Pokazywanie postów oznaczonych etykietą internet. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą internet. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 21 kwietnia 2016

Odpływają kawiarenki czy siedem złotych za godzinę

Jakiś rok temu podczas zakupów zwróciłem uwagę na pewną promocję. Otóż pewna znana marka spożywcza przy współpracy z równie znanym operatorem komórkowym zaproponowała klientom pewien układ - kupujesz, drogi kliencie, batonik za około 2 złote polskie, a na wewnętrznej stronie opakowania nadrukowany jest kod, pozwalający uaktywnić mobilny pakiet internetowy. Pakiet nieduży, aktywny dobę, jednak... kiedy tak głębiej się nad tym zastanowiłem, to stwierdziłem, że to już TEN moment. Moment, w którym dostęp do sieci spowszedniał tak bardzo, że uzyskać go możemy nawet podczas codziennych, drobnych zakupów. Kupując pojedynczy, całkiem dobry zresztą, batonik. 

Wiem co pomyślą teraz młodsi czytelnicy. "Dziękujemy kapitanie Oczywisty, proszę, weź ten kamień na znak naszej wdzięczności!". Wiadomo przecież, że dziś już nawet batonika kupować nie trzeba, bo każde szanujące się miejsce publiczne MUSI być objęte zasięgiem darmowej sieci WiFi. Inaczej pozostałe miejsca publiczne będą je wytykały palcami i nie będą chciały się z nim bawić. Wiadomo, że podobnie jest w świecie smartfonów - smartfon bez dostępu do netu to trochę jak sławetna Miriam - piękne ciało, wysoka inteligencja, ale jednak COŚ się nie zgadza. Wiadomo także, że (według danych z roku 2015) 70% polskich gospodarstw domowych podłączonych jest do światowej pajęczyny i notujemy w tym temacie tendencję wzrostową. Ja to wszystko wiem. Naprawdę. Tylko dla mnie, dzieciaka wychowanego w latach dziewięćdziesiątych, cały ten rozwój nadal jest czymś na swój sposób niezwykłym. Przecież nie tak dawno w pasażu tego samego hipermarketu, w którym zauważyłem ten batonik, mieściła się... kawiarenka internetowa! Świątynia wszystkich spragnionych dostępu do Wielkiego Świata przez cienki kabelek.
Tak więc droga młodzieży! Usiądźcie i posłuchajcie, jak to drzewiej bywało! A bywało, oj, bywało...

Pierwszy kontakt z Internetem? Późna podstawówka, lekcja informatyki. Pamiętam tylko tyle, że Internet przedstawiano nam raczej nie jako źródło rozrywki, a taką trochę globalną "encyklopedię" - zbiór informacji na każdy, dosłownie każdy temat. Pierwsza przeglądarka? "Klikamy w ikonkę z niebieską literką E na pulpicie..." Słychać, że komputer zaczyna ciężko pracować. Długa chwila oczekiwania (Wielordzeniowe procesory, gigabajty RAM na pokładzie? Plażo, proszę... ;) ) Pierwsza otwarta strona? "Klikamy w pasek adresu i wpisujemy: wu wu wu kropka wirtualnapolska, bez spacji! Nie wciskamy spacji! kropka pe el". Chwila oczekiwania (Łącza o prędkości kilkudziesięciu megabitów na sekundę? Plażo, proszę... ;) ) I... jest! Ło święci Pańscy! Internet! Taaak...

Strona główna Wirtualnej Polski, rok 2000. Screen wykonany dzięki serwisowi web.archive.org
Dziś taki design może śmieszyć. Dziś o takim designie mówi się w kategoriach #janusze_webmasteringu. Totalna prostota, same linki, zero zdjęć. A, przepraszam! Widzicie reklamę Telekomunikacji Polskiej? Była animowana. Jedyny ślad życia... Zwróćcie jednak uwagę na to, co napisałem wcześniej. Rok 2000 to nadal jeszcze czasy naprawdę niskich prędkości dostęp i niezbyt szybkich (w porównaniu do współczesnych) komputerów. Kierowano się więc maksymalną prostotą, bo wiedziano, że im strona bardziej skomplikowana, tym dłużej będzie się wczytywała. Im zaś dłużej będzie to trwało, tym większe ryzyko, że internauta zniechęci się i przerwie proces otwierania. Tak, wtedy naprawdę w ten sposób o tym myślano i była to prawda.
A jednak te parę linków na krzyż przyciągało. Zapoznano nas także z wyszukiwarkAMI. Dziś, wiadomo - "co ni ma w google, to ni ma wogle", wtedy Google dopiero przygotowało się do szturmu na pierwszą pozycję, a wyszukiwarek było kilka. Jedną z popularniejszych, pozwalających przeszukiwać zasoby światowej sieci, była ta:

Strona główna wyszukiwarki Altavista, rok 2000. Screen wykonany dzięki serwisowi web.archive.com
Jest nawet jedno zdjęcie! Co prawda wielkości znaczka pocztowego, ale... Co Ameryka to Ameryka, panie! :)
Tak, zdecydowanie pomimo tej prostoty i małej atrakcyjności wielu z nas pomyślało, że ten cały net to jednak całkiem fajna sprawa. Tylko te ostatnie 20 minut lekcji to było zbyt mało czasu. Sieć była zbyt wielka, aby móc w spokoju znaleźć to, co znaleźć się chciało. Z jednej strony oczekiwanie na dzwonek, z drugiej kolega obok udowadniający, że nie tego będziemy szukać tylko czegoś innego (niedobór komputerów w szkołach powodował, że często przy jednym stanowisku usadzano dwóch, a czasem trzech uczniów), a z trzeciej cholerstwo ładuje się tak wolno, że można obrać kilo ziemniaków, ugotować je i zjeść, a to nawet nie wczyta się do połowy. Dzwonek! "Nie wyłączamy komputerów, zostawiamy tak jak są..." No... to zostawiamy. "I widzisz, dzwonek, i nie znalazłem, bo mi tu zamulałeś, że..." "Dobra, weź -.-" "Sam się weź -.-" :)
Szczęściarze po powrocie do domu mieli swoje własne komputery, multiszczęściarze nawet dostęp do sieci. O równie szalonych prędkościach co w szkole, ale zawsze to coś. Reszta? No cóż...następna informatyka dopiero po weekendzie. Chyba, że...

- Ej, kawiarenkę internetową otworzyli
- Ej, o co chodzi?
- No normalnie wchodzisz, płacisz facetowi siedem blaszek i siedzisz godzinę!
- Tyyy, to ja idę, gdzie to?
Siedem złotych wysupłane. A gdzie to? Ano w pobliskim hipermarkecie. Ruchliwy pasaż, masa ludzi, głośno, idą święta. Jest! Zaklejone kolorową folią drzwi. "Net Cafe". Wchodzę. Półmrok, duszno, cicho. Mała salka, rozświetlona punktowo zimnym światłem monitorów. Oświetlone blado twarze ludzi zatopionych w innym świecie. Szum pecetowych wentylatorów, zapach... no średni, bo duszno jak sto piorunów. Od wejścia do przeciwległej ściany boksy z wydzielonymi stanowiskami. Ciasno. Cholera... klimatycznie.

- Dobry... Na godzinę... Siedem, tak? Proszsz...

Siadam pomiędzy ścianą a sąsiednim stanowiskiem. Obok jakiś facet tłucze w klawiaturę z prędkością dźwięku. Spoglądam na swój monitor. Wyświetla się jakaś strona z tymi biednymi paniami, których nie stać na ubranie. :) Widocznie poprzednik lubił sobie to i owo pooglądać, a ja mam w głowie myśl "A więc i TAKIE rzeczy tu są..." Blondyna gapi się na mnie ze zdjęcia, brunetka też... Kolejna myśl: "Spadajcie dziunie, ja tu przyszedłem zdobywać WIEDZĘ O ŚWIECIE, a nie gapić się na wasze... warunki oferty. No, jak to szło... wu wu wu, wupe... Nara blondyna, ty brunetka też. ;) Co by tu... Czat? Popularna sprawa. Można by z kimś pogadać! W końcu teraz jestem INTERNAUTĄ! Będę rozmawiał jak równy z równym! O, jest!

CZATeria.pl, serwis należący do portalu Interia.pl. Rok 2001. Screen powstał dzięki serwisowi web.archive.com

Wybór konkretny! Każde miasto Polski, nawet czaty z jakimiś ważnymi osobistościami. Radom? Jest. Wchodzę. "Wpisz nick". Ok... Jakiś kozacki by się przydał. Hmm... rozglądam się. Półmrok sali, ludzie skupieni na monitorach, gość obok zasuwa na klawiaturze jak Japończyk na konkursie szopenowskim. Komputery szumią. Szybkie skojarzenie... No jasne! Przecież właśnie trwa szał na Matriksa. Jakże ja mogłem być tak głupi! Normalne! "Mooorfeeeeuuuusz".

~Morfeusz87: Hej, witajcie ludzie sieci!
~ON_190cm_29cm_dla_niej: KTURA POKLIKA? JESTEM NAPALONY A MUJ...
~Fabian88: NIE PISZCIE Z Aneczka88_Wawa to jest DZIFKA
~Aneczka88_Wawa: Fabian88 TY HUJU JESTEŚ NIE NORMALNY, FAKAJ SIEM!
~ON_190cm_29cm_dla_niej: KTURA POKLIKA? NIEBUJCIE SIE JESTEM NAPALONY A MUJ...

"Ludzie sieci"... :)

Jest rok 2003. W moim domu pojawia się pierwszy komputer. Jak na owe czasy, potężna maszyna. Niestety... pozbawiona dostępu do sieci. Ale ja jestem już starym, kawiarenkowym wyjadaczem. Wiem, gdzie jest najszybciej, gdzie jest najtaniej. Wiem, gdzie można kupić coś do picia, a nawet do jedzenia, bo w wielu przypadkach "kawiarenka" z kawiarnią nie miała nic wspólnego. To po prostu było miejsce dostępu do sieci. Te, w których można było kupić puszkę coli czy zapiekankę należały do rzadkości.
Ale nowy komputer jest jakiś... pusty. Przydałoby się coś z tej sieci pościągać. Na tyle dużo, aby starczyło do kolejnej wizyty w kawiarence, a jednocześnie na tyle mało, aby zmieściło się na dyskietkę 3,5 cala. Całe 1,4 MB do dyspozycji. Efekt był taki, że często do kawiarenki szło się z pięcioma dyskietkami. A co można było na tych pięciu dyskietkach zmieścić? Do ówczesnych hitów należały:

Tapety - nie, nie w obecnych kosmicznych rozdzielczościach, ale w takich, jakie obsługiwały ówczesne monitory. 800x600 lub 1024x768. Każdy kilobajt był przecież na wagę złota, a im większa rozdzielczość tym miejsca na dyskietce ubywało.

Dzwonki na telefon - jeszcze nie mp3, a midi, lub... kody do kompozytora. Zapytacie co to? Wyjaśniam. W telefonach pokroju Nokii 3310 i jej następców znajdowała się opcja komponowania własnej melodii dzwonka. Komponowanie polegało na wprowadzaniu kolejnych części zapisu nutowego przy pomocy klawiszy. W sieci znajdowały się strony, na których były gotowe zapisy. Wystarczyło je wprowadzić i... nasza "trzy-trzy-dziesięć" popiskiwała najnowszym hiciorem.

Śmieszne obrazki - tak, o kwejku i tego typu humorystyczno-obrazkowych serwisach nawet nie śpiewały jeszcze ptaszki. A humoru człowiek pragnął jak kania dżdżu. Ściągało się więc nie tylko śmieszne zdjęcia, ale i gify, a także kiepskiej jakości nagrania "prawdziwych, naprawdę gość tak zrobił" rozmów telefonicznych, wpadek znanych ludzi itp. Filmiki? Wielkości znaczka pocztowego.

Skórki do Winampa - komputerowy program do odtwarzania plików mp3 był ówczesnym "must have" każdego właściciela blaszaka. Jedną z wielu jego opcji była możliwość zmiany wyglądu poprzez instalację "skinów". A metamorfoza wyglądała nieraz zaskakująco. I tak z tego:

Standardowa skórka programu Winamp
 można było zrobić to:

Niestandardowa skórka programu Winamp
I tak sobie czasem myślę, że to wszystko miało jakąś... magię. Dziś Internet to codzienność. Żaden luksus. Pobieramy z niego gigabajty danych miesięcznie, jego obecność w naszych domach traktujemy niemal jak fakt, że do domu doprowadzony jest także prąd i woda. Współczesna sieć to miliardowe inwestycje, giganci rynku. Miejsce, gdzie można zbudować karierę, zarabiać całkiem rozsądne pieniądze, szukać nowych klientów dla swoich usług. Miejsce, do którego jesteśmy przypięci niemal na stałe, bo oprócz PC do sieci podłączony jest także smartfon, smartwatch, telewizor... Staliśmy się ludźmi cyfrowymi, homo digitales. Kawiarenki internetowe nie mają racji bytu w tym systemie. Oczywiście istnieją jakieś niedobitki, jednak... to już nie to samo. Jesteśmy przesyceni treścią. I nikt z nas nie poczuje już tego, co czuło się wtedy, kiedy wracało się z kawiarenki z kilkoma dyskietkami w kieszeni, aby wieczorem móc przejrzeć ich zawartość. Ot, choćby w taki kwietniowy, pogodny wieczór jak dziś.




piątek, 13 listopada 2015

Famyly szoł lajf czyli amatorski dom Wielkiego Brata.

Fani cięższego grania kojarzą zapewne pewnego pana, który postanowił odpocząć od scenicznych narkotyczno-alkoholowych ekscesów, uczestnicząc w reality show, w którym on i jego rodzina prezentowali swoje codzienne życie przed kamerami. Mowa rzecz jasna o rodzinie Osborne'ów na czele ze starym, dobrym tatusiem - Ozzym. Nieco młodsi Czytelnicy zapewne pamiętają polski odpowiednik tego show - tu głównym uczestnikiem był rodzimy gwiazdor piosenki różnej, Michał Wiśniewski. Obecnie, z tego co mi wiadomo, bo TV oglądam rzadko, publika znów podgląda życie jakiejś celebryckiej rodzinki zza wielkiej kałuży - rodziny niejakiej Kim Kardashian? Bodajże. Jeśli trafiłem, cieszy mnie to... średnio, bo i tak nie wiem kim jest Kim. ;) Znając życie, jest znana z tego, że jest znana, a to jak wiadomo w świecie "szołbizu" przelicza się na grubiutkie, tłuściutkie, zieloniutkie.A co, jeśli kamery we własnym domu montuje nie jakieś bożyszcze tłumów, a... zwyczajny człowiek? Oj, budzi to kontrowersje, budzi. Przynajmniej od kilku dni.

W czym rzecz? Otóż kilka dni temu usiłowałem rozgryźć pewne zagadnienie związane z bezpieczeństwem sieciowym kamery IP. Rzecz jasna wrodzony masochizm nakazał mi rozpocząć poszukiwania na polskich forach hobbystycznych. Rzecz jasna nie zawiodłem się - informacji nie znalazłem. Natrafiłem natomiast na ciekawą dyskusję, z której wynikało, że pewien poznański biznesmen postanowił zamontować w swoim mieszkaniu wiele kamer, a następnie udostępniać zarejestrowany materiał w Internecie. Na żywo. Wiedziony ciekawością, co właściwie odwalił ten człowiek, trafiłem na jego stronę. I przyznam - doznałem lekkiego szoku.
Okazało się bowiem, że to nie żart - na stronie (zbudowanej bardzo hmm... amatorsko) faktycznie znajduje się obraz z dwunastu kamer rozmieszczonych w większości pomieszczeń mieszkania. Mamy więc kamerkę rejestrującą to, co dzieje się między innymi w przedpokoju, salonie, sypialni (!), a nawet w pokojach dzieci (!!). Poniżej informacja zachęcająca widzów do podsunięcia pomysłu, gdzie zamontować kolejne cztery rejestratory, a także dotycząca tego, że w przygotowaniu jest przekaz z kamery samochodowej oraz... okularów z wbudowanym rejestratorem wideo.
Przewinąłem nieco w dół. Szok się pogłębił. Oto bowiem zobaczyłem zestawienie zawierające imiona, zdjęcia i lata urodzenia członków rodziny - autora strony, jego żony, oraz czwórki dzieci.
Kiedy mówią Wam, że jeśli nie wiadomo o co chodzi, to najpewniej chodzi o kasę, uwierzcie. Wystarczyło przewinąć jeszcze niżej, aby zauważyć... reklamę. Reklamę przedsiębiorstw, należących najpewniej do autora witryny oraz jego żony. Jeszcze niżej adres, telefon kontaktowy i wyrażenie chęci współpracy z mediami, sponsorami... Jest także powiadomienie, jakoby właściciel przedsięwzięcia chciał zorganizować "maraton na milion osób".
Trybiki w głowie zaskoczyły natychmiast. Gość po prostu stworzył stronę, na której udostępniając życie swojej rodziny na żywo, jednocześnie próbuje rozreklamować interes swój ( :) ) oraz żony. Mało tego - próbuje na tym zarobić dodatkowe pieniądze, bo raczej nie chce mi się wierzyć, że ta współpraca z mediami to tak za free, no a umowa ze sponsorem to umowa, z której również wynosi się jakieś korzyści.

I tak się głęboko zastanawiam - co ten gość do jasnej cholery narobił? Ja naprawdę jestem w stanie zrozumieć wiele. Popieram ludzi przedsiębiorczych, cieszę się, kiedy odnoszą sukces - zaradność w prowadzeniu interesów to naprawdę wspaniała cecha. Jeśli facet chciałby sprzedawać w ten sposób swoją prywatność - jego problem. Pytanie, co z dzieciakami? Bo jak na moje oko, to "zaradny" tatuś właśnie zgotował im małe piekiełko, które w przyszłości może stać się pełnoprawnym piekłem. Dzieci jest czworo. Dwójka młodszych - chłopczyk w wieku lat czterech i dwuletnia dziewczynka - na pewno nie rozumieją, co właściwie się tu dzieje. W ich pokojach nie ma zresztą kamer, więc są wyłączone z tego cyrku. Jest jednak dwójka starszych - trzynastoletni chłopak i dziewczynka w wieku lat 9. Te dzieciaki zdają sobie już sprawę z tego, co wymyśliła głowa rodziny. I tak - w ich pokojach kamery są zamontowane. Czy za ich zgodą? Nie wiem. Ale sądząc po ostracyzmie, z jakim pomysł spotkał się w sieci, to ja im zwyczajnie i po ludzku współczuję.

Sprawa jest rozwojowa, mogę obiecać, że wątek będę obserwował, a kiedy sytuacja dotrze do jakiegoś finału stworzę bardziej rozbudowany wpis, próbując przeanalizować, co siedziało w głowach autorów tego przedsięwzięcia. Tymczasem zachęcam do dyskusji i wyrażania własnych opinii w temacie.

środa, 2 września 2015

" Zuchwalco światowy! Jakież przedsięwzięcie wiedzie cię tutaj?" albo piekiełko polskich forów hobbystycznych.

Czemu część tytułu dzisiejszego posta zapożyczyłem z klasyki polskiej literatury, konkretnie z "Popiołów" Żeromskiego? Jeśli ktoś czytał tę powieść, zapamiętał zapewne, w którym momencie one padają - otóż dzieje się to w chwili wstępowania głównego bohatera do loży masońskiej. Postąpiłem tak nieprzypadkowo. Temat, o którym chciałbym wspomnieć to... polskie fora hobbystyczne. "No ale zara, czekaj, moment! Zaczynasz o masonach, kończysz o hobbystach, o co chodzi?" - powiecie. Już wyjaśniam - wstąpienie w szeregi masonerii jest tak samo "proste", jak uzyskanie jakiejkolwiek informacji na typowym polskim forum tematycznym - da się, ale gwarancji sukcesu nie ma. O ile wolnomularzom skrywanie swoich tajemnic nakazuje wieloletnia tradycja, to jeszcze nigdy, rejestrując się na jakimkolwiek forum nie byłem zobowiązany do składania przysiąg na swój honor, za świadka biorąc braci, siostry i Świata Całego Budownika, że tajemnic mi powierzonych nie wyjawię nikomu. Ani ja, ani najpewniej żaden z pozostałych userów. A jednak wrażenie można odnieść zupełnie inne...

 Wyobraźmy sobie drogi czytelniku, że masz jakieś mniej lub bardziej nietypowe hobby. Nie, nie takie, jakie miał słynny pan Grey, bohater pewnego popularnego ostatnio czytadła (chociaż jeśli takie masz - nic co ludzkie nie jest mi obce... :) ). Interesujesz się tym tematem w bardzo dużym stopniu - czytasz fachową literaturę, oglądasz efekty pracy innych i oczywiście sam praktykujesz. Nabierasz wprawy, ale przede wszystkim czerpiesz z tego radochę - taka bowiem jest rola hobby - ma nieść przede wszystkim radość. Nagle pojawia się jakiś problem. Dowolny, być może niewielki, ale wkurzający. Literatura milczy, wujek Google doznał zapętlenia (jakiego - o tym za chwilę), mówiąc krótko - kaplica. Znajdujesz więc forum tematyczne. Sprawia wrażenie elitarnego (często ma to w nazwie - pieprzyć skromność, nie?) - dostęp do jego zasobów uzyskasz tylko po rejestracji. Rejestrujesz się, przeszukujesz forum. Nic nie znalazłeś. Zdajesz więc pytanie... No toś wpadł bratku, oj wpadł żeś po uszy... Oto co najpewniej otrzymasz:

"No witaj... jak widzę kolejny amator nie potrafi poradzić sobie z problemem prostym jak budowa Wielkiego Zderzacza Hadronów... Pamiętaj, że nasze W CHUJ ELITARNE podkreślam - E-LI-TAR-NE forum posiada taką opcję jak SZUKAJ. Korzystałeś? Temat był wałkowany setki tysięcy razy. Pytając wyrażasz skrajną postawę roszczeniową, jak to zresztą dzisiejsza młodzież - tylko im daj i daj! [szybkie zerknięcie w profil odpowiadającego - jest o rok starszy od Ciebie] Temat uważam za zakończony - po prostu poszukaj sobie odpowiedzi, bo dam sobie uciąć rękę i dorzucam półtorej nogi, że Twój problem był poruszany kwadrylion razy... Nie pozdrawiam, Kozak Nad Kozaki Ultraspecjalista w randze Supermistrza, Santo Subito Jego Eminencja Moderator Seba97 P.S. Ech, amatorzy, amatorzy..."

W tym momencie szlag Cię jasny trafił. Przecież szukałeś! Szukałeś przez dwa dni. Nie znalazłeś nic. A, przepraszam! Znalazłeś wpis podobnego Tobie biedaczyska, któremu okazano więcej łaski - podano mu link do dyskusji składającej się ze 140 podstron. Zaczętej w okolicach roku, w którym wchodziłeś jeszcze na stojąco pod szafę, a trwającej do dziś. Najpewniej toczy się tam tzw. gównoburza, w której starzy użytkownicy mierzą wzajemnie swoje wirtualne penisy tworząc wpisy o objętości rozprawy doktorskiej, w których rozwodzą się nad wyższością np. modelu jednego przyrządu nad jego nowszą/starszą wersją. Gdzieś tam powinna być odpowiedź na Twoje pytanie. "Gdzie? No... gdzieś tam! Spływaj kopać w szambie. Roszczeniowcu paskudny -.-".
 Tymczasem, chociaż padła taka groźba, Twoje pytanie nadal wisi. I nawet pojawiła się tam odpowiedź:

"Hehehehe, Seba97 ma rację, jak zawsze. Ech Seba, stary wyjadaczu, kiedy to obiecane piwko? No ale mniejsza... Mówisz, że masz problem? Dziwisz się? Używasz niewłaściwego sprzętu! Używanie go grozi śmiercią, trwałym kalectwem oraz wadami genetycznymi u Twojego przyszłego potomstwa. Nie wiem, jak można być tak głupim... Pokażę ten temat Pszemkowi88, złapie się za głowę hehe. Jeszcze raz racja Seba! Amatorzy to tacy kretyni..."

I teraz ważna sprawa - dostałeś informację, że nie używasz właściwego sprzętu. Zostałeś też nazwany już kilka razy amatorem Co to właściwie oznacza pojęcie "właściwy sprzęt" i kim nie jest "amator" na przeciętnym polskim forum tematycznym?

a) Na forum fotograficznym amatorem nie jest wyłącznie fotograf(IK!!!) z dziada pradziada, robiący doskonałe zdjęcia zaraz po otrząśnięciu się z wód płodowych. Studia artystyczne w Paryżu to była tylko formalność. Właściciel PROFESJONALNEGO studia fotograficznego, nie wyrabiający się wprost ze zleceniami, z szeregiem nagród i wyróżnień na wszelkich konkursach. Profesjonalista posługuje się TYLKO Hasselbladem H5D-50c za około 20 tysięcy ojro. Na forum fotograficznym KAŻDY jest takim zawodowcem. Każdy tylko nie Ty, amatorze.

b) Na forum sportowym amatorem nie jest ktoś, kto ma przynajmniej dwóch olimpijczyków w rodzinie. Odzywać się masz tam prawo wyłącznie jeśli posiadasz tytuł przynajmniej mistrza Polski. Profesjonalista rusza uprawiać sport w komplecie akcesoriów godnych astronauty - konieczny jest miernik tętna, prędkości, wysokości, pochylenia terenu, ciśnienia krwi, powietrza wdychanego i wydychanego oraz atmosferycznego, temperatury ciała, różnicy temperatury pomiędzy lewym i prawym półdupkiem, stężenia cukru we krwi, częstotliwości oddechu. A to ledwo początek, bo potrzeba jeszcze kosmicznej odzieży inteligentnej (gacie, które kończyły Oxford z wyróżnieniem to norma), która dopasowuje się do każdej sylwetki i wykonana jest z materiałów używanych przy produkcji myśliwców naddźwiękowych. Koniecznie z olbrzymim logo producenta - z przodu ("Ooo, nadciąga profesjonalista, czas złożyć pokłon profani!") i z tyłu ("Aaale poszedł! Szacunek i podziw dla mistrza!"). I buty! Najważniejsze! Buty które praktycznie same chodzą - z autopilotem, amortyzacją, GPS/GLONASS, systemem identyfikacji "swój-obcy", dopalaczem, automatycznym chłodzeniem stopy, systemem "AntySztync 2015", wagą... Profesjonalista wie, że nie wyniki są najważniejsze, a przyjemność z uprawiania sportu. Amatorzy tego nie zrozumieją. A Ty jesteś amatorem. I dopóki sobie tego wszystkiego nie kupisz, będziesz nim. Albo padniesz na zawał, udar mózgu i raka ptaka na raz, pięć minut po rozpoczęciu rozgrzewki.

c) Na forum miłośników szycia profechą jest gość o nicku w stylu ŁucznikDominator. Szyje dla największych projektantów, którzy leją się po mordach pod windą w jego bloku, bo przecież każdy chce być pierwszy. ŁucznikDominator dawno nie używa już do szycia maszyny - robi to tradycyjnie - igłą ze stali z domieszką gruntu marsjańskiego i nicią pająka występującego tylko w centrum centrum centrum centralnej części centrum Puszczy Amazońskiej. Osobiście lata na Marsa po składniki do igły i szuka z narażeniem życia tego pająka. Ty amatorze tak nie umiesz. I nigdy nie będziesz umiał. Bo jesteś amatorem.

d) O forach komputerowych nawet nie wspominam. Słynne, niemal święte dla wielu pseudoinformatyków stwierdzenie "U mnie działa" jest ich hasłem flagowym. Każdy sprzęt, jaki kupisz będzie niewłaściwy, bo przecież wydałeś 200 zł i dostałeś dziadostwo. Gdybyś poczekał dwa lata i dołożył 2500 zł, miałbyś to co jedna z ważniejszych figur na forum - sprzęt z certyfikatem NASA, funkcją obierania cebuli, parzenia kawy, oparty na dwudziestordzeniowym procesorze, a wszystko to zasilane zasilaczem do spawarki i chłodzone specjalnym systemem zapewniającym temperaturę zera absolutnego. A w dodatku z niebieskimi diodami na obudowie.

Wspominałem wcześniej, że podczas szukania niektórych specjalistycznych informacji Google może się zapętlić. Co to oznacza? Bardzo często użytkownicy forów tematycznych jako poradę stosują słynne określenie "Google nie gryzie". A co jeśli forum na którym się udzielają jest jednym z największych? I większość wyników z Google prowadzi... do tego właśnie forum? Właśnie do tematów, w których ktoś opisywał konkretny problem, ale dostał odpowiedź, aby poszukał w Google. Taka mała sieciowa paranoja.

Rozwiązania więc nie znalazłeś. Mało tego - zapewne wkurzono Cię, a kto wie? Może nawet i podcięto Ci skrzydła. Poczułeś się gorszy. Mam radę - miej to w dupie. Naprawdę. Jako pasjonat dopuszczaj do siebie wyłącznie konstruktywną krytykę. Tylko taka rozwija. Fora traktuj jako ciekawostkę, a nie jako niepodważalne źródło wiedzy. Opieraj się na fachowej literaturze, czy poradach bardziej doświadczonych, nie anonimowych pasjonatów - uwierz, oni nie są zadufani w sobie i na pewno nie zganią Cię za to, że chcesz podążać ich ścieżką. Nie boją się konkurencji, bo ludzie dobrzy w swoim fachu konkurencji bać się nie muszą - są zwykle jakością i marką samą w sobie, a ta - sama się obroni. I mają dystans, bo sami dobrze pamiętają, jak wyglądały ich początki. Doskonały przykład - znany w Polsce mistrz fotografii lotniczej Sławomir "Hesja" Krajniewski opublikował na swojej stronie (pod wyróżnionym tekstem link do miejsca, o którym mówię) kompletny poradnik jak fotografować na pokazach Air Show w Radomiu. Tak po prostu. Za darmo. Kompletny poradnik ze szczegółami bardzo ważnymi dla pasjonatów. Na tym właśnie polega mistrzostwo. Na forach o takie rzeczy ciężko. Czemu? Uwierz na słowo - moderowałem kilka forów w życiu. Wielu z tych ultraspeców od wszystkiego, wciskających szpilę gdzie się da to... mitomani budujący w swoich opowieściach wirtualne światy pełne niebosiężnych sukcesów. Spora część to wszelkiego rodzaju frustraci, źli na cały świat, zdający sobie sprawę z tego, że czas mija, a określoną pasją zajmują się coraz młodsze roczniki. Nie od dziś wiadomo, że anonimowość Internetu przyciąga różnych ludzi. Działaj dalej, a fora dla specjalistów zostaw "specjalistom". Niech nadal bawią się w kółeczka wzajemnej adoracji/nienawiści. Ich cyrk, ich małpy. :)