Pokazywanie postów oznaczonych etykietą codzienność. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą codzienność. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 9 czerwca 2016

wpieniony #04: "Mundrzejsi od radia" czyli światopoglądowy nalot dywanowy.

Dochodziła dziewiętnasta. Kilku spotterów fotografujących pod płotem radomskiego lotniska dopalało właśnie papierosy i chowało aparaty. "Niegłupio dzisiaj, nie?" "Nieźle nawet, mam Bryzę, wiadomo, standard - Orliki, Saab fajny, zdjęcie się obroni..." "Ale tej Cessny to ja się nie spodziewałem" "Miała być, druga też miała być, ale... o, patrzcie, podchodzi i druga" "A to ja sobie ją cyknę, światełko fajne teraz..." "Celuj waćpan, hehe..." Parę klapnięć lustra. Cessna niemal bezgłośnie przesuwa się nad głowami obserwatorów i miękko ląduje na pasie. Nagle z boku obcy głos: "ŻE WAM SIĘ PANOWIE TAK CHCE, TE TRUPY..."


Rozejrzeliśmy się. Nie wiadomo skąd w okolicy płotu pojawił się facet. Ot, niepozorny. Trochę podniszczona kurtka, w ustach dopalający się pet, kilkudniowy zarost. Gość jak gość. Spojrzeliśmy z wielkimi znakami zapytania w oczach. "No bo to takie lata, takie... nie wiadomo co..." Kolega, który właśnie przeglądał wykonane zdjęcia półgębkiem zapytał "Ale dlaczego trupy? Przecież to zwyczajne samoloty... Panie, tu nie Heathrow, jak się nie ma co się lubi, to się lubi co się ma..." No i się zaczęło...
A co się zaczęło? Wykład. Wykład o stanie polskiego lotnictwa. Cywilnego i wojskowego. O tym, że strach po ulicy chodzić, bo wojskowe to wszystkie już się rozsypują, piorun wie, czy który na łeb nie spadnie, bo "na ajerszole tym całym tam, to co było? Się rozpierdolił w drzebiezgi!". Cywilne? Gadać szkoda, bo "nakupują złomu z NRD, bo chcą pokazać jakie to paniska, bo lemuzyna za mało, trza samolot. I też, jak te głupie! Widzieliście panowie jak nisko szedł? Zahaczy kiedy komu kołem o chałupę i będzie płacz! Młody pewnie jaki, głupi..."
Próbowaliśmy dyskutować. Na bieżąco korygować błędy w rozumowaniu, wyjaśniać... Figę! Facet rozkręcił się jak katarynka, a odchodząc (z miną zwycięzcy rzecz jasna) skwitował: "Młodzi jesteście jeszcze, to co wy tam wiecie? Ile zjecie tyle wiecie, hehe...". 

Co fakt, to fakt. Takiej wiedzy to żaden miłośnik lotnictwa w tym kraju nie ma, więc radomscy spotterzy oficjalnie dziękują randomowemu panu w zielonej kurtce, że wyprowadził ich ze srogich błędów w myśleniu. Tyle lat w kłamstwie, a tu oświecenie! Panie, że się o pana Dęblin nie upomniał, to cud... Oj my głupi! Młodzi i głupi...

Anatomia problemu

Tak, pan z przytoczonej historyjki reprezentuje pewne cholernie wpieniające mnie zjawisko. Zjawisko oparte na czterech solidnych filarach:

a) Zabieranie głosu na tematy, o których nie ma się zielonego pojęcia.
b) Próba niemal siłowego przeforsowania swojego stanowiska wśród ludzi, którzy to pojęcie mają
c) Paranoiczna wręcz głuchota na kontrargumenty
d) Przy przewadze argumentów przeciwnika następuje próba zdyskredytowania go.

Reakcja wpienienia wystąpi wtedy i tylko wtedy, kiedy wszystkie te filary pojawią się wspólnie. A niestety, pojawiają się wspólnie bardzo często. Mam takie wrażenie, że istnieje pewien typ ludzi, którzy wprost uwielbiają w ten sposób atakować "sobą" rozmówcę. To dosłownie jest atak, nalot dywanowy, masowe bombardowanie bzdurami, które obalić można w kilka sekund, ale intensywność jest tak wielka, że w trakcie obalania jednej dostajemy w pysk trzema nowymi. A nasz rozmówca doznaje mentalnego orgazmu, bo przecież tak nas wspaniale "orze", że normalnie szok w trampkach. Szkoda tylko, że z boku wygląda jak skończony idiota, wyrzucający z siebie pakiety bzdur. Na jedno nasze słowo on ma pięćdziesiąt swoich. Kiedy widzi, że przegrywa, oczywiście nie daje tego po sobie poznać, ale już szykuje podsumowanie - próbę dyskredytacji. Najczęściej przez stwierdzenie, że w sumie to nie ma co strzępić ryja, bo jesteśmy młodzi, głupi, więc co my możemy wiedzieć...
Użycie argumentu ad personam to w dyskusji oznaka przegranej. Niestety, nasz rozmówca uważa, że zwyciężył. Odchodzi dumnie, bo przecież "niby taki hehe zawodowiec, a podstaw nie zna...". Żałosne. Jak jasna cholera żałosne.
Ktoś kiedyś powiedział, że rozmowa z takimi ludźmi to jak gra w szachy z gołębiem. Gołąb powywraca piony, nasra na szachownicę i będzie dumny, bo wygrał...
Najlepsze rozwiązanie? Nie dyskutować. Tyle, że czasem nie jest to możliwe.

"Panie, to proste jak drut!"

No właśnie, "taki zawodowiec"... Z tym typem ludzi bardzo często spotykają się wszelkiego rodzaju specjaliści w swoich dziedzinach. Ja, dla przykładu, jestem grafikiem, wykonuję także zlecenia fotograficzne i... chyba to wystarczy - każdy, kto liznął tej roboty doskonale wie, o czym ja mówię. "Panie! Przecie to prościzna no... przecie tym tam... fotoszopem to panie, takie rzeczy robią, ja w telewizji kiedyś widziałem, babie jak cycki, panie powiększył, to..."
Oto główne źródła wiedzy naszych rozmówców - telewizja, kolega szwagra, "tak słyszałem", "ja tam wiem, że...".  Tłumaczysz, wyjaśniasz, pokazujesz na przykładach - "A bo pan pewnie się nie znasz, w telewizji kiedyś, na takim filmie..." Panie, jasna cholera i wszystkie zarazy świata! Telewizja kłamie! Nie! Nie powiększę zdjęcia 20x30 pikseli do rozmiaru 2x3 metry. Wiem, tak, w "CSI: Kozia Wólka" wydobyto wizerunek podejrzanego z klatki filmu pozyskanej z ledwo działającej kamery przemysłowej, a sam wizerunek był odbiciem na metalowym obcasie szpilki kobiety, która przechodziła pół kilometra dalej. A oni zrobili z tego obraz w 4K. Ale... witamy w życiu! Tu nie CSI... "No ale panie, bzdury by pokazywali?" Nie proszę pana. Czystą prawdę pokazują. Najczystszą. Ale co ja tam wiem...

Ekspertów ci u nas dostatek

Trzymam się w życiu takiej prostej zasady - wypowiadam się tylko na te tematy, w których cokolwiek mogę powiedzieć. Jeśli się na czymś nie znam, a trafię między znawców, to zwyczajnie i po ludzku słucham. Pogadasz sobie ze mną, drogi Czytelniku o fotografii, sztuce, projektowaniu graficznym, pogadamy sobie o historii, o lotnictwie, o naukach takich jak psychologia, czy socjologia. Liźniemy fizyki, czy biologii. Mogą się trafić też jakieś poboczne wątki, z którymi "wiedzowo" się zapoznałem. Jeśli Ty wiesz coś, czego nie wiem ja, z chęcią Cię posłucham. Zdobywanie wiedzy jest naprawdę fajne. Nie uważam się jednak za żadnego eksperta. Doskonale wiem, że jeśli posiadam jakieś braki w danym temacie (a posiadam je na pewno, być może nawet większe niż mi się wydaje), to niczego nie zmieni obnoszenie się z nimi, ba! Wdrukowanie sobie do głowy, że skoro ja tak to rozumiem, to pewnie tak jest.
Problemem dzisiejszych czasów jest to, że właściwie od każdego wymaga się wyrażania zdania na dowolny temat. A ludzie dają się na ten haczyk złapać, tak jakby przyznanie się do braku zdania w danym temacie przybijało do głowy pieczątkę z wielkim, czerwonym napisem "idiota". A czy nie większą pieczątkę z tym napisem przybija próba przekonania faktycznych specjalistów, że nie mają racji? Na podsumowanie, taki obrazeczek, idealnie wręcz oddający istotę tego, o czym piszę:


Do następnego razu, pozdrawiam... :)

sobota, 26 grudnia 2015

#wpieniony: 01 - Jakość współczesnych produktów.

Nastąpił ten moment. Arkadiusz, młody, mało znany bloger z Polski odziera się przed swoimi Czytelnikami z prywatności. Arkadiusz ma zamiar publicznie pokazać... czym odkurza dywan! Cytując klasyka, shock, scandal, nie-do-wieeerzaniee. Arkadiusz przyznaje się bowiem, ze robi to... odkurzaczem. Ale jakim!

Ale od początku i po kolei. Świąteczne porządki. To wyczyścić, tu zamieść, to wynieść do piwnicy, tam odkurzyć. No właśnie, odkurzyć. Od lat w moim domu odkurza się czymś, uwaga, uwaga! Takim:


Zapytacie "A co to do cholery jest?!" Prezentuję i objaśniam. Odkurzacz. Odkurzacz Zelmer Alfa K2 "L". Według tabliczki znamionowej rok produkcji - 1973. Sprzęt znany wśród miłośników urządzeń retro jako "rakieta" lub "odrzutowiec". Czemu? Po pierwsze, ma całkiem niezłą wydajność. Po drugie... dźwięk! Poniżej krótka prezentacja (radzę przyciszyć głośniki/słuchawki :) )


Owszem, tworzywo na zewnątrz pożółkło i poczerniało. Niebawem odzyska blask, gdyż chcę tego klasyka doprowadzić do stanu fabrycznego. Właśnie z zewnątrz, bo wnętrze - uwierzcie na słowo - świeci nowością. Sprzęt od lat 70 wsysający tony kurzu, pracujący w przeróżnych warunkach wewnątrz wygląda niemalże jak po zjeździe z taśmy. Ktoś stwierdzi: "A daj spokój, dziadostwo takie, kup sobie jakiś nowy". Posłużę się pewnym obrazkiem:


Tak, będąc zdrowym na umyśle i w pełni świadomym otaczającej mnie rzeczywistości nie chcę wymieniać czegoś co działa na coś, co... podziała i przestanie. Jeśli Zelmer wyzionie ducha, zapewne trzeba będzie sięgnąć po coś nowszego. Jednak na razie wszystko wskazuje na to, że "rakieta" jest w świetnej kondycji. Oby jak najdłużej.
Co jednak powoduje, że współczesne urządzenia są wkurzające? Poniżej wypunktuję wszystkie wady. Wady, które zauważam jako użytkownik, ale i jako człowiek, który w sprzęcie lubi podłubać choćby po to, aby przywrócić go do stanu używalności.

1) "Nienaprawialność"

Tak, ja wiem. Ekonomia. Im sprzęt bardziej niezawodny, tym mniejsze zapotrzebowanie na jego wymianę. Im zaś mniejsze zapotrzebowanie, tym mniejszy dochód producenta. Jasna sprawa. Nie zmienia to jednak faktu, że kiedy po otwarciu obudowy widzę, jak bardzo producent leci w kulki, bierze mnie zwyczajna, ludzka złość. Po otwarciu obudowy... tak... O ile się DA ją otworzyć. Wiele urządzeń posiada bowiem obudowy wyposażone (na raz) w:

- Zatrzaski wykonane z wyjątkowo nietrwałego plastiku. Albo jest zbyt sztywny i nawet lekkie odgięcie powoduje pęknięcie "bolca", albo wręcz przeciwnie - zbyt miękki, a więc "bolec" po odgięciu zaczyna gibać się na wszystkie strony świata niczym zęby po sierpowym wypłaconym przez Tysona. Wynik; choćbyś człowieku stawał na głowie, za cholerę nie zamkniesz już obudowy. W tym miejscu zatrzask już nie trzyma. Twoja wina! Po cholerę dłubiesz? Masz UŻYWAĆ. Idioto.

- Śrubki. Albo tak miękkie, że zwyczajny śrubokręt krzyżakowy jest w stanie rozorać ich główki, albo tak twarde, że właściwie rozwiercają punkty, w które są wkręcone. Wynik: wykręcasz raz. Już nie wkręcisz. Twoja wina! Po cholerę dłubiesz? Masz UŻYWAĆ. Idioto.

- Klejenia. Tu najkrócej. Odpiąłeś zatrzaski. Usunąłeś śrubki. Coś trzyma. Co? No szlag by to trafił... przyklejone! I to tak cholernie mocno, że właściwie nie ma opcji - albo łamiesz obudowę, albo daj sobie spokój. Bo po cholerę dłubiesz? Masz UŻYWAĆ. Idioto.

A to dopiero początek. Nie chcę tu truć na tematy czysto techniczne, ale masa współczesnych urządzeń jest praktycznie zaprojektowana tak, aby się zepsuć. Z takich ciekawszych:

- Nijakie zabezpieczenia elektryczne. Są bo są, ale pierwsze lepsze przepięcie spowoduje usmażenie sprzętu.
- Kiepskie połączenia lutowane. Lutowie szybko pęka, a ponowne przylutowanie nie jest łatwe. W niektórych przypadkach bez porządnej stacji lutowniczej właściwie niemożliwe.
- Przewody cienkie jak włoski. Bez pęsety ani rusz.
- Umieszczenie kluczowych elementów w miejscach narażonych na wstrząsy, kurz, zamoczenie.

Mówiąc krótko - sprzęt ma działać po wyjęciu z pudełka. No... może do czasu upłynięcia terminu gwarancji. Później? Masz kupić nowe! Nie naprawiać. Oczywiście nawet i te nienaprawialne rzeczy naprawić się da, jednak zarówno koszt jak i energia w to włożona przerasta wartość samego urządzenia. Ty, użytkowniku MASZ się wkurzyć. I trzepnąć tym w kąt. Przecież w Super Duper Markecie jest promocja - już za 299,99 zł kupisz nowe, lepsze, szybsze...

2) Ubogość instrukcji obsługi

Miałem jakiś czas temu w rękach instrukcję obsługi dość leciwego telewizora. Gruba księga, zawierająca masę przydatnych informacji. Od podstaw typu "jak włączyć i używać", przez wskazówki eksploatacyjne, oraz (uwaga!) wykaz możliwych awarii i sposobów ich usunięcia. Na koniec schemat płyty głównej (w skali 1:1) oraz spis zamontowanych tam elementów. Szok.
A co mamy dziś? Nadal grubą księgę. Treść:

"TO JEST URZĄDZENIE ELEKTRYCZNE! PRĄD ZŁY! NIEBEZPIECZNY! UWAŻAJ! Jeśli zauważysz problem, PADNIJ KURWA! I natychmiast ewakuuj się pełzając w bezpieczne miejsce, a następnie zadzwoń po naszego serwisanta. UWAGA! PUDEŁKO NIE JEST ZABAWKĄ. FOLIA W PUDEŁKU NIE JEST ZABAWKĄ! URZĄDZENIE NIE JEST ZABAWKĄ! NIC DEBILU JEBANY NIE JEST ZABAWKĄ! TO JEST TWOJA WYJEBANA W KOSMOS 52'' PLAZMA! ROZUMIESZ? W przypadku połknięcia zgłoś się natychmiast do lekarza! !!! NIGDY !!! a) Nie otwieraj obudowy b) Nie dotykaj urządzenia w trakcie pracy. Jeśli nie wiesz, jak obsługiwać nasze urządzenie, zadzwoń do naszego serwisanta - 0-700-666-666 (to jest NUMER TELEFONU, TELEFON! ROZUMIESZ? TAKIE COŚ, ŻE WCISKASZ CYFERKI I SŁYSZYSZ W ŚRODKU NASZEGO SERWISANTA, TAKA, ROZUMIESZ, KURWA, MAGIA...) (22,50 zł/min + VAT). 

I tak w siedmiu tysiącach żywych języków świata, w kilkunastu martwych, oraz po marsjańsku i w runach elfich. Oraz dodatek:

"Nasza firma przestrzega zasad ochrony środowiska. Co prawda wyrżnęliśmy 30 hektarów lasu, aby wydrukować tę instrukcję, ale chrzanić to! Jesteśmy EKO! Ta instrukcja też jest EKO. Tak bardzo EKO, że możesz zeżreć ją na obiad".

I to znów przełożone na siedem tysięcy języków żywych, kilkanaście martwych, marsjański oraz na runy elfie.

3) Przeładowanie funkcjami

Odkurzacz powinien odkurzać. Pralka ma prać. Lodówka chłodzić. Proste? No... nie. Odkurzacz posiada wbudowany odtwarzacz mp3, pralkę można obsługiwać przy pomocy WiFi, a w lodówce znajdziemy telewizor HD z tunerem i dźwiękiem stereo. Ok, rozumiem. Może ktoś lubi takie bajery, ale nie ukrywajmy - 90% użytkowników i tak użyje ich najwyżej kilka razy. Raz, aby sprawdzić czy działa. Drugi, aby komuś pokazać, że działa. Trzeci - przypadkiem, "bo nie to chciałem kurwa... -.-" Pamiętajmy, że im więcej dodatkowych (i nie związanych z podstawowym przeznaczeniem urządzenia) funkcji tym po pierwsze większe ryzyko awarii (więcej elementów w ogóle = więcej elementów, które mogą się zepsuć). Po drugie wzrasta zużycie energii, bo fizyki się nie oszuka - więcej odbiorników zawsze będzie potrzebowało "więcej prądu" do pracy). Po trzecie znacznie zawyża to cenę samego urządzenia.

4) Marka nie jest wyznacznikiem jakości

Od dłuższego czasu zakupienie produktu danej marki wcale nie oznacza, że produkt ten będzie reprezentował określoną jakość. Wiadomo, każda firma ma w swoim dorobku gorsze serie, jednak przy obecnym, totalnie masowym systemie wytwarzania o problemy jakby łatwiej. Obecnie zdarza się, że produkty "no name" służą o wiele dłużej niż to, co pochodzi od znanej i uznanej światowej marki.

Doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że te wszystkie niedogodności z czegoś wynikają. Wiem też, że (jak wcześniej wspomniałem) z punktu widzenia ekonomii produkcja rzeczy bezawaryjnych jest zwyczajnie nieopłacalna. Nadal jednak jako konsument czuję zwyczajne poirytowanie.
Tym wpisem otwieram nową serię. Będą to właśnie takie moje luźne rozmyślania na przeróżne wkurzające, drażniące mnie tematy. Niekoniecznie to, co drażni mnie, będzie drażniło także Was, ale mam nadzieję, że seria się spodoba.

P.S. I: Wpis nie zawierał lokowania produktu.
P.S II: Ani sprzątania nim.
P.S.III: Ale jeśli firma Zelmer uważa inaczej... :D
P.S. IV: Nie, chyba nie uważa... :(


poniedziałek, 9 listopada 2015

"Szczucie cycem" czyli popkultura gołego odwłoka.

Dzisiejszy wpis jest pierwszym, który powstaje na życzenie Czytelniczki. Otóż Czytelniczka jest licealistką. Wnikliwie obserwuje środowisko rówieśnicze i dochodzi do wniosku, że inicjacja seksualna wśród współczesnej młodzieży zachodzi wyjątkowo wcześnie. Pyta więc, jakie mam w tym temacie zdanie? Czemu tak się dzieje? Z czego to wynika?
Przyznam, temat nie jest łatwy, choćby ze względu na jego wielowątkowość. Postaram się więc poruszyć wszystkie ważniejsze przyczyny tego zjawiska, omówić je odpowiednio wyczerpująco. Po części z punktu widzenia obserwatora, po części z punktu widzenia uczestnika wydarzeń, bo - uwaga - też kiedyś byłem nastolatkiem i doskonale pamiętam, jakie procesy myślowe rządzą wtedy człowiekiem. Wiem też, że często tych procesów zwyczajnie brak.
Co więc się składa na to, że coraz młodsi ludzie tak chętnie "sięgają po seks"?

Po pierwsze: żyjemy w czasach skrajnego, chorego wręcz kultu ciała

Znacie to? Włączamy telewizor, radio, otwieramy gazetę. I jesteśmy atakowani... pięknem, doskonałością, zdrowiem. Ciało stało się współczesnym bożkiem, któremu oddaje się hołd, zupełnie pomijając choćby strefę umysłową. Tego naprawdę nie da się nie zauważyć - w tzw. mainstreamie o ludziach mądrych mówi się w formie ciekawostki, marginalizuje się ich inteligencję, wpływ na współczesny świat, a często po prostu stawia się ich w anonimowej grupie podpisanej jako "naukowcy". No, może czasem "naukowcy z uniwersytetu w...". I tyle. Za to o ludziach pięknych tworzy się całe, często wielostronicowe artykuły. Zasługi? Dwa trzy zdania na ten temat. Wygląd? Kontakty z kobietami/mężczyznami? Jego zdanie na temat piękna swojego i innych? Reszta artykułu.
Ciało, ciało i jeszcze raz ciało. Współczesny bóg, do którego modli się cały mainstream. Porównanie do religii nie jest przypadkowe, bo to JEST religia. Ciało jest w niej bogiem, świętymi - właściciele ciał - celebryci, aktorzy. Kapłani to całe sztaby ludzi pracujących nad tym, aby święci postrzegani byli właściwie. Kapłanami są producenci, reżyserowie, ale także fotografowie, graficy, fotoedytorzy, operatorzy. Ich rolą jest nie tylko trzymanie straży nad właściwym wizerunkiem świętych, ale także namawianie do świętości. Do bycia takim jak idole.
Wszystko to oparte jest na olbrzymim kłamstwie, z którego przeciętny nastolatek zwyczajnie nie zdaje sobie sprawy. Na czym polega kłamstwo? Ci wszyscy "święci ze szklanego ekranu" to postaci reżyserowane od początku do końca. Reżyseria polega na właściwym doborze ubrań, uwydatnianiu pewnych zachowań, drastycznym retuszu zdjęć, ba! Niejednokrotnie także na manipulacji wypowiedziami tak, aby pasowały one do ogólnie przyjętej "linii politycznej" danego gwiazdora. Takie jest właśnie zaplecze kultu ciała. Zaplecze, na które nastolatkowie nie wstępują, bo nie mają na to najmniejszej ochoty. A szkoda, być może nie dali by się tak tanio robić na szaro. Kupują fasadę, kupują przekonanie, że bycie pięknym (a co za tym idzie - atrakcyjnym seksualnie) jest bardziej opłacalne od bycia w jakikolwiek sposób mądrym.

Po drugie: seks atakuje z każdej strony, tworzy się więc przekonanie o tym, że jest to rzecz powszechna.

W żargonie twórców wizualnych od lat funkcjonuje pojęcie tzw. szczucia cycem. Czym jest owo szczucie? Otóż o szczuciu cycem mówimy wtedy, kiedy forma wizualna (ulotka, klip wideo, billboard itp.) zamiast przyciągać kreatywnością, przyciąga (zbędnym w danym przypadku) erotyzmem, nawiązaniami do cielesności czy seksualności, nierzadko bardzo jednoznacznymi i poniżej granicy dobrego smaku. Jak wygląda to w praktyce? Zainteresowanych odsyłam pod ten link. Strona zawiera setki przykładów na to, jak bardzo proceder jest rozpowszechniony.
Nie będziemy się jednak skupiać na kwestiach estetycznych, skupimy się raczej na wpływie tego typu przekazu na społeczeństwo, szczególnie na tę młodszą jego część. Bo wpływ jest i to ogromny. Odbywa się to na bardzo prostej zasadzie znanej z ekonomii - towar słabiej dostępny zawsze będzie towarem droższym niż ten, który jest ogólnie dostępny. Nie inaczej jest z seksualnością - epatowanie golizną powoduje, że widok nagiego ciała powszednieje. Epatowanie nawiązaniami do erotyzmu powoduje, że nawiązania te nie stanowią już jakiejś bariery czy tabu. To rzecz codzienna. Jak wpływa to na przeciętnego nastolatka, sterowanego nie zdrowym rozsądkiem, a potokiem hormonów? Ano.. właśnie w taki sposób. Nastolatek chce być modny, współczesny. A że elementem współczesności jest stawianie ponad wszystko atrakcyjności seksualnej? Wynik mamy jaki mamy.
Problemem całej tej popkulturowej promocji jest to, że nie dołączono do niej instrukcji obsługi. Instrukcje oczywiście powstają - mówi się o odpowiedzialności, o stosowaniu zabezpieczeń, jednak można odnieść wrażenie, że są to instrukcje "pisane na kolanie", którymi zbyt wiele osób się nie przejmuje. Przecież wiedzą co i jak. Niestety, często jest to jedynie wrażenie.

Po trzecie: seks to często karta przetargowa. Łatwa do zdobycia, łatwa do użycia, pomocna kiedy nie ma się do zaoferowania niczego innego.

Nie bójmy się użyć tego określenia - współcześnie panuje moda na... bycie głupim. Posiadanie jakiejkolwiek wiedzy staje się wśród młodzieży stygmatem, a przekonanie o tym, że pusta mózgownica to łatwe życie jest niemalże powszechne. Głupota, niegdyś piętnowana, dziś przeżywa swój złoty wiek. W połączeniu z seksualnością jest to mieszanka iście piorunująca. Co może bowiem zaoferować drugiej osobie człowiek głupi? Jakiś ciekawy temat do rozmowy. Nie. Podzielenie się pasją? Też nie, bo sam jej nie posiada. Jakąś ciekawą rozrywkę? Również nie, bo dla niego ciekawa rozrywka mieści się w jednym zdaniu: "wychlać, jebać, nic się nie bać". Pozostaje więc seks. Jest darmowy, "zestaw narzędzi" każdy nosi ze sobą, jest też przyjemny. Czemu więc by go nie spróbować? W końcu "robi to każdy"...

Po czwarte: żyjemy w czasach kryzysu autorytetów.

Obecne czasy to czasy, w których podważa się dowolne autorytety. Nie zawsze słusznie, często - zupełnie niesłusznie, dla zasady. Jednocześnie status autorytetu zyskują ludzie, którzy na ten tytuł w żaden sposób nie zasługują - mówiąc wprost, zwykli kretyni, którzy wyróżniają się jedynie tym, że krzyczą głośniej od innych. Jeśli nałożymy na to bunt nastolatka, z jednej strony poszukiwania przez niego autorytetów, z drugiej bunt przeciwko tym zastanym, a z trzeciej ich miałkość, możemy zaryzykować stwierdzenie, że nastolatek rozpocznie współżycie ze zwykłej, połowicznie dziecięcej jeszcze przekory. "Bo co mi będzie truł taki nie taki, ja wiem lepiej".

Myślę, że wymieniłem tu zestaw powodów najważniejszych według mnie. Zdaję sobie sprawę z tego, że ktoś inny może mieć na ten temat zupełnie inne zdanie. Zapraszam więc do dyskusji - z chęcią skonfrontuję swoje poglądy z odmiennym spojrzeniem na sprawę.
I jeszcze kilka słów do nastolatków czytających ten wpis: Nie dajcie się wciągnąć tej popkulturze gołej dupy tylko dlatego, że jest modna. Pamiętajcie, że w niej jesteście po prostu... towarem. Wbrew pozorom nie chodzi o to, aby Wam było fajnie, a o to, aby fajnie było temu, kto na Was zarobi. Inwestujcie w to, co macie w głowie - tyłkiem naprawdę nie zdobędziecie świata, a nawet jeśli uda się to na jakiś czas, to i tak szybko się to zmieni, bo w przeciwieństwie do mózgu, tyłek traci na wartości wyjątkowo szybko...

wtorek, 3 listopada 2015

"Aaa, idź, bo jak ci jebnę..." czyli listopadowa Polaka zaduma.

1 i 2 listopada za nami. Sprzedawcy cmentarnych akcesoriów liczą zarobki, urząd skarbowy czeka jak zbawienia podatku od tych zarobków, na grobach dopalają się resztki zniczy, cmentarze opustoszały, słowem - wszystko wraca do rocznej normy. I tak do kolejnej pary "świąt listopadowych", kiedy naród połączy się w tłum, aby ruszyć na miejsca spoczynku przodków.
Byłem w tym tłumie. Jak co roku. Poczyniłem obserwacje. Jak co roku. Czy zachodzą zmiany? Owszem, zachodzą. Ciężko określić, czy są to zmiany na dobre czy na złe, bo jak wiadomo natura nie znosi próżni - tam gdzie czegoś ubędzie, tam natychmiast musi przybyć czegoś innego, a mówiąc po ludzku - co się polepszy, to się popieprzy. I o tym będzie dzisiejszy wpis - o tym, co w dniu Wszystkich Świętych się zmieniło i o tym, co zapewne nie zmieni się nigdy.

Agresja mode: on

Tytuł wpisu nie jest przypadkowy. To cytat. Ot, taka sytuacja: na przystanek podjeżdża autobus dowożący ludzi na cmentarz. Tłum rusza w stronę otwartych drzwi, jakby wewnątrz czekało zbawienie. Nagle stop! Blokada. Coś się dzieje. Oto stojący w tłumie wsiadających tatuś postanowił wsiąść pierwszy, a do wymuszenia pierwszeństwa wykorzystał wózek dziecięcy pchany przed sobą. Mówiąc krótko, próbował rozepchać grupę wysiadających. Upomniany, że chyba jednak najpierw przepuszcza się opuszczających pojazd, dopiero potem wsiada, zareagował pięknym, jakże polskim zwrotem: "Aaa idź, bo jak ci jebnę...". I powiem tyle - miał farta, naprawdę. Facet, do którego zostały skierowane te słowa miał wymiary naprawdę słuszne. Podejrzewam, że gdyby doszło pomiędzy nimi do wymiany ciosów, to dzień zaduszny stałby się świętem także dla bojowego tatusia. Nie dostał w klawiaturę z litości. I tu ciekawostka. W pierwszych dwóch dniach listopada miasto uruchamia specjalne linie autobusowe, kursujące w szczycie "przycmentarnej aktywności" z częstotliwością 2-3 minut. Zaraz za autobusem, o który tak zaciekle walczono, stał drugi. Pusty. Gotów na przyjęcie pasażerów. No ale ten był pierwszy. Bij, zabij! Nabluzgajmy na innych, wypełnijmy pojazd po sufit tłocząc się jak sardynki. Dojedziemy na groby pierwsi! Dwie minuty wcześniej, ale to już coś! A tamci frajerzy? Niech się duszą... w pustym autobusie... każdy wygodnie... siedząc... oh wait! No, jedźmy już, zanim dotrze do nas, że to co właśnie zrobiliśmy jest pozbawione sensu.
Nie wiem jaki czynnik wzbudza w tłumie tak pierwotne instynkty jak chęć "jebnięcia" komuś za zwrócenie słusznej zresztą uwagi. Nie da się jednak nie zauważyć, że agresja (mniejsza lub większa) to stały element świąt listopadowych. Może to wynik zmęczenia? Tylko... skoro coś jest tak męczące, że wywołuje w człowieku chęć mordu, a nie jest obowiązkowe, po jaką cholerę to praktykować?
Nie dotyczy to tylko okolic przystanków KM, ale także straganów z kwiatami i zniczami. Tu zasłyszane, nie mniej piękne: "Panie, kurwa pana mać, kolejka!" "A chuj kładę na twoją kolejkę, bucu!". Sytuacja identyczna jak w pierwszym przypadku - obok stoisko niemal puste, ceny identyczne. Ale znów - to było pierwsze, a tamci frajerzy? No niech stoją... bez kolejki... oh wait!

"Biedna dziewszina, Paris Hilton wanna be..."

O cmentarnej rewii mody tysiące blogerów (a głównie blogerek) napisało setki tysięcy słów. I ja dodam coś od siebie. To zabawne zjawisko nie zmienia się bowiem od lat. Odkąd pamiętam 1 i 2 listopada to dni, w których rzesze pań, panienek, dam i nobliwych matron, postanawiają wydobyć ze swoich szaf wszystko, co udało się kupić w ciągu ostatnich miesięcy. Wydobyć, założyć na siebie i ruszyć na podbój alejek i kwater. Gwóźdź programu - parada futer i obuwia zimowego. Niezależnie od temperatury. Nie żeby mi to jakoś przeszkadzało, bo w końcu to nie ja się pocę, ale czy wyjaśni mi ktoś, czym różni się listopadowe 15 stopni ciepła od powiedzmy majowych 15 stopni ciepła? Podejrzewam, że odpowiedź będzie znana: "No wiesz, ale to już listopad..." I co z tego? Ciepły dzień w listopadzie to taki sam ciepły dzień, jak jego odpowiednik w dowolnym miesiącu. To naprawdę nie działa tak, że wraz ze zmianą nazwy miesiąca w kalendarzu nagle to samo ciepłe powietrze, które grzało nas w październiku, zacznie ziębić w listopadzie. A może chodzi o to, aby pokazać nowe futro czy buty? Żeby Kowalską spod szóstki szlag jasny (pośród tej zadumy oczywiście) trafił? Żeby ta pindzia, Kaśka z IIC z zazdrości kolki wątrobowej (pośród tej zadumy oczywiście) dostała i pryszcz jej na środku czachy wyskoczył? Żeby ta Agnieszka z domu obok z zazdrości tymi swoimi tipsiorami (pośród tej zadumy oczywiście) przeorała ogródek? Nie! Broń Boże. Nie chodzi o to! Chodzi o to, że 31 października 15 stopni ciepła to 15 stopni ciepła, ale już 1 listopada to zabójczy mróz.

"Handel lud zalewa boży..."

A teraz coś, co jest w mojej opinii pewną zmianą na plus. Otóż okolice cmentarzy w ciągu tych dwóch listopadowych dni z roku na rok przestają przypominać hipermarket. Naprawdę. Sprzedaż wiązanek, zniczy czy innych cmentarnych utensyliów nie jest niczym rażącym, jak najbardziej to popieram. Pamiętam jednak lata 90. Potwierdzić to może każdy, kto w tych latach żył - pod cmentarzem można było dostać... wszystko. Stragany posiadające w ofercie "szwarc, mydło i powidło" ciągnęły się na odcinku około trzystu metrów wzdłuż ulicy przylegającej do muru nekropolii. Oprócz zabawek można było dostać tam także podróby odzieży, kasety z muzyką (niejednokrotnie odtwarzaną, jak to mówią Ślązacy, "na cały karpyntel", a gorole "na fulla") i coś, z czym od lat kojarzył mi się dzień Wszystkich Świętych - petardy. O tak, dziś nie uświadczy się już huku generowanego przez domorosłych pirotechników, a jeszcze kilka lat temu ten dzień pod względem efektów dźwiękowych przypominał lądowanie w Normandii. Niczym dziwnym nie była też sytuacja, w której jakiś ćwierćinteligent rzucił taką petardą w tłum idących na cmentarz. Bo to takie, kurwa mać, zabawne...
Zmieniła się natomiast moda w wystroju grobów. Dziś znicz to już dawno nie znicz, ale olbrzymi lampion, niemalże latarnia. Czasem bardzo "eko", bo już nie z kopcącą wewnątrz świecą, a z diodami LED. Tak, i taki wynalazek widziałem - lampion nie dość, że świecący niemalże tak jasno jak porządna latarka, to jeszcze błyskający i zmieniający kolory. Miejska legenda głosi, że są i takie z melodyjką. Jeśli ktoś z Was zechce mi coś takiego postawić nad miejscem doczesnego spoczynku moich szanownych gnatów, ostrzegam - będę straszył jak jasna cholera.
A tak na poważnie - signum tempori? Czy naprawdę niedługo będziemy szli nie "zapalić świeczkę", a "wymienić bateryjkę"? Możliwe. Tylko klimat jakby nie ten...

Wszystkich Świętych i dzień zaduszny, jak się rzekło, już za nami. Przed nami kolejne lata, kolejne dni zadumy. Tylko kiedy się na to wszystko patrzy, to jakby w tej zadumie zadumy... mniej. Jest pośpiech, jest tandeta, jest parada futer. Ważne, żeby odfajkować, żeby zaliczyć, pobiec do następnego grobu, trzepnąć na szybko "zdrowaśkę", potem jeszcze spotkanie z rodziną i do domu. I spokój. Byle do następnego roku, wtedy załatwi się to jeszcze szybciej.
A może naprawdę w te dni warto trochę zwolnić? Bez względu na wyznawane poglądy pomyśleć nad tym, że jako ludzie przemijamy? Że to wcale nie jest tak jak próbują nam wmówić media - nie będziemy żyć wiecznie, a nowa pigułka, szampon czy krem nie przedłużą nam życia w nieskończoność.
Kilka dni temu zwróciłem uwagę na bardzo mądrą w swojej prostocie inskrypcję nagrobną:

"Gdzie Ty jesteś, ja byłem. Gdzie ja jestem, Ty będziesz."
Nie zapominajmy o tym, że każda droga gdzieś się kończy.






wtorek, 27 października 2015

Samobójstwo czyli sznur nasz powszedni

Zdaję sobie sprawę z tego, że temat, który dziś poruszę, nie jest tematem prostym. Zdaję sobie sprawę także z tego, że o zjawisku społecznym, jakim jest samobójstwo napisano tysiące rozpraw, przeprowadzono tysiące analiz, wykonano tysiące badań. A jednak - temat targnięcia się na własne życie nadal stanowi wielką, mroczną zagadkę i jest swoistym tabu. W postrzeganiu społeczeństwa z jednej strony "tak nie wypada umrzeć", ale z drugiej strony są surowe, policyjne statystki - według danych Komendy Głównej Policji w roku 2013 życie odebrało sobie 6101 osób, a w roku 2014 ofiar samobójstw było już 6165. Nieznane są jeszcze statystyki na rok bieżący, ale obraz, który wyłania się z dotychczasowych notowań jest dość jasny - występuje tendencja wzrostowa. Od roku 1991 (początek prowadzenia statystyk już policyjnych, nie milicyjnych) to właśnie w latach 2013-2014 po raz pierwszy liczba samobójstw przekroczyła sześć tysięcy skutecznych (zakończonych zgonem) targnięć się na życie. Nie ukrywajmy, coś się dzieje. Ale co?
Nie jestem psychologiem, socjologiem, lekarzem psychiatrą. Nie napiszę więc "jak jest", napiszę raczej "jak wydaje mi się, że jest". Obserwuję otoczenie i właśnie nie z naukowych badań, a z takich codziennych obserwacji będzie wynikała treść tego wpisu. Czemu więc my, jako społeczeństwo, się zabijamy?

1) Bo jesteśmy sami.

Bo można być samym, będąc jednocześnie otoczonym tłumem ludzi. To paradoks współczesności, która jednocześnie skraca i wydłuża dystans pomiędzy ludźmi. Skraca go dzięki rozwojowi takich dziedzin jak telekomunikacja (powszechny dostęp do Internetu), transport (upowszechnienie transportu samochodowego czy lotniczego), ale wydłuża poprzez brak czasu. Brak czasu nie tylko dla siebie, ale przede wszystkim dla innych. Odkładamy tych innych "na później", na "jutro", na "kiedyś". Możemy przecież w każdej chwili wyciągnąć telefon, usiąść przed komputerem i porozmawiać z drugą osobą. Możemy także wsiąść do samochodu i tę osobę odwiedzić osobiście. A jednak brakuje czasu. Zegarek z pomocnika przekształcił się w surowego nadzorcę. Ta sama od setek lat doba staje się zbyt krótka z jej dwudziestoma czterema godzinami. Dotyczy to wielu osób - i nas, i "tych drugich" o których zapominamy. Wszyscy gdzieś zasuwamy. Sami. Każdy swoim korytarzem, ale każdy z tych korytarzy oddzielony jest grubą ścianą. Nawet nie usłyszymy, kiedy ktoś za tą ścianą nie wytrzyma tempa i wyrzuci z siebie ostatni oddech. On w swoim biegu nie usłyszy też nas.

2) Bo patrzymy przez pryzmat siebie samego. 

Współczesność umieściła człowieka w centrum wszechświata. Jego własnego wszechświata. Dla wielu ludzi spojrzenie na czyjąś sprawę oczami drugiej osoby jest nie do pomyślenia. Ci, którzy uwierzyli we własną doskonałość i niezniszczalność nie są w stanie opuścić tego (często iluzorycznego) kokonu. Strach przed opuszczeniem tej narcystycznej strefy jest tak silny, że społeczeństwo powoli (ale bardzo skutecznie) zaczyna postrzegać empatię jako słabość. Orbitowanie wokół własnej zajebistości "przeprogramowuje" system wartości, budzi niechęć, a nawet jawną wrogość do jakichkolwiek słabości. Jaki jest tego efekt? Podwójnie szkodliwy. Po pierwsze powoduje zamknięcie się na innych i usprawiedliwianie swojej bezczynności w bardzo "tani" sposób - "skoro JA mogłem, czemu ON/ONA nie może? Przecież to takie PROSTE!". To nic innego, jak założenie, że... druga osoba jest taka sama jak my. A nie jest. I nigdy nie będzie. Smutne jest to, że właśnie w XXI wieku, w czasach, w których potrafimy zauważyć, że substancja X od substancji Y różni się budową na poziomie atomowym (i głębiej), nadal należy tłumaczyć, że człowiek różni się od człowieka. Zachwycamy się tymi atomami, tworzymy rozbudowane teorie, bo przecież skoro cząsteczka X zawiera tyle i tyle atomów tego i tamtego, a w cząsteczce Y jest inaczej, to musiały zadziałać jakieś zmienne. Jakie? Dlaczego? Jakaż to wspaniała różnorodność! A potem odrywamy oko od mikroskopu elektronowego, notatek, wyników badań i wymagamy, aby druga osoba była taka sama jak my. Chrzanić zmienne, które ukształtowały tę osobę. Ma być nami.
Po drugie, przekonanie o własnej doskonałości w każdej chwili może zostać zburzone, a jego utrata jest bardzo bolesna. Zdrowa samoocena polega na tym, na czym polega wszystko, co zdrowe - na umiarkowaniu i nie popadaniu w skrajności. Nie chodzi o to, aby rozdzierać szaty i rozpamiętywać porażki, ale także i nie o to, aby żyć w przekonaniu, że jest się jakimś niezniszczalnym i doskonałym nadczłowiekiem. Tylko takie podejście może uchronić przed drastycznym i mocno wpływającym na psychikę wytrąceniem z tego prywatnego wszechświata. A takie właśnie wytrącenie może zakończyć się depresją, a co za tym idzie - samobójstwem/próbą samobójczą.

3) Bo wyrzucamy, nie naprawiamy.

Obecna rzeczywistość zakłada totalną jednorazowość wszystkich jej elementów. Jednorazowy sprzęt elektroniczny, jednorazowe opakowania i sztućce, jednorazowe także wszelkie relacje międzyludzkie - przyjaźnie, związki, miłości, często niestety także małżeństwa czy układy rodzinne. Jesteśmy zewsząd przekonywani, że zasoby, które nas otaczają są nieskończone, więc jeśli coś się wyczerpie, przestanie funkcjonować, zawsze istnieje możliwość wymiany na lepsze i nowsze. Nie da się więc nie zauważyć, że coraz częściej połączenia pomiędzy ludźmi tak właśnie są traktowane - jednorazowo.
Oduczamy się wybaczać i przepraszać, bo wybaczenie i przeprosiny to forma naprawy. A naprawiać dziś zwyczajnie nie wypada. Ba! Czasem nawet uznaje się to za słabość. No bo skoro wybaczasz, to co? Boisz się, że stracisz tego człowieka i drugiego takiego nie znajdziesz? Ależ znajdziesz - jesteś przecież wspaniały, cudowny, niepowtarzalny. Przepraszasz? Znaczy... poniżasz się? Przyznajesz się do błędu, którego przecież nie popełniłeś? Bo nie popełniłeś, nieprawdaż? To co zrobiłeś da się przecież jakoś wytłumaczyć, usprawiedliwić przed samym sobą. Zapomnij o tym człowieku! Zrobiłeś to, co uznałeś za stosowne. Zapomnij o tym człowieku. A może... boisz się, że go stracisz? Spokojnie - jesteś tak cudowny, tak zajebisty, że na jego miejsce znajdzie się dziesięć kolejnych, jeszcze lepszych osób.
Ta filozofia prowadzi choćby do tego, że stajemy się coraz mniej odporni na wady innych. Zamiast zwyczajnie pogadać z drugą osobą, zapytać, czemu postępuje tak, a nie inaczej, odrzucamy, wymazujemy, kasujemy.
Takie postępowanie prowadzi także do rozpadów więzi, to oczywiste. Ludzie ze zbyt nadmuchanym ego nie potrafią wybaczyć, ludzie ze zbyt nadmuchanym ego nie potrafią także przeprosić. I jak zwykle - to obraca się przeciwko nim. Brak wybaczenia dla człowieka, który żałuje, będzie silnym ciosem. Brak przeprosin od człowieka, który jest ważny, również boli. Wolimy jednak zacisnąć zęby - nie przepraszać, nie wybaczać. To niszczy. I nas, i otoczenie.

4) Bo nie potrafimy rozmawiać.

To trochę nawiązanie do podpunktu pierwszego. Bo często nawet jeśli uda nam się nawiązać z kimś kontakt, to często rozmowa przypomina dwa osobno prowadzone monologi - my słuchamy "bloku słów", potakujemy, a myślami jesteśmy w zupełnie innym miejscu. Kiedy przyjdzie nasza kolej, również atakujemy "blokiem słów", traktując drugą osobę nie jako partnera w dyskusji, a jako... przeciwnika. Bo przecież według wielu dobra rozmowa to taka, gdzie uda się przelicytować drugą osobę ogromem swoich problemów. Tym lepiej, jeśli ta druga osoba poczuje się jeszcze gorzej, bo nie dość, że ośmieliła się nam opowiadać o swoich kłopotach, to niech wie, że nie jest jedyna. Nas też boli, a że cudze to komedia, a moje tragedia...
No właśnie... Nie jest to rozmowa, która niesie ulgę. Pamiętajmy, że jeśli druga osoba otworzyła się przed nami i mówi o tym, co ją boli, to najgorszą rzeczą jest stwierdzenie "skończ się nad sobą użalać". Dla nas to wygodne zdanie, dla tej osoby jest kopnięciem prosto w twarz, wzmocnienie jej w przekonaniu, że nie jest nikim ważnym. Stwierdzenie "skończ się nad sobą użalać" wypowiedziane do osoby, która nam zaufała, jest równoznaczne ze stwierdzeniem "skończ pieprzyć, nie mam zamiaru cię słuchać". Ona nie robi tego dlatego, aby poinformować nas, że ma źle. Często nie chce głaskania po głowie, a zwyczajnie dusi się w sosie własnych domysłów, przekonań, chce świeżego spojrzenia z zewnątrz. Skoro wybrała nas, oznacza to, że zwyczajnie nam ufa. To wyróżnienie, nie kara. Brutalne "zamknięcie" kogoś kto się przed nami otworzył owszem, rozwiąże problem. Nasz. Zapewne już nigdy tej osoby nie usłyszymy w kontekście innym niż oficjalny. I będziemy mieli ten nasz wymarzony święty spokój, w którym nikt się nad sobą nie użala. No... dopóki to nas nie zacznie dusić jakiś problem. Ale wtedy zawsze możemy usłyszeć to samo.
Rozmowa to wspaniałe narzędzie, które jest w stanie zarówno zaszkodzić jak i pomóc. Uczmy się wykorzystywać je tak, aby niosło pomoc. Słuchajmy i nie bójmy się czyjegoś zaufania. Nawet jeśli nie uda nam się pomóc dokładnie tak jak pomóc by należało, to i tak nasze wsparcie może zmienić wiele. Druga osoba nie czuje się zostawiona sama ze sobą.

5) Bo mieć staje wyżej niż być.

Współczesność to czasy skrajnego fetyszyzmu posiadania. Posiadanie powoduje spełnienie, tylko przedmiot daje możliwość czucia się lepszym. Sprawy wewnętrzne, jeśli nie prowadzą do zwiększania zasobów przedmiotów czy środków, uznawane są za zbędne. To właśnie wywołuje pogoń, wyścig szczurów, bieg w nieznane za tym, aby mieć. Pieniądze, sławę, przedmioty. Gromadzić. Za wszelką cenę. Jednoczesne utrzymywanie społeczeństwa w przekonaniu, że jest nieśmiertelne, jeszcze cały ten mechanizm napędza. Nic więc dziwnego, że niektórzy chcą zjechać na pobocze, odpocząć. Często nie dostają na to szansy, spotykają się z ostracyzmem. Jeśli w jakikolwiek sposób wyłamują się z powszechnie przyjętego schematu, mogą zostać "zakrakani". Wynikiem jest lęk. Lęk przed odrzuceniem, stres. A stres przedłużający się przestaje motywować, zaczyna niszczyć.

To tylko pięć możliwych powodów tych niepokojących wzrostów w statystykach samobójstw. Zapewne istnieją także inne - wszystkie w podobnym stopniu ważne. Wierzę, że moi Czytelnicy są ludźmi świadomymi. Rada dla Was - bądźcie czujni. Rozglądajcie się wokół siebie. Wychwytujcie sygnały, wskazujące na to, że ktoś może potrzebować Waszej pomocy. Nie płyńcie z prądem, który wymusza w nas twierdzenie, że obojętność to cnota. Obojętność działa w obie strony - im bardziej dokładamy się do znieczulicy, tym większa szansa, że ona dotknie kiedyś nas. Nie bójmy się drugiego człowieka. On nie gryzie. Naprawdę.

poniedziałek, 31 sierpnia 2015

"Barierki będę bronił jak niepodległości" czyli Polaka portret zbiorowy na imprezie masowej.

Jako że zaliczam się do miłośników lotnictwa, a ponadto od kilku lat fotografuję, jestem częstym gościem przeróżnych imprez plenerowych. Dla mnie to sposób na przyjemne spędzenie wolnego czasu, szansa na zdobycie nowego, niepowtarzalnego ujęcia oraz na zobaczenie na żywo tego, czego zwykle na co dzień zobaczyć się nie da. Po większości takich wydarzeń ja naładowany jestem pozytywną energią, karty pamięci przeładowane są setkami zdjęć, a akumulatory aparatu wyładowane niemal do zera. Niestety, "po większości"...
Robiąc zdjęcia zawsze staram się postępować według reguły, która mówi o tym, że fotograf ma być czymś (kimś?) w rodzaju ducha - jednocześnie aktywny i niewidzialny dla innych. Chodzi o to, aby człowiek z aparatem zwyczajnie nie wchodził w paradę tym, którzy grają w danym wydarzeniu pierwsze skrzypce. "Perspektywa ducha" ma także jeden dodatkowy bonus - będąc jednocześnie w centrum wydarzeń i niejako obok nich, można zauważyć sporo rzeczy. Również mało pozytywnych. I o tym właśnie będzie ta notka - o buractwie. Pragnę zaznaczyć - nie generalizuję, nie przypinam łatek, nie wkładam do szufladek - doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że zbiorowisko ludzi zawiera praktycznie cały przekrój społeczeństwa, a w tym przekroju znajdą się "nosiciele" także i tych cech, które nam wszystkim nie odpowiadają. Jednak, jako że to właśnie oni zwyczajnie wkurzają, postanowiłem wyrazić o tym swoją opinię. Subiektywną. Jak zawsze.

Nie wchodzić? Nie dotykać? Co to znaczy?!

To znaczy właśnie... TO. Dokładnie TO. Barierka, taśma w kontrastowych kolorach, strażnik - to zdecydowanie bardzo wyraźne sygnały dające do zrozumienia, że poza wyznaczonym terenem nie będziemy mile widziani. Nie, nie dlatego, że nas nie lubią. Dlatego, bo może grozić nam tam jakieś niebezpieczeństwo. Dlatego, że to MY możemy coś uszkodzić lub narazić na problemy i straty organizatora czy któregoś z gości przezeń zaproszonych.
Ktoś zapyta "Ej, ale jak można uszkodzić czołg czy samolot?" Odpowiadam - z czołgu można zwyczajnie zlecieć na łeb. I uszkodzić siebie. Szczególnie jeśli jest się dzieckiem w tłumie innych dzieci, albo człowiekiem, któremu procenty zaszumiały pod kopułą. A samolot? A samolot proszę państwa, wbrew pozorom jest bardzo delikatną konstrukcją. Kto widział z bliska jakąś maszynę, widział też pewnie naniesione na poszycie napisy "no step", "ne chybej", "nie chwytać za...", "opasno! wozduchozabronik". W ten sposób oznaczone są miejsca newralgiczne, o których obsługa doskonale wie. Rozbawiony widz czy jego dziecko mają prawo o tym nie wiedzieć. A taka niewiedza kosztuje, bo naprawa uszkodzenia nie dość, że nie jest tania, to dodatkowo wyłącza dany egzemplarz z normalnego użytkowania. Podobnie jest z rekwizytami, którymi posługują się wszelkie grupy rekonstrukcyjne - zbroje, miecze czy broń palna to w wielu przypadkach repliki wykonywane własnoręczne - z dużym nakładem środków finansowych i własnego wolnego czasu. Uszkodzić je jest bardzo łatwo. Nie dlatego, że to wszystko "słabizna", a przez niewłaściwą obsługę - rzeczy produkowane dla specjalistów z reguły nie są "idiotoodporne", bo taka cecha jest im zwyczajnie zbędną.

Ten napis naprawdę nie jest dla ozdoby...

Osobna piekielność wychodzi z ludzi podczas wszelakich pokazów dynamicznych. Dynamiczny, a więc ruchomy, będący w ruchu. Prościej - coś się porusza. Często "coś" o dużym ciężarze, z dużą prędkością, bywa że generując duże siły. Nic to! Trzeba podejść bliżej, a przynajmniej wypchnąć tam dziecko, żeby sobie zobaczyło. Barierka? Przepuścić pociechę między prętami. Taśma? Przejść pod nią. Strażnik? "Paaanie, ale niech se dzieciak zobaczy no...". Doskonały przykład z Pikniku Strażackiego organizowanego corocznie na moim osiedlu. Doświadczenie, mające uświadomić publice, co stanie się, kiedy zalejemy płonący olej choćby niewielką ilością wody. Efekt? Na poniższym zdjęciu, przy czym zjawisko jest tu w rozwoju - powstała kula ognia była naprawdę ogromna i wyraźnie czuć było gorąco stojąc nawet w sporej odległości od centrum pokazu.

"A co mi tam panie ogień jakiś?"
Nic to. Strażacy: "Prosimy odsunąć się". Widzowie ani drgną. "Naprawdę prosimy się odsunąć". Widzowie cofają się o kilka centymetrów. "Proszę państwa, kula ognia ma temperaturę taką i taką, strażak wykonujący pokaz jest w ubraniu żaroodpornym, nic mu nie grozi. Państwu w tym momencie grozi poparzenie, prosimy się odsunąć". Głosy oburzenia: "Ale kurwa panie, ja z dzieckiem, chce dzieciak zobaczyć", "Panie, ja we wojsku to...". Ludzie cofają się wreszcie na tyle, że można rozpocząć pokaz. Kula ognia błyskawicznie przyjmuje maksymalną objętość - wyraźnie czuć podmuch gorąca. Z tłumu wydobywa się "Wooow!", "O Jeeezuuu!". Nie kłamali. Wyglądało niebezpiecznie i było niebezpieczne. Szkoda, że przed rozpoczęciem akcji przez 15 minut tłum "walczył" z ratownikami o swoje dotychczasowe miejscówki. 15 minut upominania i próśb w sprawie tak oczywistej - "gorące! może poparzyć! Odsuń się!" "Nie, bo ja z dzieckiem, bo on będzie płakał". Stawiam dolary przeciwko orzechom, że będzie płakał bardziej, kiedy liźnie go taki płomyczek. Ale co ja tam wiem... ja tu tylko zdjęcia robię...
Podobna sytuacja w przeciwnym żywiołem - wodą. Ma odbyć się pokaz wykonywania otworu w betonie i dość grubej blasze (!) przy pomocy zwartego strumienia wody. Jakie jest zagrożenie? Duże... Polega ono choćby na tym, że strumień może oderwać jakiś odłamek, który poszybuje prosto w oko nieostrożnego widza. Identycznie jak wcześniej - statyw z materiałami do cięcia po środku, strażacy "w pełnym uzbrojeniu" czekający na sygnał do rozpoczęcia i... tłum skupiony wokół nich praktycznie na odległość ręki. Kolejne upomnienia - "Dalej, dalej... jeeeszcze dalej, będzie widać..." "Ale panie, ja z dzieckiem", "Ale panie, ja we wojsku...". Znów opóźnienie. Znów "Wooo!" bo jednak... znów nie kłamali.

"Panie, a co mie taka woda zrobi? Ja w wojsku z kałasza strzelałem..."
Dalej... dalej było identycznie. Pokaz ratownictwa technicznego? Byle bliżej. Symulacja pożaru samochodu? A jakże - byle bliżej. Dźwig przenosi autobus? Nie ma to jak cyknąć sobie fotkę... pod zawieszonym ciężarem. I tak co roku, na każdych pokazach...

"Mogłoby się co stać hehe..."

Przyznam - kiedy słyszę taki tekst, szlag mnie jasny trafia. Ja wiem - masa ludzi chodzi na pokazy właśnie po dreszczyk emocji, a twórcy pokazów starają się, aby było ciekawie i emocjonująco. To jednak często typowemu Januszowi* nie wystarcza. Musi być prawdziwe ryzyko śmierci, a najlepiej, żeby... faktycznie coś się stało. I niestety - stało się. W 2007 roku na pokazach Air Show w Radomiu doszło do zderzenia samolotów grupy akrobacyjnej "Żelazny". Zginęło dwóch pilotów - Lech Marchelewski i Piotr Banachowicz. Dwa lata później, na tych samych pokazach w 2009 rozbił się samolot Su 27 Białoruskich Sił Powietrznych - znów dwie ofiary śmiertelne - ginie Alaksandr Marficki i  Alaksandr Żuraulewicz. Obie katastrofy widziałem na własne oczy. Przy smutnej okazji obu z nich widziałem wiele wspaniałych zachowań widzów, jak i wiele przykładów - wybaczcie wulgaryzm - mentalnego spierdolenia. Jak inaczej można bowiem nazwać gwizdy i śmiechy podczas minuty ciszy i okrzyk "oddawać pieniądze" na wieść o przerwaniu pokazów? Jak można twierdzić, że "przecież nikt im nie kazał latać"? Jakim mianem w końcu można nazwać człowieka, który twierdzi, że to żadna tragedia, bo "tylko dwóch"? Czyli co? Gdyby któraś z tych maszyn spadła na tłum to już byłaby właściwa katastrofa, bo nie "dwóch" tylko "stu dwudziestu dwóch"?
Wiele osób nie rozumie jednej rzeczy - lotnictwo, ratownictwo, uczestnictwo w grupach rekonstrukcyjnych, sporty motorowe to PASJA. Coś, czego przeciętny Janusz, mówiąc językiem nastolatków, nie ogarnia. Nie ogarnia, że można tak po prostu wstać z fotela i zacząć robić coś konkretnego oraz czerpać z tego przyjemność. Nie ogarnia, że ludzie poświęcają czas, pieniądze, a często i zdrowie po to, aby móc robić coś więcej, niż tylko tkwienie w fotelu z piwem w łapie i oglądanie idiotycznych treści płynących szerokim strumieniem szamba prosto z odbiornika. Wszelkie pokazy organizowane są właśnie po to, aby móc zaprezentować swoje umiejętności i udowodnić, że można inaczej. Wiele pasji wymaga pokonywania własnych słabości. Ale Janusz nie ma słabości. Jest idealny. Przychodzi więc na pokaz, aby popatrzeć, co "ci idioci hehe" robią. A w głębi duszy żal mu dupę ściska, że to nie on siedzi za sterami, nie on ratuje ludzkie życie, nie on driftuje potworem o mocy wielokrotnie przekraczającej to, co on ma "pod butem" w swoim Passacie.

"Dajta spokój, ale nuda, ale dziadostwo..."

Uczestnictwo w imprezach masowych nie jest obowiązkowe. Naprawdę. Bywam na wielu z nich, nigdy nie zostałem na żadną z nich doprowadzony siłą i zmuszony do przebywania na jej terenie pod groźbą kary śmierci. Można wejść, można też w dowolnej chwili... wyjść. Jeśli kogoś tak bardzo nudzi pokaz, że musi coś w durny sposób skomentować, to po jaką jasną cholerę tam przyłaził, skoro wiedział, że to nie dla niego? Jeśli czegoś nie lubię, po prostu tam nie bywam, zamiast pojawić się, a potem zatruwać odbiór imprezy tym, których akurat to kręci. Tymczasem, choćby na ostatnim Air Show wraz z przyjaciółmi zaobserwowaliśmy ciekawą rzecz - im bliżej barierek odgradzających strefę pokazu tym więcej tam ludzi totalnie nie zainteresowanych tym, co dzieje się na pasie startowym i w powietrzu. Nie zainteresowanych, ale - jak w tytule - broniących dostępu do barierki jak niepodległości. To nic, że ktoś siedzi tyłem do kołującego właśnie F-16. To nic, że przy jednej z barierek niemal obozowisko, w którym wszyscy mają gdzieś latający właśnie, bardzo ciekawy dla pasjonatów śmigłowiec, i raczą się w najlepsze kiełbachą popijaną piwem. Pasjonacie! Nie podejdziesz! Nawet nie próbuj! Barierka jest moja! A co można było usłyszeć? "Eee! Lipa... Dajta spokój, człowiek się tłucze przez pół Polski, a tu tylko latają i latają" (nie no, spoko... na pokazach lotniczych latają samoloty... Serio?!). "I to jeszcze taki złom puszczają, chuj wie czy to w jednym kawałku wyląduje" (powiedział brudząc wąsy "kieczupem gratysowym rozumisz do ty hehe kiełbachy" i przepijając łykiem piwa samozwańczy inżynier pilot, a może nawet i konstruktor lotniczy Janusz). Pod samymi barierkami można było także odnaleźć opalające się panny, pary oddające się uniesieniom tak dalekim od tych podniebnych. Było też kilka przysypiających, opierających się na barierkach nastolatek, przebudzających się tylko na moment wykonania sobie selfie. Szwajcarscy piloci już-już mieli podejść, aby według regularności trzaskania samojebek ustawić sobie zegarki.
Mogę domyślać się końcowej opinii o pokazach wyrażonej przez sporą część "barierkowiczów" - "pokazy były słabe, było za głośno, samoloty za bardzo latały, piwo było drogie, a tak w ogóle to chciało mi się siku i było mi gorąco".

Podsumowanie, czyli konkluzja, czyli koniec ględzenia

Rozumiem i nie trzeba mi tego powtarzać - organizowanie jakiegokolwiek pokazu tylko dla pasjonatów mija się z celem. Ludzie siedzący w temacie bardzo często stanowią jedynie garstkę widzów każdej imprezy masowej opartej o pokazanie szerszej publice czegoś na co dzień niezbyt dostępnego. Bywałem i na takich że się tak z angielska wyrażę, eventach wyłącznie dla pasjonatów - było wręcz wzorcowo. Pytania - nie w stylu "a jak ten samolot lata panie pilot?", a raczej "tu jest silnik X, tam silnik Y, co pan sądzi o tym Y? Bo ja słyszałem, że to konstrukcja dobra, był stosowany na samolocie Z ale..."  Kwestie bezpieczeństwa? Jak w podręczniku, bo przecież każdy wie, że tędy może wessać, a tamtędy wypluć w nieco zmienionej formie. Nikt nikomu widoku nie blokował, bo każdy z aparatem i każdy poluje na dobre ujęcie. Tylko... tak się nie da. Aby impreza była popularna i przynosiła dochody, które zapewnią choćby zwrot kosztów organizacji, musi być nastawiona głównie na ludzi spoza grona wielbicieli tematu i pokazać temat tak, aby na kolejną wrócili już jako pasjonaci.
Jak wspomniałem na początku, widzowie imprez masowych to przekrój społeczeństwa, a jak to w każdym społeczeństwie bywa, są przeróżne jednostki. Na ogół na wszelkiego rodzaju pokazach panuje bardzo fajna atmosfera, a o samej imprezie dyskutuje się jeszcze wiele miesięcy po jej zakończeniu.
To wszystko nie zmienia jednak faktu, że "piekielności" się pojawiały, pojawiają i pojawiać będą. Grunt, to starać się na nie przymknąć oko, a jeśli rażą bardzo, przekląć sobie w myślach soczyście. A potem? Potem nieść w społeczeństwo "oświaty kaganek". Kto wie? Może jeśli komuś kiedyś wytłumaczymy, czemu takie a nie inne zachowanie może być niewłaściwe i niebezpieczne, to ten ktoś następnym razem go zaniecha? Wiem, łatwo nie będzie, ale... smoka choć zabić trudno, to starać się trzeba :)

*Janusz - pierwotnie określenie powstałe w środowiskach kibicowskich, używane w stosunku do człowieka, którego nie interesuje widowisko sportowe, a pojawił się na stadionie/w hali dla czystej rozrywki. Obecnie język Internetu mianem "Januszów" określa przeróżnych amatorów, często szkodzących dziedzinie, którą się zajmują, a także środowisku z tą dziedziną związanemu. Inaczej - partacz, dyletant.

sobota, 16 maja 2015

"Telewizja jest stworzona na wasze podobieństwo" czyli policjanci w szkole obok szpitala.

Kilka dni temu postanowiłem obejrzeć jakiś film z gatunku sci-fi. Żeby utrudnić sobie zadanie, za kryterium postawiłem sobie między innymi to, że ma być to film... polski. Niewiele osób bowiem wie, że Polacy kręcili naprawdę niezłe filmy z tego gatunku. Naprawdę. Polskie kino to nie tylko Karolak. Polskie kino to cała seria filmów mocno ambitnych. Wybór padł na "Wojnę światów - następne stulecie" w reżyserii Piotra Szulkina. Tytuł nawiązuje do jednej z pozycji, którą każdy szanujący się fan fantastyki znać powinien. Mowa o książce "Wojna światów" Orsona Wellsa, zresztą oba te dzieła stanowią pewien zazębiający się układ, ale to temat na osobną notkę. Fabuła filmu Szulkina w błyskawicznym skrócie: na Ziemię przybywają Marsjanie, w teorii deklarują, że kochają Ziemian. Jedyne, czego potrzebują to ludzka krew. Fakt, że Ziemianie ją oddają, dla Marsjan ma być największym dowodem wzajemnej przyjaźni i miłości. Do akcji uszczęśliwiania przybyszów dołącza telewizja, która nakazuje oddawać krew dla naszych pozaziemskich przyjaciół. I wokół tego właśnie kręci się cała myśl przewodnia filmu - wokół wpływu telewizji na rzeczywistość - telewizyjnych manipulacji i prania mózgów przy pomocy tego medium. Inspiracją do tej notki był pewien fragment "Wojny światów":


O czym mówi Iron Idem, główny bohater filmu? O współczesności. Naprawdę ciężko byłoby się z nim nie zgodzić - to przemówienie to ponure proroctwo. W latach 80 w naszym kraju być może trudno byłoby w nie uwierzyć, jednak kiedy oglądamy to dziś, śmiało możemy powiedzieć "Jasna cholera... tak jest!". O tym właśnie będzie dzisiejsza notka. O tym, w jakim stopniu proroctwo się spełniło i jaki ja mam do tego stosunek.

"Im głupszy był mój program, tym wy czuliście się mądrzejsi"

Według źródeł pierwszy był "Werdykt" - program fabularno-dokumentalny prezentujący rzekomo prawdziwe kazusy, które swój finał odnalazły na sali sądowej. Sali rzecz jasna telewizyjnej, na którą wstęp przy pomocy szklanego ekranu miał każdy telewidz. Był to koniec lat 90, format nie miał chyba zbyt wielu zwolenników, bo temat na jakiś czas przycichł. Potem pojawił się "W-11 Wydział Śledczy" i... poszło! Produkcje z gatunku scripted docu wprost zalały ramówki. Obecnie emitowana jest ich ogromna ilość. Czego dotyczą? Wszystkiego! Autorzy oprócz ukazywania "scenek z życia codziennego" pozwalają widzowi zajrzeć do miejsc takich jak:

- Szkoła (gimnazjum i liceum)
- Szpital
- Sala sądu rejonowego
- Sala sądu rodzinnego
- Posterunek policji
- Posterunek straży pożarnej
- Siedziba prywatnych detektywów
- Siedziba prywatnego detektywa zajmującego się tropieniem zdrad
- Środowisko polskich emigrantów

Uff, trochę tego jest, nie sądzicie? Do tego praktycznie każda stacja ma swoją wersję programu ukazującego "prawdziwe historie, które mogą zdarzyć się każdemu". Jednak lecimy dalej - oprócz tych programów zawsze możemy trafić na jakiś talk-show. Talk show, do którego zapraszani są oczywiście "prawdziwi ludzie, z prawdziwymi problemami". Jak bardzo prawdziwi są to ludzie? Ano tak bardzo, że występująca we wtorek trzydziestoletnia cnotliwa Stenia, która po mieszkaniu chodzi niemal w habicie, aby nie podniecić swojego chłopaka, już w czwartek zamienia się w trzydziestoletnią Dżesikę, której pasją jest solarium, drogie prezenty i szybki seks w dyskotekowej toalecie.
Tak, zgadliście. To ta sama osoba, bo tajemnicą poliszynela jest to, że uczestnicy talk-show to po prostu... aktorzy-amatorzy. Ich "przedkamerowe" ego pochodzi z przygotowanego wcześniej scenariusza. Wystarczy dobrze przeszukać sieć, aby dowiedzieć się, że za występ w talk-show można dostać nawet 400 złotych - cena tym wyższa, im większego idiotę przyjdzie nam grać.

Chwilami aż mam ochotę się tam zgłosić. Co powiecie na to, aby mnie, Arkadiusza - człowieka o urodzie typu "postrach kobiet w zakresie wiekowym 15-50+" i o gracji telewizora marki Rubin niesionego przez kompletnie pijanego typa, przerobiono na przykład na jakiegoś Darka, ksywa "Ogier", króla parkietu dyskoteki "Paradajs" w Wygwizdowie-Kolonii, który co sobota wyrywa dupeczki na swoje pełnoletnie BMW? Oprócz swojej wątpliwej urody mogę dorzucić wadę wymowy - kiedyś miałem, dziś nie mam, ale nadal świetnie umiem ją symulować (Sid leniwiec - mówi Wam to coś? ;) ). Wiecie co jest najgorsze? LUDZIE  BY TO KUPILI!
Czemu? Odpowiedź jest prosta. Przeciętny odbiorca tego typu dzieł, który ogląda je na poważnie - ogląda je w konkretnym celu. Tym celem jest poprawa samooceny. Problemy bohaterów talk-show i scripted docu są banalne lub totalnie przerysowane. Cała zabawa polega na tym, aby widz patrzący w ekran mógł pomyśleć "Jezu, ale grzbiet!", "Matko Boska z której bądź kapliczki! Ale debilka! No tępa strzała jak pragnę bańki w totka!", a za chwilę skonfrontować to z samym sobą i znów pomyśleć: "No... ale ze mną to jeszcze nie jest tak źle... Umiem się wysłowić, coś tam o świecie powiedzieć, nie... nie jest źle, jeszcze nie jest źle".

"Przestańcie być bandą głupich baranów!" czyli teledurniej.

Oglądanie wyżej wymienionych "dzieł" jest bardzo szkodliwe. Ja, aby przygotować się do napisania tej notki, musiałem kilka z nich obejrzeć. Lubię mówić o tym, co sam widziałem i co znam. Nikt nie zgłupieje, jeśli od czasu do czasu obejrzy coś takiego, aby na chwilę wyłączyć mózg i zwyczajnie się pośmiać. Problem pojawia się w w chwili, kiedy ktoś zaczyna wierzyć w cały ten wykreowany światek i zaczyna odczuwać to, o czym pisałem wcześniej - poczucie wyższości nad sztucznymi bohaterami. A uwierzcie, są tacy ludzie. Ba! Ja znam takich ludzi osobiście. Szkoda, jaką wywołuje wiara w telewizyjne treści polega na zaniedbaniu własnego samorozwoju. To bardzo logiczne - kiedy widzimy ludzi mądrzejszych i lepszych od siebie, a próbujemy im dorównać - chcąc nie chcąc - rozwijamy się. Kiedy zaś widzimy (w naszej opinii) idiotów, nie robimy nic - bo przecież już jesteśmy ponad nimi.

Daleki jestem od snucia teorii spiskowych, przez niektórych uważany jestem za niemal betonowego sceptyka, jeśli chodzi o tego typu rzeczy, jednak gdyby spojrzeć na temat ogłupiania szerzej to naprawdę coś się dzieje. Teleturnieje ambitne po prostu umarły. Starsi z moich czytelników (ludzie w wieku 30+) na pewno pamiętają teleturniej "Wielka Gra". Polegał on na tym, że uczestnicy odpowiadali na pytania z zakresu wiedzy - nie ukrywajmy - specjalistycznej. Jeśli ktoś interesował się sztuką czy określonymi dziedzinami nauki, podczas oglądania "Wielkiej gry" mógł uzupełnić swoją wiedzę, a to co prezentowali uczestnicy bywał majstersztykiem umysłowym, bo nie dość, że często dziedziny były bardzo wąskie, to jeszcze pytania i odpowiedzi wyjątkowo szczegółowe. Ktoś powie "No ale oni się do tego przygotowywali". Owszem. Jednak za wchłonięcie takiej ilości wiedzy i niejednokrotnie wyrecytowanie jej bez zająknięcia z dodaniem własnych uwag - przeogromny szacunek dla tych ludzi. "Wielka gra" spadła z anteny w wyniku słabej oglądalności. Nadal jednak nie było źle - w jednej ze stacji komercyjnych pojawili się "Milionerzy" - format co prawda zachodni, ale również wymagający od uczestnika bardzo dużej wiedzy, tym razem ogólnej. Ale i "Milionerów" drogi telewidzu już nie uświadczysz. Został program "1 z 10" - trzyma poziom od lat i mam głęboką nadzieję, że on z anteny nie spadnie, bo... gdyby tak się stało, nie istniałby już żaden "mądry" teleturniej. Zostałyby same "teledurnieje". Czym jest "teledurniej"? To po prostu show, w którym wiedza tak naprawdę się nie liczy. Liczy się za to prezenter (rzucający się po studiu jak tchórzofretka z ADHD po dwóch kreskach amfy i pięciu mocnych kawach), głośna muzyka, ostre światło i fajerwerki. No i jakaś pani Kasia albo Jola, czyli hostessa, z którą prezenter (sądząc po wzroku) najchętniej poszedłby na parę chwil za kulisy, a jakby mógł, to wszystko co miałby zrobić za kulisami, zrobiłby po środku studia. Uczestnicy? A kto by się tam nimi przejmował. Albo stoją przestraszeni i zażenowani tym całym "tak się robi telewizję", albo starają się dostosować i... być fajni w tej formie "fajności" jaką prezentuje teleturniej. Pytania? "Wlazł kotek na płotek i... a) Mruga b) Pali szluga c) Pieprznął z płotku na bańkę popełniając samobójstwo, bo nie mógł znieść poziomu żenady, którą odpowiedź wybierasz? Mała podpowiedź, prawidłowa jest tylko jedna! Ha! Podchwytliwe, nie sądzisz?" Odpowiedzi: "Nooo, bo jak kotek... i pło... nie no, ej, bez kitu! Co to jest płotek? Ja się z takim określeniem nie spotkałaaaam! Faktycznie, trudne".
Działa tu ten sam mechanizm, który opisywałem wyżej, w przypadku scripted-docu i talk-show - widza ma skręcać przed telewizorem, bo przecież on wie! Wie, po co ten cholerny kotek wlazł na ten cholerny płotek, a ta... tak tak... "głupia pinda z cyckami na wierzchu, tępa strzała jedna takich prostych rzeczy nie umie? No ludzie, trzymajcie mnie. JA WIEM, ONA NIE WIE!" A co w domyśle? Znów jak wyżej: "Jestem mądrzejszy".

Pora zakończyć te rozważania. Jeśli dotarłeś tu drogi Czytelniku, wielkie dzięki za przeczytanie moich przemyśleń. Jeśli się zgadzasz- lajkuj, udostępniaj, podziel się opinią, ba! Możesz nawet kliknąć w reklamę pod postem - kto wie? Może to właśnie dzięki Tobie zarobię na puszkę napoju energetycznego, po którym dopadnie mnie bezsenność i stworzę kolejną treść, która Ci się spodoba? :)  Jeśli post Ci "nie pasi" - komentuj, dyskutuj, wyrażaj swoją opinię. Masz prawo nie zgadzać się z jakimś dziwnym typem z Internetu, więc nie bój się tego robić. Ale najważniejsze - traktuj z dystansem to, co widzisz w TV. Dziś już wiesz dlaczego. A nie jesteś "głupim baranem", choćby dlatego, że chciało Ci się to wszystko przeczytać. Do następnego posta :)

wtorek, 12 maja 2015

DiabelskieNasienie.exe czyli dlaczego nie zostałem maniakalnym mordercą, choć w sumie by wypadało.

Zaledwie kilka dni temu Polskę obiegła szokująca wiadomość - dwóch nastolatków zamordowało babcię jednego z nich, ciężko ranili dziesięcioletnią dziewczynkę, a następnie obaj sporządzili kilka koktajli Mołotowa, ukryli się w pustostanie i tak przygotowani oczekiwali na policjantów.
Media bardzo szybko wskazały głównego winnego tej tragedii. Oczywiście był to sprawca niemal służbowy, wyciągany z szuflady praktycznie w każdym podobnym przypadku - GRY KOMPUTEROWE! Tak. Nastolatkowie grali w gry, postanowili więc przenieść treść gier do realiów i zacząć zabijać naprawdę. Straszne? Straszne. Zastanawiam się jedynie, czy wina leży właśnie tam, gdzie starają się wskazać nam wszystkim media. I o tym właśnie będzie ten wpis. Spróbuję ocenić, czy gry faktycznie szkodzą, a jeśli szkodzą, jak temu zaradzić? A jeśli nie szkodzą? Albo tylko trochę? Zapraszam.

START GAME


Kawałek historii - gram od dawna. Można śmiało powiedzieć, że od dzieciństwa. Pierwszym urządzeniem służącym elektronicznej rozrywce w moim przypadku była znana i lubiana konsola Pegasus. Później właściwie pełnoprawny komputer - Amiga 1200. W okolicach drugiej lub trzeciej klasy gimnazjum dostałem komputer klasy PC - boska machina, z procesorem 1.8 Ghz, 256 megabajtami RAM i 128 megabajtową kartą graficzną na pokładzie. I pod kontrolą najnowszego wtedy Windowsa XP. Grało się! Oj, jak się grało. Gry zawsze stanowiły dla mnie chwilową odskocznię od rzeczywistości. Pomimo, że na samym PC przeszedłem ich około sześćdziesięciu, nigdy nie uważałem się za jakiegoś hardkorowego gracza. E-rozrywkę traktowałem na równi z literaturą czy dobrym filmem. Przyznaję bez bicia - nie raz zdarzało mi się grać w tytuły, które zdecydowanie nie były przeznaczone dla mojej kategorii wiekowej, ale... to samo dotyczyło również książek czy filmów, w końcu te 18+ zawsze są ciekawsze, kiedy my sami jesteśmy poniżej tego magicznego wieku. Ot, ciekawość nastolatka. Dziś powoli zbliżam się do trzydziestki i chwilami zastanawiam się, co ze mną było nie tak? Przecież według mediów powinienem któregoś dnia wziąć jakąś srogą kosę i zadźgać nim członka rodziny. Tak po prostu. Bo (według mediów of course) powinno mi się wydawać, że moja ofiara zaraz wstanie. Ma przecież kilka żyć. Jak w grze...

PAUSE

Tak właśnie. Pauza. Stop. Drogie media, proszę Was bardzo - nie przedstawiajcie graczy, jako totalnych idiotów, którym świat gry miesza się ze światem realnym. Czy Wam naprawdę się wydaje, że przeciętny nastolatek UWAŻA, że jeśli kogoś zabije, to ten ktoś za chwilę wstanie, bo przecież ma drugie życie? Nie. Jeśli zaś człowiek w wieku 14-16 lat faktycznie tak uważa, to nie izolacja od gier mu jest potrzebna, a wizyta u lekarza psychiatry. I to nie jedna, a szereg, z właściwym leczeniem farmakologicznym w tle.
Problem w mojej opinii leży właśnie tu. W psychice. Jeśli jest z nią wszystko w porządku, nie ma opcji, aby gry wpłynęły na nią do tego stopnia, że gracz jest w stanie popełnić przestępstwo. Równie dobrze w miejsce gry można wstawić np. książkę (a o efekcie Wertera drogie media słyszały? Wydanie "Cierpień młodego Wertera" spowodowało wzrost samobójstw młodych ludzi i nie byli to bynajmniej współcześni licealiści, którzy muszą się z tym dziełem zapoznawać w ramach zajęć języka polskiego. Później "efektem Wertera" nazwano to, co opisuje treść w linku). Można tam też wstawić film (sporo zbrodni i filmów było inspirowanych właśnie dziełami z Hollywood), można też ostatecznie wstawić utwór muzyczny, obraz... jakiekolwiek medium. Czemu? Ano temu, że to nic innego jak zapalniki. Zapalniki uruchamiające w psychice z problemami określone mechanizmy.
Tragedia, która wydarzyła się w przypadku opisywanej na początku zbrodni, wydarzyła się tak naprawdę kilka, może kilkanaście lat wcześniej. Z tymi ludźmi było coś nie tak WCZEŚNIEJ. Zanim jeszcze dotknęli klawiatury i myszki, aby grać. Ktoś czegoś nie zauważył, ktoś coś olał, ktoś stwierdził, że "tak ma być". No ale kiedy w ruch poszedł nóż, to winne okazały się gry. I tylko one.

RESUME GAME

Wiemy już, że to nie gry są winne, a psychika. Co więc robić? Pewne środowiska na pewno krzyknęłyby "Zakazać gier!". To ja im odkrzyknę: "Zakazać noży, samochodów i kąpieli w wannie. I pod prysznicem! W ogóle zakazać kąpieli!" Będziemy jedli wszystko w całości, wszędzie chodzili pieszo i będzie od nas śmierdziało na kilometr, ale przynajmniej będziemy bezpieczni!" Nie tędy droga. Zakazywać, owszem. Ale na poziomie dostępu KONKRETNEJ jednostki do KONKRETNEGO tytułu/gatunku. Kto ma to robić? Na pewno nie ogólnie pojęte państwo, a... rodzice. Nikt nie zna swojego dziecka lepiej niż jego własny rodzic. Wystarczy... obserwować. Naprawdę. Tylko tyle i aż tyle. Rodzic nie musi być zawodowym psychologiem, aby mógł ocenić, że z dzieckiem coś nie gra, stało się bardziej agresywne, coś nienaturalnie pochłania jego myśli. Radę tę kieruję głównie do współczesnych rodziców (zakres wiekowy 25-35 lat), a więc do pokolenia, dla którego komputer i jego zawartość to nie jest już czarna magia. Nie bójcie się tej wiedzy wykorzystać w praktyce. Widać zmiany? Widzimy, że to właśnie w wyniku zbyt długiego grania, zbyt mocnego angażowania się w grę? "Synu, córko, nie grasz! Ta gra ci szkodzi!". Każdy człowiek rozwija się inaczej, na każdego te same rzeczy wpływają inaczej. Gwarantuję, że samo to znacznie może zminimalizować ryzyko, że dziecko stanie się przestępcą. Zwracanie uwagi i ROZMOWA. Nie tylko o i w obrębie e-rozrywki. Zwracanie uwagi właśnie na codzienne problemy - szkolne, podwórkowe, być może rodzinne. Tak, rodzinne, generowane przez samych rodziców. Dorośli wielokrotnie nie zdają sobie sprawy z tego, że szeregiem swoich zachowań po prostu swoje dzieci RANIĄ. Rana zadana przez bliską, kochaną osobę boli dwa razy mocniej i goi się dwa razy dłużej. A psychika pokryta bliznami to psychika podatna na wiele późniejszych problemów. Przestępstwo inspirowane grą? A czemu nie? Jeśli będzie chodziło o zwrócenie na siebie uwagi, każdy zapalnik będzie dobry. A powtarzam - gra jest tylko zapalnikiem. Tylko.

QUIT GAME

Był to kolejny wpis, w którym starałem się Wam przybliżyć moje spojrzenie na pewne kwestie. Bardzo nie lubię szybkiego wskazywania winnych, szybkich osądów i szybkich wyroków. Tym naprawdę można kogoś skrzywdzić. Media doskonale o tym wiedzą, ale nadal to robią. Po prostu taki sposób stawiania sprawy bardzo łatwo sprzedać, a o to właśnie chodzi. Nie dajmy sobie wmówić, że złe są martwe przedmioty, czy jak w tym przypadku - programy. Źli czy w jakiś sposób psychicznie zaniedbani mogą być jedynie LUDZIE. Ludzie, którzy z tych rzeczy nieprawidłowo korzystają. Problem zawsze jest wewnątrz ludzi, w przedmiotach, które ich otaczają - nigdy. One po prostu są.

środa, 23 stycznia 2013

Po pierwsze: bo kiedyś panie to było kiedyś, a tera je tera.

Skąd pomysł na ten pierwszy, debiutancki wpis? Z obserwacji. Skąd obserwacja? Z życia. Dziś rano Arkadiusz ujrzał taki oto obrazek: idzie sobie grupka dzieciaków. Przedział wiekowy 8-11. Wśród nich dwoje, na oko po 10 lat. Objęci. Wyraźnie sugerujący reszcie, że są parą, o czym świadczyły krótkie przystanki na... pocałunki. Nie, nie jakieś tam cmoknięcie w policzek, ale regularne, "dorosłe" pocałunki. Myśl, która w tym momencie przebiegła przez mój rozczochrany łeb godna była raczej seniora, niż młodego mężczyzny: "Przecież ja w ich wieku...". Tak... młoda część społeczeństwa nam dojrzewa. Szybko dojrzewa. Jakoś tak... za szybko. Czytuję fora, udzielam się na nich, rozmawiam ze znajomymi "in real". W wielu tematach tych rozmów pojawia się jakaś nostalgia, tęsknota za "naszymi czasami" - że niby były lepsze, ciekawsze, normalniejsze. Prawdę mówiąc zawsze zajmowałem raczej neutralne stanowisko. Uważałem, że dla każdego pokolenia jego czasy są tymi właściwymi. Tymi, które będzie pamiętało jako "lepsze". Od niedawna zauważam jednak, że dziś wszystko się miesza, przyspiesza i faktycznie powypadało ze swoich przegródek. Tylko czy to przypadkiem nie pociąga za sobą konsekwencji? Pociąga. Można to porównać do działania dopalacza w samolocie myśliwskim - z jednej strony "kop" powodujący, że silnik osiąga 150% mocy, ale z drugiej dwukrotne zużycie paliwa. Coś za coś. Dlatego piloci używają dopalania z rozwagą. W końcu paliwa może zabraknąć akurat wtedy, kiedy będzie ono niezbędne. Współczesne dzieciaki przesunęły manetkę ciągu do oporu, za nimi "marchewa" afterburnera, a przed nimi wskaźniki paliwa lecące na łeb, na szyję. Zanim dzieciaki dotrą do miejsca docelowego - czyli w tym przypadku do dorosłości - wskaźniki pokażą zero. Wtedy mamy dwa rozwiązania - albo wysiadka, albo mniej lub bardziej kontrolowane szybowanie. Oba niezbyt przyjemne. Tak właśnie się to kończy i nie jest to mit. Ludzie śmieją się z ponurych blogów nastolatek, subkultury emo, dziwią się przypadkami samobójstw wśród coraz młodszych. Ja ani się nie śmieję, ani nie dziwię. To nic innego jak sprzężenie zwrotne powstałe w wyniku dotychczasowego stylu życia. Ten "lot na dopalaczu" kiedyś się kończy i pozostaje pustka. W wieku 18-19 lat zamiast pozytywnego wejścia w dorosłość mamy w niektórych przypadkach totalne wypalenie, brak chęci do życia i ruiny emocjonalne. Tak więc społeczeństwo nie tylko szybko dojrzewa, ale niemal ekspresowo się starzeje, oczywiście od strony psychiki.

Dość mocny temat jak na początek. Tyle jednak dziś. Jutro będzie i śmieszno, i straszno zarazem. Czyli notatka o tym, czemu lepiej unikać zapraszania na wesele lingwistów, a jeśli już to się zdarzy - czemu nie puszczać określonych kawałków? :)