki, w których partnerzy "orbitują" wokół siebie, a świat poza nimi nie istnieje, zwykle kończą kiepsko. Odcięcie partnera od jego dotychczasowego otoczenia - znajomych, przyjaciół, czasem rodziny spowoduje jedynie frustrację. Jeśli ktoś wierzy, że pełna kontrola nad drugą osobą to jakaś droga do szczęścia... no cóż... to cholernie przykre.
czwartek, 2 czerwca 2016
Nie zabijaj* (*także: dziecka, które w Tobie siedzi)
Pierwszy czerwca. Międzynarodowy Dzień Dziecka. Uśmiechasz się pod nosem, bo doskonale wiesz, jak bardzo się na ten dzień czekało. Uśmiechasz się, a za chwilę przechodzi Ci przez myśl, że to przecież już nie jest Twoje święto. Nawet nie wiesz, kiedy to się stało, prawda? Kiedy po prostu wyszedłeś z piaskownicy, aby już nigdy do niej nie wrócić.
To nie było gwałtowne zjawisko. Raczej proces. Stopniowy, powolny proces wygaszania w nas tego, co niedojrzałe, zastępowania tym, co według nas dorosłe. Chyba nawet bardzo nie bolało, działało przecież mocne znieczulenie pod postacią wizji nas jako dojrzałych ludzi. Takich, z których zdaniem każdy się liczy. Takich, którzy mogą wypowiadać się na poważne tematy bez ryzyka, że ujrzą ten dziwny cień uśmiechu u rozmówcy. W końcu takich, którym wszystko wolno. Czekaliśmy na tę osiemnastkę jak na zbawienie. Już! Zaraz! Teraz! "Sto lat!", "wszystkiego, co najlepsze! Powodzenia w dorosłym życiu". Może jakaś rada od rodziców, jakaś złota myśl wprowadzająca nas w dorosłość? Może. Chociaż nie zawsze. Właściwie i bez tego się obyło. Czasem dlatego, bo my i tak wiedzieliśmy swoje. Czasem dlatego, bo nie było na to czasu. A czasem nie miał kto tej rady udzielić. Bo chociaż był, nie umiał. Jakkolwiek by jednak nie było - my już przekroczyliśmy tę magiczną granicę. Nie, nie otworzyły się niebiosa, nie spłynął na nas z nich złoty pył. Dzień przed osiemnastką był taki, jak i dzień po niej. I nadal ktoś śmiał powiedzieć "dzieciak jesteś, nie zrozumiesz". A my tak się przed tym broniliśmy! Bo przecież... Dzieckiem nie byliśmy już wcześniej. Mieliśmy przecież JUŻ TE 14, 15, 16 lat. I wiedzieliśmy przecież o życiu niemal wszystko. Wiedzieliśmy, jak smakuje dym z papierosa, jaki smak mają usta dziewczyny, a jaki piwo wypite gdzieś na szybko, w tajemnicy. Poznaliśmy na własnej skórze, co to jest ta cholerna miłość i jak to sukinsyństwo potrafi zaboleć. Kto wie? Może i o przeciwny biegun się otarliśmy. O śmierć. Ktoś bliski odszedł, ktoś kogo znaliśmy odszedł, idol odszedł. A my? Wiedzieliśmy już, że na zawsze. Jako dzieci nie rozumiemy wymiaru, siły i wszechmocy słowa "wieczność", "na zawsze". I tak zapytamy "czyli do kiedy? Na ile?" A jako nastolatkom pojęcie wieczności zajmuje nam czas potrzebny do pstryknięcia palcami. Przecież wtedy wszystko jest "na wieczność" - miłość, przyjaźń, nienawiść. Nasza młodość też wydaje się wtedy niewyczerpana, wieczna. Tak więc magiczną zaporę w postaci osiemnastki przecięliśmy niemal błyskawicznie, z rozpędu. Już z jakimś tam bagażem doświadczeń. Więc czemu do cholery oni mówią, że jeszcze jesteśmy dzieciakami?! Nie jesteśmy! Chcemy być dorośli, już teraz! Zaraz! Odrzucaliśmy dziecięcość jak ciężar, jak zarazę.
No... i jesteśmy tu, gdzie tak chcieliśmy być. Powoli zbliżamy się do trzydziestki. Nadal młodzi, ale już nikt nam nie powie, że młokosy. Nadal jeszcze energiczni. Mamy swoje pasje, spełniamy je. Rozwijamy się. Budujemy swoje własne światy. Nie kupujemy tanich bajek, z naiwności wyleczyło nas życie. O dzieciństwie dawno już zapomnieliśmy, bo często mamy przecież już swoje dzieci, próbujemy więc dla nich być autorytetem. Czasem nawet się to udaje. I świetnie. Przecież właśnie o to chodzi. Tylko... czasem jest ciężko. Czasem coś zaboli. I chciałoby się tak po prostu mieć święty spokój. Zastanawiamy się, kiedy my ostatnio taki spokój mieliśmy i nagle "Eureka! No przecież! Wiadomo kiedy! Jak człowiek dzieciakiem był to..."
Był? A... może nie jest jeszcze za późno? Może to dziecko, które w nas siedziało, wcale nie umarło? Może je tylko czymś przysłoniliśmy, przykryliśmy, kazaliśmy mu milczeć. Wypadałoby teraz je nieco z tego wszystkiego odkopać, otrzepać z pyłu. I przede wszystkim, cholera, ładnie przeprosić.
Nie mam na myśli tego, że w reakcji na stresy codzienności powinniśmy wszyscy jak na komendę zdziecinnieć. To nie doprowadzi do niczego dobrego. Chodzi mi raczej o to, żeby odkryć na nowo to, co przecież kiedyś było naszymi odruchami. I czasem to zastosować, użyć tego. Nie wstydząc się przed samym sobą, że to przyjemne. A co to jest? No ludzie... popatrzcie na dzieci! To najlepsi instruktorzy!
Cieszmy się - a raczej nauczmy cieszyć się własnymi sukcesami i małymi przyjemnościami tak, aby wyeliminować z tej radości strach przed surową oceną totalnie anonimowych ludzi. Ludzi, których nasz sukces boli. Ludzi, którzy wprost marzą o tym, abyśmy nawet nosa nie wyściubili z tej szarej masy, którą tworzą. Niech każdy sukces będzie naszym prywatnym świętem. Nie bójmy się, że idąc po ulicy z uśmiechem na twarzy, zranimy czy oburzymy jakiegoś losowego Kowalskiego albo inną Malinowską. Skoro kogoś jest w stanie urazić promieniowanie szczęścia od zupełnie obcej osoby, to zapewne jest to człowiek, którego właściwie uraża wszystko. Taki trochę "gdzie byś nie strzelił, we mnie trafisz" jak pisał mistrz Stachura. Jeśli nie my go urazimy, to zrobi to trawa. Bo menda, za bardzo się zieleni, no...
Dziwmy się - przerażające jest to, jak bardzo jako dorośli potrafimy udawać obojętność. Przecież nie widzieliśmy wszystkiego, nie próbowaliśmy każdej fajnej rzeczy na świecie, pewne ciekawe sytuacje są dla nas kompletną nowością. A i tak udajemy, że przecież to nic wielkiego. Zabawna poza. Człowiek wewnątrz aż kipi z radochy, a na zewnątrz taki... słup. No bo co? "Samolot jak samolot", "jedzenie jak jedzenie", "miasto jak miasto". A wiecie, czemu tak dobrze wspominamy dzieciństwo? Bo wtedy odkrywaniu świata towarzyszyły nam... emocje! A emocje najłatwiej wchodzą w pamięć. W którymś momencie stwierdziliśmy, że należy świat odkrywać bez emocji. Na chłodno. Nic więc dziwnego, że wszystko wydaje nam się marne, nijakie i identyczne. Owszem, zjedliśmy coś nowego. Owszem, byliśmy w ciekawym miejscu. Ale... rozdzieliśmy odkrywanie od emocji. Dlatego "samolot jak samolot", "jedzenie jak jedzenie", a "miasto jak miasto".
Słuchajmy siebie - brzmi banalnie, nie? Każdy "kołcz" czy inny "nauczyciel życia" w przydużym gajerku ma taką mantrę, którą ciska z rękawa: "Wsłuchaj się w siebie, słuchaj serca, podążaj za nim, tako rzekłem, dwieście złotych się należy, przelew, karta czy gotówka?" Tymczasem dzieci wcale nie trzeba tego uczyć. One to wiedzą, robią to niemal automatycznie. Szybko wyczuwają, kto im sprzyja, kto nie, kto mówi im prawdę, a kto ciśnie kit najlepszego gatunku. Sami tak mieliśmy, nieprawdaż? Wiedzieliśmy, jakoś tak w środku, że akurat ten znajomy rodziców to nie jest fajny, że rodzice prowadzą nas do lekarza, że ten kolega to chyba coś ściemnia... I praktycznie zawsze się nie myliliśmy. Jak czuliśmy, że nie będzie fajnie, to było niefajnie. Ale dorośliśmy. I zaczęliśmy racjonalizować, czyli mówiąc po ludzku, nadużywać "no może i..., ale..." "Może i kawał chama, ale pewnie się zmieni", "No może i nie warto, ale nie przestanę". Walczymy z przeczuciem. I cierpimy. Tymczasem ten głos z tyłu głowy nie jest w niej dla picu. On tam ma być. I jeśli podpowiada, że mogą być z tego czy tamtego srogie kłopoty, to raczej ma rację.
Doceniajmy małe rzeczy - zdjęcie wlepki ilustrujące mój dzisiejszy wpis zrobiłem kilka lat temu. Zastanawiałem się nieraz nad sensem tych słów. A sens jest tu bardzo prosty - doceniajmy małe, chwilowe, ulotne, fajne rzeczy. Dzieci w sklepie zoologicznym oglądające rybki odcinają się na chwilę od świata. Są tylko one i tylko rybki. Nie było wczoraj, nie ma jutra - one i rybki, rybki i one. Umiemy tak? Chociaż przez chwilę czerpać radość z jakiejś pierdółki? Jeśli umiemy - świetnie. Jeśli nie - nauczmy się tego. Jako dorośli zapędziliśmy się trochę. Zaczęliśmy żyć w przekonaniu, że doceniać należy tylko to, co jest potężne, wielkie, a najlepiej drogie i okupione krwią, potem oraz łzami. Tak, wielkie rzeczy doceniać należy. Ale i te mniejsze potrafią dać radość. Czasem nawet właśnie ich mały rozmiar i ulotność powodują, że są potężniejsze niż te majestatyczne, w które tak lubimy wlepiać wzrok. Niech to będą rybki w akwarium sklepu zoologicznego. Niech to będzie ten gość, który nas przepuścił, kiedy chcieliśmy wreszcie wyjechać z tej cholernej uliczki. Niech to będzie zapach deszczu. Cokolwiek.
Przeprośmy tego dzieciaka, który w nas siedzi. On na to czeka... :)
To nie było gwałtowne zjawisko. Raczej proces. Stopniowy, powolny proces wygaszania w nas tego, co niedojrzałe, zastępowania tym, co według nas dorosłe. Chyba nawet bardzo nie bolało, działało przecież mocne znieczulenie pod postacią wizji nas jako dojrzałych ludzi. Takich, z których zdaniem każdy się liczy. Takich, którzy mogą wypowiadać się na poważne tematy bez ryzyka, że ujrzą ten dziwny cień uśmiechu u rozmówcy. W końcu takich, którym wszystko wolno. Czekaliśmy na tę osiemnastkę jak na zbawienie. Już! Zaraz! Teraz! "Sto lat!", "wszystkiego, co najlepsze! Powodzenia w dorosłym życiu". Może jakaś rada od rodziców, jakaś złota myśl wprowadzająca nas w dorosłość? Może. Chociaż nie zawsze. Właściwie i bez tego się obyło. Czasem dlatego, bo my i tak wiedzieliśmy swoje. Czasem dlatego, bo nie było na to czasu. A czasem nie miał kto tej rady udzielić. Bo chociaż był, nie umiał. Jakkolwiek by jednak nie było - my już przekroczyliśmy tę magiczną granicę. Nie, nie otworzyły się niebiosa, nie spłynął na nas z nich złoty pył. Dzień przed osiemnastką był taki, jak i dzień po niej. I nadal ktoś śmiał powiedzieć "dzieciak jesteś, nie zrozumiesz". A my tak się przed tym broniliśmy! Bo przecież... Dzieckiem nie byliśmy już wcześniej. Mieliśmy przecież JUŻ TE 14, 15, 16 lat. I wiedzieliśmy przecież o życiu niemal wszystko. Wiedzieliśmy, jak smakuje dym z papierosa, jaki smak mają usta dziewczyny, a jaki piwo wypite gdzieś na szybko, w tajemnicy. Poznaliśmy na własnej skórze, co to jest ta cholerna miłość i jak to sukinsyństwo potrafi zaboleć. Kto wie? Może i o przeciwny biegun się otarliśmy. O śmierć. Ktoś bliski odszedł, ktoś kogo znaliśmy odszedł, idol odszedł. A my? Wiedzieliśmy już, że na zawsze. Jako dzieci nie rozumiemy wymiaru, siły i wszechmocy słowa "wieczność", "na zawsze". I tak zapytamy "czyli do kiedy? Na ile?" A jako nastolatkom pojęcie wieczności zajmuje nam czas potrzebny do pstryknięcia palcami. Przecież wtedy wszystko jest "na wieczność" - miłość, przyjaźń, nienawiść. Nasza młodość też wydaje się wtedy niewyczerpana, wieczna. Tak więc magiczną zaporę w postaci osiemnastki przecięliśmy niemal błyskawicznie, z rozpędu. Już z jakimś tam bagażem doświadczeń. Więc czemu do cholery oni mówią, że jeszcze jesteśmy dzieciakami?! Nie jesteśmy! Chcemy być dorośli, już teraz! Zaraz! Odrzucaliśmy dziecięcość jak ciężar, jak zarazę.
No... i jesteśmy tu, gdzie tak chcieliśmy być. Powoli zbliżamy się do trzydziestki. Nadal młodzi, ale już nikt nam nie powie, że młokosy. Nadal jeszcze energiczni. Mamy swoje pasje, spełniamy je. Rozwijamy się. Budujemy swoje własne światy. Nie kupujemy tanich bajek, z naiwności wyleczyło nas życie. O dzieciństwie dawno już zapomnieliśmy, bo często mamy przecież już swoje dzieci, próbujemy więc dla nich być autorytetem. Czasem nawet się to udaje. I świetnie. Przecież właśnie o to chodzi. Tylko... czasem jest ciężko. Czasem coś zaboli. I chciałoby się tak po prostu mieć święty spokój. Zastanawiamy się, kiedy my ostatnio taki spokój mieliśmy i nagle "Eureka! No przecież! Wiadomo kiedy! Jak człowiek dzieciakiem był to..."
Był? A... może nie jest jeszcze za późno? Może to dziecko, które w nas siedziało, wcale nie umarło? Może je tylko czymś przysłoniliśmy, przykryliśmy, kazaliśmy mu milczeć. Wypadałoby teraz je nieco z tego wszystkiego odkopać, otrzepać z pyłu. I przede wszystkim, cholera, ładnie przeprosić.
Nie mam na myśli tego, że w reakcji na stresy codzienności powinniśmy wszyscy jak na komendę zdziecinnieć. To nie doprowadzi do niczego dobrego. Chodzi mi raczej o to, żeby odkryć na nowo to, co przecież kiedyś było naszymi odruchami. I czasem to zastosować, użyć tego. Nie wstydząc się przed samym sobą, że to przyjemne. A co to jest? No ludzie... popatrzcie na dzieci! To najlepsi instruktorzy!
Cieszmy się - a raczej nauczmy cieszyć się własnymi sukcesami i małymi przyjemnościami tak, aby wyeliminować z tej radości strach przed surową oceną totalnie anonimowych ludzi. Ludzi, których nasz sukces boli. Ludzi, którzy wprost marzą o tym, abyśmy nawet nosa nie wyściubili z tej szarej masy, którą tworzą. Niech każdy sukces będzie naszym prywatnym świętem. Nie bójmy się, że idąc po ulicy z uśmiechem na twarzy, zranimy czy oburzymy jakiegoś losowego Kowalskiego albo inną Malinowską. Skoro kogoś jest w stanie urazić promieniowanie szczęścia od zupełnie obcej osoby, to zapewne jest to człowiek, którego właściwie uraża wszystko. Taki trochę "gdzie byś nie strzelił, we mnie trafisz" jak pisał mistrz Stachura. Jeśli nie my go urazimy, to zrobi to trawa. Bo menda, za bardzo się zieleni, no...
Dziwmy się - przerażające jest to, jak bardzo jako dorośli potrafimy udawać obojętność. Przecież nie widzieliśmy wszystkiego, nie próbowaliśmy każdej fajnej rzeczy na świecie, pewne ciekawe sytuacje są dla nas kompletną nowością. A i tak udajemy, że przecież to nic wielkiego. Zabawna poza. Człowiek wewnątrz aż kipi z radochy, a na zewnątrz taki... słup. No bo co? "Samolot jak samolot", "jedzenie jak jedzenie", "miasto jak miasto". A wiecie, czemu tak dobrze wspominamy dzieciństwo? Bo wtedy odkrywaniu świata towarzyszyły nam... emocje! A emocje najłatwiej wchodzą w pamięć. W którymś momencie stwierdziliśmy, że należy świat odkrywać bez emocji. Na chłodno. Nic więc dziwnego, że wszystko wydaje nam się marne, nijakie i identyczne. Owszem, zjedliśmy coś nowego. Owszem, byliśmy w ciekawym miejscu. Ale... rozdzieliśmy odkrywanie od emocji. Dlatego "samolot jak samolot", "jedzenie jak jedzenie", a "miasto jak miasto".
Słuchajmy siebie - brzmi banalnie, nie? Każdy "kołcz" czy inny "nauczyciel życia" w przydużym gajerku ma taką mantrę, którą ciska z rękawa: "Wsłuchaj się w siebie, słuchaj serca, podążaj za nim, tako rzekłem, dwieście złotych się należy, przelew, karta czy gotówka?" Tymczasem dzieci wcale nie trzeba tego uczyć. One to wiedzą, robią to niemal automatycznie. Szybko wyczuwają, kto im sprzyja, kto nie, kto mówi im prawdę, a kto ciśnie kit najlepszego gatunku. Sami tak mieliśmy, nieprawdaż? Wiedzieliśmy, jakoś tak w środku, że akurat ten znajomy rodziców to nie jest fajny, że rodzice prowadzą nas do lekarza, że ten kolega to chyba coś ściemnia... I praktycznie zawsze się nie myliliśmy. Jak czuliśmy, że nie będzie fajnie, to było niefajnie. Ale dorośliśmy. I zaczęliśmy racjonalizować, czyli mówiąc po ludzku, nadużywać "no może i..., ale..." "Może i kawał chama, ale pewnie się zmieni", "No może i nie warto, ale nie przestanę". Walczymy z przeczuciem. I cierpimy. Tymczasem ten głos z tyłu głowy nie jest w niej dla picu. On tam ma być. I jeśli podpowiada, że mogą być z tego czy tamtego srogie kłopoty, to raczej ma rację.
Doceniajmy małe rzeczy - zdjęcie wlepki ilustrujące mój dzisiejszy wpis zrobiłem kilka lat temu. Zastanawiałem się nieraz nad sensem tych słów. A sens jest tu bardzo prosty - doceniajmy małe, chwilowe, ulotne, fajne rzeczy. Dzieci w sklepie zoologicznym oglądające rybki odcinają się na chwilę od świata. Są tylko one i tylko rybki. Nie było wczoraj, nie ma jutra - one i rybki, rybki i one. Umiemy tak? Chociaż przez chwilę czerpać radość z jakiejś pierdółki? Jeśli umiemy - świetnie. Jeśli nie - nauczmy się tego. Jako dorośli zapędziliśmy się trochę. Zaczęliśmy żyć w przekonaniu, że doceniać należy tylko to, co jest potężne, wielkie, a najlepiej drogie i okupione krwią, potem oraz łzami. Tak, wielkie rzeczy doceniać należy. Ale i te mniejsze potrafią dać radość. Czasem nawet właśnie ich mały rozmiar i ulotność powodują, że są potężniejsze niż te majestatyczne, w które tak lubimy wlepiać wzrok. Niech to będą rybki w akwarium sklepu zoologicznego. Niech to będzie ten gość, który nas przepuścił, kiedy chcieliśmy wreszcie wyjechać z tej cholernej uliczki. Niech to będzie zapach deszczu. Cokolwiek.
Przeprośmy tego dzieciaka, który w nas siedzi. On na to czeka... :)
Etykiety:
dorosłość,
dzieciństwo,
ludzie,
małe rzeczy,
młodzież,
obudź w sobie dziecko,
powrót do dzieciństwa,
psychika,
psychologia,
radość,
relacje międzyludzkie,
społeczeństwo,
życie
sobota, 2 kwietnia 2016
#wpieniony: 02 - Używanie stwierdzeń, których znaczenia się nie zna.
"Bynajmniej przyszłam, jej w ogóle nie było, a to znaczy że jest głupia, bo wyjątek potwierdza regułę, zresztą nawet jak coś powie to wiadomo - winny się tłumaczy! A ta jej sukienka... no o gustach się nie dyskutuje, ale jak ona może w takiej chodzić?". Znacie to? Znacie, znacie. Każdy zna. Nie da się nie zauważyć, że masa ludzi używa określeń, stwierdzeń i wyrazów, których znaczenia nie rozumie, a właściwej formy nie zna.
Czemu ludzie to robią? Cóż, powody są różne. Najczęstszym powodem nie jest, jak się wydaje, chęć zabłyśnięcia czy potwierdzenia swojej elokwencji, ale.. kopiowanie. Ot, ktoś usłyszał, stwierdził, że ładnie brzmi i powtarza. Często nie wnikając nawet w to, co właściwie powtarza. Pewnego rodzaju stwierdzenia mogą zwyczajnie irytować, szczególnie jeśli nie są używane we właściwym kontekście. Stworzyłem więc taką małą listę. Każdy jej punkt powoduje u mnie mikrozawał, ból ósemek i kolkę wątrobową na raz. Bez zbędnego gadania, oto ona:
"Winny się tłumaczy"
Używane najczęściej w sytuacji, w której ktoś oskarżany o cokolwiek (słusznie, bądź nie), zaczyna wyjaśniać okoliczności. Wyświechtane, durne powiedzonko. Rozumiem, że kiedy używającego tego tekstu ktoś kiedyś oskarży o ludobójstwo, dzieciobójstwo i jazdę bez biletu, będzie milczał? Nie odezwie się ani jednym słowem, po prostu przyjmie jakieś kosmiczne zarzuty z pochyloną głową, no bo... winny się tłumaczy. I już. A figę! Winny, niewinny - każdy ma prawo złożyć wyjaśnienia odnośnie okoliczności tego, co jest mu zarzucane. To, że ktoś odpiera kretyńskie wręcz zarzuty, wcale nie przesądza o jego winie.
"O gustach się nie dyskutuje"
Owszem, dyskutuje się. Głównie o gustach. Prawidłowo użyte stwierdzenie powinno brzmieć raczej "o cudzych gustach się nie dyskutuje". Wtedy jest jak najbardziej prawidłowe, bo ostatecznie nie nam oceniać, co komuś się podoba. Jednak ogólna dyskusja o gustach jest jak najbardziej wskazana i... jest rzeczą totalnie powszechną. Myślę, że 90% procent ludzkich dyskusji to dyskusje właśnie o gustach. Z tym, że o własnych. Dyskutując, bronimy własnego stanowiska, a stanowisko nie wzięło się przecież z powietrza - składa się z naszego pozytywnego/negatywnego nastawienia do określonego przedmiotu. A nastawienie skąd się wzięło? Ano... wynika po części z naszego gustu. Reasumując - każda wymiana poglądów na określony temat, to dyskusja właśnie o gustach. Dyskutuje się więc o nich. I już. Nie należy tylko oceniać cudzych.
"Wyjątek potwierdza regułę"
Spotykane bardzo często, prawie zawsze w nieprawidłowym zastosowaniu. Zwykle w sytuacji, w której używający rozumie to w taki sposób - skoro ktoś posiada pewne (zwykle negatywne) cechy, jest to potwierdzeniem przynależności do grupy, do której chciałoby się go zaliczyć, a która takimi cechami się legitymuje (faktycznie bądź rzekomo). Coś na zasadzie "Pijak. I złodziej. Bo każdy pijak to złodziej". Tymczasem jest to totalna ślepa uliczka, bardzo daleka od właściwego znaczenia. A jakie ono jest? Bardzo proste. Wystarczy tylko rozwinąć zdanie. Wyjątek potwierdza regułę od której go utworzono. Inaczej mówiąc, istnienie wyjątku oznacza, że istnieje jakaś reguła, od której można tworzyć wyjątki. Dla przykładu - jeśli na drzwiach firmy widzimy naklejkę z informacją "W soboty i niedziele nieczynne" (wyjątek), to oznacza że w pozostałe dni tygodnia firma jest czynna (reguła). Jeśli pod zakazem wjazdu widzimy tabliczkę "Nie dotyczy mieszkańców budynku" (wyjątek) rozumiemy to tak, że dla innych osób zakaz nadal obowiązuje (reguła). I tyle. "Arek jest głupi, więc wszystkie Arki są głupie" się tu nie łapie. Zupełnie.
"Bynajmniej"
Wałkowane miliony razy, ale i ja powtórzę - "bynajmniej" nie jest zamiennikiem słowa "przynajmniej". Prawdę mówiąc, jest nawet jego przeciwieństwem. To po prostu zaprzeczenie - bynajmniej = wcale, w żadnym wypadku. Mówiąc więc "Jego nie było, ale bynajmniej ja przyszedłem" oznacza "Jego nie było, ale i ja wcale nie przyszedłem".
"Wina zawsze leży po obu stronach"
Totalna bzdura, najczęściej stosowana jako próba jakiegoś nie wiem... usprawiedliwienia ewidentnego sprawcy jakiejś negatywnej sytuacji? Próby złagodzenia jego winy przez rozłożenie jej po równo na niego i jego ofiarę? Wina rozkłada się... różnie. Wszystko zależy od konkretnej sytuacji. Są konflikty, w których wskazanie winnego jest ciężkie, są i takie, w których można jednoznacznie wskazać sprawcę, ale są i takie, w których obie strony po równo "dołożyły" do zaistniałej sytuacji. Tymczasem używający tego stwierdzenia próbują udowodnić, że w każdym konflikcie obie strony zawsze są winne. Upraszczając bardzo skomplikowane kwestie, z którymi spotykają się uczestnicy zdarzenia. Czy żona przemocowca jest winna, bo regularnie od niego dostaje łomot? No... według opisywanego twierdzenia tak, bo... przecież powinna od niego odejść, a że nie odchodzi to ponosi winę za sytuację, w której się znajduje. Chrzanić psychologię, chrzanić psychiatrię. Jest winna! Bo... tak powiedział Janusz, specjalista od relacji międzyludzkich.
Czemu ludzie to robią? Cóż, powody są różne. Najczęstszym powodem nie jest, jak się wydaje, chęć zabłyśnięcia czy potwierdzenia swojej elokwencji, ale.. kopiowanie. Ot, ktoś usłyszał, stwierdził, że ładnie brzmi i powtarza. Często nie wnikając nawet w to, co właściwie powtarza. Pewnego rodzaju stwierdzenia mogą zwyczajnie irytować, szczególnie jeśli nie są używane we właściwym kontekście. Stworzyłem więc taką małą listę. Każdy jej punkt powoduje u mnie mikrozawał, ból ósemek i kolkę wątrobową na raz. Bez zbędnego gadania, oto ona:
"Winny się tłumaczy"
Używane najczęściej w sytuacji, w której ktoś oskarżany o cokolwiek (słusznie, bądź nie), zaczyna wyjaśniać okoliczności. Wyświechtane, durne powiedzonko. Rozumiem, że kiedy używającego tego tekstu ktoś kiedyś oskarży o ludobójstwo, dzieciobójstwo i jazdę bez biletu, będzie milczał? Nie odezwie się ani jednym słowem, po prostu przyjmie jakieś kosmiczne zarzuty z pochyloną głową, no bo... winny się tłumaczy. I już. A figę! Winny, niewinny - każdy ma prawo złożyć wyjaśnienia odnośnie okoliczności tego, co jest mu zarzucane. To, że ktoś odpiera kretyńskie wręcz zarzuty, wcale nie przesądza o jego winie.
"O gustach się nie dyskutuje"
Owszem, dyskutuje się. Głównie o gustach. Prawidłowo użyte stwierdzenie powinno brzmieć raczej "o cudzych gustach się nie dyskutuje". Wtedy jest jak najbardziej prawidłowe, bo ostatecznie nie nam oceniać, co komuś się podoba. Jednak ogólna dyskusja o gustach jest jak najbardziej wskazana i... jest rzeczą totalnie powszechną. Myślę, że 90% procent ludzkich dyskusji to dyskusje właśnie o gustach. Z tym, że o własnych. Dyskutując, bronimy własnego stanowiska, a stanowisko nie wzięło się przecież z powietrza - składa się z naszego pozytywnego/negatywnego nastawienia do określonego przedmiotu. A nastawienie skąd się wzięło? Ano... wynika po części z naszego gustu. Reasumując - każda wymiana poglądów na określony temat, to dyskusja właśnie o gustach. Dyskutuje się więc o nich. I już. Nie należy tylko oceniać cudzych.
"Wyjątek potwierdza regułę"
Spotykane bardzo często, prawie zawsze w nieprawidłowym zastosowaniu. Zwykle w sytuacji, w której używający rozumie to w taki sposób - skoro ktoś posiada pewne (zwykle negatywne) cechy, jest to potwierdzeniem przynależności do grupy, do której chciałoby się go zaliczyć, a która takimi cechami się legitymuje (faktycznie bądź rzekomo). Coś na zasadzie "Pijak. I złodziej. Bo każdy pijak to złodziej". Tymczasem jest to totalna ślepa uliczka, bardzo daleka od właściwego znaczenia. A jakie ono jest? Bardzo proste. Wystarczy tylko rozwinąć zdanie. Wyjątek potwierdza regułę od której go utworzono. Inaczej mówiąc, istnienie wyjątku oznacza, że istnieje jakaś reguła, od której można tworzyć wyjątki. Dla przykładu - jeśli na drzwiach firmy widzimy naklejkę z informacją "W soboty i niedziele nieczynne" (wyjątek), to oznacza że w pozostałe dni tygodnia firma jest czynna (reguła). Jeśli pod zakazem wjazdu widzimy tabliczkę "Nie dotyczy mieszkańców budynku" (wyjątek) rozumiemy to tak, że dla innych osób zakaz nadal obowiązuje (reguła). I tyle. "Arek jest głupi, więc wszystkie Arki są głupie" się tu nie łapie. Zupełnie.
"Bynajmniej"
Wałkowane miliony razy, ale i ja powtórzę - "bynajmniej" nie jest zamiennikiem słowa "przynajmniej". Prawdę mówiąc, jest nawet jego przeciwieństwem. To po prostu zaprzeczenie - bynajmniej = wcale, w żadnym wypadku. Mówiąc więc "Jego nie było, ale bynajmniej ja przyszedłem" oznacza "Jego nie było, ale i ja wcale nie przyszedłem".
"Wina zawsze leży po obu stronach"
Totalna bzdura, najczęściej stosowana jako próba jakiegoś nie wiem... usprawiedliwienia ewidentnego sprawcy jakiejś negatywnej sytuacji? Próby złagodzenia jego winy przez rozłożenie jej po równo na niego i jego ofiarę? Wina rozkłada się... różnie. Wszystko zależy od konkretnej sytuacji. Są konflikty, w których wskazanie winnego jest ciężkie, są i takie, w których można jednoznacznie wskazać sprawcę, ale są i takie, w których obie strony po równo "dołożyły" do zaistniałej sytuacji. Tymczasem używający tego stwierdzenia próbują udowodnić, że w każdym konflikcie obie strony zawsze są winne. Upraszczając bardzo skomplikowane kwestie, z którymi spotykają się uczestnicy zdarzenia. Czy żona przemocowca jest winna, bo regularnie od niego dostaje łomot? No... według opisywanego twierdzenia tak, bo... przecież powinna od niego odejść, a że nie odchodzi to ponosi winę za sytuację, w której się znajduje. Chrzanić psychologię, chrzanić psychiatrię. Jest winna! Bo... tak powiedział Janusz, specjalista od relacji międzyludzkich.
wtorek, 3 listopada 2015
"Aaa, idź, bo jak ci jebnę..." czyli listopadowa Polaka zaduma.
1 i 2 listopada za nami. Sprzedawcy cmentarnych akcesoriów liczą zarobki, urząd skarbowy czeka jak zbawienia podatku od tych zarobków, na grobach dopalają się resztki zniczy, cmentarze opustoszały, słowem - wszystko wraca do rocznej normy. I tak do kolejnej pary "świąt listopadowych", kiedy naród połączy się w tłum, aby ruszyć na miejsca spoczynku przodków.
Byłem w tym tłumie. Jak co roku. Poczyniłem obserwacje. Jak co roku. Czy zachodzą zmiany? Owszem, zachodzą. Ciężko określić, czy są to zmiany na dobre czy na złe, bo jak wiadomo natura nie znosi próżni - tam gdzie czegoś ubędzie, tam natychmiast musi przybyć czegoś innego, a mówiąc po ludzku - co się polepszy, to się popieprzy. I o tym będzie dzisiejszy wpis - o tym, co w dniu Wszystkich Świętych się zmieniło i o tym, co zapewne nie zmieni się nigdy.
Agresja mode: on
Tytuł wpisu nie jest przypadkowy. To cytat. Ot, taka sytuacja: na przystanek podjeżdża autobus dowożący ludzi na cmentarz. Tłum rusza w stronę otwartych drzwi, jakby wewnątrz czekało zbawienie. Nagle stop! Blokada. Coś się dzieje. Oto stojący w tłumie wsiadających tatuś postanowił wsiąść pierwszy, a do wymuszenia pierwszeństwa wykorzystał wózek dziecięcy pchany przed sobą. Mówiąc krótko, próbował rozepchać grupę wysiadających. Upomniany, że chyba jednak najpierw przepuszcza się opuszczających pojazd, dopiero potem wsiada, zareagował pięknym, jakże polskim zwrotem: "Aaa idź, bo jak ci jebnę...". I powiem tyle - miał farta, naprawdę. Facet, do którego zostały skierowane te słowa miał wymiary naprawdę słuszne. Podejrzewam, że gdyby doszło pomiędzy nimi do wymiany ciosów, to dzień zaduszny stałby się świętem także dla bojowego tatusia. Nie dostał w klawiaturę z litości. I tu ciekawostka. W pierwszych dwóch dniach listopada miasto uruchamia specjalne linie autobusowe, kursujące w szczycie "przycmentarnej aktywności" z częstotliwością 2-3 minut. Zaraz za autobusem, o który tak zaciekle walczono, stał drugi. Pusty. Gotów na przyjęcie pasażerów. No ale ten był pierwszy. Bij, zabij! Nabluzgajmy na innych, wypełnijmy pojazd po sufit tłocząc się jak sardynki. Dojedziemy na groby pierwsi! Dwie minuty wcześniej, ale to już coś! A tamci frajerzy? Niech się duszą... w pustym autobusie... każdy wygodnie... siedząc... oh wait! No, jedźmy już, zanim dotrze do nas, że to co właśnie zrobiliśmy jest pozbawione sensu.
Nie wiem jaki czynnik wzbudza w tłumie tak pierwotne instynkty jak chęć "jebnięcia" komuś za zwrócenie słusznej zresztą uwagi. Nie da się jednak nie zauważyć, że agresja (mniejsza lub większa) to stały element świąt listopadowych. Może to wynik zmęczenia? Tylko... skoro coś jest tak męczące, że wywołuje w człowieku chęć mordu, a nie jest obowiązkowe, po jaką cholerę to praktykować?
Nie dotyczy to tylko okolic przystanków KM, ale także straganów z kwiatami i zniczami. Tu zasłyszane, nie mniej piękne: "Panie, kurwa pana mać, kolejka!" "A chuj kładę na twoją kolejkę, bucu!". Sytuacja identyczna jak w pierwszym przypadku - obok stoisko niemal puste, ceny identyczne. Ale znów - to było pierwsze, a tamci frajerzy? No niech stoją... bez kolejki... oh wait!
"Biedna dziewszina, Paris Hilton wanna be..."
O cmentarnej rewii mody tysiące blogerów (a głównie blogerek) napisało setki tysięcy słów. I ja dodam coś od siebie. To zabawne zjawisko nie zmienia się bowiem od lat. Odkąd pamiętam 1 i 2 listopada to dni, w których rzesze pań, panienek, dam i nobliwych matron, postanawiają wydobyć ze swoich szaf wszystko, co udało się kupić w ciągu ostatnich miesięcy. Wydobyć, założyć na siebie i ruszyć na podbój alejek i kwater. Gwóźdź programu - parada futer i obuwia zimowego. Niezależnie od temperatury. Nie żeby mi to jakoś przeszkadzało, bo w końcu to nie ja się pocę, ale czy wyjaśni mi ktoś, czym różni się listopadowe 15 stopni ciepła od powiedzmy majowych 15 stopni ciepła? Podejrzewam, że odpowiedź będzie znana: "No wiesz, ale to już listopad..." I co z tego? Ciepły dzień w listopadzie to taki sam ciepły dzień, jak jego odpowiednik w dowolnym miesiącu. To naprawdę nie działa tak, że wraz ze zmianą nazwy miesiąca w kalendarzu nagle to samo ciepłe powietrze, które grzało nas w październiku, zacznie ziębić w listopadzie. A może chodzi o to, aby pokazać nowe futro czy buty? Żeby Kowalską spod szóstki szlag jasny (pośród tej zadumy oczywiście) trafił? Żeby ta pindzia, Kaśka z IIC z zazdrości kolki wątrobowej (pośród tej zadumy oczywiście) dostała i pryszcz jej na środku czachy wyskoczył? Żeby ta Agnieszka z domu obok z zazdrości tymi swoimi tipsiorami (pośród tej zadumy oczywiście) przeorała ogródek? Nie! Broń Boże. Nie chodzi o to! Chodzi o to, że 31 października 15 stopni ciepła to 15 stopni ciepła, ale już 1 listopada to zabójczy mróz.
"Handel lud zalewa boży..."
A teraz coś, co jest w mojej opinii pewną zmianą na plus. Otóż okolice cmentarzy w ciągu tych dwóch listopadowych dni z roku na rok przestają przypominać hipermarket. Naprawdę. Sprzedaż wiązanek, zniczy czy innych cmentarnych utensyliów nie jest niczym rażącym, jak najbardziej to popieram. Pamiętam jednak lata 90. Potwierdzić to może każdy, kto w tych latach żył - pod cmentarzem można było dostać... wszystko. Stragany posiadające w ofercie "szwarc, mydło i powidło" ciągnęły się na odcinku około trzystu metrów wzdłuż ulicy przylegającej do muru nekropolii. Oprócz zabawek można było dostać tam także podróby odzieży, kasety z muzyką (niejednokrotnie odtwarzaną, jak to mówią Ślązacy, "na cały karpyntel", a gorole "na fulla") i coś, z czym od lat kojarzył mi się dzień Wszystkich Świętych - petardy. O tak, dziś nie uświadczy się już huku generowanego przez domorosłych pirotechników, a jeszcze kilka lat temu ten dzień pod względem efektów dźwiękowych przypominał lądowanie w Normandii. Niczym dziwnym nie była też sytuacja, w której jakiś ćwierćinteligent rzucił taką petardą w tłum idących na cmentarz. Bo to takie, kurwa mać, zabawne...
Zmieniła się natomiast moda w wystroju grobów. Dziś znicz to już dawno nie znicz, ale olbrzymi lampion, niemalże latarnia. Czasem bardzo "eko", bo już nie z kopcącą wewnątrz świecą, a z diodami LED. Tak, i taki wynalazek widziałem - lampion nie dość, że świecący niemalże tak jasno jak porządna latarka, to jeszcze błyskający i zmieniający kolory. Miejska legenda głosi, że są i takie z melodyjką. Jeśli ktoś z Was zechce mi coś takiego postawić nad miejscem doczesnego spoczynku moich szanownych gnatów, ostrzegam - będę straszył jak jasna cholera.
A tak na poważnie - signum tempori? Czy naprawdę niedługo będziemy szli nie "zapalić świeczkę", a "wymienić bateryjkę"? Możliwe. Tylko klimat jakby nie ten...
Wszystkich Świętych i dzień zaduszny, jak się rzekło, już za nami. Przed nami kolejne lata, kolejne dni zadumy. Tylko kiedy się na to wszystko patrzy, to jakby w tej zadumie zadumy... mniej. Jest pośpiech, jest tandeta, jest parada futer. Ważne, żeby odfajkować, żeby zaliczyć, pobiec do następnego grobu, trzepnąć na szybko "zdrowaśkę", potem jeszcze spotkanie z rodziną i do domu. I spokój. Byle do następnego roku, wtedy załatwi się to jeszcze szybciej.
A może naprawdę w te dni warto trochę zwolnić? Bez względu na wyznawane poglądy pomyśleć nad tym, że jako ludzie przemijamy? Że to wcale nie jest tak jak próbują nam wmówić media - nie będziemy żyć wiecznie, a nowa pigułka, szampon czy krem nie przedłużą nam życia w nieskończoność.
Kilka dni temu zwróciłem uwagę na bardzo mądrą w swojej prostocie inskrypcję nagrobną:
Byłem w tym tłumie. Jak co roku. Poczyniłem obserwacje. Jak co roku. Czy zachodzą zmiany? Owszem, zachodzą. Ciężko określić, czy są to zmiany na dobre czy na złe, bo jak wiadomo natura nie znosi próżni - tam gdzie czegoś ubędzie, tam natychmiast musi przybyć czegoś innego, a mówiąc po ludzku - co się polepszy, to się popieprzy. I o tym będzie dzisiejszy wpis - o tym, co w dniu Wszystkich Świętych się zmieniło i o tym, co zapewne nie zmieni się nigdy.
Agresja mode: on
Tytuł wpisu nie jest przypadkowy. To cytat. Ot, taka sytuacja: na przystanek podjeżdża autobus dowożący ludzi na cmentarz. Tłum rusza w stronę otwartych drzwi, jakby wewnątrz czekało zbawienie. Nagle stop! Blokada. Coś się dzieje. Oto stojący w tłumie wsiadających tatuś postanowił wsiąść pierwszy, a do wymuszenia pierwszeństwa wykorzystał wózek dziecięcy pchany przed sobą. Mówiąc krótko, próbował rozepchać grupę wysiadających. Upomniany, że chyba jednak najpierw przepuszcza się opuszczających pojazd, dopiero potem wsiada, zareagował pięknym, jakże polskim zwrotem: "Aaa idź, bo jak ci jebnę...". I powiem tyle - miał farta, naprawdę. Facet, do którego zostały skierowane te słowa miał wymiary naprawdę słuszne. Podejrzewam, że gdyby doszło pomiędzy nimi do wymiany ciosów, to dzień zaduszny stałby się świętem także dla bojowego tatusia. Nie dostał w klawiaturę z litości. I tu ciekawostka. W pierwszych dwóch dniach listopada miasto uruchamia specjalne linie autobusowe, kursujące w szczycie "przycmentarnej aktywności" z częstotliwością 2-3 minut. Zaraz za autobusem, o który tak zaciekle walczono, stał drugi. Pusty. Gotów na przyjęcie pasażerów. No ale ten był pierwszy. Bij, zabij! Nabluzgajmy na innych, wypełnijmy pojazd po sufit tłocząc się jak sardynki. Dojedziemy na groby pierwsi! Dwie minuty wcześniej, ale to już coś! A tamci frajerzy? Niech się duszą... w pustym autobusie... każdy wygodnie... siedząc... oh wait! No, jedźmy już, zanim dotrze do nas, że to co właśnie zrobiliśmy jest pozbawione sensu.
Nie wiem jaki czynnik wzbudza w tłumie tak pierwotne instynkty jak chęć "jebnięcia" komuś za zwrócenie słusznej zresztą uwagi. Nie da się jednak nie zauważyć, że agresja (mniejsza lub większa) to stały element świąt listopadowych. Może to wynik zmęczenia? Tylko... skoro coś jest tak męczące, że wywołuje w człowieku chęć mordu, a nie jest obowiązkowe, po jaką cholerę to praktykować?
Nie dotyczy to tylko okolic przystanków KM, ale także straganów z kwiatami i zniczami. Tu zasłyszane, nie mniej piękne: "Panie, kurwa pana mać, kolejka!" "A chuj kładę na twoją kolejkę, bucu!". Sytuacja identyczna jak w pierwszym przypadku - obok stoisko niemal puste, ceny identyczne. Ale znów - to było pierwsze, a tamci frajerzy? No niech stoją... bez kolejki... oh wait!
"Biedna dziewszina, Paris Hilton wanna be..."
O cmentarnej rewii mody tysiące blogerów (a głównie blogerek) napisało setki tysięcy słów. I ja dodam coś od siebie. To zabawne zjawisko nie zmienia się bowiem od lat. Odkąd pamiętam 1 i 2 listopada to dni, w których rzesze pań, panienek, dam i nobliwych matron, postanawiają wydobyć ze swoich szaf wszystko, co udało się kupić w ciągu ostatnich miesięcy. Wydobyć, założyć na siebie i ruszyć na podbój alejek i kwater. Gwóźdź programu - parada futer i obuwia zimowego. Niezależnie od temperatury. Nie żeby mi to jakoś przeszkadzało, bo w końcu to nie ja się pocę, ale czy wyjaśni mi ktoś, czym różni się listopadowe 15 stopni ciepła od powiedzmy majowych 15 stopni ciepła? Podejrzewam, że odpowiedź będzie znana: "No wiesz, ale to już listopad..." I co z tego? Ciepły dzień w listopadzie to taki sam ciepły dzień, jak jego odpowiednik w dowolnym miesiącu. To naprawdę nie działa tak, że wraz ze zmianą nazwy miesiąca w kalendarzu nagle to samo ciepłe powietrze, które grzało nas w październiku, zacznie ziębić w listopadzie. A może chodzi o to, aby pokazać nowe futro czy buty? Żeby Kowalską spod szóstki szlag jasny (pośród tej zadumy oczywiście) trafił? Żeby ta pindzia, Kaśka z IIC z zazdrości kolki wątrobowej (pośród tej zadumy oczywiście) dostała i pryszcz jej na środku czachy wyskoczył? Żeby ta Agnieszka z domu obok z zazdrości tymi swoimi tipsiorami (pośród tej zadumy oczywiście) przeorała ogródek? Nie! Broń Boże. Nie chodzi o to! Chodzi o to, że 31 października 15 stopni ciepła to 15 stopni ciepła, ale już 1 listopada to zabójczy mróz.
"Handel lud zalewa boży..."
A teraz coś, co jest w mojej opinii pewną zmianą na plus. Otóż okolice cmentarzy w ciągu tych dwóch listopadowych dni z roku na rok przestają przypominać hipermarket. Naprawdę. Sprzedaż wiązanek, zniczy czy innych cmentarnych utensyliów nie jest niczym rażącym, jak najbardziej to popieram. Pamiętam jednak lata 90. Potwierdzić to może każdy, kto w tych latach żył - pod cmentarzem można było dostać... wszystko. Stragany posiadające w ofercie "szwarc, mydło i powidło" ciągnęły się na odcinku około trzystu metrów wzdłuż ulicy przylegającej do muru nekropolii. Oprócz zabawek można było dostać tam także podróby odzieży, kasety z muzyką (niejednokrotnie odtwarzaną, jak to mówią Ślązacy, "na cały karpyntel", a gorole "na fulla") i coś, z czym od lat kojarzył mi się dzień Wszystkich Świętych - petardy. O tak, dziś nie uświadczy się już huku generowanego przez domorosłych pirotechników, a jeszcze kilka lat temu ten dzień pod względem efektów dźwiękowych przypominał lądowanie w Normandii. Niczym dziwnym nie była też sytuacja, w której jakiś ćwierćinteligent rzucił taką petardą w tłum idących na cmentarz. Bo to takie, kurwa mać, zabawne...
Zmieniła się natomiast moda w wystroju grobów. Dziś znicz to już dawno nie znicz, ale olbrzymi lampion, niemalże latarnia. Czasem bardzo "eko", bo już nie z kopcącą wewnątrz świecą, a z diodami LED. Tak, i taki wynalazek widziałem - lampion nie dość, że świecący niemalże tak jasno jak porządna latarka, to jeszcze błyskający i zmieniający kolory. Miejska legenda głosi, że są i takie z melodyjką. Jeśli ktoś z Was zechce mi coś takiego postawić nad miejscem doczesnego spoczynku moich szanownych gnatów, ostrzegam - będę straszył jak jasna cholera.
A tak na poważnie - signum tempori? Czy naprawdę niedługo będziemy szli nie "zapalić świeczkę", a "wymienić bateryjkę"? Możliwe. Tylko klimat jakby nie ten...
Wszystkich Świętych i dzień zaduszny, jak się rzekło, już za nami. Przed nami kolejne lata, kolejne dni zadumy. Tylko kiedy się na to wszystko patrzy, to jakby w tej zadumie zadumy... mniej. Jest pośpiech, jest tandeta, jest parada futer. Ważne, żeby odfajkować, żeby zaliczyć, pobiec do następnego grobu, trzepnąć na szybko "zdrowaśkę", potem jeszcze spotkanie z rodziną i do domu. I spokój. Byle do następnego roku, wtedy załatwi się to jeszcze szybciej.
A może naprawdę w te dni warto trochę zwolnić? Bez względu na wyznawane poglądy pomyśleć nad tym, że jako ludzie przemijamy? Że to wcale nie jest tak jak próbują nam wmówić media - nie będziemy żyć wiecznie, a nowa pigułka, szampon czy krem nie przedłużą nam życia w nieskończoność.
Kilka dni temu zwróciłem uwagę na bardzo mądrą w swojej prostocie inskrypcję nagrobną:
"Gdzie Ty jesteś, ja byłem. Gdzie ja jestem, Ty będziesz."Nie zapominajmy o tym, że każda droga gdzieś się kończy.
środa, 2 września 2015
" Zuchwalco światowy! Jakież przedsięwzięcie wiedzie cię tutaj?" albo piekiełko polskich forów hobbystycznych.
Czemu część tytułu dzisiejszego posta zapożyczyłem z klasyki polskiej literatury, konkretnie z "Popiołów" Żeromskiego? Jeśli ktoś czytał tę powieść, zapamiętał zapewne, w którym momencie one padają - otóż dzieje się to w chwili wstępowania głównego bohatera do loży masońskiej. Postąpiłem tak nieprzypadkowo. Temat, o którym chciałbym wspomnieć to... polskie fora hobbystyczne. "No ale zara, czekaj, moment! Zaczynasz o masonach, kończysz o hobbystach, o co chodzi?" - powiecie. Już wyjaśniam - wstąpienie w szeregi masonerii jest tak samo "proste", jak uzyskanie jakiejkolwiek informacji na typowym polskim forum tematycznym - da się, ale gwarancji sukcesu nie ma. O ile wolnomularzom skrywanie swoich tajemnic nakazuje wieloletnia tradycja, to jeszcze nigdy, rejestrując się na jakimkolwiek forum nie byłem zobowiązany do składania przysiąg na swój honor, za świadka biorąc braci, siostry i Świata Całego Budownika, że tajemnic mi powierzonych nie wyjawię nikomu. Ani ja, ani najpewniej żaden z pozostałych userów. A jednak wrażenie można odnieść zupełnie inne...
Wyobraźmy sobie drogi czytelniku, że masz jakieś mniej lub bardziej nietypowe hobby. Nie, nie takie, jakie miał słynny pan Grey, bohater pewnego popularnego ostatnio czytadła (chociaż jeśli takie masz - nic co ludzkie nie jest mi obce... :) ). Interesujesz się tym tematem w bardzo dużym stopniu - czytasz fachową literaturę, oglądasz efekty pracy innych i oczywiście sam praktykujesz. Nabierasz wprawy, ale przede wszystkim czerpiesz z tego radochę - taka bowiem jest rola hobby - ma nieść przede wszystkim radość. Nagle pojawia się jakiś problem. Dowolny, być może niewielki, ale wkurzający. Literatura milczy, wujek Google doznał zapętlenia (jakiego - o tym za chwilę), mówiąc krótko - kaplica. Znajdujesz więc forum tematyczne. Sprawia wrażenie elitarnego (często ma to w nazwie - pieprzyć skromność, nie?) - dostęp do jego zasobów uzyskasz tylko po rejestracji. Rejestrujesz się, przeszukujesz forum. Nic nie znalazłeś. Zdajesz więc pytanie... No toś wpadł bratku, oj wpadł żeś po uszy... Oto co najpewniej otrzymasz:
"No witaj... jak widzę kolejny amator nie potrafi poradzić sobie z problemem prostym jak budowa Wielkiego Zderzacza Hadronów... Pamiętaj, że nasze W CHUJ ELITARNE podkreślam - E-LI-TAR-NE forum posiada taką opcję jak SZUKAJ. Korzystałeś? Temat był wałkowany setki tysięcy razy. Pytając wyrażasz skrajną postawę roszczeniową, jak to zresztą dzisiejsza młodzież - tylko im daj i daj! [szybkie zerknięcie w profil odpowiadającego - jest o rok starszy od Ciebie] Temat uważam za zakończony - po prostu poszukaj sobie odpowiedzi, bo dam sobie uciąć rękę i dorzucam półtorej nogi, że Twój problem był poruszany kwadrylion razy... Nie pozdrawiam, Kozak Nad Kozaki Ultraspecjalista w randze Supermistrza, Santo Subito Jego Eminencja Moderator Seba97 P.S. Ech, amatorzy, amatorzy..."
W tym momencie szlag Cię jasny trafił. Przecież szukałeś! Szukałeś przez dwa dni. Nie znalazłeś nic. A, przepraszam! Znalazłeś wpis podobnego Tobie biedaczyska, któremu okazano więcej łaski - podano mu link do dyskusji składającej się ze 140 podstron. Zaczętej w okolicach roku, w którym wchodziłeś jeszcze na stojąco pod szafę, a trwającej do dziś. Najpewniej toczy się tam tzw. gównoburza, w której starzy użytkownicy mierzą wzajemnie swoje wirtualne penisy tworząc wpisy o objętości rozprawy doktorskiej, w których rozwodzą się nad wyższością np. modelu jednego przyrządu nad jego nowszą/starszą wersją. Gdzieś tam powinna być odpowiedź na Twoje pytanie. "Gdzie? No... gdzieś tam! Spływaj kopać w szambie. Roszczeniowcu paskudny -.-".
Tymczasem, chociaż padła taka groźba, Twoje pytanie nadal wisi. I nawet pojawiła się tam odpowiedź:
"Hehehehe, Seba97 ma rację, jak zawsze. Ech Seba, stary wyjadaczu, kiedy to obiecane piwko? No ale mniejsza... Mówisz, że masz problem? Dziwisz się? Używasz niewłaściwego sprzętu! Używanie go grozi śmiercią, trwałym kalectwem oraz wadami genetycznymi u Twojego przyszłego potomstwa. Nie wiem, jak można być tak głupim... Pokażę ten temat Pszemkowi88, złapie się za głowę hehe. Jeszcze raz racja Seba! Amatorzy to tacy kretyni..."
I teraz ważna sprawa - dostałeś informację, że nie używasz właściwego sprzętu. Zostałeś też nazwany już kilka razy amatorem Co to właściwie oznacza pojęcie "właściwy sprzęt" i kim nie jest "amator" na przeciętnym polskim forum tematycznym?
a) Na forum fotograficznym amatorem nie jest wyłącznie fotograf(IK!!!) z dziada pradziada, robiący doskonałe zdjęcia zaraz po otrząśnięciu się z wód płodowych. Studia artystyczne w Paryżu to była tylko formalność. Właściciel PROFESJONALNEGO studia fotograficznego, nie wyrabiający się wprost ze zleceniami, z szeregiem nagród i wyróżnień na wszelkich konkursach. Profesjonalista posługuje się TYLKO Hasselbladem H5D-50c za około 20 tysięcy ojro. Na forum fotograficznym KAŻDY jest takim zawodowcem. Każdy tylko nie Ty, amatorze.
b) Na forum sportowym amatorem nie jest ktoś, kto ma przynajmniej dwóch olimpijczyków w rodzinie. Odzywać się masz tam prawo wyłącznie jeśli posiadasz tytuł przynajmniej mistrza Polski. Profesjonalista rusza uprawiać sport w komplecie akcesoriów godnych astronauty - konieczny jest miernik tętna, prędkości, wysokości, pochylenia terenu, ciśnienia krwi, powietrza wdychanego i wydychanego oraz atmosferycznego, temperatury ciała, różnicy temperatury pomiędzy lewym i prawym półdupkiem, stężenia cukru we krwi, częstotliwości oddechu. A to ledwo początek, bo potrzeba jeszcze kosmicznej odzieży inteligentnej (gacie, które kończyły Oxford z wyróżnieniem to norma), która dopasowuje się do każdej sylwetki i wykonana jest z materiałów używanych przy produkcji myśliwców naddźwiękowych. Koniecznie z olbrzymim logo producenta - z przodu ("Ooo, nadciąga profesjonalista, czas złożyć pokłon profani!") i z tyłu ("Aaale poszedł! Szacunek i podziw dla mistrza!"). I buty! Najważniejsze! Buty które praktycznie same chodzą - z autopilotem, amortyzacją, GPS/GLONASS, systemem identyfikacji "swój-obcy", dopalaczem, automatycznym chłodzeniem stopy, systemem "AntySztync 2015", wagą... Profesjonalista wie, że nie wyniki są najważniejsze, a przyjemność z uprawiania sportu. Amatorzy tego nie zrozumieją. A Ty jesteś amatorem. I dopóki sobie tego wszystkiego nie kupisz, będziesz nim. Albo padniesz na zawał, udar mózgu i raka ptaka na raz, pięć minut po rozpoczęciu rozgrzewki.
c) Na forum miłośników szycia profechą jest gość o nicku w stylu ŁucznikDominator. Szyje dla największych projektantów, którzy leją się po mordach pod windą w jego bloku, bo przecież każdy chce być pierwszy. ŁucznikDominator dawno nie używa już do szycia maszyny - robi to tradycyjnie - igłą ze stali z domieszką gruntu marsjańskiego i nicią pająka występującego tylko w centrum centrum centrum centralnej części centrum Puszczy Amazońskiej. Osobiście lata na Marsa po składniki do igły i szuka z narażeniem życia tego pająka. Ty amatorze tak nie umiesz. I nigdy nie będziesz umiał. Bo jesteś amatorem.
d) O forach komputerowych nawet nie wspominam. Słynne, niemal święte dla wielu pseudoinformatyków stwierdzenie "U mnie działa" jest ich hasłem flagowym. Każdy sprzęt, jaki kupisz będzie niewłaściwy, bo przecież wydałeś 200 zł i dostałeś dziadostwo. Gdybyś poczekał dwa lata i dołożył 2500 zł, miałbyś to co jedna z ważniejszych figur na forum - sprzęt z certyfikatem NASA, funkcją obierania cebuli, parzenia kawy, oparty na dwudziestordzeniowym procesorze, a wszystko to zasilane zasilaczem do spawarki i chłodzone specjalnym systemem zapewniającym temperaturę zera absolutnego. A w dodatku z niebieskimi diodami na obudowie.
Wspominałem wcześniej, że podczas szukania niektórych specjalistycznych informacji Google może się zapętlić. Co to oznacza? Bardzo często użytkownicy forów tematycznych jako poradę stosują słynne określenie "Google nie gryzie". A co jeśli forum na którym się udzielają jest jednym z największych? I większość wyników z Google prowadzi... do tego właśnie forum? Właśnie do tematów, w których ktoś opisywał konkretny problem, ale dostał odpowiedź, aby poszukał w Google. Taka mała sieciowa paranoja.
Rozwiązania więc nie znalazłeś. Mało tego - zapewne wkurzono Cię, a kto wie? Może nawet i podcięto Ci skrzydła. Poczułeś się gorszy. Mam radę - miej to w dupie. Naprawdę. Jako pasjonat dopuszczaj do siebie wyłącznie konstruktywną krytykę. Tylko taka rozwija. Fora traktuj jako ciekawostkę, a nie jako niepodważalne źródło wiedzy. Opieraj się na fachowej literaturze, czy poradach bardziej doświadczonych, nie anonimowych pasjonatów - uwierz, oni nie są zadufani w sobie i na pewno nie zganią Cię za to, że chcesz podążać ich ścieżką. Nie boją się konkurencji, bo ludzie dobrzy w swoim fachu konkurencji bać się nie muszą - są zwykle jakością i marką samą w sobie, a ta - sama się obroni. I mają dystans, bo sami dobrze pamiętają, jak wyglądały ich początki. Doskonały przykład - znany w Polsce mistrz fotografii lotniczej Sławomir "Hesja" Krajniewski opublikował na swojej stronie (pod wyróżnionym tekstem link do miejsca, o którym mówię) kompletny poradnik jak fotografować na pokazach Air Show w Radomiu. Tak po prostu. Za darmo. Kompletny poradnik ze szczegółami bardzo ważnymi dla pasjonatów. Na tym właśnie polega mistrzostwo. Na forach o takie rzeczy ciężko. Czemu? Uwierz na słowo - moderowałem kilka forów w życiu. Wielu z tych ultraspeców od wszystkiego, wciskających szpilę gdzie się da to... mitomani budujący w swoich opowieściach wirtualne światy pełne niebosiężnych sukcesów. Spora część to wszelkiego rodzaju frustraci, źli na cały świat, zdający sobie sprawę z tego, że czas mija, a określoną pasją zajmują się coraz młodsze roczniki. Nie od dziś wiadomo, że anonimowość Internetu przyciąga różnych ludzi. Działaj dalej, a fora dla specjalistów zostaw "specjalistom". Niech nadal bawią się w kółeczka wzajemnej adoracji/nienawiści. Ich cyrk, ich małpy. :)
Wyobraźmy sobie drogi czytelniku, że masz jakieś mniej lub bardziej nietypowe hobby. Nie, nie takie, jakie miał słynny pan Grey, bohater pewnego popularnego ostatnio czytadła (chociaż jeśli takie masz - nic co ludzkie nie jest mi obce... :) ). Interesujesz się tym tematem w bardzo dużym stopniu - czytasz fachową literaturę, oglądasz efekty pracy innych i oczywiście sam praktykujesz. Nabierasz wprawy, ale przede wszystkim czerpiesz z tego radochę - taka bowiem jest rola hobby - ma nieść przede wszystkim radość. Nagle pojawia się jakiś problem. Dowolny, być może niewielki, ale wkurzający. Literatura milczy, wujek Google doznał zapętlenia (jakiego - o tym za chwilę), mówiąc krótko - kaplica. Znajdujesz więc forum tematyczne. Sprawia wrażenie elitarnego (często ma to w nazwie - pieprzyć skromność, nie?) - dostęp do jego zasobów uzyskasz tylko po rejestracji. Rejestrujesz się, przeszukujesz forum. Nic nie znalazłeś. Zdajesz więc pytanie... No toś wpadł bratku, oj wpadł żeś po uszy... Oto co najpewniej otrzymasz:
"No witaj... jak widzę kolejny amator nie potrafi poradzić sobie z problemem prostym jak budowa Wielkiego Zderzacza Hadronów... Pamiętaj, że nasze W CHUJ ELITARNE podkreślam - E-LI-TAR-NE forum posiada taką opcję jak SZUKAJ. Korzystałeś? Temat był wałkowany setki tysięcy razy. Pytając wyrażasz skrajną postawę roszczeniową, jak to zresztą dzisiejsza młodzież - tylko im daj i daj! [szybkie zerknięcie w profil odpowiadającego - jest o rok starszy od Ciebie] Temat uważam za zakończony - po prostu poszukaj sobie odpowiedzi, bo dam sobie uciąć rękę i dorzucam półtorej nogi, że Twój problem był poruszany kwadrylion razy... Nie pozdrawiam, Kozak Nad Kozaki Ultraspecjalista w randze Supermistrza, Santo Subito Jego Eminencja Moderator Seba97 P.S. Ech, amatorzy, amatorzy..."
W tym momencie szlag Cię jasny trafił. Przecież szukałeś! Szukałeś przez dwa dni. Nie znalazłeś nic. A, przepraszam! Znalazłeś wpis podobnego Tobie biedaczyska, któremu okazano więcej łaski - podano mu link do dyskusji składającej się ze 140 podstron. Zaczętej w okolicach roku, w którym wchodziłeś jeszcze na stojąco pod szafę, a trwającej do dziś. Najpewniej toczy się tam tzw. gównoburza, w której starzy użytkownicy mierzą wzajemnie swoje wirtualne penisy tworząc wpisy o objętości rozprawy doktorskiej, w których rozwodzą się nad wyższością np. modelu jednego przyrządu nad jego nowszą/starszą wersją. Gdzieś tam powinna być odpowiedź na Twoje pytanie. "Gdzie? No... gdzieś tam! Spływaj kopać w szambie. Roszczeniowcu paskudny -.-".
Tymczasem, chociaż padła taka groźba, Twoje pytanie nadal wisi. I nawet pojawiła się tam odpowiedź:
"Hehehehe, Seba97 ma rację, jak zawsze. Ech Seba, stary wyjadaczu, kiedy to obiecane piwko? No ale mniejsza... Mówisz, że masz problem? Dziwisz się? Używasz niewłaściwego sprzętu! Używanie go grozi śmiercią, trwałym kalectwem oraz wadami genetycznymi u Twojego przyszłego potomstwa. Nie wiem, jak można być tak głupim... Pokażę ten temat Pszemkowi88, złapie się za głowę hehe. Jeszcze raz racja Seba! Amatorzy to tacy kretyni..."
I teraz ważna sprawa - dostałeś informację, że nie używasz właściwego sprzętu. Zostałeś też nazwany już kilka razy amatorem Co to właściwie oznacza pojęcie "właściwy sprzęt" i kim nie jest "amator" na przeciętnym polskim forum tematycznym?
a) Na forum fotograficznym amatorem nie jest wyłącznie fotograf(IK!!!) z dziada pradziada, robiący doskonałe zdjęcia zaraz po otrząśnięciu się z wód płodowych. Studia artystyczne w Paryżu to była tylko formalność. Właściciel PROFESJONALNEGO studia fotograficznego, nie wyrabiający się wprost ze zleceniami, z szeregiem nagród i wyróżnień na wszelkich konkursach. Profesjonalista posługuje się TYLKO Hasselbladem H5D-50c za około 20 tysięcy ojro. Na forum fotograficznym KAŻDY jest takim zawodowcem. Każdy tylko nie Ty, amatorze.
b) Na forum sportowym amatorem nie jest ktoś, kto ma przynajmniej dwóch olimpijczyków w rodzinie. Odzywać się masz tam prawo wyłącznie jeśli posiadasz tytuł przynajmniej mistrza Polski. Profesjonalista rusza uprawiać sport w komplecie akcesoriów godnych astronauty - konieczny jest miernik tętna, prędkości, wysokości, pochylenia terenu, ciśnienia krwi, powietrza wdychanego i wydychanego oraz atmosferycznego, temperatury ciała, różnicy temperatury pomiędzy lewym i prawym półdupkiem, stężenia cukru we krwi, częstotliwości oddechu. A to ledwo początek, bo potrzeba jeszcze kosmicznej odzieży inteligentnej (gacie, które kończyły Oxford z wyróżnieniem to norma), która dopasowuje się do każdej sylwetki i wykonana jest z materiałów używanych przy produkcji myśliwców naddźwiękowych. Koniecznie z olbrzymim logo producenta - z przodu ("Ooo, nadciąga profesjonalista, czas złożyć pokłon profani!") i z tyłu ("Aaale poszedł! Szacunek i podziw dla mistrza!"). I buty! Najważniejsze! Buty które praktycznie same chodzą - z autopilotem, amortyzacją, GPS/GLONASS, systemem identyfikacji "swój-obcy", dopalaczem, automatycznym chłodzeniem stopy, systemem "AntySztync 2015", wagą... Profesjonalista wie, że nie wyniki są najważniejsze, a przyjemność z uprawiania sportu. Amatorzy tego nie zrozumieją. A Ty jesteś amatorem. I dopóki sobie tego wszystkiego nie kupisz, będziesz nim. Albo padniesz na zawał, udar mózgu i raka ptaka na raz, pięć minut po rozpoczęciu rozgrzewki.
c) Na forum miłośników szycia profechą jest gość o nicku w stylu ŁucznikDominator. Szyje dla największych projektantów, którzy leją się po mordach pod windą w jego bloku, bo przecież każdy chce być pierwszy. ŁucznikDominator dawno nie używa już do szycia maszyny - robi to tradycyjnie - igłą ze stali z domieszką gruntu marsjańskiego i nicią pająka występującego tylko w centrum centrum centrum centralnej części centrum Puszczy Amazońskiej. Osobiście lata na Marsa po składniki do igły i szuka z narażeniem życia tego pająka. Ty amatorze tak nie umiesz. I nigdy nie będziesz umiał. Bo jesteś amatorem.
d) O forach komputerowych nawet nie wspominam. Słynne, niemal święte dla wielu pseudoinformatyków stwierdzenie "U mnie działa" jest ich hasłem flagowym. Każdy sprzęt, jaki kupisz będzie niewłaściwy, bo przecież wydałeś 200 zł i dostałeś dziadostwo. Gdybyś poczekał dwa lata i dołożył 2500 zł, miałbyś to co jedna z ważniejszych figur na forum - sprzęt z certyfikatem NASA, funkcją obierania cebuli, parzenia kawy, oparty na dwudziestordzeniowym procesorze, a wszystko to zasilane zasilaczem do spawarki i chłodzone specjalnym systemem zapewniającym temperaturę zera absolutnego. A w dodatku z niebieskimi diodami na obudowie.
Wspominałem wcześniej, że podczas szukania niektórych specjalistycznych informacji Google może się zapętlić. Co to oznacza? Bardzo często użytkownicy forów tematycznych jako poradę stosują słynne określenie "Google nie gryzie". A co jeśli forum na którym się udzielają jest jednym z największych? I większość wyników z Google prowadzi... do tego właśnie forum? Właśnie do tematów, w których ktoś opisywał konkretny problem, ale dostał odpowiedź, aby poszukał w Google. Taka mała sieciowa paranoja.
Rozwiązania więc nie znalazłeś. Mało tego - zapewne wkurzono Cię, a kto wie? Może nawet i podcięto Ci skrzydła. Poczułeś się gorszy. Mam radę - miej to w dupie. Naprawdę. Jako pasjonat dopuszczaj do siebie wyłącznie konstruktywną krytykę. Tylko taka rozwija. Fora traktuj jako ciekawostkę, a nie jako niepodważalne źródło wiedzy. Opieraj się na fachowej literaturze, czy poradach bardziej doświadczonych, nie anonimowych pasjonatów - uwierz, oni nie są zadufani w sobie i na pewno nie zganią Cię za to, że chcesz podążać ich ścieżką. Nie boją się konkurencji, bo ludzie dobrzy w swoim fachu konkurencji bać się nie muszą - są zwykle jakością i marką samą w sobie, a ta - sama się obroni. I mają dystans, bo sami dobrze pamiętają, jak wyglądały ich początki. Doskonały przykład - znany w Polsce mistrz fotografii lotniczej Sławomir "Hesja" Krajniewski opublikował na swojej stronie (pod wyróżnionym tekstem link do miejsca, o którym mówię) kompletny poradnik jak fotografować na pokazach Air Show w Radomiu. Tak po prostu. Za darmo. Kompletny poradnik ze szczegółami bardzo ważnymi dla pasjonatów. Na tym właśnie polega mistrzostwo. Na forach o takie rzeczy ciężko. Czemu? Uwierz na słowo - moderowałem kilka forów w życiu. Wielu z tych ultraspeców od wszystkiego, wciskających szpilę gdzie się da to... mitomani budujący w swoich opowieściach wirtualne światy pełne niebosiężnych sukcesów. Spora część to wszelkiego rodzaju frustraci, źli na cały świat, zdający sobie sprawę z tego, że czas mija, a określoną pasją zajmują się coraz młodsze roczniki. Nie od dziś wiadomo, że anonimowość Internetu przyciąga różnych ludzi. Działaj dalej, a fora dla specjalistów zostaw "specjalistom". Niech nadal bawią się w kółeczka wzajemnej adoracji/nienawiści. Ich cyrk, ich małpy. :)
Etykiety:
fora,
fora dla specjalistów,
fotografia,
internet,
kontrowersje,
kretyni,
ludzie,
podcinanie skrzydeł,
psychika,
psychologia,
rzeczywistość internetowa,
trolle,
typy użytkowników
poniedziałek, 31 sierpnia 2015
"Barierki będę bronił jak niepodległości" czyli Polaka portret zbiorowy na imprezie masowej.
Jako że zaliczam się do miłośników lotnictwa, a ponadto od kilku lat fotografuję, jestem częstym gościem przeróżnych imprez plenerowych. Dla mnie to sposób na przyjemne spędzenie wolnego czasu, szansa na zdobycie nowego, niepowtarzalnego ujęcia oraz na zobaczenie na żywo tego, czego zwykle na co dzień zobaczyć się nie da. Po większości takich wydarzeń ja naładowany jestem pozytywną energią, karty pamięci przeładowane są setkami zdjęć, a akumulatory aparatu wyładowane niemal do zera. Niestety, "po większości"...
Robiąc zdjęcia zawsze staram się postępować według reguły, która mówi o tym, że fotograf ma być czymś (kimś?) w rodzaju ducha - jednocześnie aktywny i niewidzialny dla innych. Chodzi o to, aby człowiek z aparatem zwyczajnie nie wchodził w paradę tym, którzy grają w danym wydarzeniu pierwsze skrzypce. "Perspektywa ducha" ma także jeden dodatkowy bonus - będąc jednocześnie w centrum wydarzeń i niejako obok nich, można zauważyć sporo rzeczy. Również mało pozytywnych. I o tym właśnie będzie ta notka - o buractwie. Pragnę zaznaczyć - nie generalizuję, nie przypinam łatek, nie wkładam do szufladek - doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że zbiorowisko ludzi zawiera praktycznie cały przekrój społeczeństwa, a w tym przekroju znajdą się "nosiciele" także i tych cech, które nam wszystkim nie odpowiadają. Jednak, jako że to właśnie oni zwyczajnie wkurzają, postanowiłem wyrazić o tym swoją opinię. Subiektywną. Jak zawsze.
Nie wchodzić? Nie dotykać? Co to znaczy?!
To znaczy właśnie... TO. Dokładnie TO. Barierka, taśma w kontrastowych kolorach, strażnik - to zdecydowanie bardzo wyraźne sygnały dające do zrozumienia, że poza wyznaczonym terenem nie będziemy mile widziani. Nie, nie dlatego, że nas nie lubią. Dlatego, bo może grozić nam tam jakieś niebezpieczeństwo. Dlatego, że to MY możemy coś uszkodzić lub narazić na problemy i straty organizatora czy któregoś z gości przezeń zaproszonych.
Ktoś zapyta "Ej, ale jak można uszkodzić czołg czy samolot?" Odpowiadam - z czołgu można zwyczajnie zlecieć na łeb. I uszkodzić siebie. Szczególnie jeśli jest się dzieckiem w tłumie innych dzieci, albo człowiekiem, któremu procenty zaszumiały pod kopułą. A samolot? A samolot proszę państwa, wbrew pozorom jest bardzo delikatną konstrukcją. Kto widział z bliska jakąś maszynę, widział też pewnie naniesione na poszycie napisy "no step", "ne chybej", "nie chwytać za...", "opasno! wozduchozabronik". W ten sposób oznaczone są miejsca newralgiczne, o których obsługa doskonale wie. Rozbawiony widz czy jego dziecko mają prawo o tym nie wiedzieć. A taka niewiedza kosztuje, bo naprawa uszkodzenia nie dość, że nie jest tania, to dodatkowo wyłącza dany egzemplarz z normalnego użytkowania. Podobnie jest z rekwizytami, którymi posługują się wszelkie grupy rekonstrukcyjne - zbroje, miecze czy broń palna to w wielu przypadkach repliki wykonywane własnoręczne - z dużym nakładem środków finansowych i własnego wolnego czasu. Uszkodzić je jest bardzo łatwo. Nie dlatego, że to wszystko "słabizna", a przez niewłaściwą obsługę - rzeczy produkowane dla specjalistów z reguły nie są "idiotoodporne", bo taka cecha jest im zwyczajnie zbędną.
Osobna piekielność wychodzi z ludzi podczas wszelakich pokazów dynamicznych. Dynamiczny, a więc ruchomy, będący w ruchu. Prościej - coś się porusza. Często "coś" o dużym ciężarze, z dużą prędkością, bywa że generując duże siły. Nic to! Trzeba podejść bliżej, a przynajmniej wypchnąć tam dziecko, żeby sobie zobaczyło. Barierka? Przepuścić pociechę między prętami. Taśma? Przejść pod nią. Strażnik? "Paaanie, ale niech se dzieciak zobaczy no...". Doskonały przykład z Pikniku Strażackiego organizowanego corocznie na moim osiedlu. Doświadczenie, mające uświadomić publice, co stanie się, kiedy zalejemy płonący olej choćby niewielką ilością wody. Efekt? Na poniższym zdjęciu, przy czym zjawisko jest tu w rozwoju - powstała kula ognia była naprawdę ogromna i wyraźnie czuć było gorąco stojąc nawet w sporej odległości od centrum pokazu.
Nic to. Strażacy: "Prosimy odsunąć się". Widzowie ani drgną. "Naprawdę prosimy się odsunąć". Widzowie cofają się o kilka centymetrów. "Proszę państwa, kula ognia ma temperaturę taką i taką, strażak wykonujący pokaz jest w ubraniu żaroodpornym, nic mu nie grozi. Państwu w tym momencie grozi poparzenie, prosimy się odsunąć". Głosy oburzenia: "Ale kurwa panie, ja z dzieckiem, chce dzieciak zobaczyć", "Panie, ja we wojsku to...". Ludzie cofają się wreszcie na tyle, że można rozpocząć pokaz. Kula ognia błyskawicznie przyjmuje maksymalną objętość - wyraźnie czuć podmuch gorąca. Z tłumu wydobywa się "Wooow!", "O Jeeezuuu!". Nie kłamali. Wyglądało niebezpiecznie i było niebezpieczne. Szkoda, że przed rozpoczęciem akcji przez 15 minut tłum "walczył" z ratownikami o swoje dotychczasowe miejscówki. 15 minut upominania i próśb w sprawie tak oczywistej - "gorące! może poparzyć! Odsuń się!" "Nie, bo ja z dzieckiem, bo on będzie płakał". Stawiam dolary przeciwko orzechom, że będzie płakał bardziej, kiedy liźnie go taki płomyczek. Ale co ja tam wiem... ja tu tylko zdjęcia robię...
Podobna sytuacja w przeciwnym żywiołem - wodą. Ma odbyć się pokaz wykonywania otworu w betonie i dość grubej blasze (!) przy pomocy zwartego strumienia wody. Jakie jest zagrożenie? Duże... Polega ono choćby na tym, że strumień może oderwać jakiś odłamek, który poszybuje prosto w oko nieostrożnego widza. Identycznie jak wcześniej - statyw z materiałami do cięcia po środku, strażacy "w pełnym uzbrojeniu" czekający na sygnał do rozpoczęcia i... tłum skupiony wokół nich praktycznie na odległość ręki. Kolejne upomnienia - "Dalej, dalej... jeeeszcze dalej, będzie widać..." "Ale panie, ja z dzieckiem", "Ale panie, ja we wojsku...". Znów opóźnienie. Znów "Wooo!" bo jednak... znów nie kłamali.
Dalej... dalej było identycznie. Pokaz ratownictwa technicznego? Byle bliżej. Symulacja pożaru samochodu? A jakże - byle bliżej. Dźwig przenosi autobus? Nie ma to jak cyknąć sobie fotkę... pod zawieszonym ciężarem. I tak co roku, na każdych pokazach...
"Mogłoby się co stać hehe..."
Przyznam - kiedy słyszę taki tekst, szlag mnie jasny trafia. Ja wiem - masa ludzi chodzi na pokazy właśnie po dreszczyk emocji, a twórcy pokazów starają się, aby było ciekawie i emocjonująco. To jednak często typowemu Januszowi* nie wystarcza. Musi być prawdziwe ryzyko śmierci, a najlepiej, żeby... faktycznie coś się stało. I niestety - stało się. W 2007 roku na pokazach Air Show w Radomiu doszło do zderzenia samolotów grupy akrobacyjnej "Żelazny". Zginęło dwóch pilotów - Lech Marchelewski i Piotr Banachowicz. Dwa lata później, na tych samych pokazach w 2009 rozbił się samolot Su 27 Białoruskich Sił Powietrznych - znów dwie ofiary śmiertelne - ginie Alaksandr Marficki i Alaksandr Żuraulewicz. Obie katastrofy widziałem na własne oczy. Przy smutnej okazji obu z nich widziałem wiele wspaniałych zachowań widzów, jak i wiele przykładów - wybaczcie wulgaryzm - mentalnego spierdolenia. Jak inaczej można bowiem nazwać gwizdy i śmiechy podczas minuty ciszy i okrzyk "oddawać pieniądze" na wieść o przerwaniu pokazów? Jak można twierdzić, że "przecież nikt im nie kazał latać"? Jakim mianem w końcu można nazwać człowieka, który twierdzi, że to żadna tragedia, bo "tylko dwóch"? Czyli co? Gdyby któraś z tych maszyn spadła na tłum to już byłaby właściwa katastrofa, bo nie "dwóch" tylko "stu dwudziestu dwóch"?
Wiele osób nie rozumie jednej rzeczy - lotnictwo, ratownictwo, uczestnictwo w grupach rekonstrukcyjnych, sporty motorowe to PASJA. Coś, czego przeciętny Janusz, mówiąc językiem nastolatków, nie ogarnia. Nie ogarnia, że można tak po prostu wstać z fotela i zacząć robić coś konkretnego oraz czerpać z tego przyjemność. Nie ogarnia, że ludzie poświęcają czas, pieniądze, a często i zdrowie po to, aby móc robić coś więcej, niż tylko tkwienie w fotelu z piwem w łapie i oglądanie idiotycznych treści płynących szerokim strumieniem szamba prosto z odbiornika. Wszelkie pokazy organizowane są właśnie po to, aby móc zaprezentować swoje umiejętności i udowodnić, że można inaczej. Wiele pasji wymaga pokonywania własnych słabości. Ale Janusz nie ma słabości. Jest idealny. Przychodzi więc na pokaz, aby popatrzeć, co "ci idioci hehe" robią. A w głębi duszy żal mu dupę ściska, że to nie on siedzi za sterami, nie on ratuje ludzkie życie, nie on driftuje potworem o mocy wielokrotnie przekraczającej to, co on ma "pod butem" w swoim Passacie.
"Dajta spokój, ale nuda, ale dziadostwo..."
Uczestnictwo w imprezach masowych nie jest obowiązkowe. Naprawdę. Bywam na wielu z nich, nigdy nie zostałem na żadną z nich doprowadzony siłą i zmuszony do przebywania na jej terenie pod groźbą kary śmierci. Można wejść, można też w dowolnej chwili... wyjść. Jeśli kogoś tak bardzo nudzi pokaz, że musi coś w durny sposób skomentować, to po jaką jasną cholerę tam przyłaził, skoro wiedział, że to nie dla niego? Jeśli czegoś nie lubię, po prostu tam nie bywam, zamiast pojawić się, a potem zatruwać odbiór imprezy tym, których akurat to kręci. Tymczasem, choćby na ostatnim Air Show wraz z przyjaciółmi zaobserwowaliśmy ciekawą rzecz - im bliżej barierek odgradzających strefę pokazu tym więcej tam ludzi totalnie nie zainteresowanych tym, co dzieje się na pasie startowym i w powietrzu. Nie zainteresowanych, ale - jak w tytule - broniących dostępu do barierki jak niepodległości. To nic, że ktoś siedzi tyłem do kołującego właśnie F-16. To nic, że przy jednej z barierek niemal obozowisko, w którym wszyscy mają gdzieś latający właśnie, bardzo ciekawy dla pasjonatów śmigłowiec, i raczą się w najlepsze kiełbachą popijaną piwem. Pasjonacie! Nie podejdziesz! Nawet nie próbuj! Barierka jest moja! A co można było usłyszeć? "Eee! Lipa... Dajta spokój, człowiek się tłucze przez pół Polski, a tu tylko latają i latają" (nie no, spoko... na pokazach lotniczych latają samoloty... Serio?!). "I to jeszcze taki złom puszczają, chuj wie czy to w jednym kawałku wyląduje" (powiedział brudząc wąsy "kieczupem gratysowym rozumisz do ty hehe kiełbachy" i przepijając łykiem piwa samozwańczy inżynier pilot, a może nawet i konstruktor lotniczy Janusz). Pod samymi barierkami można było także odnaleźć opalające się panny, pary oddające się uniesieniom tak dalekim od tych podniebnych. Było też kilka przysypiających, opierających się na barierkach nastolatek, przebudzających się tylko na moment wykonania sobie selfie. Szwajcarscy piloci już-już mieli podejść, aby według regularności trzaskania samojebek ustawić sobie zegarki.
Mogę domyślać się końcowej opinii o pokazach wyrażonej przez sporą część "barierkowiczów" - "pokazy były słabe, było za głośno, samoloty za bardzo latały, piwo było drogie, a tak w ogóle to chciało mi się siku i było mi gorąco".
Podsumowanie, czyli konkluzja, czyli koniec ględzenia
Rozumiem i nie trzeba mi tego powtarzać - organizowanie jakiegokolwiek pokazu tylko dla pasjonatów mija się z celem. Ludzie siedzący w temacie bardzo często stanowią jedynie garstkę widzów każdej imprezy masowej opartej o pokazanie szerszej publice czegoś na co dzień niezbyt dostępnego. Bywałem i na takich że się tak z angielska wyrażę, eventach wyłącznie dla pasjonatów - było wręcz wzorcowo. Pytania - nie w stylu "a jak ten samolot lata panie pilot?", a raczej "tu jest silnik X, tam silnik Y, co pan sądzi o tym Y? Bo ja słyszałem, że to konstrukcja dobra, był stosowany na samolocie Z ale..." Kwestie bezpieczeństwa? Jak w podręczniku, bo przecież każdy wie, że tędy może wessać, a tamtędy wypluć w nieco zmienionej formie. Nikt nikomu widoku nie blokował, bo każdy z aparatem i każdy poluje na dobre ujęcie. Tylko... tak się nie da. Aby impreza była popularna i przynosiła dochody, które zapewnią choćby zwrot kosztów organizacji, musi być nastawiona głównie na ludzi spoza grona wielbicieli tematu i pokazać temat tak, aby na kolejną wrócili już jako pasjonaci.
Jak wspomniałem na początku, widzowie imprez masowych to przekrój społeczeństwa, a jak to w każdym społeczeństwie bywa, są przeróżne jednostki. Na ogół na wszelkiego rodzaju pokazach panuje bardzo fajna atmosfera, a o samej imprezie dyskutuje się jeszcze wiele miesięcy po jej zakończeniu.
To wszystko nie zmienia jednak faktu, że "piekielności" się pojawiały, pojawiają i pojawiać będą. Grunt, to starać się na nie przymknąć oko, a jeśli rażą bardzo, przekląć sobie w myślach soczyście. A potem? Potem nieść w społeczeństwo "oświaty kaganek". Kto wie? Może jeśli komuś kiedyś wytłumaczymy, czemu takie a nie inne zachowanie może być niewłaściwe i niebezpieczne, to ten ktoś następnym razem go zaniecha? Wiem, łatwo nie będzie, ale... smoka choć zabić trudno, to starać się trzeba :)
*Janusz - pierwotnie określenie powstałe w środowiskach kibicowskich, używane w stosunku do człowieka, którego nie interesuje widowisko sportowe, a pojawił się na stadionie/w hali dla czystej rozrywki. Obecnie język Internetu mianem "Januszów" określa przeróżnych amatorów, często szkodzących dziedzinie, którą się zajmują, a także środowisku z tą dziedziną związanemu. Inaczej - partacz, dyletant.
Robiąc zdjęcia zawsze staram się postępować według reguły, która mówi o tym, że fotograf ma być czymś (kimś?) w rodzaju ducha - jednocześnie aktywny i niewidzialny dla innych. Chodzi o to, aby człowiek z aparatem zwyczajnie nie wchodził w paradę tym, którzy grają w danym wydarzeniu pierwsze skrzypce. "Perspektywa ducha" ma także jeden dodatkowy bonus - będąc jednocześnie w centrum wydarzeń i niejako obok nich, można zauważyć sporo rzeczy. Również mało pozytywnych. I o tym właśnie będzie ta notka - o buractwie. Pragnę zaznaczyć - nie generalizuję, nie przypinam łatek, nie wkładam do szufladek - doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że zbiorowisko ludzi zawiera praktycznie cały przekrój społeczeństwa, a w tym przekroju znajdą się "nosiciele" także i tych cech, które nam wszystkim nie odpowiadają. Jednak, jako że to właśnie oni zwyczajnie wkurzają, postanowiłem wyrazić o tym swoją opinię. Subiektywną. Jak zawsze.
Nie wchodzić? Nie dotykać? Co to znaczy?!
To znaczy właśnie... TO. Dokładnie TO. Barierka, taśma w kontrastowych kolorach, strażnik - to zdecydowanie bardzo wyraźne sygnały dające do zrozumienia, że poza wyznaczonym terenem nie będziemy mile widziani. Nie, nie dlatego, że nas nie lubią. Dlatego, bo może grozić nam tam jakieś niebezpieczeństwo. Dlatego, że to MY możemy coś uszkodzić lub narazić na problemy i straty organizatora czy któregoś z gości przezeń zaproszonych.
Ktoś zapyta "Ej, ale jak można uszkodzić czołg czy samolot?" Odpowiadam - z czołgu można zwyczajnie zlecieć na łeb. I uszkodzić siebie. Szczególnie jeśli jest się dzieckiem w tłumie innych dzieci, albo człowiekiem, któremu procenty zaszumiały pod kopułą. A samolot? A samolot proszę państwa, wbrew pozorom jest bardzo delikatną konstrukcją. Kto widział z bliska jakąś maszynę, widział też pewnie naniesione na poszycie napisy "no step", "ne chybej", "nie chwytać za...", "opasno! wozduchozabronik". W ten sposób oznaczone są miejsca newralgiczne, o których obsługa doskonale wie. Rozbawiony widz czy jego dziecko mają prawo o tym nie wiedzieć. A taka niewiedza kosztuje, bo naprawa uszkodzenia nie dość, że nie jest tania, to dodatkowo wyłącza dany egzemplarz z normalnego użytkowania. Podobnie jest z rekwizytami, którymi posługują się wszelkie grupy rekonstrukcyjne - zbroje, miecze czy broń palna to w wielu przypadkach repliki wykonywane własnoręczne - z dużym nakładem środków finansowych i własnego wolnego czasu. Uszkodzić je jest bardzo łatwo. Nie dlatego, że to wszystko "słabizna", a przez niewłaściwą obsługę - rzeczy produkowane dla specjalistów z reguły nie są "idiotoodporne", bo taka cecha jest im zwyczajnie zbędną.
![]() |
| Ten napis naprawdę nie jest dla ozdoby... |
Osobna piekielność wychodzi z ludzi podczas wszelakich pokazów dynamicznych. Dynamiczny, a więc ruchomy, będący w ruchu. Prościej - coś się porusza. Często "coś" o dużym ciężarze, z dużą prędkością, bywa że generując duże siły. Nic to! Trzeba podejść bliżej, a przynajmniej wypchnąć tam dziecko, żeby sobie zobaczyło. Barierka? Przepuścić pociechę między prętami. Taśma? Przejść pod nią. Strażnik? "Paaanie, ale niech se dzieciak zobaczy no...". Doskonały przykład z Pikniku Strażackiego organizowanego corocznie na moim osiedlu. Doświadczenie, mające uświadomić publice, co stanie się, kiedy zalejemy płonący olej choćby niewielką ilością wody. Efekt? Na poniższym zdjęciu, przy czym zjawisko jest tu w rozwoju - powstała kula ognia była naprawdę ogromna i wyraźnie czuć było gorąco stojąc nawet w sporej odległości od centrum pokazu.
![]() |
| "A co mi tam panie ogień jakiś?" |
Podobna sytuacja w przeciwnym żywiołem - wodą. Ma odbyć się pokaz wykonywania otworu w betonie i dość grubej blasze (!) przy pomocy zwartego strumienia wody. Jakie jest zagrożenie? Duże... Polega ono choćby na tym, że strumień może oderwać jakiś odłamek, który poszybuje prosto w oko nieostrożnego widza. Identycznie jak wcześniej - statyw z materiałami do cięcia po środku, strażacy "w pełnym uzbrojeniu" czekający na sygnał do rozpoczęcia i... tłum skupiony wokół nich praktycznie na odległość ręki. Kolejne upomnienia - "Dalej, dalej... jeeeszcze dalej, będzie widać..." "Ale panie, ja z dzieckiem", "Ale panie, ja we wojsku...". Znów opóźnienie. Znów "Wooo!" bo jednak... znów nie kłamali.
![]() |
| "Panie, a co mie taka woda zrobi? Ja w wojsku z kałasza strzelałem..." |
"Mogłoby się co stać hehe..."
Przyznam - kiedy słyszę taki tekst, szlag mnie jasny trafia. Ja wiem - masa ludzi chodzi na pokazy właśnie po dreszczyk emocji, a twórcy pokazów starają się, aby było ciekawie i emocjonująco. To jednak często typowemu Januszowi* nie wystarcza. Musi być prawdziwe ryzyko śmierci, a najlepiej, żeby... faktycznie coś się stało. I niestety - stało się. W 2007 roku na pokazach Air Show w Radomiu doszło do zderzenia samolotów grupy akrobacyjnej "Żelazny". Zginęło dwóch pilotów - Lech Marchelewski i Piotr Banachowicz. Dwa lata później, na tych samych pokazach w 2009 rozbił się samolot Su 27 Białoruskich Sił Powietrznych - znów dwie ofiary śmiertelne - ginie Alaksandr Marficki i Alaksandr Żuraulewicz. Obie katastrofy widziałem na własne oczy. Przy smutnej okazji obu z nich widziałem wiele wspaniałych zachowań widzów, jak i wiele przykładów - wybaczcie wulgaryzm - mentalnego spierdolenia. Jak inaczej można bowiem nazwać gwizdy i śmiechy podczas minuty ciszy i okrzyk "oddawać pieniądze" na wieść o przerwaniu pokazów? Jak można twierdzić, że "przecież nikt im nie kazał latać"? Jakim mianem w końcu można nazwać człowieka, który twierdzi, że to żadna tragedia, bo "tylko dwóch"? Czyli co? Gdyby któraś z tych maszyn spadła na tłum to już byłaby właściwa katastrofa, bo nie "dwóch" tylko "stu dwudziestu dwóch"?
Wiele osób nie rozumie jednej rzeczy - lotnictwo, ratownictwo, uczestnictwo w grupach rekonstrukcyjnych, sporty motorowe to PASJA. Coś, czego przeciętny Janusz, mówiąc językiem nastolatków, nie ogarnia. Nie ogarnia, że można tak po prostu wstać z fotela i zacząć robić coś konkretnego oraz czerpać z tego przyjemność. Nie ogarnia, że ludzie poświęcają czas, pieniądze, a często i zdrowie po to, aby móc robić coś więcej, niż tylko tkwienie w fotelu z piwem w łapie i oglądanie idiotycznych treści płynących szerokim strumieniem szamba prosto z odbiornika. Wszelkie pokazy organizowane są właśnie po to, aby móc zaprezentować swoje umiejętności i udowodnić, że można inaczej. Wiele pasji wymaga pokonywania własnych słabości. Ale Janusz nie ma słabości. Jest idealny. Przychodzi więc na pokaz, aby popatrzeć, co "ci idioci hehe" robią. A w głębi duszy żal mu dupę ściska, że to nie on siedzi za sterami, nie on ratuje ludzkie życie, nie on driftuje potworem o mocy wielokrotnie przekraczającej to, co on ma "pod butem" w swoim Passacie.
"Dajta spokój, ale nuda, ale dziadostwo..."
Uczestnictwo w imprezach masowych nie jest obowiązkowe. Naprawdę. Bywam na wielu z nich, nigdy nie zostałem na żadną z nich doprowadzony siłą i zmuszony do przebywania na jej terenie pod groźbą kary śmierci. Można wejść, można też w dowolnej chwili... wyjść. Jeśli kogoś tak bardzo nudzi pokaz, że musi coś w durny sposób skomentować, to po jaką jasną cholerę tam przyłaził, skoro wiedział, że to nie dla niego? Jeśli czegoś nie lubię, po prostu tam nie bywam, zamiast pojawić się, a potem zatruwać odbiór imprezy tym, których akurat to kręci. Tymczasem, choćby na ostatnim Air Show wraz z przyjaciółmi zaobserwowaliśmy ciekawą rzecz - im bliżej barierek odgradzających strefę pokazu tym więcej tam ludzi totalnie nie zainteresowanych tym, co dzieje się na pasie startowym i w powietrzu. Nie zainteresowanych, ale - jak w tytule - broniących dostępu do barierki jak niepodległości. To nic, że ktoś siedzi tyłem do kołującego właśnie F-16. To nic, że przy jednej z barierek niemal obozowisko, w którym wszyscy mają gdzieś latający właśnie, bardzo ciekawy dla pasjonatów śmigłowiec, i raczą się w najlepsze kiełbachą popijaną piwem. Pasjonacie! Nie podejdziesz! Nawet nie próbuj! Barierka jest moja! A co można było usłyszeć? "Eee! Lipa... Dajta spokój, człowiek się tłucze przez pół Polski, a tu tylko latają i latają" (nie no, spoko... na pokazach lotniczych latają samoloty... Serio?!). "I to jeszcze taki złom puszczają, chuj wie czy to w jednym kawałku wyląduje" (powiedział brudząc wąsy "kieczupem gratysowym rozumisz do ty hehe kiełbachy" i przepijając łykiem piwa samozwańczy inżynier pilot, a może nawet i konstruktor lotniczy Janusz). Pod samymi barierkami można było także odnaleźć opalające się panny, pary oddające się uniesieniom tak dalekim od tych podniebnych. Było też kilka przysypiających, opierających się na barierkach nastolatek, przebudzających się tylko na moment wykonania sobie selfie. Szwajcarscy piloci już-już mieli podejść, aby według regularności trzaskania samojebek ustawić sobie zegarki.
Mogę domyślać się końcowej opinii o pokazach wyrażonej przez sporą część "barierkowiczów" - "pokazy były słabe, było za głośno, samoloty za bardzo latały, piwo było drogie, a tak w ogóle to chciało mi się siku i było mi gorąco".
Podsumowanie, czyli konkluzja, czyli koniec ględzenia
Rozumiem i nie trzeba mi tego powtarzać - organizowanie jakiegokolwiek pokazu tylko dla pasjonatów mija się z celem. Ludzie siedzący w temacie bardzo często stanowią jedynie garstkę widzów każdej imprezy masowej opartej o pokazanie szerszej publice czegoś na co dzień niezbyt dostępnego. Bywałem i na takich że się tak z angielska wyrażę, eventach wyłącznie dla pasjonatów - było wręcz wzorcowo. Pytania - nie w stylu "a jak ten samolot lata panie pilot?", a raczej "tu jest silnik X, tam silnik Y, co pan sądzi o tym Y? Bo ja słyszałem, że to konstrukcja dobra, był stosowany na samolocie Z ale..." Kwestie bezpieczeństwa? Jak w podręczniku, bo przecież każdy wie, że tędy może wessać, a tamtędy wypluć w nieco zmienionej formie. Nikt nikomu widoku nie blokował, bo każdy z aparatem i każdy poluje na dobre ujęcie. Tylko... tak się nie da. Aby impreza była popularna i przynosiła dochody, które zapewnią choćby zwrot kosztów organizacji, musi być nastawiona głównie na ludzi spoza grona wielbicieli tematu i pokazać temat tak, aby na kolejną wrócili już jako pasjonaci.
Jak wspomniałem na początku, widzowie imprez masowych to przekrój społeczeństwa, a jak to w każdym społeczeństwie bywa, są przeróżne jednostki. Na ogół na wszelkiego rodzaju pokazach panuje bardzo fajna atmosfera, a o samej imprezie dyskutuje się jeszcze wiele miesięcy po jej zakończeniu.
To wszystko nie zmienia jednak faktu, że "piekielności" się pojawiały, pojawiają i pojawiać będą. Grunt, to starać się na nie przymknąć oko, a jeśli rażą bardzo, przekląć sobie w myślach soczyście. A potem? Potem nieść w społeczeństwo "oświaty kaganek". Kto wie? Może jeśli komuś kiedyś wytłumaczymy, czemu takie a nie inne zachowanie może być niewłaściwe i niebezpieczne, to ten ktoś następnym razem go zaniecha? Wiem, łatwo nie będzie, ale... smoka choć zabić trudno, to starać się trzeba :)
*Janusz - pierwotnie określenie powstałe w środowiskach kibicowskich, używane w stosunku do człowieka, którego nie interesuje widowisko sportowe, a pojawił się na stadionie/w hali dla czystej rozrywki. Obecnie język Internetu mianem "Januszów" określa przeróżnych amatorów, często szkodzących dziedzinie, którą się zajmują, a także środowisku z tą dziedziną związanemu. Inaczej - partacz, dyletant.
wtorek, 9 grudnia 2014
Jestę alternatywny, czyly fejsbók jezd gópi (?)
Serwisy społecznościowe właściwie od początku swojego istnienia budziły kontrowersje. Wiele mądrych głów z zakresu psychologii oraz socjologii zastanawiało się, co właściwie przyciąga ludzi do takich miejsc w Internecie. Jedni twierdzili, że to naturalne - człowiek jest zwierzęciem stadnym, więc dąży do socjalizacji. Drudzy z kolei stwierdzali, że popularność portali społecznościowych to znak czasów, a więc moda na powszechny ekshibicjonizm. Byli tacy, którzy od razu stawali się fanami takich miejsc, są w końcu i tacy, którzy za żadne skarby świata nie chcą mieć tam konta. Mój dzisiejszy wpis skupi się właśnie na tych ostatnich. Chciałbym skupić się na argumentach podnoszonych przez przeciwników "społecznościówek", przeanalizować je i... po raz kolejny stać się advocatus diavoli, a więc spróbować je obalić. Zanim jednak to zrobię, przedstawię swoje stanowisko. A będzie ono zawierało się w jednym, jedynym zdaniu: "Nie ma rzeczy złych, są tylko rzeczy niewłaściwie wykorzystane". Poniższe opinie dotyczą w głównej mierze najpopularniejszego social medium, a więc Facebooka, jednak argumenty stosowane są przeciwko innym, mniej popularnym serwisom.
1) "Nie lubię portali społecznościowych, bo ludzie wrzucają tam idiotyczne treści i uprawiają psychiczny, a często i fizyczny ekshibicjonizm"
Zauważ drogi przeciwniku, że zasada działania większości serwisów społecznościowych opiera się na przeniesieniu w świat wirtualny powiązań ze świata realnego. Mówiąc wprost - to nie serwis sam z siebie generuje treść, generują go jego użytkownicy. Zawartość, jaką Ty oglądasz, jest tworzona przez... Twoich znajomych, rodzinę i przyjaciół. Konto na FB posiadam od kilku dobrych lat. Ani razu nie spotkałem się z treściami, o których wspomina ten argument. Nie widziałem gołej dupy koleżanki, nie zauważyłem, aby ktoś z mojej rodziny rzygał pod stół na imprezie, podobnie żaden kolega, kuzyn, kuzynka czy ktokolwiek z moich znajomych nie pozował też przy nowym samochodzie z miną "co hołoto? A wy nadal pełnoletnią Corsą 1.2 w gazie?". Dziwne, nieprawdaż? Ano wcale nie dziwne. Może ja po prostu mam normalną rodzinę, znajomych i przyjaciół? Jeśli Ty drogi przeciwniku obawiasz się, że zobaczysz coś takiego, nie mów że to np. Facebook jest zły. Uświadom sobie, że coś nie tak jest z ludźmi, których znasz. To oni mają kompleksy, to oni cierpią na brak atencji i to oni będą taką treść umieszczać. Nie są tacy na co dzień, a na FB wstępuje w nich diabeł? Nic w nikogo nie wstępuje - albo słabo ich znasz, albo zbytnio idealizujesz.
2) "Portale społecznościowe to złodzieje czasu! Ludzie od nich się uzależniają i zamiast robić coś kreatywnego, przesiadują tam godzinami"
Człowiek to takie dziwne stworzenie, które jest w stanie uzależnić się od WSZYSTKIEGO. Uzależnia alkohol, robią to narkotyki, seks, internet, szybka jazda, jedzenie... Mógłbym wymieniać do jutra. Nie oznacza to jednak, że sam fakt istnienia tych rzeczy to zło wcielone. Czy fakt istnienia alkoholu powoduje, że każdy stanie się alkoholikiem? Nie. Czy to, że na czarnym rynku znajdziemy dowolny narkotyk, powoduje że staniemy się ćpunami? Nie. Czy w końcu fakt, że społecznościówki istnieją, powoduje że każdy internauta wcześniej czy później uzależni się od nich? Oczywiście, że nie. Aby wystąpiło uzależnienie od czegokolwiek, potrzeba wielu nakładających się na siebie czynników. Czynników, które działają zarówno wewnątrz jak i na zewnątrz uzależnionego. W grę mogą wchodzić również zaburzenia osobowości, a to kolejna iskra na proch nałogu. Paracelsus napisał, że wszystko jest trucizną i nic nie jest trucizną - to dawka czyni truciznę. Ale dawkę ustalamy MY. Samo istnienie dawkowanej substancji nie jest powodem uzależnień.
3) Portale społecznościowe zniszczyły niejednemu życie.
Po raz kolejny argument, który niejako nadaje cechy ludzkie programowi. Bo czym innym jest taki FB jeśli nie aplikacją internetową, serwisem budowanym przez ludzi i obsługiwanym przez ludzi? Skoro portal społecznościowy zniszczył komuś życie, to jeśli ktoś ulegnie śmiertelnemu wypadkowi na drodze, czemu do więzienia trafia kierowca? Przecież to samochód bezpośrednio uderzył i zabił. Ano dlatego zapuszkowano kierowcę, bo samochód jest jedynie bezwolną maszyną. Bez woli kierowcy nie poruszy się ani o centymetr, również nikogo nie zabije. Identycznie jest z FB - to tylko bezwolny serwis. Jeśli kogoś przy jego pomocy oczerniono czy skompromitowano, to zrobiono to tylko i wyłącznie przy jego pomocy. Ale zrobili to ludzie, wrogowie danej osoby. Ktoś powie, że gdyby ofiara i sprawcy nie mieliby tam konta, do sprawy by nie doszło. Oczywiście, że by doszło. Tyle, że w inny sposób. Popatrzymy - aby komuś zaszkodzić, wcale nie potrzeba portali społecznościowych. Wystarczy to, co mamy w siebie "fabrycznie wbudowane" - mózg i usta. To wystarczy, aby np. rozpuścić plotkę, postawić kogoś w złym świetle, a idąc tą drogą - zniszczyć lub uprzykrzyć mu życie. Jeśli komuś bardzo zależy, aby trafić w swoją ofiarę, zrobi to bardzo skutecznie, nie dotykając nawet małym palcem nie tylko klawiatury komputera, ale jakiegokolwiek urządzenia elektronicznego.
Podobnie z innymi przejawami rzekomego złego wpływu takich portali. Ot, choćby zdrady. Prosta historia - było sobie małżeństwo, on albo ona założyli konto na "społecznościówce", odzyskali kontakt ze swoją starą miłością sprzed lat, BUCH! Zdrada! Kto winny? Nie on, bo przespał się z tą kobietą. Nie ona, bo poszła do łóżka z tym gościem. Winny portal społecznościowy! W kajdany i pod sąd... Pytanie, czy do zdrady doszło by, gdyby nie FB? Oczywiście. Zdrada to głębszy problem z punktu widzenia psychologii, nie będziemy go w tym momencie rozbierać na czynniki pierwsze (może kiedyś poświęcę temu wpis i coś tam sobie rozbierzemy :) ), jednak po raz kolejny wina leży po stronie człowieka i jego psychiki. Serwis to tylko narzędzie do wykonania tego, co jeden wykona bez problemu, drugi zaś nie wykona wcale. Zwalając winę na portal, musimy także zgodzić się z argumentacją, że każda gospodyni domowa to potencjalna morderczyni, w końcu w każdej kuchni ma do dyspozycji przynajmniej kilka porządnych noży.
4) Portale społecznościowe niszczą kontakty międzyludzkie. Rozmowa online to nie to samo, co rozmowa na żywo. Ludzie wolą rozmawiać przez sieć, niż robić to w "realu".
Problem tak stary, jak komunikacja na odległość. Podobnie mówiono o liście, bo historia zna przykłady ludzi, którzy wysyłali ich przez całe życie tysiące, przy czym często ich odbiorcę na żywo widzieli zaledwie kilka razy w życiu, to samo mówiono też o telefonie. Nikomu nie jest przecież obcy widok znany choćby z filmów, często i z życia - nastolatka "wisząca na słuchawce" i rozmawiająca z przyjaciółką o totalnych pierdołach. Grzmiano w ten sposób także o mailu. Teraz dostają po głowie portale społecznościowe. A jednak te kontakty nie umarły, ludzie nadal spotykają się na żywo, rozmawiają na żywo, ba! Nawet łączą się w pary, zakładają rodziny, mają dzieci... Pamiętajmy, że rozmowa online i rozmowa w cztery oczy to dwa zupełnie różne typy komunikacji z charakterystycznymi dla siebie cechami. Rozmawiając w cztery oczy bardzo często ciężko jest się zupełnie otworzyć przed kimś, choćby znało się go latami. Jednocześnie rozmawiając online ciężko ukazać jest określone emocje. Są tematy, które można poruszyć online, są i takie, których poruszyć w ten sposób się nie da. Podobnie jak podczas rozmowy "in real". Żaden z tych typów rozmów nie jest lepszy od drugiego, dopóki rozmówcy godzą się na określoną formę i są z niej zadowoleni.
Powyżej przedstawiłem cztery, najczęściej spotykane argumenty. Zgadzacie się z nimi? Nie? Zapraszam do dyskusji i komentowania. A wpis będzie dostępny tradycyjnie również w Świątyni Zła i Głupoty - na Facebooku :)
1) "Nie lubię portali społecznościowych, bo ludzie wrzucają tam idiotyczne treści i uprawiają psychiczny, a często i fizyczny ekshibicjonizm"
Zauważ drogi przeciwniku, że zasada działania większości serwisów społecznościowych opiera się na przeniesieniu w świat wirtualny powiązań ze świata realnego. Mówiąc wprost - to nie serwis sam z siebie generuje treść, generują go jego użytkownicy. Zawartość, jaką Ty oglądasz, jest tworzona przez... Twoich znajomych, rodzinę i przyjaciół. Konto na FB posiadam od kilku dobrych lat. Ani razu nie spotkałem się z treściami, o których wspomina ten argument. Nie widziałem gołej dupy koleżanki, nie zauważyłem, aby ktoś z mojej rodziny rzygał pod stół na imprezie, podobnie żaden kolega, kuzyn, kuzynka czy ktokolwiek z moich znajomych nie pozował też przy nowym samochodzie z miną "co hołoto? A wy nadal pełnoletnią Corsą 1.2 w gazie?". Dziwne, nieprawdaż? Ano wcale nie dziwne. Może ja po prostu mam normalną rodzinę, znajomych i przyjaciół? Jeśli Ty drogi przeciwniku obawiasz się, że zobaczysz coś takiego, nie mów że to np. Facebook jest zły. Uświadom sobie, że coś nie tak jest z ludźmi, których znasz. To oni mają kompleksy, to oni cierpią na brak atencji i to oni będą taką treść umieszczać. Nie są tacy na co dzień, a na FB wstępuje w nich diabeł? Nic w nikogo nie wstępuje - albo słabo ich znasz, albo zbytnio idealizujesz.
2) "Portale społecznościowe to złodzieje czasu! Ludzie od nich się uzależniają i zamiast robić coś kreatywnego, przesiadują tam godzinami"
Człowiek to takie dziwne stworzenie, które jest w stanie uzależnić się od WSZYSTKIEGO. Uzależnia alkohol, robią to narkotyki, seks, internet, szybka jazda, jedzenie... Mógłbym wymieniać do jutra. Nie oznacza to jednak, że sam fakt istnienia tych rzeczy to zło wcielone. Czy fakt istnienia alkoholu powoduje, że każdy stanie się alkoholikiem? Nie. Czy to, że na czarnym rynku znajdziemy dowolny narkotyk, powoduje że staniemy się ćpunami? Nie. Czy w końcu fakt, że społecznościówki istnieją, powoduje że każdy internauta wcześniej czy później uzależni się od nich? Oczywiście, że nie. Aby wystąpiło uzależnienie od czegokolwiek, potrzeba wielu nakładających się na siebie czynników. Czynników, które działają zarówno wewnątrz jak i na zewnątrz uzależnionego. W grę mogą wchodzić również zaburzenia osobowości, a to kolejna iskra na proch nałogu. Paracelsus napisał, że wszystko jest trucizną i nic nie jest trucizną - to dawka czyni truciznę. Ale dawkę ustalamy MY. Samo istnienie dawkowanej substancji nie jest powodem uzależnień.
3) Portale społecznościowe zniszczyły niejednemu życie.
Po raz kolejny argument, który niejako nadaje cechy ludzkie programowi. Bo czym innym jest taki FB jeśli nie aplikacją internetową, serwisem budowanym przez ludzi i obsługiwanym przez ludzi? Skoro portal społecznościowy zniszczył komuś życie, to jeśli ktoś ulegnie śmiertelnemu wypadkowi na drodze, czemu do więzienia trafia kierowca? Przecież to samochód bezpośrednio uderzył i zabił. Ano dlatego zapuszkowano kierowcę, bo samochód jest jedynie bezwolną maszyną. Bez woli kierowcy nie poruszy się ani o centymetr, również nikogo nie zabije. Identycznie jest z FB - to tylko bezwolny serwis. Jeśli kogoś przy jego pomocy oczerniono czy skompromitowano, to zrobiono to tylko i wyłącznie przy jego pomocy. Ale zrobili to ludzie, wrogowie danej osoby. Ktoś powie, że gdyby ofiara i sprawcy nie mieliby tam konta, do sprawy by nie doszło. Oczywiście, że by doszło. Tyle, że w inny sposób. Popatrzymy - aby komuś zaszkodzić, wcale nie potrzeba portali społecznościowych. Wystarczy to, co mamy w siebie "fabrycznie wbudowane" - mózg i usta. To wystarczy, aby np. rozpuścić plotkę, postawić kogoś w złym świetle, a idąc tą drogą - zniszczyć lub uprzykrzyć mu życie. Jeśli komuś bardzo zależy, aby trafić w swoją ofiarę, zrobi to bardzo skutecznie, nie dotykając nawet małym palcem nie tylko klawiatury komputera, ale jakiegokolwiek urządzenia elektronicznego.
Podobnie z innymi przejawami rzekomego złego wpływu takich portali. Ot, choćby zdrady. Prosta historia - było sobie małżeństwo, on albo ona założyli konto na "społecznościówce", odzyskali kontakt ze swoją starą miłością sprzed lat, BUCH! Zdrada! Kto winny? Nie on, bo przespał się z tą kobietą. Nie ona, bo poszła do łóżka z tym gościem. Winny portal społecznościowy! W kajdany i pod sąd... Pytanie, czy do zdrady doszło by, gdyby nie FB? Oczywiście. Zdrada to głębszy problem z punktu widzenia psychologii, nie będziemy go w tym momencie rozbierać na czynniki pierwsze (może kiedyś poświęcę temu wpis i coś tam sobie rozbierzemy :) ), jednak po raz kolejny wina leży po stronie człowieka i jego psychiki. Serwis to tylko narzędzie do wykonania tego, co jeden wykona bez problemu, drugi zaś nie wykona wcale. Zwalając winę na portal, musimy także zgodzić się z argumentacją, że każda gospodyni domowa to potencjalna morderczyni, w końcu w każdej kuchni ma do dyspozycji przynajmniej kilka porządnych noży.
4) Portale społecznościowe niszczą kontakty międzyludzkie. Rozmowa online to nie to samo, co rozmowa na żywo. Ludzie wolą rozmawiać przez sieć, niż robić to w "realu".
Problem tak stary, jak komunikacja na odległość. Podobnie mówiono o liście, bo historia zna przykłady ludzi, którzy wysyłali ich przez całe życie tysiące, przy czym często ich odbiorcę na żywo widzieli zaledwie kilka razy w życiu, to samo mówiono też o telefonie. Nikomu nie jest przecież obcy widok znany choćby z filmów, często i z życia - nastolatka "wisząca na słuchawce" i rozmawiająca z przyjaciółką o totalnych pierdołach. Grzmiano w ten sposób także o mailu. Teraz dostają po głowie portale społecznościowe. A jednak te kontakty nie umarły, ludzie nadal spotykają się na żywo, rozmawiają na żywo, ba! Nawet łączą się w pary, zakładają rodziny, mają dzieci... Pamiętajmy, że rozmowa online i rozmowa w cztery oczy to dwa zupełnie różne typy komunikacji z charakterystycznymi dla siebie cechami. Rozmawiając w cztery oczy bardzo często ciężko jest się zupełnie otworzyć przed kimś, choćby znało się go latami. Jednocześnie rozmawiając online ciężko ukazać jest określone emocje. Są tematy, które można poruszyć online, są i takie, których poruszyć w ten sposób się nie da. Podobnie jak podczas rozmowy "in real". Żaden z tych typów rozmów nie jest lepszy od drugiego, dopóki rozmówcy godzą się na określoną formę i są z niej zadowoleni.
Powyżej przedstawiłem cztery, najczęściej spotykane argumenty. Zgadzacie się z nimi? Nie? Zapraszam do dyskusji i komentowania. A wpis będzie dostępny tradycyjnie również w Świątyni Zła i Głupoty - na Facebooku :)
wtorek, 28 stycznia 2014
Pasożytnictwo, czyli "słuchaj, jest taka sprawa".
Mówi się, że najlepiej uczyć się na cudzych błędach. I jest to w mojej opinii najczystsza prawda. Niech więc ten wpis będzie nauką opartą na moich błędach, przeznaczoną dla Was.
W czym rzecz? Zapewne wielu z Was spotkało się w swoim życiu z pewnym typem ludzi. Ludzi, którzy pojawiają się tylko wtedy, kiedy czegoś potrzebują, a kiedy potrzeba ustaje, znikają. Często powoduje to zdenerwowanie, poczucie zawodu, pewną frustrację. Ja również takich ludzi spotykałem. I doświadczałem tego samego zestawu uczuć. Do czasu. W pewnym momencie uświadomiłem sobie, co tak naprawdę kieruje tymi osobami oraz jaki jest mechanizm ich działania. Po przeanalizowaniu ich zachowań doszedłem do wniosku, że główny problem nie tkwi we mnie ale w nich. Jeśli więc obwiniacie się, że takie ich podejście to wasza wina, zapamiętajcie - to, że jesteście wobec kogoś w porządku, nie jest winą. Wina leży wyłącznie po stronie tego, kto waszą postawę wykorzystuje. A kim on jest? Poniżej kilka prawd, które pozwolą Wam to zrozumieć. Otóż:
Pasożyt nie jest kolegą/przyjacielem.
Nie jest, choć oczywiście sam wielokrotnie to podkreśla. Wśród kolegów, a tym bardziej przyjaciół panuje pewne niepisane porozumienie, które opiera się na tym, że bliskiej osobie się w żaden sposób nie szkodzi, nie wywołuje się w niej poczucia dyskomfortu. Nie nadużywa się także jej cierpliwości, chęci pomocy. Koleżeństwo i przyjaźń, podobnie jak miłość, to wymiana, układ w którym jedna osoba może liczyć na drugą i wzajemnie. Tu tego nie ma. Pasożyt potrafi wyłącznie brać. Poproszony o pomoc wyparuje.
Pasożyt jest manipulatorem.
Pasożyt to nikt inny, jak... haker naszego umysłu. Najpierw szuka naszych słabych stron, stara się do nas zbliżyć na tyle, aby te słabe strony poznać, a następnie uderza. Kiedy już się "włamie", wydobywa z podręcznego przybornika cały zestaw narzędzi dostosowanych do zastanej sytuacji. Wie, kiedy należy nas pochwalić, wie kiedy trzeba zganić. Jak wspomniałem wyżej, wprost uwielbia używanie wielkich słów. Uwielbia udawać zainteresowanego naszym życiem, byle... nie za długo. Bo przecież czeka usługa, którą mamy dla niego wykonać, tak więc gładko przechodzi do rzeczy. Pasożyt to AKTOR. Często całkiem dobry aktor, który świetnie potrafi wcielać się w przeróżne role. Robi to zupełnie świadomie. Wie, kiedy zagrać skrzywdzonego przez cały świat, a kiedy wrzucić na luz. Im pewniej się czuje, tym mniej ostrożności w jego zachowaniu. Tak jak kiedyś prosił, tak teraz wymaga, bo przecież... jesteśmy jego przyjaciółmi i mamy obowiązek. A że on znika i krótko mówiąc, ma nas w dupie? Cyk! I już mamy odtwarzanie roli "jestem wiecznie zapracowany, nie mam czasu, a tak w ogóle to już muszę lecieć, bo jestem tak zmęczony, że zaraz chyba umrę".
Pasożyt to kolekcjoner.
Wiemy już, że pasożyt lubi "wielkie słowa". Otóż te wielkie słowa to nic innego jak fałszywy środek płatniczy. Niby dostajemy do ręki banknot, niby wydaje nam się, że jest coś wart, ale w pierwszym lepszym sklepie okazuje się, że to bezwartościowy świstek papieru. Tyle, że pasożyt takich właśnie fałszywek używa do kupowania całej kolekcji ludzi. Nie, nie jesteśmy "jedynymi w swoim rodzaju, bo tylko my możemy pomóc, bo wszyscy to debile, którzy się nie znają". Te słowa pasożyt skieruje do każdego, od kogo będzie czegoś potrzebował. Jego umysł to regał z półkami, na których poustawiane są kupione za fałszywki eksponaty. Kolekcja jest podzielona tematycznie. Tu stoi ten, który dobrze pisze wszelkie prace pisemne, tam gość, który robi dobre zdjęcia, jeszcze gdzieś indziej spec od naprawy komputera czy samochodu, a tam z boku... o, to jest okaz! Doskonały śmietnik emocjonalny, któremu można się wyżalić ze swoich problemów. Dobry kolekcjoner o swoją kolekcję dba, jednak pasożyt niezbyt się do niej nie przywiązuje, bo wie, że jeśli któryś element zniknie (bo zmądrzeje), zawsze na jego miejsce wskoczy następny. Rzecz jasna, kiedy zauważy ten etap mądrzenia, będzie walczył, aby okaz mu się nie wymknął.
Pasożyt nie daje nic w zamian.
A przynajmniej nie daje nic wartościowego. Na tym właśnie polega pasożytnictwo. Zawsze to my włożymy więcej pracy w usługę, niż na jej wykonaniu skorzystamy. Jedyne na co możemy liczyć, to właśnie wielkie słowa o naszej wspaniałości, niezastąpioności. Jak już wiemy, słowa te mają nijaką wartość, bo słyszą je wszyscy wykonujący usługi dla pasożyta. I każdy z nich dostaje tyle samo, czyli oprócz tych słów - nic. Jeśli nam wydaje się, że ktoś dostał coś bardziej wartościowego od nas, to znaczy, że on wcale tego nie dostał, a jedynie było kluczem do kolejnego poziomu wykorzystywania.
Pasożyt się nie zmienia i nie ma wyrzutów sumienia.
Naprawdę. On lubi ten styl życia i nie zamierza z niego rezygnować. Można go tu porównać do złodzieja, który lata doskonalił swój "fach", wielokrotnie za swoje występki siedział w pudle, ale i tak na widok "okazji" zaswędza go ręce, a w sklepie zawsze będzie kalkulował, czy opłaca się kupić, czy ukraść. Kradzież jest częścią jego umysłu. A częścią umysłu pasożyta zawsze będzie korzystanie przy największym zysku i najmniejszym nakładzie energii. Wyrzuty sumienia? Nigdy. Choćby dlatego, że wykorzystywani przez niego ludzie tak naprawdę nie są w jego opinii ludźmi, a narzędziami. A czy ktoś ma wyrzuty sumienia, bo w czasie korzystania z młotka złamał rękojeść? Nikt. To narzędzie. Popsuło się, zużyło, więc kupimy nowe.
A co robić, kiedy już to wszystko wiemy? Przede wszystkim na etapie otrząsania się, NIE MIEĆ POCZUCIA WINY, bo nie robimy nic złego. Nasze działanie musi być zdecydowane, bo to my pozbywamy się problemu.
W czym rzecz? Zapewne wielu z Was spotkało się w swoim życiu z pewnym typem ludzi. Ludzi, którzy pojawiają się tylko wtedy, kiedy czegoś potrzebują, a kiedy potrzeba ustaje, znikają. Często powoduje to zdenerwowanie, poczucie zawodu, pewną frustrację. Ja również takich ludzi spotykałem. I doświadczałem tego samego zestawu uczuć. Do czasu. W pewnym momencie uświadomiłem sobie, co tak naprawdę kieruje tymi osobami oraz jaki jest mechanizm ich działania. Po przeanalizowaniu ich zachowań doszedłem do wniosku, że główny problem nie tkwi we mnie ale w nich. Jeśli więc obwiniacie się, że takie ich podejście to wasza wina, zapamiętajcie - to, że jesteście wobec kogoś w porządku, nie jest winą. Wina leży wyłącznie po stronie tego, kto waszą postawę wykorzystuje. A kim on jest? Poniżej kilka prawd, które pozwolą Wam to zrozumieć. Otóż:
Pasożyt nie jest kolegą/przyjacielem.
Nie jest, choć oczywiście sam wielokrotnie to podkreśla. Wśród kolegów, a tym bardziej przyjaciół panuje pewne niepisane porozumienie, które opiera się na tym, że bliskiej osobie się w żaden sposób nie szkodzi, nie wywołuje się w niej poczucia dyskomfortu. Nie nadużywa się także jej cierpliwości, chęci pomocy. Koleżeństwo i przyjaźń, podobnie jak miłość, to wymiana, układ w którym jedna osoba może liczyć na drugą i wzajemnie. Tu tego nie ma. Pasożyt potrafi wyłącznie brać. Poproszony o pomoc wyparuje.
Pasożyt jest manipulatorem.
Pasożyt to nikt inny, jak... haker naszego umysłu. Najpierw szuka naszych słabych stron, stara się do nas zbliżyć na tyle, aby te słabe strony poznać, a następnie uderza. Kiedy już się "włamie", wydobywa z podręcznego przybornika cały zestaw narzędzi dostosowanych do zastanej sytuacji. Wie, kiedy należy nas pochwalić, wie kiedy trzeba zganić. Jak wspomniałem wyżej, wprost uwielbia używanie wielkich słów. Uwielbia udawać zainteresowanego naszym życiem, byle... nie za długo. Bo przecież czeka usługa, którą mamy dla niego wykonać, tak więc gładko przechodzi do rzeczy. Pasożyt to AKTOR. Często całkiem dobry aktor, który świetnie potrafi wcielać się w przeróżne role. Robi to zupełnie świadomie. Wie, kiedy zagrać skrzywdzonego przez cały świat, a kiedy wrzucić na luz. Im pewniej się czuje, tym mniej ostrożności w jego zachowaniu. Tak jak kiedyś prosił, tak teraz wymaga, bo przecież... jesteśmy jego przyjaciółmi i mamy obowiązek. A że on znika i krótko mówiąc, ma nas w dupie? Cyk! I już mamy odtwarzanie roli "jestem wiecznie zapracowany, nie mam czasu, a tak w ogóle to już muszę lecieć, bo jestem tak zmęczony, że zaraz chyba umrę".
Pasożyt to kolekcjoner.
Wiemy już, że pasożyt lubi "wielkie słowa". Otóż te wielkie słowa to nic innego jak fałszywy środek płatniczy. Niby dostajemy do ręki banknot, niby wydaje nam się, że jest coś wart, ale w pierwszym lepszym sklepie okazuje się, że to bezwartościowy świstek papieru. Tyle, że pasożyt takich właśnie fałszywek używa do kupowania całej kolekcji ludzi. Nie, nie jesteśmy "jedynymi w swoim rodzaju, bo tylko my możemy pomóc, bo wszyscy to debile, którzy się nie znają". Te słowa pasożyt skieruje do każdego, od kogo będzie czegoś potrzebował. Jego umysł to regał z półkami, na których poustawiane są kupione za fałszywki eksponaty. Kolekcja jest podzielona tematycznie. Tu stoi ten, który dobrze pisze wszelkie prace pisemne, tam gość, który robi dobre zdjęcia, jeszcze gdzieś indziej spec od naprawy komputera czy samochodu, a tam z boku... o, to jest okaz! Doskonały śmietnik emocjonalny, któremu można się wyżalić ze swoich problemów. Dobry kolekcjoner o swoją kolekcję dba, jednak pasożyt niezbyt się do niej nie przywiązuje, bo wie, że jeśli któryś element zniknie (bo zmądrzeje), zawsze na jego miejsce wskoczy następny. Rzecz jasna, kiedy zauważy ten etap mądrzenia, będzie walczył, aby okaz mu się nie wymknął.
Pasożyt nie daje nic w zamian.
A przynajmniej nie daje nic wartościowego. Na tym właśnie polega pasożytnictwo. Zawsze to my włożymy więcej pracy w usługę, niż na jej wykonaniu skorzystamy. Jedyne na co możemy liczyć, to właśnie wielkie słowa o naszej wspaniałości, niezastąpioności. Jak już wiemy, słowa te mają nijaką wartość, bo słyszą je wszyscy wykonujący usługi dla pasożyta. I każdy z nich dostaje tyle samo, czyli oprócz tych słów - nic. Jeśli nam wydaje się, że ktoś dostał coś bardziej wartościowego od nas, to znaczy, że on wcale tego nie dostał, a jedynie było kluczem do kolejnego poziomu wykorzystywania.
Pasożyt się nie zmienia i nie ma wyrzutów sumienia.
Naprawdę. On lubi ten styl życia i nie zamierza z niego rezygnować. Można go tu porównać do złodzieja, który lata doskonalił swój "fach", wielokrotnie za swoje występki siedział w pudle, ale i tak na widok "okazji" zaswędza go ręce, a w sklepie zawsze będzie kalkulował, czy opłaca się kupić, czy ukraść. Kradzież jest częścią jego umysłu. A częścią umysłu pasożyta zawsze będzie korzystanie przy największym zysku i najmniejszym nakładzie energii. Wyrzuty sumienia? Nigdy. Choćby dlatego, że wykorzystywani przez niego ludzie tak naprawdę nie są w jego opinii ludźmi, a narzędziami. A czy ktoś ma wyrzuty sumienia, bo w czasie korzystania z młotka złamał rękojeść? Nikt. To narzędzie. Popsuło się, zużyło, więc kupimy nowe.
A co robić, kiedy już to wszystko wiemy? Przede wszystkim na etapie otrząsania się, NIE MIEĆ POCZUCIA WINY, bo nie robimy nic złego. Nasze działanie musi być zdecydowane, bo to my pozbywamy się problemu.
Subskrybuj:
Posty (Atom)




