Pokazywanie postów oznaczonych etykietą psychologia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą psychologia. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 12 marca 2017

Prostactwo i prostota, czyli unboxing brzytwy Ockhama.

"Dla ludzi mam otwarte drzwi. Niewiele zabrać można mi. Ale jak ktoś mi da po pysku, oddam z nawiązką! Ja nie Chrystus..."  śpiewał polski bard Jacek Kaczmarski w utworze "Prosty człowiek". No właśnie, kim w dzisiejszych czasach jest ten prosty człowiek? Czy w ogóle da się dziś takim być? A jeśli już się nim jest, to czy wypada? Czy prostota jest tożsama z prostactwem? Tyle pytań, niewiele jasnych odpowiedzi. Ale jako że lubię odpowiadać na trudne pytania, dziś odpowiem. Oto własnoręcznie napisana pochwała prostoty.



Czasy mamy skomplikowane. To fakt. Mnogość opcji do wyboru, postaw do popierania, ba! Nawet orientacji seksualnych do reprezentowania, przeróżne mody i style... Dużo, dużo, jeszcze więcej, przesyt! Mogłoby się wydawać, że dziś prostota umarła. Nosimy kwiatki na jej grób, zapalamy znicze i rzewnie wspominamy, jak to drzewiej bywało. Bo przecież kiedyś było prościej. To spory błąd. To, że jesteśmy przeładowani wszystkim, wcale nie musi oznaczać, że dane jest nam paść ofiarami klęski urodzaju. Można żyć prosto, być prostym. Trzeba tylko wiedzieć, gdzie leży granica. Granica pomiędzy prostotą, a prostactwem.

Prostota to NIE prostactwo.

I należy o tym wspomnieć już na samym początku. Prostota to nic innego, jak wyrażanie swoich myśli, poglądów i przekonań w sposób jasny i zrozumiały. To respektowanie norm w sposób czytelny dla siebie samego, ale i (może przede wszystkim) dla otoczenia. Prostactwo to BRAK myśli, poglądów i przekonań, brak znajomości norm. Człowiek prosty wie, jak postąpić w określonej sytuacji. Prostak kąsa, kopie i pluje, bo w ten sposób maskuje swój brak wiedzy. Odwraca uwagę od siebie swoim własnym często chamskim zachowaniem. Dlaczego? Bo się boi. Tak jak dzikie zwierzę zamknięte siłą w klatce. Z tym, że tu klatka to otoczenie, którego zwyczajnie nie rozumie. A niewiedza budzi strach.

Prostota to wiedza i rozumienie

A dokładnie wiedza o tym, że nie wszystko musi mieć drugie dno, oraz że naprawdę nie wszystko je ma. I rozumienie tego, kim jesteśmy. Współczesność przyzwyczaiła nas do tego, że wszystko, dosłownie wszystko musi być wielowarstwowe. Wypowiedź musi być ironiczna, zawierać zestaw ciętych ripost, do tego musi zawierać tysiąc przenośni na zdanie. Czynności, nawet te wykonywane codziennie muszą posiadać w sobie jakiś rys wyznawanej ideologii, część nas. Ubranie, jedzenie, sposób spędzania wolnego czasu, hobby - wszystko to staje się skodyfikowanym systemem, który powoli zaczyna zjadać własny ogon. Przestaje liczyć się esencja czynności, a "otoczka prawna" złożona z niepisanych reguł. Ginie przyjemność. Bo przecież "lajfstajl", więc jeśli przy minus 30 stopniach zakładam kalesony, zaraz muszę mieć przygotowany cały zestaw wypowiedzi i usprawiedliwień. Że jestem taki "retro", że to nawiązanie, że wyrażam w ten sposób, że... Pytam, po co? Przygotowujemy sobie scenariusze odpowiedzi na pytania, których gdzieś tak na 99,9% nikt nam nie zada. Jest -30 stopni Celsjusza, dlatego zakładam kalesony. Jestem głodny, więc jem, a jem to, co mi smakuje. Tyle. Współczesność buduje w nas przekonanie, że to wokół nas kręci się cały świat, że jesteśmy jakimiś gwiazdami, które od błysku lamp reporterskich dorobiły się już solidnej opalenizny. Żyjemy w ciągłym strachu o to, czy przypadkiem z lodówki nie wyskoczy dziennikarz i nie zapyta... Nie, nie zapyta. Nośmy takie gacie, jakie chcemy. Jedzmy to, co lubimy. Żyjmy.

Prostota to szczerość wobec siebie i innych

Od jakiegoś czasu możemy zauważyć rozwój epidemii pewnej z pozoru niegroźnej, ale dość nieprzyjemnej choroby dotykającej społeczeństwo. Ekspertoza, czyli expertosis vera objawia się głównie tym, że coraz więcej osób uważa się za ekspertów tylko dlatego, bo są specjalistami. Co ma to wspólnego z prostotą lub jej brakiem? Wbrew pozorom bardzo dużo. Otóż tym ludziom wydaje się, że aby być postrzeganym jako ekspert, trzeba komplikować. Wyjaśniać w sposób pełen dygresji, mówić dużo, używając przy tym fachowego żargonu, a jeśli uproszczenie czegoś jest niezbędne, stroić fochy, że motłoch śmiał zapytać o rzeczy oczywiste. To śmieszna postawa. Śmieszna i szkodliwa, dla siebie samego, ale i dla innych. Istota bycia ekspertem to właśnie opanowanie do perfekcji jak najprostszego wyjaśniania nawet bardzo skomplikowanych zagadnień, a jednocześnie bardziej umiejętność przyznania się do niewiedzy z postanowieniem jej uzupełnienia, niż uznanie siebie za wyrocznię, której wiedza jest w 100% kompletna. Tylko wtedy jesteśmy szczerzy wobec siebie, bo zdajemy sobie sprawę ze stanu naszej wiedzy i oceniamy go trzeźwo. Wtedy też jesteśmy szczerzy w stosunku do innych, bo nie musimy przed nimi nikogo grać. Nie bójmy się mówić, że nie wiemy, ale jeśli to niezbędne, nie tkwijmy w niewiedzy. Lepiej nie wiedzieć i być gotowym na zdobycie wiadomości, niż udawać, że wie się wszystko. I nam będzie lepiej ze sobą, i innym z nami.
Prostota zapewnia tu także komfort psychiczny, obu stronom. My wiemy, czego spodziewać się po innych, oni wiedzą to samo o nas.

Prostota to objaw pewności siebie

Zdrowej pewności siebie, pozbawionej wszelkich chorobliwych przerostów. Mówiąc "jak jest" nie zakładamy wyżej wymienionych masek ekspertów czy gwiazd. Jesteśmy w stu procentach sobą i nie boimy się tego. Wymaga to pewnej odwagi, bo nie zrzucimy wtedy już odpowiedzialności na jakieś nasze wyimaginowane alter ego. To napisałem ja, Arek. Nie ten mało popularny bloger z Radomia, nie fotograf, nie grafik, tylko ja. Ja jestem i blogerem, ale i fotografem oraz grafikiem, ale to cały czas ja. To nie są różni goście. Z tym wszystkim stoi jeden facet. Facet, który napisał to, co chciał napisać. Com napisał, napisałem.

I tak w uzupełnieniu - rozejrzyjcie się kiedyś po ulicach waszych miast. Zapewne zauważycie pstrokaciznę reklamową. Szyldy zawalone treścią, loga rozbudowane jak herby szlacheckie, ulotki walące po oczach wściekłą kolorystyką. Kiedy wrócicie do domu, otwórzcie sobie kilka głównych stron wiodących, światowych firm. Niech to będzie np. Apple, Porsche i... Google. Pierwsze, co rzuci wam się w oczy to porządek, czytelność i... no właśnie, prostota. Tak jest ze wszystkim. Mniej znaczy więcej. Nie bójmy się być prości, ale niech nas Świata Całego Budowniczy strzeże przed byciem prostakami. Tyle na dziś. :)

czwartek, 9 czerwca 2016

wpieniony #04: "Mundrzejsi od radia" czyli światopoglądowy nalot dywanowy.

Dochodziła dziewiętnasta. Kilku spotterów fotografujących pod płotem radomskiego lotniska dopalało właśnie papierosy i chowało aparaty. "Niegłupio dzisiaj, nie?" "Nieźle nawet, mam Bryzę, wiadomo, standard - Orliki, Saab fajny, zdjęcie się obroni..." "Ale tej Cessny to ja się nie spodziewałem" "Miała być, druga też miała być, ale... o, patrzcie, podchodzi i druga" "A to ja sobie ją cyknę, światełko fajne teraz..." "Celuj waćpan, hehe..." Parę klapnięć lustra. Cessna niemal bezgłośnie przesuwa się nad głowami obserwatorów i miękko ląduje na pasie. Nagle z boku obcy głos: "ŻE WAM SIĘ PANOWIE TAK CHCE, TE TRUPY..."


Rozejrzeliśmy się. Nie wiadomo skąd w okolicy płotu pojawił się facet. Ot, niepozorny. Trochę podniszczona kurtka, w ustach dopalający się pet, kilkudniowy zarost. Gość jak gość. Spojrzeliśmy z wielkimi znakami zapytania w oczach. "No bo to takie lata, takie... nie wiadomo co..." Kolega, który właśnie przeglądał wykonane zdjęcia półgębkiem zapytał "Ale dlaczego trupy? Przecież to zwyczajne samoloty... Panie, tu nie Heathrow, jak się nie ma co się lubi, to się lubi co się ma..." No i się zaczęło...
A co się zaczęło? Wykład. Wykład o stanie polskiego lotnictwa. Cywilnego i wojskowego. O tym, że strach po ulicy chodzić, bo wojskowe to wszystkie już się rozsypują, piorun wie, czy który na łeb nie spadnie, bo "na ajerszole tym całym tam, to co było? Się rozpierdolił w drzebiezgi!". Cywilne? Gadać szkoda, bo "nakupują złomu z NRD, bo chcą pokazać jakie to paniska, bo lemuzyna za mało, trza samolot. I też, jak te głupie! Widzieliście panowie jak nisko szedł? Zahaczy kiedy komu kołem o chałupę i będzie płacz! Młody pewnie jaki, głupi..."
Próbowaliśmy dyskutować. Na bieżąco korygować błędy w rozumowaniu, wyjaśniać... Figę! Facet rozkręcił się jak katarynka, a odchodząc (z miną zwycięzcy rzecz jasna) skwitował: "Młodzi jesteście jeszcze, to co wy tam wiecie? Ile zjecie tyle wiecie, hehe...". 

Co fakt, to fakt. Takiej wiedzy to żaden miłośnik lotnictwa w tym kraju nie ma, więc radomscy spotterzy oficjalnie dziękują randomowemu panu w zielonej kurtce, że wyprowadził ich ze srogich błędów w myśleniu. Tyle lat w kłamstwie, a tu oświecenie! Panie, że się o pana Dęblin nie upomniał, to cud... Oj my głupi! Młodzi i głupi...

Anatomia problemu

Tak, pan z przytoczonej historyjki reprezentuje pewne cholernie wpieniające mnie zjawisko. Zjawisko oparte na czterech solidnych filarach:

a) Zabieranie głosu na tematy, o których nie ma się zielonego pojęcia.
b) Próba niemal siłowego przeforsowania swojego stanowiska wśród ludzi, którzy to pojęcie mają
c) Paranoiczna wręcz głuchota na kontrargumenty
d) Przy przewadze argumentów przeciwnika następuje próba zdyskredytowania go.

Reakcja wpienienia wystąpi wtedy i tylko wtedy, kiedy wszystkie te filary pojawią się wspólnie. A niestety, pojawiają się wspólnie bardzo często. Mam takie wrażenie, że istnieje pewien typ ludzi, którzy wprost uwielbiają w ten sposób atakować "sobą" rozmówcę. To dosłownie jest atak, nalot dywanowy, masowe bombardowanie bzdurami, które obalić można w kilka sekund, ale intensywność jest tak wielka, że w trakcie obalania jednej dostajemy w pysk trzema nowymi. A nasz rozmówca doznaje mentalnego orgazmu, bo przecież tak nas wspaniale "orze", że normalnie szok w trampkach. Szkoda tylko, że z boku wygląda jak skończony idiota, wyrzucający z siebie pakiety bzdur. Na jedno nasze słowo on ma pięćdziesiąt swoich. Kiedy widzi, że przegrywa, oczywiście nie daje tego po sobie poznać, ale już szykuje podsumowanie - próbę dyskredytacji. Najczęściej przez stwierdzenie, że w sumie to nie ma co strzępić ryja, bo jesteśmy młodzi, głupi, więc co my możemy wiedzieć...
Użycie argumentu ad personam to w dyskusji oznaka przegranej. Niestety, nasz rozmówca uważa, że zwyciężył. Odchodzi dumnie, bo przecież "niby taki hehe zawodowiec, a podstaw nie zna...". Żałosne. Jak jasna cholera żałosne.
Ktoś kiedyś powiedział, że rozmowa z takimi ludźmi to jak gra w szachy z gołębiem. Gołąb powywraca piony, nasra na szachownicę i będzie dumny, bo wygrał...
Najlepsze rozwiązanie? Nie dyskutować. Tyle, że czasem nie jest to możliwe.

"Panie, to proste jak drut!"

No właśnie, "taki zawodowiec"... Z tym typem ludzi bardzo często spotykają się wszelkiego rodzaju specjaliści w swoich dziedzinach. Ja, dla przykładu, jestem grafikiem, wykonuję także zlecenia fotograficzne i... chyba to wystarczy - każdy, kto liznął tej roboty doskonale wie, o czym ja mówię. "Panie! Przecie to prościzna no... przecie tym tam... fotoszopem to panie, takie rzeczy robią, ja w telewizji kiedyś widziałem, babie jak cycki, panie powiększył, to..."
Oto główne źródła wiedzy naszych rozmówców - telewizja, kolega szwagra, "tak słyszałem", "ja tam wiem, że...".  Tłumaczysz, wyjaśniasz, pokazujesz na przykładach - "A bo pan pewnie się nie znasz, w telewizji kiedyś, na takim filmie..." Panie, jasna cholera i wszystkie zarazy świata! Telewizja kłamie! Nie! Nie powiększę zdjęcia 20x30 pikseli do rozmiaru 2x3 metry. Wiem, tak, w "CSI: Kozia Wólka" wydobyto wizerunek podejrzanego z klatki filmu pozyskanej z ledwo działającej kamery przemysłowej, a sam wizerunek był odbiciem na metalowym obcasie szpilki kobiety, która przechodziła pół kilometra dalej. A oni zrobili z tego obraz w 4K. Ale... witamy w życiu! Tu nie CSI... "No ale panie, bzdury by pokazywali?" Nie proszę pana. Czystą prawdę pokazują. Najczystszą. Ale co ja tam wiem...

Ekspertów ci u nas dostatek

Trzymam się w życiu takiej prostej zasady - wypowiadam się tylko na te tematy, w których cokolwiek mogę powiedzieć. Jeśli się na czymś nie znam, a trafię między znawców, to zwyczajnie i po ludzku słucham. Pogadasz sobie ze mną, drogi Czytelniku o fotografii, sztuce, projektowaniu graficznym, pogadamy sobie o historii, o lotnictwie, o naukach takich jak psychologia, czy socjologia. Liźniemy fizyki, czy biologii. Mogą się trafić też jakieś poboczne wątki, z którymi "wiedzowo" się zapoznałem. Jeśli Ty wiesz coś, czego nie wiem ja, z chęcią Cię posłucham. Zdobywanie wiedzy jest naprawdę fajne. Nie uważam się jednak za żadnego eksperta. Doskonale wiem, że jeśli posiadam jakieś braki w danym temacie (a posiadam je na pewno, być może nawet większe niż mi się wydaje), to niczego nie zmieni obnoszenie się z nimi, ba! Wdrukowanie sobie do głowy, że skoro ja tak to rozumiem, to pewnie tak jest.
Problemem dzisiejszych czasów jest to, że właściwie od każdego wymaga się wyrażania zdania na dowolny temat. A ludzie dają się na ten haczyk złapać, tak jakby przyznanie się do braku zdania w danym temacie przybijało do głowy pieczątkę z wielkim, czerwonym napisem "idiota". A czy nie większą pieczątkę z tym napisem przybija próba przekonania faktycznych specjalistów, że nie mają racji? Na podsumowanie, taki obrazeczek, idealnie wręcz oddający istotę tego, o czym piszę:


Do następnego razu, pozdrawiam... :)

czwartek, 2 czerwca 2016

Nie zabijaj* (*także: dziecka, które w Tobie siedzi)

Pierwszy czerwca. Międzynarodowy Dzień Dziecka. Uśmiechasz się pod nosem, bo doskonale wiesz, jak bardzo się na ten dzień czekało. Uśmiechasz się, a za chwilę przechodzi Ci przez myśl, że to przecież już nie jest Twoje święto. Nawet nie wiesz, kiedy to się stało, prawda? Kiedy po prostu wyszedłeś z piaskownicy, aby już nigdy do niej nie wrócić.





To nie było gwałtowne zjawisko. Raczej proces. Stopniowy, powolny proces wygaszania w nas tego, co niedojrzałe, zastępowania tym, co według nas dorosłe. Chyba nawet bardzo nie bolało, działało przecież mocne znieczulenie pod postacią wizji nas jako dojrzałych ludzi. Takich, z których zdaniem każdy się liczy. Takich, którzy mogą wypowiadać się na poważne tematy bez ryzyka, że ujrzą ten dziwny cień uśmiechu u rozmówcy. W końcu takich, którym wszystko wolno. Czekaliśmy na tę osiemnastkę jak na zbawienie. Już! Zaraz! Teraz! "Sto lat!", "wszystkiego, co najlepsze! Powodzenia w dorosłym życiu". Może jakaś rada od rodziców, jakaś złota myśl wprowadzająca nas w dorosłość? Może. Chociaż nie zawsze. Właściwie i bez tego się obyło. Czasem dlatego, bo my i tak wiedzieliśmy swoje. Czasem dlatego, bo nie było na to czasu. A czasem nie miał kto tej rady udzielić. Bo chociaż był, nie umiał. Jakkolwiek by jednak nie było - my już przekroczyliśmy tę magiczną granicę. Nie, nie otworzyły się niebiosa, nie spłynął na nas z nich złoty pył. Dzień przed osiemnastką był taki, jak i dzień po niej. I nadal ktoś śmiał powiedzieć "dzieciak jesteś, nie zrozumiesz". A my tak się przed tym broniliśmy! Bo przecież... Dzieckiem nie byliśmy już wcześniej. Mieliśmy przecież JUŻ TE 14, 15, 16 lat. I wiedzieliśmy przecież o życiu niemal wszystko. Wiedzieliśmy, jak smakuje dym z papierosa, jaki smak mają usta dziewczyny, a jaki piwo wypite gdzieś na szybko, w tajemnicy. Poznaliśmy na własnej skórze, co to jest ta cholerna miłość i jak to sukinsyństwo potrafi zaboleć. Kto wie? Może i o przeciwny biegun się otarliśmy. O śmierć. Ktoś bliski odszedł, ktoś kogo znaliśmy odszedł, idol odszedł. A my? Wiedzieliśmy już, że na zawsze. Jako dzieci nie rozumiemy wymiaru, siły i wszechmocy słowa "wieczność", "na zawsze". I tak zapytamy "czyli do kiedy? Na ile?" A jako nastolatkom pojęcie wieczności zajmuje nam czas potrzebny do pstryknięcia palcami. Przecież wtedy wszystko jest "na wieczność" - miłość, przyjaźń, nienawiść. Nasza młodość też wydaje się wtedy niewyczerpana, wieczna. Tak więc magiczną zaporę w postaci osiemnastki przecięliśmy niemal błyskawicznie, z rozpędu. Już z jakimś tam bagażem doświadczeń. Więc czemu do cholery oni mówią, że jeszcze jesteśmy dzieciakami?! Nie jesteśmy! Chcemy być dorośli, już teraz! Zaraz! Odrzucaliśmy dziecięcość jak ciężar, jak zarazę.

No... i jesteśmy tu, gdzie tak chcieliśmy być. Powoli zbliżamy się do trzydziestki. Nadal młodzi, ale już nikt nam nie powie, że młokosy. Nadal jeszcze energiczni. Mamy swoje pasje, spełniamy je. Rozwijamy się. Budujemy swoje własne światy. Nie kupujemy tanich bajek, z naiwności wyleczyło nas życie. O dzieciństwie dawno już zapomnieliśmy, bo często mamy przecież już swoje dzieci, próbujemy więc dla nich być autorytetem. Czasem nawet się to udaje. I świetnie. Przecież właśnie o to chodzi. Tylko... czasem jest ciężko. Czasem coś zaboli. I chciałoby się tak po prostu mieć święty spokój. Zastanawiamy się, kiedy my ostatnio taki spokój mieliśmy i nagle "Eureka! No przecież! Wiadomo kiedy! Jak człowiek dzieciakiem był to..."

Był? A... może nie jest jeszcze za późno? Może to dziecko, które w nas siedziało, wcale nie umarło? Może je tylko czymś przysłoniliśmy, przykryliśmy, kazaliśmy mu milczeć. Wypadałoby teraz je nieco z tego wszystkiego odkopać, otrzepać z pyłu. I przede wszystkim, cholera, ładnie przeprosić.
Nie mam na myśli tego, że w reakcji na stresy codzienności powinniśmy wszyscy jak na komendę zdziecinnieć. To nie doprowadzi do niczego dobrego. Chodzi mi raczej o to, żeby odkryć na nowo to, co przecież kiedyś było naszymi odruchami. I czasem to zastosować, użyć tego. Nie wstydząc się przed samym sobą, że to przyjemne. A co to jest? No ludzie... popatrzcie na dzieci! To najlepsi instruktorzy!

Cieszmy się - a raczej nauczmy cieszyć się własnymi sukcesami i małymi przyjemnościami tak, aby wyeliminować z tej radości strach przed surową oceną totalnie anonimowych ludzi. Ludzi, których nasz sukces boli. Ludzi, którzy wprost marzą o tym, abyśmy nawet nosa nie wyściubili z tej szarej masy, którą tworzą. Niech każdy sukces będzie naszym prywatnym świętem. Nie bójmy się, że idąc po ulicy z uśmiechem na twarzy, zranimy czy oburzymy jakiegoś losowego Kowalskiego albo inną Malinowską. Skoro kogoś jest w stanie urazić promieniowanie szczęścia od zupełnie obcej osoby, to zapewne jest to człowiek, którego właściwie uraża wszystko. Taki trochę "gdzie byś nie strzelił, we mnie trafisz" jak pisał mistrz Stachura. Jeśli nie my go urazimy, to zrobi to trawa. Bo menda, za bardzo się zieleni, no...

Dziwmy się - przerażające jest to, jak bardzo jako dorośli potrafimy udawać obojętność. Przecież nie widzieliśmy wszystkiego, nie próbowaliśmy każdej fajnej rzeczy na świecie, pewne ciekawe sytuacje są dla nas kompletną nowością. A i tak udajemy, że przecież to nic wielkiego. Zabawna poza. Człowiek wewnątrz aż kipi z radochy, a na zewnątrz taki... słup. No bo co? "Samolot jak samolot", "jedzenie jak jedzenie", "miasto jak miasto". A wiecie, czemu tak dobrze wspominamy dzieciństwo? Bo wtedy odkrywaniu świata towarzyszyły nam... emocje! A emocje najłatwiej wchodzą w pamięć. W którymś momencie stwierdziliśmy, że należy świat odkrywać bez emocji. Na chłodno. Nic więc dziwnego, że wszystko wydaje nam się marne, nijakie i identyczne. Owszem, zjedliśmy coś nowego. Owszem, byliśmy w ciekawym miejscu. Ale... rozdzieliśmy odkrywanie od emocji. Dlatego "samolot jak samolot", "jedzenie jak jedzenie", a "miasto jak miasto".

Słuchajmy siebie - brzmi banalnie, nie? Każdy "kołcz" czy inny "nauczyciel życia" w przydużym gajerku ma taką mantrę, którą ciska z rękawa: "Wsłuchaj się w siebie, słuchaj serca, podążaj za nim, tako rzekłem, dwieście złotych się należy, przelew, karta czy gotówka?" Tymczasem dzieci wcale nie trzeba tego uczyć. One to wiedzą, robią to niemal automatycznie. Szybko wyczuwają, kto im sprzyja, kto nie, kto mówi im prawdę, a kto ciśnie kit najlepszego gatunku. Sami tak mieliśmy, nieprawdaż? Wiedzieliśmy, jakoś tak w środku, że akurat ten znajomy rodziców to nie jest fajny, że rodzice prowadzą nas do lekarza, że ten kolega to chyba coś ściemnia... I praktycznie zawsze się nie myliliśmy. Jak czuliśmy, że nie będzie fajnie, to było niefajnie. Ale dorośliśmy. I zaczęliśmy racjonalizować, czyli mówiąc po ludzku, nadużywać "no może i..., ale..." "Może i kawał chama, ale pewnie się zmieni", "No może i nie warto, ale nie przestanę". Walczymy z przeczuciem. I cierpimy. Tymczasem ten głos z tyłu głowy nie jest w niej dla picu. On tam ma być. I jeśli podpowiada, że mogą być z tego czy tamtego srogie kłopoty, to raczej ma rację.

Doceniajmy małe rzeczy - zdjęcie wlepki ilustrujące mój dzisiejszy wpis zrobiłem kilka lat temu. Zastanawiałem się nieraz nad sensem tych słów. A sens jest tu bardzo prosty - doceniajmy małe, chwilowe, ulotne, fajne rzeczy. Dzieci w sklepie zoologicznym oglądające rybki odcinają się na chwilę od świata. Są tylko one i tylko rybki. Nie było wczoraj, nie ma jutra - one i rybki, rybki i one. Umiemy tak? Chociaż przez chwilę czerpać radość z jakiejś pierdółki? Jeśli umiemy - świetnie. Jeśli nie - nauczmy się tego. Jako dorośli zapędziliśmy się trochę. Zaczęliśmy żyć w przekonaniu, że doceniać należy tylko to, co jest potężne, wielkie, a najlepiej drogie i okupione krwią, potem oraz łzami. Tak, wielkie rzeczy doceniać należy. Ale i te mniejsze potrafią dać radość. Czasem nawet właśnie ich mały rozmiar i ulotność powodują, że są potężniejsze niż te majestatyczne, w które tak lubimy wlepiać wzrok. Niech to będą rybki w akwarium sklepu zoologicznego. Niech to będzie ten gość, który nas przepuścił, kiedy chcieliśmy wreszcie wyjechać z tej cholernej uliczki. Niech to będzie zapach deszczu. Cokolwiek.

Przeprośmy tego dzieciaka, który w nas siedzi. On na to czeka... :)

środa, 25 listopada 2015

"Hej, co tam? Słuchaj, bo..." czyli o pasożytach raz jeszcze.

Jakiś czas temu na moim blogu powstała notka dotycząca pasożytnictwa. Jeśli ktoś nie czytał, zapraszam, jeśli czytał - wie w czym rzecz. Dzisiejszy wpis (chociaż może to tak wyglądać) nie będzie "odgrzewaniem kotleta" a raczej próbą wyjaśnienia, czemu to MY stajemy się ofiarami tego typu ludzi. Ostatnio dość mocno się nad tym zastanawiałem, bo w końcu i ja swojego czasu miałem z tym procederem do czynienia. Doszedłem więc do kilku wniosków, które dziś zamierzam tu Wam przedstawić. Powtórzę jedynie to, co napisałem w notce do której odsyłam - uczcie się na cudzych błędach (czyt. moich) niż na własnych - to naprawdę mniej kosztuje.
Z lektury wspominanego wpisu wiemy już jak sprawę widzi pasożyt. Dziś parę słów o tym, w jaki sposób problem postrzegamy my sami. Niestety, bardzo często jest tak, że to my stajemy się magnesem przyciągającym wszystkie pasożytnicze "opiłki", mało tego - czasem nawet pomagamy im w ich sposobie na życie. Jak?

Uczymy ich bezradności.

Pojęcie tzw. wyuczonej bezradności znane jest socjologii oraz psychologii od lat 70 XX wieku. Na czym ono dokładnie polega? W najprostszym wyjaśnieniu jest to taki stan, w którym jednostka dysponuje realnymi możliwościami, aby móc zmienić np. swoje złe położenie, ale nie robi tego. Często nawet wtedy, kiedy rozwiązanie jej problemu leży o krok. Bywa także, że jednostka liczy wręcz na działanie jakiejś zewnętrznej siły, która za nią przyjmie na siebie wszelkie nieprzyjemności związane z naprawieniem niezadowalającego ją stanu. Kto będzie taką siłą w przypadku osób, których dotyczy ten post? Ano... my.
Pamiętajmy jedną, ważną rzecz - nie pomagamy dając gotowe rozwiązanie problemu. Ba! Nawet szkodzimy. Czemu? Wynika to z prostej logiki - pomijamy w ten sposób proces, któremu podlegamy wszyscy, a który pozwala nam rozwikłać spotykane trudności - proces NAUKI. Nauka pozwala bowiem zrozumieć anatomię problemu, a więc także i wszystkie procesy, które do niego prowadzą. Porównajmy to sobie na przykład ze studiami medycznymi. Przecież przyszłych lekarzy nikt nie uczy na zasadzie "Choroba A - lekarstwo X, choroba B - zabieg Y". Lekarz musi najpierw pojąć funkcjonowanie zdrowego organizmu, dopiero potem uczy się go, jak "działa" choroba, co ona w tym zdrowym organizmie zmienia, że przestaje być zdrowy. Wreszcie pojawia się nauka o sposobie usunięcia nieprawidłowości, a więc właściwa nauka o leczeniu. W ten sam sposób uczy się każdy - mechanik samochodowy, serwisant komputerowy, budowlaniec... Właściwie przedstawiciel dowolnego zawodu musi wiedzieć jak jest "źle", aby przerobić to na "dobrze". Rzecz jasna nie chodzi o to, aby osoba, której pomagamy wchłonęła całą specjalistyczną wiedzę. Wystarczy, aby chciała wchłonąć chociaż ten ułamek, który pomoże jej rozwiązać jej problem.
To właśnie różni pasożyta od tego, komu pomagać warto - ten drugi wykorzystał już wszystkie opcje. Ten pierwszy będąc otoczonym opcjami, pokazanymi palcem i podkreślonymi oczojebnym markerem, nie kiwnął nawet palcem w kamaszu, aby chociaż na nie spojrzeć. Czemu? Bo ma prywatnego raba - nas.

Chcemy udowodnić naszą wartość.

Początek problemów z "sezonowymi przyjaciółmi" leży właśnie w tym, że bardzo chcemy udowodnić naszą przydatność. Chcemy pokazać, że mamy o czymś pojęcie, wyróżniamy się jakąś umiejętnością, umiemy kogoś uszczęśliwić, a ostatecznie chcemy poczuć się docenieni. Nie ma w tym nic złego - każdy z nas chce czuć się dobrze, każdy z nas chciałby czuć się ważny, bo to są składowe szczęścia. Pomaganie daje ogromną dawkę pozytywnej energii, to czyni je wspaniałą rzeczą. Problem polega jednak na tym, że "sezonowi przyjaciele" nie dają nam pełnowartościowego szczęścia. Choćby właśnie przez to, że istniejemy dla nich tylko wtedy, kiedy jesteśmy im potrzebni. Oni zastawiają pułapkę, w którą my - wiedzeni chęcią udowodnienia swojej przydatności - wpadamy. Niestety, NIGDY nie zostaniemy przez nich docenieni. Albo inaczej - zauważona zostanie tylko ta jedna wartość, a więc umiejętność szybkiego i sprawnego wyciągania ich z kłopotów. Niezauważona zostanie natomiast konotacja "pomaga, więc jest dobrym/mądrym/fajnym człowiekiem". Naprawdę. Pasożyt ma gdzieś, jakim jesteś człowiekiem. Pasożyt ma gdzieś, że pomagasz, bo darzysz go sympatią, więc się poświęcasz. Pasożyt ma to wszystko, cytując kapitana Bednarza, "we dupie". Dla niego liczy się czysty zysk. Reszta jest chłodną kalkulacją. Wyczuwa, że go lubisz? To nawet lepiej dla niego, bo jeszcze ciężej będzie Ci odmówić, a on wyniesie swoją korzyść tak czy inaczej.
Oczywiście od "sezonowego przyjaciela" nie raz usłyszysz zapewnienia o swojej wspaniałości. Wspominałem nawet o tym w notce, do której odsyłam na początku. Z tym, że te wszystkie zapewnienia są jak fałszywe pieniądze - cieszysz się, bo dostajesz plik banknotów, chowasz je do kieszeni, myśląc że się wzbogaciłeś, a kiedy chcesz nimi zapłacić, zauważasz że to marne podróby, z których pozłaził już kiepski tusz, a pod spodem jest bezwartościowy papier.
Pamiętaj - moment, w którym czujesz, że pomaganie nie sprawia Ci przyjemności, jest najpewniej momentem, w którym uświadomiłeś sobie, że jesteś wykorzystywany.

Próbujemy być świętsi od papieża.

Ktoś kiedyś stwierdził, że nadgorliwość jest gorsza od faszyzmu. I miał cholerną rację. Ten akapit wynika niejako z poprzednich - pomagamy tam, gdzie pomagać nie warto, pomagamy też tym, którym pomagać nie warto. Pomagamy na siłę. Ktoś zaraz stwierdzi "A tam, pierdolisz Arek jakby cię matka w dzieciństwie dwa razy podrzuciła, a raz złapała - pomagać trzeba zawsze, czasem i na siłę". Jasne. Pomagać należy, ale w granicach zdrowego rozsądku, a przede wszystkim w granicach własnych możliwości. Nie chodzi o to, aby spisać drugiego człowieka na straty, ale o to, aby przyjąć do wiadomości, że nasza rola się tu już skończyła. Zrobiliśmy wszystko co w naszej mocy? Zrobiliśmy. Nie pomogło? Nie pomogło. Odpuszczamy. Dla naszego zdrowia. To nie jest żadne samolubstwo, chodzi po prostu o to, aby pomagając drugiej osobie nie zniszczyć przy okazji siebie. A o to łatwo, bo kiedy chcemy ratować na siłę, w pewnym momencie inwestujemy więcej, niż możemy wydać. Poświęcamy więc także i tą energię, która w dobrym stanie utrzymuje nas. Efekt? Sytuacja ratowanego ani drgnęła "in plus", nadal robi swoje, a my czujemy się wypaleni i sfrustrowani. Kojarzycie to uczucie? Uczucie złości na drugą osobę, złości że nie daje sobie pomóc - my stajemy na głowie, ona przytakuje, a nic się nie zmienia. Uwierzcie, przerabiałem to, nie raz. Paskudne uczucie. Odpuściłem, kiedy doszedłem do wniosku, że chyba ja bardziej przejmuję się cudzym problemem niż ci, którzy go mają. A tak być nie powinno. To szkodzi. Może to być gorzka prawda, ale czasem i gorycz trzeba przełknąć - nie ma ludzi niezastąpionych. Czasem nasza duma, a czasem to, że zależy nam na danym człowieku, nie pozwala nam przestać pomagać. Czujemy się źle, bo zdajemy sobie sprawę, że po nas może przyjść druga osoba i załatwić sprawę ekspresowo. Czujemy się gorsi. A to błąd. Ludzka psychika rzadko podlega prawom logiki. Nie zawsze reakcja jest następstwem akcji, jak uczono nas na fizyce. Nie zawsze reakcja dwóch odczynników dąży do równowagi, jak uczono nas na chemii. Pamiętajmy, że normalny człowiek, nie "sezonowy przyjaciel" doceni nasze starania i to, ile dla niego zrobiliśmy. I my to poczujemy. Jeśli nie poczuliśmy - nie ma czego żałować. To nie my byliśmy niewłaściwą osobą. To niewłaściwej osobie próbowaliśmy pomóc.
Warto dodać, że takie pomaganie na siłę może doprowadzić do "uruchomienia się" trybu pasożyta w z pozoru normalnej osobie. Zwykle ten ktoś nie wykorzystywałby nikogo, gdyby inicjatywa miała wyjść z jego strony, ale skoro widzi, że "podajemy mu się na tacy" - zwalnia wewnętrzny hamulec i korzysta.

Mierzymy swoją miarą.

Pewnie wielu z Was spotykając na swojej drodze pasożyta w skórze "przyjaciela" przynajmniej raz powiedziało lub pomyślało: "No jak on mógł! Przecież ja w takiej sytuacji to bym..." Tak, racja. Ty byś, ja bym, on, ona, ono by. Ale pasożyt NIE. I to go właśnie czyni pasożytem. Jest to bowiem stan umysłu, utrwalany przez lata praktyki za pomocą wielu różnych sytuacji. Trochę jak umysł "zawodowego" złodzieja, który nawet jeśli już zakończył "karierę" to i tak w sytuacji wyboru ścieżki uczciwej i nieuczciwej, wybierając uczciwą zawsze pomyśli, że nieuczciwą też by dał radę pójść.
My natomiast w kontakcie z "sezonowcem" przykładamy do niego swoją miarę, swój zestaw wartości i zasad. Z tym, że on ich nie wyznawał, nie wyznaje i najpewniej wyznawał nie będzie. Nie włożymy ubrania niskiej chudziny na dwumetrowego, ważącego sto kilogramów byka. Nie wymagajmy więc, że pasożyt w kontaktach z nami nagle dozna oświecenia i przestanie. Owszem, przestanie, kiedy wyczerpie mu się źródełko darmowej pomocy, ewentualnie "źródełko" zrozumie, że ktoś się do niego przyssał i samo zakończy działanie.

Ważna uwaga na koniec - naprawdę nie chodzi o to, aby nie pomagać. Pomagać należy, bo jest to źródło wielkiej, pozytywnej energii, dla obu stron. Warto jednak najpierw przeanalizować sytuację, aby dowiedzieć się, czy faktycznie jest to wymiana energii, a nie jedynie jej wydatkowanie, bez żadnego "impulsu zwrotnego". Ten impuls jest bardzo ważny, bo jest sygnałem, że pomagamy nie tylko we właściwy sposób, ale i właściwej osobie. Kiedy go nie czujemy, jak pisałem wyżej, pora zwyczajnie dać sobie spokój.

wtorek, 3 listopada 2015

"Aaa, idź, bo jak ci jebnę..." czyli listopadowa Polaka zaduma.

1 i 2 listopada za nami. Sprzedawcy cmentarnych akcesoriów liczą zarobki, urząd skarbowy czeka jak zbawienia podatku od tych zarobków, na grobach dopalają się resztki zniczy, cmentarze opustoszały, słowem - wszystko wraca do rocznej normy. I tak do kolejnej pary "świąt listopadowych", kiedy naród połączy się w tłum, aby ruszyć na miejsca spoczynku przodków.
Byłem w tym tłumie. Jak co roku. Poczyniłem obserwacje. Jak co roku. Czy zachodzą zmiany? Owszem, zachodzą. Ciężko określić, czy są to zmiany na dobre czy na złe, bo jak wiadomo natura nie znosi próżni - tam gdzie czegoś ubędzie, tam natychmiast musi przybyć czegoś innego, a mówiąc po ludzku - co się polepszy, to się popieprzy. I o tym będzie dzisiejszy wpis - o tym, co w dniu Wszystkich Świętych się zmieniło i o tym, co zapewne nie zmieni się nigdy.

Agresja mode: on

Tytuł wpisu nie jest przypadkowy. To cytat. Ot, taka sytuacja: na przystanek podjeżdża autobus dowożący ludzi na cmentarz. Tłum rusza w stronę otwartych drzwi, jakby wewnątrz czekało zbawienie. Nagle stop! Blokada. Coś się dzieje. Oto stojący w tłumie wsiadających tatuś postanowił wsiąść pierwszy, a do wymuszenia pierwszeństwa wykorzystał wózek dziecięcy pchany przed sobą. Mówiąc krótko, próbował rozepchać grupę wysiadających. Upomniany, że chyba jednak najpierw przepuszcza się opuszczających pojazd, dopiero potem wsiada, zareagował pięknym, jakże polskim zwrotem: "Aaa idź, bo jak ci jebnę...". I powiem tyle - miał farta, naprawdę. Facet, do którego zostały skierowane te słowa miał wymiary naprawdę słuszne. Podejrzewam, że gdyby doszło pomiędzy nimi do wymiany ciosów, to dzień zaduszny stałby się świętem także dla bojowego tatusia. Nie dostał w klawiaturę z litości. I tu ciekawostka. W pierwszych dwóch dniach listopada miasto uruchamia specjalne linie autobusowe, kursujące w szczycie "przycmentarnej aktywności" z częstotliwością 2-3 minut. Zaraz za autobusem, o który tak zaciekle walczono, stał drugi. Pusty. Gotów na przyjęcie pasażerów. No ale ten był pierwszy. Bij, zabij! Nabluzgajmy na innych, wypełnijmy pojazd po sufit tłocząc się jak sardynki. Dojedziemy na groby pierwsi! Dwie minuty wcześniej, ale to już coś! A tamci frajerzy? Niech się duszą... w pustym autobusie... każdy wygodnie... siedząc... oh wait! No, jedźmy już, zanim dotrze do nas, że to co właśnie zrobiliśmy jest pozbawione sensu.
Nie wiem jaki czynnik wzbudza w tłumie tak pierwotne instynkty jak chęć "jebnięcia" komuś za zwrócenie słusznej zresztą uwagi. Nie da się jednak nie zauważyć, że agresja (mniejsza lub większa) to stały element świąt listopadowych. Może to wynik zmęczenia? Tylko... skoro coś jest tak męczące, że wywołuje w człowieku chęć mordu, a nie jest obowiązkowe, po jaką cholerę to praktykować?
Nie dotyczy to tylko okolic przystanków KM, ale także straganów z kwiatami i zniczami. Tu zasłyszane, nie mniej piękne: "Panie, kurwa pana mać, kolejka!" "A chuj kładę na twoją kolejkę, bucu!". Sytuacja identyczna jak w pierwszym przypadku - obok stoisko niemal puste, ceny identyczne. Ale znów - to było pierwsze, a tamci frajerzy? No niech stoją... bez kolejki... oh wait!

"Biedna dziewszina, Paris Hilton wanna be..."

O cmentarnej rewii mody tysiące blogerów (a głównie blogerek) napisało setki tysięcy słów. I ja dodam coś od siebie. To zabawne zjawisko nie zmienia się bowiem od lat. Odkąd pamiętam 1 i 2 listopada to dni, w których rzesze pań, panienek, dam i nobliwych matron, postanawiają wydobyć ze swoich szaf wszystko, co udało się kupić w ciągu ostatnich miesięcy. Wydobyć, założyć na siebie i ruszyć na podbój alejek i kwater. Gwóźdź programu - parada futer i obuwia zimowego. Niezależnie od temperatury. Nie żeby mi to jakoś przeszkadzało, bo w końcu to nie ja się pocę, ale czy wyjaśni mi ktoś, czym różni się listopadowe 15 stopni ciepła od powiedzmy majowych 15 stopni ciepła? Podejrzewam, że odpowiedź będzie znana: "No wiesz, ale to już listopad..." I co z tego? Ciepły dzień w listopadzie to taki sam ciepły dzień, jak jego odpowiednik w dowolnym miesiącu. To naprawdę nie działa tak, że wraz ze zmianą nazwy miesiąca w kalendarzu nagle to samo ciepłe powietrze, które grzało nas w październiku, zacznie ziębić w listopadzie. A może chodzi o to, aby pokazać nowe futro czy buty? Żeby Kowalską spod szóstki szlag jasny (pośród tej zadumy oczywiście) trafił? Żeby ta pindzia, Kaśka z IIC z zazdrości kolki wątrobowej (pośród tej zadumy oczywiście) dostała i pryszcz jej na środku czachy wyskoczył? Żeby ta Agnieszka z domu obok z zazdrości tymi swoimi tipsiorami (pośród tej zadumy oczywiście) przeorała ogródek? Nie! Broń Boże. Nie chodzi o to! Chodzi o to, że 31 października 15 stopni ciepła to 15 stopni ciepła, ale już 1 listopada to zabójczy mróz.

"Handel lud zalewa boży..."

A teraz coś, co jest w mojej opinii pewną zmianą na plus. Otóż okolice cmentarzy w ciągu tych dwóch listopadowych dni z roku na rok przestają przypominać hipermarket. Naprawdę. Sprzedaż wiązanek, zniczy czy innych cmentarnych utensyliów nie jest niczym rażącym, jak najbardziej to popieram. Pamiętam jednak lata 90. Potwierdzić to może każdy, kto w tych latach żył - pod cmentarzem można było dostać... wszystko. Stragany posiadające w ofercie "szwarc, mydło i powidło" ciągnęły się na odcinku około trzystu metrów wzdłuż ulicy przylegającej do muru nekropolii. Oprócz zabawek można było dostać tam także podróby odzieży, kasety z muzyką (niejednokrotnie odtwarzaną, jak to mówią Ślązacy, "na cały karpyntel", a gorole "na fulla") i coś, z czym od lat kojarzył mi się dzień Wszystkich Świętych - petardy. O tak, dziś nie uświadczy się już huku generowanego przez domorosłych pirotechników, a jeszcze kilka lat temu ten dzień pod względem efektów dźwiękowych przypominał lądowanie w Normandii. Niczym dziwnym nie była też sytuacja, w której jakiś ćwierćinteligent rzucił taką petardą w tłum idących na cmentarz. Bo to takie, kurwa mać, zabawne...
Zmieniła się natomiast moda w wystroju grobów. Dziś znicz to już dawno nie znicz, ale olbrzymi lampion, niemalże latarnia. Czasem bardzo "eko", bo już nie z kopcącą wewnątrz świecą, a z diodami LED. Tak, i taki wynalazek widziałem - lampion nie dość, że świecący niemalże tak jasno jak porządna latarka, to jeszcze błyskający i zmieniający kolory. Miejska legenda głosi, że są i takie z melodyjką. Jeśli ktoś z Was zechce mi coś takiego postawić nad miejscem doczesnego spoczynku moich szanownych gnatów, ostrzegam - będę straszył jak jasna cholera.
A tak na poważnie - signum tempori? Czy naprawdę niedługo będziemy szli nie "zapalić świeczkę", a "wymienić bateryjkę"? Możliwe. Tylko klimat jakby nie ten...

Wszystkich Świętych i dzień zaduszny, jak się rzekło, już za nami. Przed nami kolejne lata, kolejne dni zadumy. Tylko kiedy się na to wszystko patrzy, to jakby w tej zadumie zadumy... mniej. Jest pośpiech, jest tandeta, jest parada futer. Ważne, żeby odfajkować, żeby zaliczyć, pobiec do następnego grobu, trzepnąć na szybko "zdrowaśkę", potem jeszcze spotkanie z rodziną i do domu. I spokój. Byle do następnego roku, wtedy załatwi się to jeszcze szybciej.
A może naprawdę w te dni warto trochę zwolnić? Bez względu na wyznawane poglądy pomyśleć nad tym, że jako ludzie przemijamy? Że to wcale nie jest tak jak próbują nam wmówić media - nie będziemy żyć wiecznie, a nowa pigułka, szampon czy krem nie przedłużą nam życia w nieskończoność.
Kilka dni temu zwróciłem uwagę na bardzo mądrą w swojej prostocie inskrypcję nagrobną:

"Gdzie Ty jesteś, ja byłem. Gdzie ja jestem, Ty będziesz."
Nie zapominajmy o tym, że każda droga gdzieś się kończy.






wtorek, 27 października 2015

Samobójstwo czyli sznur nasz powszedni

Zdaję sobie sprawę z tego, że temat, który dziś poruszę, nie jest tematem prostym. Zdaję sobie sprawę także z tego, że o zjawisku społecznym, jakim jest samobójstwo napisano tysiące rozpraw, przeprowadzono tysiące analiz, wykonano tysiące badań. A jednak - temat targnięcia się na własne życie nadal stanowi wielką, mroczną zagadkę i jest swoistym tabu. W postrzeganiu społeczeństwa z jednej strony "tak nie wypada umrzeć", ale z drugiej strony są surowe, policyjne statystki - według danych Komendy Głównej Policji w roku 2013 życie odebrało sobie 6101 osób, a w roku 2014 ofiar samobójstw było już 6165. Nieznane są jeszcze statystyki na rok bieżący, ale obraz, który wyłania się z dotychczasowych notowań jest dość jasny - występuje tendencja wzrostowa. Od roku 1991 (początek prowadzenia statystyk już policyjnych, nie milicyjnych) to właśnie w latach 2013-2014 po raz pierwszy liczba samobójstw przekroczyła sześć tysięcy skutecznych (zakończonych zgonem) targnięć się na życie. Nie ukrywajmy, coś się dzieje. Ale co?
Nie jestem psychologiem, socjologiem, lekarzem psychiatrą. Nie napiszę więc "jak jest", napiszę raczej "jak wydaje mi się, że jest". Obserwuję otoczenie i właśnie nie z naukowych badań, a z takich codziennych obserwacji będzie wynikała treść tego wpisu. Czemu więc my, jako społeczeństwo, się zabijamy?

1) Bo jesteśmy sami.

Bo można być samym, będąc jednocześnie otoczonym tłumem ludzi. To paradoks współczesności, która jednocześnie skraca i wydłuża dystans pomiędzy ludźmi. Skraca go dzięki rozwojowi takich dziedzin jak telekomunikacja (powszechny dostęp do Internetu), transport (upowszechnienie transportu samochodowego czy lotniczego), ale wydłuża poprzez brak czasu. Brak czasu nie tylko dla siebie, ale przede wszystkim dla innych. Odkładamy tych innych "na później", na "jutro", na "kiedyś". Możemy przecież w każdej chwili wyciągnąć telefon, usiąść przed komputerem i porozmawiać z drugą osobą. Możemy także wsiąść do samochodu i tę osobę odwiedzić osobiście. A jednak brakuje czasu. Zegarek z pomocnika przekształcił się w surowego nadzorcę. Ta sama od setek lat doba staje się zbyt krótka z jej dwudziestoma czterema godzinami. Dotyczy to wielu osób - i nas, i "tych drugich" o których zapominamy. Wszyscy gdzieś zasuwamy. Sami. Każdy swoim korytarzem, ale każdy z tych korytarzy oddzielony jest grubą ścianą. Nawet nie usłyszymy, kiedy ktoś za tą ścianą nie wytrzyma tempa i wyrzuci z siebie ostatni oddech. On w swoim biegu nie usłyszy też nas.

2) Bo patrzymy przez pryzmat siebie samego. 

Współczesność umieściła człowieka w centrum wszechświata. Jego własnego wszechświata. Dla wielu ludzi spojrzenie na czyjąś sprawę oczami drugiej osoby jest nie do pomyślenia. Ci, którzy uwierzyli we własną doskonałość i niezniszczalność nie są w stanie opuścić tego (często iluzorycznego) kokonu. Strach przed opuszczeniem tej narcystycznej strefy jest tak silny, że społeczeństwo powoli (ale bardzo skutecznie) zaczyna postrzegać empatię jako słabość. Orbitowanie wokół własnej zajebistości "przeprogramowuje" system wartości, budzi niechęć, a nawet jawną wrogość do jakichkolwiek słabości. Jaki jest tego efekt? Podwójnie szkodliwy. Po pierwsze powoduje zamknięcie się na innych i usprawiedliwianie swojej bezczynności w bardzo "tani" sposób - "skoro JA mogłem, czemu ON/ONA nie może? Przecież to takie PROSTE!". To nic innego, jak założenie, że... druga osoba jest taka sama jak my. A nie jest. I nigdy nie będzie. Smutne jest to, że właśnie w XXI wieku, w czasach, w których potrafimy zauważyć, że substancja X od substancji Y różni się budową na poziomie atomowym (i głębiej), nadal należy tłumaczyć, że człowiek różni się od człowieka. Zachwycamy się tymi atomami, tworzymy rozbudowane teorie, bo przecież skoro cząsteczka X zawiera tyle i tyle atomów tego i tamtego, a w cząsteczce Y jest inaczej, to musiały zadziałać jakieś zmienne. Jakie? Dlaczego? Jakaż to wspaniała różnorodność! A potem odrywamy oko od mikroskopu elektronowego, notatek, wyników badań i wymagamy, aby druga osoba była taka sama jak my. Chrzanić zmienne, które ukształtowały tę osobę. Ma być nami.
Po drugie, przekonanie o własnej doskonałości w każdej chwili może zostać zburzone, a jego utrata jest bardzo bolesna. Zdrowa samoocena polega na tym, na czym polega wszystko, co zdrowe - na umiarkowaniu i nie popadaniu w skrajności. Nie chodzi o to, aby rozdzierać szaty i rozpamiętywać porażki, ale także i nie o to, aby żyć w przekonaniu, że jest się jakimś niezniszczalnym i doskonałym nadczłowiekiem. Tylko takie podejście może uchronić przed drastycznym i mocno wpływającym na psychikę wytrąceniem z tego prywatnego wszechświata. A takie właśnie wytrącenie może zakończyć się depresją, a co za tym idzie - samobójstwem/próbą samobójczą.

3) Bo wyrzucamy, nie naprawiamy.

Obecna rzeczywistość zakłada totalną jednorazowość wszystkich jej elementów. Jednorazowy sprzęt elektroniczny, jednorazowe opakowania i sztućce, jednorazowe także wszelkie relacje międzyludzkie - przyjaźnie, związki, miłości, często niestety także małżeństwa czy układy rodzinne. Jesteśmy zewsząd przekonywani, że zasoby, które nas otaczają są nieskończone, więc jeśli coś się wyczerpie, przestanie funkcjonować, zawsze istnieje możliwość wymiany na lepsze i nowsze. Nie da się więc nie zauważyć, że coraz częściej połączenia pomiędzy ludźmi tak właśnie są traktowane - jednorazowo.
Oduczamy się wybaczać i przepraszać, bo wybaczenie i przeprosiny to forma naprawy. A naprawiać dziś zwyczajnie nie wypada. Ba! Czasem nawet uznaje się to za słabość. No bo skoro wybaczasz, to co? Boisz się, że stracisz tego człowieka i drugiego takiego nie znajdziesz? Ależ znajdziesz - jesteś przecież wspaniały, cudowny, niepowtarzalny. Przepraszasz? Znaczy... poniżasz się? Przyznajesz się do błędu, którego przecież nie popełniłeś? Bo nie popełniłeś, nieprawdaż? To co zrobiłeś da się przecież jakoś wytłumaczyć, usprawiedliwić przed samym sobą. Zapomnij o tym człowieku! Zrobiłeś to, co uznałeś za stosowne. Zapomnij o tym człowieku. A może... boisz się, że go stracisz? Spokojnie - jesteś tak cudowny, tak zajebisty, że na jego miejsce znajdzie się dziesięć kolejnych, jeszcze lepszych osób.
Ta filozofia prowadzi choćby do tego, że stajemy się coraz mniej odporni na wady innych. Zamiast zwyczajnie pogadać z drugą osobą, zapytać, czemu postępuje tak, a nie inaczej, odrzucamy, wymazujemy, kasujemy.
Takie postępowanie prowadzi także do rozpadów więzi, to oczywiste. Ludzie ze zbyt nadmuchanym ego nie potrafią wybaczyć, ludzie ze zbyt nadmuchanym ego nie potrafią także przeprosić. I jak zwykle - to obraca się przeciwko nim. Brak wybaczenia dla człowieka, który żałuje, będzie silnym ciosem. Brak przeprosin od człowieka, który jest ważny, również boli. Wolimy jednak zacisnąć zęby - nie przepraszać, nie wybaczać. To niszczy. I nas, i otoczenie.

4) Bo nie potrafimy rozmawiać.

To trochę nawiązanie do podpunktu pierwszego. Bo często nawet jeśli uda nam się nawiązać z kimś kontakt, to często rozmowa przypomina dwa osobno prowadzone monologi - my słuchamy "bloku słów", potakujemy, a myślami jesteśmy w zupełnie innym miejscu. Kiedy przyjdzie nasza kolej, również atakujemy "blokiem słów", traktując drugą osobę nie jako partnera w dyskusji, a jako... przeciwnika. Bo przecież według wielu dobra rozmowa to taka, gdzie uda się przelicytować drugą osobę ogromem swoich problemów. Tym lepiej, jeśli ta druga osoba poczuje się jeszcze gorzej, bo nie dość, że ośmieliła się nam opowiadać o swoich kłopotach, to niech wie, że nie jest jedyna. Nas też boli, a że cudze to komedia, a moje tragedia...
No właśnie... Nie jest to rozmowa, która niesie ulgę. Pamiętajmy, że jeśli druga osoba otworzyła się przed nami i mówi o tym, co ją boli, to najgorszą rzeczą jest stwierdzenie "skończ się nad sobą użalać". Dla nas to wygodne zdanie, dla tej osoby jest kopnięciem prosto w twarz, wzmocnienie jej w przekonaniu, że nie jest nikim ważnym. Stwierdzenie "skończ się nad sobą użalać" wypowiedziane do osoby, która nam zaufała, jest równoznaczne ze stwierdzeniem "skończ pieprzyć, nie mam zamiaru cię słuchać". Ona nie robi tego dlatego, aby poinformować nas, że ma źle. Często nie chce głaskania po głowie, a zwyczajnie dusi się w sosie własnych domysłów, przekonań, chce świeżego spojrzenia z zewnątrz. Skoro wybrała nas, oznacza to, że zwyczajnie nam ufa. To wyróżnienie, nie kara. Brutalne "zamknięcie" kogoś kto się przed nami otworzył owszem, rozwiąże problem. Nasz. Zapewne już nigdy tej osoby nie usłyszymy w kontekście innym niż oficjalny. I będziemy mieli ten nasz wymarzony święty spokój, w którym nikt się nad sobą nie użala. No... dopóki to nas nie zacznie dusić jakiś problem. Ale wtedy zawsze możemy usłyszeć to samo.
Rozmowa to wspaniałe narzędzie, które jest w stanie zarówno zaszkodzić jak i pomóc. Uczmy się wykorzystywać je tak, aby niosło pomoc. Słuchajmy i nie bójmy się czyjegoś zaufania. Nawet jeśli nie uda nam się pomóc dokładnie tak jak pomóc by należało, to i tak nasze wsparcie może zmienić wiele. Druga osoba nie czuje się zostawiona sama ze sobą.

5) Bo mieć staje wyżej niż być.

Współczesność to czasy skrajnego fetyszyzmu posiadania. Posiadanie powoduje spełnienie, tylko przedmiot daje możliwość czucia się lepszym. Sprawy wewnętrzne, jeśli nie prowadzą do zwiększania zasobów przedmiotów czy środków, uznawane są za zbędne. To właśnie wywołuje pogoń, wyścig szczurów, bieg w nieznane za tym, aby mieć. Pieniądze, sławę, przedmioty. Gromadzić. Za wszelką cenę. Jednoczesne utrzymywanie społeczeństwa w przekonaniu, że jest nieśmiertelne, jeszcze cały ten mechanizm napędza. Nic więc dziwnego, że niektórzy chcą zjechać na pobocze, odpocząć. Często nie dostają na to szansy, spotykają się z ostracyzmem. Jeśli w jakikolwiek sposób wyłamują się z powszechnie przyjętego schematu, mogą zostać "zakrakani". Wynikiem jest lęk. Lęk przed odrzuceniem, stres. A stres przedłużający się przestaje motywować, zaczyna niszczyć.

To tylko pięć możliwych powodów tych niepokojących wzrostów w statystykach samobójstw. Zapewne istnieją także inne - wszystkie w podobnym stopniu ważne. Wierzę, że moi Czytelnicy są ludźmi świadomymi. Rada dla Was - bądźcie czujni. Rozglądajcie się wokół siebie. Wychwytujcie sygnały, wskazujące na to, że ktoś może potrzebować Waszej pomocy. Nie płyńcie z prądem, który wymusza w nas twierdzenie, że obojętność to cnota. Obojętność działa w obie strony - im bardziej dokładamy się do znieczulicy, tym większa szansa, że ona dotknie kiedyś nas. Nie bójmy się drugiego człowieka. On nie gryzie. Naprawdę.

środa, 2 września 2015

" Zuchwalco światowy! Jakież przedsięwzięcie wiedzie cię tutaj?" albo piekiełko polskich forów hobbystycznych.

Czemu część tytułu dzisiejszego posta zapożyczyłem z klasyki polskiej literatury, konkretnie z "Popiołów" Żeromskiego? Jeśli ktoś czytał tę powieść, zapamiętał zapewne, w którym momencie one padają - otóż dzieje się to w chwili wstępowania głównego bohatera do loży masońskiej. Postąpiłem tak nieprzypadkowo. Temat, o którym chciałbym wspomnieć to... polskie fora hobbystyczne. "No ale zara, czekaj, moment! Zaczynasz o masonach, kończysz o hobbystach, o co chodzi?" - powiecie. Już wyjaśniam - wstąpienie w szeregi masonerii jest tak samo "proste", jak uzyskanie jakiejkolwiek informacji na typowym polskim forum tematycznym - da się, ale gwarancji sukcesu nie ma. O ile wolnomularzom skrywanie swoich tajemnic nakazuje wieloletnia tradycja, to jeszcze nigdy, rejestrując się na jakimkolwiek forum nie byłem zobowiązany do składania przysiąg na swój honor, za świadka biorąc braci, siostry i Świata Całego Budownika, że tajemnic mi powierzonych nie wyjawię nikomu. Ani ja, ani najpewniej żaden z pozostałych userów. A jednak wrażenie można odnieść zupełnie inne...

 Wyobraźmy sobie drogi czytelniku, że masz jakieś mniej lub bardziej nietypowe hobby. Nie, nie takie, jakie miał słynny pan Grey, bohater pewnego popularnego ostatnio czytadła (chociaż jeśli takie masz - nic co ludzkie nie jest mi obce... :) ). Interesujesz się tym tematem w bardzo dużym stopniu - czytasz fachową literaturę, oglądasz efekty pracy innych i oczywiście sam praktykujesz. Nabierasz wprawy, ale przede wszystkim czerpiesz z tego radochę - taka bowiem jest rola hobby - ma nieść przede wszystkim radość. Nagle pojawia się jakiś problem. Dowolny, być może niewielki, ale wkurzający. Literatura milczy, wujek Google doznał zapętlenia (jakiego - o tym za chwilę), mówiąc krótko - kaplica. Znajdujesz więc forum tematyczne. Sprawia wrażenie elitarnego (często ma to w nazwie - pieprzyć skromność, nie?) - dostęp do jego zasobów uzyskasz tylko po rejestracji. Rejestrujesz się, przeszukujesz forum. Nic nie znalazłeś. Zdajesz więc pytanie... No toś wpadł bratku, oj wpadł żeś po uszy... Oto co najpewniej otrzymasz:

"No witaj... jak widzę kolejny amator nie potrafi poradzić sobie z problemem prostym jak budowa Wielkiego Zderzacza Hadronów... Pamiętaj, że nasze W CHUJ ELITARNE podkreślam - E-LI-TAR-NE forum posiada taką opcję jak SZUKAJ. Korzystałeś? Temat był wałkowany setki tysięcy razy. Pytając wyrażasz skrajną postawę roszczeniową, jak to zresztą dzisiejsza młodzież - tylko im daj i daj! [szybkie zerknięcie w profil odpowiadającego - jest o rok starszy od Ciebie] Temat uważam za zakończony - po prostu poszukaj sobie odpowiedzi, bo dam sobie uciąć rękę i dorzucam półtorej nogi, że Twój problem był poruszany kwadrylion razy... Nie pozdrawiam, Kozak Nad Kozaki Ultraspecjalista w randze Supermistrza, Santo Subito Jego Eminencja Moderator Seba97 P.S. Ech, amatorzy, amatorzy..."

W tym momencie szlag Cię jasny trafił. Przecież szukałeś! Szukałeś przez dwa dni. Nie znalazłeś nic. A, przepraszam! Znalazłeś wpis podobnego Tobie biedaczyska, któremu okazano więcej łaski - podano mu link do dyskusji składającej się ze 140 podstron. Zaczętej w okolicach roku, w którym wchodziłeś jeszcze na stojąco pod szafę, a trwającej do dziś. Najpewniej toczy się tam tzw. gównoburza, w której starzy użytkownicy mierzą wzajemnie swoje wirtualne penisy tworząc wpisy o objętości rozprawy doktorskiej, w których rozwodzą się nad wyższością np. modelu jednego przyrządu nad jego nowszą/starszą wersją. Gdzieś tam powinna być odpowiedź na Twoje pytanie. "Gdzie? No... gdzieś tam! Spływaj kopać w szambie. Roszczeniowcu paskudny -.-".
 Tymczasem, chociaż padła taka groźba, Twoje pytanie nadal wisi. I nawet pojawiła się tam odpowiedź:

"Hehehehe, Seba97 ma rację, jak zawsze. Ech Seba, stary wyjadaczu, kiedy to obiecane piwko? No ale mniejsza... Mówisz, że masz problem? Dziwisz się? Używasz niewłaściwego sprzętu! Używanie go grozi śmiercią, trwałym kalectwem oraz wadami genetycznymi u Twojego przyszłego potomstwa. Nie wiem, jak można być tak głupim... Pokażę ten temat Pszemkowi88, złapie się za głowę hehe. Jeszcze raz racja Seba! Amatorzy to tacy kretyni..."

I teraz ważna sprawa - dostałeś informację, że nie używasz właściwego sprzętu. Zostałeś też nazwany już kilka razy amatorem Co to właściwie oznacza pojęcie "właściwy sprzęt" i kim nie jest "amator" na przeciętnym polskim forum tematycznym?

a) Na forum fotograficznym amatorem nie jest wyłącznie fotograf(IK!!!) z dziada pradziada, robiący doskonałe zdjęcia zaraz po otrząśnięciu się z wód płodowych. Studia artystyczne w Paryżu to była tylko formalność. Właściciel PROFESJONALNEGO studia fotograficznego, nie wyrabiający się wprost ze zleceniami, z szeregiem nagród i wyróżnień na wszelkich konkursach. Profesjonalista posługuje się TYLKO Hasselbladem H5D-50c za około 20 tysięcy ojro. Na forum fotograficznym KAŻDY jest takim zawodowcem. Każdy tylko nie Ty, amatorze.

b) Na forum sportowym amatorem nie jest ktoś, kto ma przynajmniej dwóch olimpijczyków w rodzinie. Odzywać się masz tam prawo wyłącznie jeśli posiadasz tytuł przynajmniej mistrza Polski. Profesjonalista rusza uprawiać sport w komplecie akcesoriów godnych astronauty - konieczny jest miernik tętna, prędkości, wysokości, pochylenia terenu, ciśnienia krwi, powietrza wdychanego i wydychanego oraz atmosferycznego, temperatury ciała, różnicy temperatury pomiędzy lewym i prawym półdupkiem, stężenia cukru we krwi, częstotliwości oddechu. A to ledwo początek, bo potrzeba jeszcze kosmicznej odzieży inteligentnej (gacie, które kończyły Oxford z wyróżnieniem to norma), która dopasowuje się do każdej sylwetki i wykonana jest z materiałów używanych przy produkcji myśliwców naddźwiękowych. Koniecznie z olbrzymim logo producenta - z przodu ("Ooo, nadciąga profesjonalista, czas złożyć pokłon profani!") i z tyłu ("Aaale poszedł! Szacunek i podziw dla mistrza!"). I buty! Najważniejsze! Buty które praktycznie same chodzą - z autopilotem, amortyzacją, GPS/GLONASS, systemem identyfikacji "swój-obcy", dopalaczem, automatycznym chłodzeniem stopy, systemem "AntySztync 2015", wagą... Profesjonalista wie, że nie wyniki są najważniejsze, a przyjemność z uprawiania sportu. Amatorzy tego nie zrozumieją. A Ty jesteś amatorem. I dopóki sobie tego wszystkiego nie kupisz, będziesz nim. Albo padniesz na zawał, udar mózgu i raka ptaka na raz, pięć minut po rozpoczęciu rozgrzewki.

c) Na forum miłośników szycia profechą jest gość o nicku w stylu ŁucznikDominator. Szyje dla największych projektantów, którzy leją się po mordach pod windą w jego bloku, bo przecież każdy chce być pierwszy. ŁucznikDominator dawno nie używa już do szycia maszyny - robi to tradycyjnie - igłą ze stali z domieszką gruntu marsjańskiego i nicią pająka występującego tylko w centrum centrum centrum centralnej części centrum Puszczy Amazońskiej. Osobiście lata na Marsa po składniki do igły i szuka z narażeniem życia tego pająka. Ty amatorze tak nie umiesz. I nigdy nie będziesz umiał. Bo jesteś amatorem.

d) O forach komputerowych nawet nie wspominam. Słynne, niemal święte dla wielu pseudoinformatyków stwierdzenie "U mnie działa" jest ich hasłem flagowym. Każdy sprzęt, jaki kupisz będzie niewłaściwy, bo przecież wydałeś 200 zł i dostałeś dziadostwo. Gdybyś poczekał dwa lata i dołożył 2500 zł, miałbyś to co jedna z ważniejszych figur na forum - sprzęt z certyfikatem NASA, funkcją obierania cebuli, parzenia kawy, oparty na dwudziestordzeniowym procesorze, a wszystko to zasilane zasilaczem do spawarki i chłodzone specjalnym systemem zapewniającym temperaturę zera absolutnego. A w dodatku z niebieskimi diodami na obudowie.

Wspominałem wcześniej, że podczas szukania niektórych specjalistycznych informacji Google może się zapętlić. Co to oznacza? Bardzo często użytkownicy forów tematycznych jako poradę stosują słynne określenie "Google nie gryzie". A co jeśli forum na którym się udzielają jest jednym z największych? I większość wyników z Google prowadzi... do tego właśnie forum? Właśnie do tematów, w których ktoś opisywał konkretny problem, ale dostał odpowiedź, aby poszukał w Google. Taka mała sieciowa paranoja.

Rozwiązania więc nie znalazłeś. Mało tego - zapewne wkurzono Cię, a kto wie? Może nawet i podcięto Ci skrzydła. Poczułeś się gorszy. Mam radę - miej to w dupie. Naprawdę. Jako pasjonat dopuszczaj do siebie wyłącznie konstruktywną krytykę. Tylko taka rozwija. Fora traktuj jako ciekawostkę, a nie jako niepodważalne źródło wiedzy. Opieraj się na fachowej literaturze, czy poradach bardziej doświadczonych, nie anonimowych pasjonatów - uwierz, oni nie są zadufani w sobie i na pewno nie zganią Cię za to, że chcesz podążać ich ścieżką. Nie boją się konkurencji, bo ludzie dobrzy w swoim fachu konkurencji bać się nie muszą - są zwykle jakością i marką samą w sobie, a ta - sama się obroni. I mają dystans, bo sami dobrze pamiętają, jak wyglądały ich początki. Doskonały przykład - znany w Polsce mistrz fotografii lotniczej Sławomir "Hesja" Krajniewski opublikował na swojej stronie (pod wyróżnionym tekstem link do miejsca, o którym mówię) kompletny poradnik jak fotografować na pokazach Air Show w Radomiu. Tak po prostu. Za darmo. Kompletny poradnik ze szczegółami bardzo ważnymi dla pasjonatów. Na tym właśnie polega mistrzostwo. Na forach o takie rzeczy ciężko. Czemu? Uwierz na słowo - moderowałem kilka forów w życiu. Wielu z tych ultraspeców od wszystkiego, wciskających szpilę gdzie się da to... mitomani budujący w swoich opowieściach wirtualne światy pełne niebosiężnych sukcesów. Spora część to wszelkiego rodzaju frustraci, źli na cały świat, zdający sobie sprawę z tego, że czas mija, a określoną pasją zajmują się coraz młodsze roczniki. Nie od dziś wiadomo, że anonimowość Internetu przyciąga różnych ludzi. Działaj dalej, a fora dla specjalistów zostaw "specjalistom". Niech nadal bawią się w kółeczka wzajemnej adoracji/nienawiści. Ich cyrk, ich małpy. :)

wtorek, 28 stycznia 2014

Pasożytnictwo, czyli "słuchaj, jest taka sprawa".

Mówi się, że najlepiej uczyć się na cudzych błędach. I jest to w mojej opinii najczystsza prawda. Niech więc ten wpis będzie nauką opartą na moich błędach, przeznaczoną dla Was.
W czym rzecz? Zapewne wielu z Was spotkało się w swoim życiu z pewnym typem ludzi. Ludzi, którzy pojawiają się tylko wtedy, kiedy czegoś potrzebują, a kiedy potrzeba ustaje, znikają. Często powoduje to zdenerwowanie, poczucie zawodu, pewną frustrację. Ja również takich ludzi spotykałem. I doświadczałem tego samego zestawu uczuć. Do czasu. W pewnym momencie uświadomiłem sobie, co tak naprawdę kieruje tymi osobami oraz jaki jest mechanizm ich działania. Po przeanalizowaniu ich zachowań doszedłem do wniosku, że główny problem nie tkwi we mnie ale w nich. Jeśli więc obwiniacie się, że takie ich podejście to wasza wina, zapamiętajcie - to, że jesteście wobec kogoś w porządku, nie jest winą. Wina leży wyłącznie po stronie tego, kto waszą postawę wykorzystuje. A kim on jest? Poniżej kilka prawd, które pozwolą Wam to zrozumieć. Otóż:

Pasożyt nie jest kolegą/przyjacielem.

Nie jest, choć oczywiście sam wielokrotnie to podkreśla. Wśród kolegów, a tym bardziej przyjaciół panuje pewne niepisane porozumienie, które opiera się na tym, że bliskiej osobie się w żaden sposób nie szkodzi, nie wywołuje się w niej poczucia dyskomfortu. Nie nadużywa się także jej cierpliwości, chęci pomocy. Koleżeństwo i przyjaźń, podobnie jak miłość, to wymiana, układ w którym jedna osoba może liczyć na drugą i wzajemnie. Tu tego nie ma. Pasożyt potrafi wyłącznie brać. Poproszony o pomoc wyparuje.


Pasożyt jest manipulatorem.

Pasożyt to nikt inny, jak... haker naszego umysłu. Najpierw szuka naszych słabych stron, stara się do nas zbliżyć na tyle, aby te słabe strony poznać, a następnie uderza. Kiedy już się "włamie", wydobywa z podręcznego przybornika cały zestaw narzędzi dostosowanych do zastanej sytuacji. Wie, kiedy należy nas pochwalić, wie kiedy trzeba zganić. Jak wspomniałem wyżej, wprost uwielbia używanie wielkich słów. Uwielbia udawać zainteresowanego naszym życiem, byle... nie za długo. Bo przecież czeka usługa, którą mamy dla niego wykonać, tak więc gładko przechodzi do rzeczy. Pasożyt to AKTOR. Często całkiem dobry aktor, który świetnie potrafi wcielać się w przeróżne role. Robi to zupełnie świadomie. Wie, kiedy zagrać skrzywdzonego przez cały świat, a kiedy wrzucić na luz. Im pewniej się czuje, tym mniej ostrożności w jego zachowaniu. Tak jak kiedyś prosił, tak teraz wymaga, bo przecież... jesteśmy jego przyjaciółmi i mamy obowiązek. A że on znika i krótko mówiąc, ma nas w dupie? Cyk! I już mamy odtwarzanie roli "jestem wiecznie zapracowany, nie mam czasu, a tak w ogóle to już muszę lecieć, bo jestem tak zmęczony, że zaraz chyba umrę". 


Pasożyt to kolekcjoner.

Wiemy już, że pasożyt lubi "wielkie słowa". Otóż te wielkie słowa to nic innego jak fałszywy środek płatniczy. Niby dostajemy do ręki banknot, niby wydaje nam się, że jest coś wart, ale w pierwszym lepszym sklepie okazuje się, że to bezwartościowy świstek papieru. Tyle, że pasożyt takich właśnie fałszywek używa do kupowania całej kolekcji ludzi. Nie, nie jesteśmy "jedynymi w swoim rodzaju, bo tylko my możemy pomóc, bo wszyscy to debile, którzy się nie znają". Te słowa pasożyt skieruje do każdego, od kogo będzie czegoś potrzebował. Jego umysł to regał z półkami, na których poustawiane są kupione za fałszywki eksponaty. Kolekcja jest podzielona tematycznie. Tu stoi ten, który dobrze pisze wszelkie prace pisemne, tam gość, który robi dobre zdjęcia, jeszcze gdzieś indziej spec od naprawy komputera czy samochodu, a tam z boku... o, to jest okaz! Doskonały śmietnik emocjonalny, któremu można się wyżalić ze swoich problemów. Dobry kolekcjoner o swoją kolekcję dba, jednak pasożyt niezbyt się do niej nie przywiązuje, bo wie, że jeśli któryś element zniknie (bo zmądrzeje), zawsze na jego miejsce wskoczy następny. Rzecz jasna, kiedy zauważy ten etap mądrzenia, będzie walczył, aby okaz mu się nie wymknął.

Pasożyt nie daje nic w zamian.

A przynajmniej nie daje nic wartościowego. Na tym właśnie polega pasożytnictwo. Zawsze to my włożymy więcej pracy w usługę, niż na jej wykonaniu skorzystamy. Jedyne na co możemy liczyć, to właśnie wielkie słowa o naszej wspaniałości, niezastąpioności. Jak już wiemy, słowa te mają nijaką wartość, bo słyszą je wszyscy wykonujący usługi dla pasożyta. I każdy z nich dostaje tyle samo, czyli oprócz tych słów - nic. Jeśli nam wydaje się, że ktoś dostał coś bardziej wartościowego od nas, to znaczy, że on wcale tego nie dostał, a jedynie było kluczem do kolejnego poziomu wykorzystywania.


Pasożyt się nie zmienia i nie ma wyrzutów sumienia.

Naprawdę. On lubi ten styl życia i nie zamierza z niego rezygnować. Można go tu porównać do złodzieja, który lata doskonalił swój "fach", wielokrotnie za swoje występki siedział w pudle, ale i tak na widok "okazji" zaswędza go ręce, a w sklepie zawsze będzie kalkulował, czy opłaca się kupić, czy ukraść. Kradzież jest częścią jego umysłu. A częścią umysłu pasożyta zawsze będzie korzystanie przy największym zysku i najmniejszym nakładzie energii. Wyrzuty sumienia? Nigdy. Choćby dlatego, że wykorzystywani przez niego ludzie tak naprawdę nie są w jego opinii ludźmi, a narzędziami. A czy ktoś ma wyrzuty sumienia, bo w czasie korzystania z młotka złamał rękojeść? Nikt. To narzędzie. Popsuło się, zużyło, więc kupimy nowe.


A co robić, kiedy już to wszystko wiemy? Przede wszystkim na etapie otrząsania się, NIE MIEĆ POCZUCIA WINY, bo nie robimy nic złego. Nasze działanie musi być zdecydowane, bo to my pozbywamy się problemu.