Pokazywanie postów oznaczonych etykietą opowieść. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą opowieść. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 22 września 2016

Creepystories na dobranoc, czyli dziwne przypadki z życia Arkadiusza K.


"Aaaj, bo ty to jesteś betonowy sceptyk..." powiedział przyjaciel, kiedy rozważaliśmy jakiś czas temu problemy świata podczas wchłaniania złotego trunku pod kremową pianą. A ja? Ja właściwie nie miałem zbyt wiele na swoją obronę. Tak, uważam się za sceptyka. Czy betonowego? Może nie betonowego, bo jakąś tam sprężystość mój sceptycyzm ma. Po prostu wychodzę z założenia, że rzeczy, których nie umiemy wyjaśnić dziś, za kilkadziesiąt lat będą częścią ówczesnej nauki. Dziś brak nam jedynie narzędzi i sposobów myślenia odpowiednich do zabrania się za te rzeczy. Nie zmienia to jednak faktu, że zdarzyło się w moim życiu kilka lekko niepokojących historii. Jeśli więc potrzebujecie klasycznego "nightmare fuel", dzisiejszy post jest właśnie dla Was...


"Oni im zioła podawali..."

Od jakiegoś czasu nosiłem się z zamiarem napisania postu opowiadającego o zabytkach cmentarza rzymskokatolickiego w Radomiu. Czy to dziwny pomysł? Raczej nie. Zawsze uważałem, że śmierć jest częścią życia, a nekropolie, szczególnie te stare, stanowią pewien trwały zapis określonych realiów - czy to historycznych czy to społecznych. Postanowiłem więc zebrać solidny materiał fotograficzny. Spacerowałem wśród grobowców, uwieczniałem co ciekawsze rzeźby. Jesień, chłód i cisza przerywana klapnięciami lustra aparatu. Wszystko to tworzyło swoisty uspokajający klimat. W pierwszej chwili nie zauważyłem tego człowieka. Stał w sporej odległości ode mnie. Ewidentnie się przyglądał temu co robię. Patrzył w moim kierunku. Skupiłem się właśnie na jakiejś inskrypcji, właśnie ustawiałem ostrość, kiedy ciszę przerwał głos:

- Pan wie, co pan fotografuje?

Mężczyzna stał zaraz za mną. Przyglądał się uważnie dużej, omszałej płycie z piaskowca.

- Grób... zabytkowy grób... - odparłem, odrywając oko od celownika i spoglądając na mężczyznę.
- A jeśli panu powiem, że to miejsce, ten grób jak pan to nazwał, to miejsce niezasłużonego cierpienia?
- Śmierć z reguły bywa niesprawiedliwa...
- Ależ proszę pana, ja nie o tym... wie pan kim ja jestem? Pan zobaczy, co tu jest wyryte, o tu, w rogu...

Nazwisko było mi znane. Zakład kamieniarski tworzący nagrobki chyba od początku istnienia tego cmentarza.

- Więc co wspólnego ma ten grób z panem?
- Ja nazywam się [tu nazwisko - identyczne z wyrytym na brzegu płyty] i gdyby pan wiedział, co tu w tych grobach leży... kto... pan wie kto?
- Nie mam pojęcia... Tu na przykład cztery osoby, ale...
- Może cztery, a może osiem... Przez jakiś czas w tej rodzinie rodziły się dzieci. To bogacze byli. Inżynier, lekarka, o, ten tu - prawnik... A dzieci... dzieci się rodziły chore. Pan rozumie, chore. Nie wypadało, żeby taka elita miała chorego dzieciaka. Bo dzieci, rodziły się chore. Pan rozumie...
- To się zdarza, wiadomo...
- A te skurwysyny tych dzieci niechcianych, chorych, nie chciały. One płakały w nocy. Głośno płakały. Bo chore były dzieci. A oni im podawali jakieś zioła, jakieś napary. I te dzieci zapadały w takie odrętwienie, taki...
- Letarg?
- Letarg taki. I one już więcej nie płakały. A te skurwysyny przyprowadzali lekarza, doktora [tu nazwisko] i on, drugi skurwysyn wypisywał akty zgonu...
-...
- A więcej panu powiem! Akty zgonu wypisywał i te dzieci małe, chore dzieci, do trumien wkładali. One w tym letargu takim. I oni te dzieci tu. Do tego grobu, tamtego grobu, tam w tamtej kwaterze też do trzech grobów...
- To ile oni tych dzieci mieli?
- Nie wiadomo, nie wiadomo, ale chore się dzieci rodziły, ciągle się chore dzieci rodziły tam. A on, skurwysyn, chciał zdrowe dzieci. I napary im dawał, i wyciągi. Żeby te dzieci nie płakały w nocy...
- Wie pan... to poważne oskarżenia są...
- Nie płakały w nocy u niego, to płakały tu, bo ten letarg, to odrętwienie to przecież nie na zawsze... Do widzenia...

Mężczyzna odszedł szybkim krokiem. Zdenerwowany. Nie oglądając się za siebie. Tak, wiem - schizofrenik, paranoik, gość nie do końca zdrowy psychicznie. W tego rodzaju zaburzeniach przekonanie o posiadaniu wiedzy na temat wielkiego spisku, tajemnic czy innych informacji niedostępnych dla ogółu to norma. Ot, znalazł sobie facet wolnego słuchacza i powiedział, co mu tam chory umysł dyktował. Poczułem się jednak nieswojo. Mężczyzna znów stał w sporej odległości ode mnie. Pokazywał na kolejny grób i poruszał głową, przytakując.

Biała marynarka

Mieszkałem wtedy w północnej części Radomia, raczej na obrzeżach miasta. Niedaleko mnie mieszkał mój kuzyn, więc często u siebie bywaliśmy. Często spotkania te przeciągały się do późnego wieczora, więc każdego z nas czekał kilkunastominutowy spacer ulicą w charakterystycznym otoczeniu. Po jednej stronie drogi znajdowały się zakłady przemysłowe oraz hurtownie, po drugiej zaś głęboki rów oraz ciągnące się po horyzont łąki oraz lasy. Okolica wieczorem raczej bezludna.
Wieczór był pogodny. Godzina? Okolice może 22:00, ale ze względu na letnią porę nie było jeszcze zupełnie ciemno. Szedłem sobie spokojnie, panowała cisza mącona co jakiś czas szumem przejeżdżającego samochodu. W oddali, po przeciwnej stronie ulicy dostrzegłem postać mężczyzny. Nie zwróciłem na niego jakiejś większej uwagi, bo - co prawda - okolica RACZEJ bezludna, ale jednak przechodnie się zdarzali. Szedłem dalej, kiedy coś jednak przykuło moją uwagę... Biały garnitur. Facet ubrany był w biały garnitur. Szedł, patrząc przed siebie. Pierwsza myśl, jaką miałem w głowie? "Uuu, słaba impreza chyba była, więc szuka lepszej... z wesela może wraca, albo coś..." Druga myśl: "Ej, ale jak z wesela? Środek tygodnia jest..." Trzecia myśl: "O, ale zaraz odskoczy od bramy, hehe..." Co miałem na myśli? Mężczyzna przechodził akurat obok bramy jakiejś hurtowni lub zakładu. Poza godzinami pracy terenu pilnowały dwa wielkie psiska, które kiedy wyczuły lub zauważyły przechodzącego w pobliżu człowieka, doskakiwały do ogrodzenia z głośnym ujadaniem. Często robiły to znienacka, więc jeśli ktoś nie znał tych "lokalnych zwyczajów", mógł się solidnie wystraszyć.
Panowała jednak cisza. Psy nie odezwały się. Facet minął bramę i wolnym krokiem zbliżał się w moją stronę. Kolejna myśl: "Hehe, duch czy co? Przecież te skurczybyki mało prętów nie przegryzą, kiedy ktoś idzie...". Nie odczuwałem niepokoju, raczej ciekawość, no bo pomyślcie sami - gość w tym białym gajerze pasował, do tej - że się tak wyrażę - czasoprzestrzeni jak nie przymierzając piącha do kinola.
Odległość pomiędzy nami nadal była spora. Wtedy mężczyzna, nie zwalniając kroku zszedł z prowizorycznego chodnika i przeszedł na moja stronę ulicy. A że akurat ja znajdowałem się w miejscu, gdzie ów chodnik się zaczynał, przeszedłem na drugą stronę - obrazowo mówiąc, zamieniliśmy się miejscami.
Mężczyzna zaś nie kontynuował swojej podróży poprzednim kursem. Otóż po przejściu na drugą stronę ulicy... wszedł prosto w porastające pobocze krzaki.
I tu się zrobiło dziwnie. Bardzo. Krzaczory porastające wspomniane pobocze były bardzo gęste. Zaraz za nimi znajdował się głęboki rów, wypełniony wodą sięgającą prawie do kolan. Za rowem zaś rozciągały się pola i łąki. Totalny mindfuck, bo gość w białym garniturze pakuje się w taką "dżunglę"... Pijany? Naćpany?
Zbliżyłem się właśnie do miejsca, w którym gość postanowił pobawić się w partyzanta, spojrzałem w krzaki... Nic. Nie ma gościa... Piorun go strzelił, diabli ogonami nakryli, wsiąkł.
Czy poczułem niepokój? Nadal nie. Nadal była to ciekawość. No bo co do jasnej cholery? Od jakichś ośmiu minut widzę idącego faceta. Jestem trzeźwy, nie zażywam narkotyków, żadnych silnych leków. Cieszę się, dzięki niebiosom, dobrym zdrowiem psychicznym, a ten co mi tu? Idzie, idzie i co? Nieładnie tak panie w białej marynarze, oj nieładnie...
Kiedy podskoczyłem? Ano kiedy dwa solidnie wkurzone psy stróżujące rzuciły się do ogrodzenia i głośnym ujadaniem, wyciem i kłapaniem paszczami dały do zrozumienia, że nie życzą sobie tu mojej obecności...

I znów mój sceptycyzm dochodzi do głosu. Ot, szedł facet pod wpływem jakichś ciekawych środków chemiczno-rozrywkowych. Gajerek założył, bo lubi chłopak elegancję. W krzaki skręcił za potrzebą. Nie pasowała mi tylko jedna rzecz - na drugi dzień obadałem to miejsce. Przez te krzaki naprawdę nie szło przejść. Gęste, rosnące blisko siebie. Za nimi rów pełen wody. Jak on tamtędy przelazł? Licho go tam wie. Śladów butów nie stwierdziłem...

"Zero, nine, seven, five, eight zero seven..."

Zawsze przed zaśnięciem lubiłem słuchać radia. Jednocześnie interesowałem się trochę radiotechniką i łącznością. Może nie na poziomie zaawansowanego amatora, ale nieobce mi są pojęcia "fala nośna", "propagacja" czy "fider". Tego wieczoru jak zwykle próbowałem powołać do życia jakiś średnio żywy komputer, a w tle brzęczał odbiornik radiowy. Audycja okazała się nudna, a że odbiornik był dość rozbudowany, wspierał także zakres AM, więc postanowiłem sprawdzić, co tam w eterze piszczy (i szumi). Obracałem powoli pokrętło, kiedy z szumu dał się słyszeć głos. Kobiecy głos. Podający... liczby w języku angielskim. Dostroiłem radio, teraz słyszałem już wyraźnie. Jednostajny głos, trochę jakby pochodzący z syntezatora. "Zero, nine, seven... five, eight, zero, seven..." Nie wyglądało mi to na radiową komunikację lotniczą. Wiem (i wtedy wiedziałem) jak komunikuje się lotnictwo, jaka w radiokomunikacji lotniczej obowiązuje frazeologia. A tu? Liczby, liczby i jeszcze raz liczby. "Zero, zero, five...". Chwila ciszy i... melodyjka. Nieco upiorna, bo przypominająca rozstrojoną pozytywkę. Kilka taktów, powtórka. Kilka taktów, powtórka. Cisza. Szum...

Dziś już wiem bardzo dobrze, co wtedy słyszałem. Temat radiostacji numerycznych jest opisany w sieci bardzo szczegółowo. Czym są radiostacje numeryczne? Otóż NAJPEWNIEJ jest to sposób, dzięki którymi centrale wywiadów porozumiewają się ze szpiegami umieszczonymi na jakichś odległych placówkach. Centrala ma nadajnik, szpieg ma odpowiednie radyjko. O umówionej godzinie zainteresowany szuka "audycji". Melodyjka na początku może być swojego rodzaju odliczaniem, pozwalającym na spokojne dostrojenie odbiornika. Ciągi cyfr są po prostu zaszyfrowanymi wiadomościami, które odkodować może jedynie posiadacz właściwej książki kodów. Sposób bardzo prosty, właściwie bez większych wad (nawet jeśli niepowołana osoba trafi na taką audycję, nic z niej nie zrozumie), nie pozostawia także trwałych śladów. Kody do odszyfrowania audycji są jednorazowe (jedna "audycja" = jeden sposób rozszyfrowania). Same zalety. A jak coś takiego brzmi? Na YT istnieje masa nagrań  Oto jedno z nich:



Nie pozostaje mi nic innego, jak życzyć moim Czytelnikom dobrej nocy. Over... :)

P.S. Jako że użyję w tagach do tego postu słów "radiostacje numeryczne", a doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że anonimowość w sieci nie istnieje, z tego miejsca chciałbym pozdrowić pana majora, który będzie czytał tę notkę. Czuwajcie chłopaki, bo czasy nie są lekkie, a panu majorowi życzę awansu na kapitana :)

P.S.S. (Społem) Wcale bym się nie zdziwił, gdybym dostał jutro maila o treści "Świetna notka, panu majorowi żart bardzo się podobał i dziękuje za życzenia." :D

sobota, 29 listopada 2014

"Złote lata 90" czyli łyżka dziegciu w garniec miodu. Część I.

Od dłuższego czasu w sieci możemy zaobserwować modę na gloryfikowanie minionych epok. Jedną z tych wychwalanych pod niebiosa epok są lata 90 XX wieku. Portale społecznościowe wprost kipią od obrazków, zdjęć i przemyśleń odnośnie tamtych czasów, do łask powracają napoje pite w tych czasach, współczesna młodzież oburza się, że przecież oni też na swoje czasy nie narzekają, w odpowiedzi słyszą, że "gimby nie znajo" i tak to się moi drodzy obraca. Przyznam, że dość długo zwlekałem z napisaniem tej notki. Zastanawiałem się, jak ugryźć temat i opisać obiektywnie epokę, na którą przypadło moje dzieciństwo. Nie jest bowiem rzeczą dziwną, że na czas własnego dzieciństwa każdy lubi spojrzeć przez zaburzające obiektywizm różowe okulary. Przemyślałem sprawę, odnalazłem wszystkie "zady i walety" i teraz już wiem. Cytując klasyka, po prostu "powiem jak jest", a raczej jak było. Bez zbędnych uładzeń, bez wynoszenia na ołtarze. Chciałbym także rozprawić się z niektórymi mitami o "dawnych, lepszych czasach". Słuchajcie więc, bo oto ja, świadek epoki zaczynam zanudzać. I to jak! Przeprowadzając wywiad z samym sobą! :)

P.s. Chwała blogom! Za zbyt częste przeprowadzanie wywiadów z samym sobą w realnym świecie można co najwyżej zarobić jakieś ciekawe rozpoznanie, które według kodu ICD-10 będzie zaczynało się literką F... ;)


Dzień dobry...

Ano dla kogo dobry, dla tego dobry. Ale niech będzie, że dzień. A czy dobry, to już proszę pana zależy. No ale dobrze, depresyjne nastroje zostawmy, bo przecież wracamy do [wybuch fajerwerków, publika wyje z radością kopulującego orangutana] [confetti spod sufitu] LAT DZIEWIĘĆDZIESIĄTYCH! [smród siarki po fajerwerkach, ktoś się dusi, ekipa z zoo szuka orangutana] [co ja mam cholera w tym oku... a... confetti...].

No właśnie... Lata 90... Kiedy to było?

Dawno proszę pana. Dość dawno. No ale nie aż tak znowu. Mniej więcej wtedy, kiedy nieboszczka komuna wydała ostatnie tchnienie, skończył się rok 1989, rok przemian, Polska odzyskała (przynajmniej tak się mówi) wolność. Od roku 1990 do 1999 mieliśmy, proszę pana te właśnie osławione lata dziewięćdziesiąte XX wieku.

Czyli czasy, w których każdy był szczęśliwy.

Niech pan pokaże mi czasy, w których każdy był szczęśliwy to dam panu dychę. A! Niech stracę. Piętnaście złotych. Przepraszam... jesteśmy na początku lat 90, hiperinflacja szaleje. Daję 150 tysięcy polskich złotych. Takie czasy pełnego szczęścia nie istniały NIGDY. Lata dziewięćdziesiąte to okres naszego dzieciństwa, a pamiętajmy, że nie każdy to dzieciństwo miał idealne. Ten czas to także czas upadku wielkich zakładów pracy. Wzrasta bezrobocie. Jedni radzą sobie, korzystają z wolności gospodarczej i zakładają biznesy. Inni załamują się, sięgają po "pocieszycielkę" w płynie, są sfrustrowani. Wyładowują frustrację na dzieciach. Bo jedni  i drudzy, proszę pana, mają dzieci. Czy dziecko biznesmena na dorobku i alkoholika będzie tak samo szczęśliwe? Nie. To się nie zmieniło, tak jest i dziś. Powszechne szczęście nie istniało w żadnych czasach. Problemy skrzętnie ukrywane przed opinią publiczną przez PRL nagle okazały się namacalne, prawdziwe. Ćpun z dworca...

Kto?! Skąd?!

Właśnie on, właśnie z niego. Ćpun z dworca istniał naprawdę. Nie był już mitem wymyślonym przez wrogów socjalizmu. I swoją niemityczną strzykawką ładował sobie w niemityczną żyłę niemityczną działę niemitycznego kompotu. I jakoś w nowych czasach trzeba to było przełknąć. Oczywiście jako dzieci nie mieliśmy pojęcia, co jest grane. Czemu ten typ coś sobie wstrzykuje. Albo czemu ci łysi goście gonią tego z czubem na głowie...

Skini gonią punka?!

Robią to. Nie tylko zresztą oni. Mnogość subkultur powodowała, że wiele z nich żyło ze sobą w odwiecznym konflikcie. Punk nie lubił skina, skin punka, punk japiszona w garniturze, depeszowiec mógł oberwać od skina, a oni wszyscy od jakiegoś narwanego chuligana, bo nie byli za tą drużyną, za którą na danej dzielnicy być należało. Prawdę mówiąc, w mordę można było zarobić choćby za to, że było się właśnie z innej dzielnicy, bo "wojny międzyosiedlowe" to było takie "neverending story" - "oni wpieprzyli nam to my im, bo my im kiedyś, więc oni nam teraz, ale my się jeszcze zemścimy, chyba że przyjedzie policja i wpieprzy i im i nam po równo wszystkim". O problemie przemocy wśród młodzieży dopiero zaczynało się głośno mówić.

Ale młodzież była lepsza?

Młodzież proszę pana jest zawsze taka sama. Są wśród niej ogarnięte przypadki, a są i pozbawieni mózgowia imbecyle. Wtedy było podobnie. Oczywiście panowały pewne zasady, których dziś próżno szukać, ale tylko dlatego, że zostały one wyparte przez zupełnie inny styl życia. Podejście do życia. Często powtarza się, że na podwórku starsi pilnowali młodszych. Owszem, tak było. Ale byli też tacy, których upilnować się nie dało, zresztą nikt nawet nie próbował. Można upilnować małolatów, którzy przesadzają z głupią zabawą, czy zareagować, kiedy "solówa" [bójka 1:1 według określonych zasad] polega na oklepywaniu bezbronnego, bliskiego płaczu przeciwnika. Ale czy da się upilnować młodego patola, który w wieku 8 lat jara papierochy jak smok, wącha klej czy benzynę, a na widok dziewcząt wydobywa ze spodni oprzyrządowanie i symuluje masturbację? Nie! A tacy byli. Upilnować ich nie mógł nikt, bo... po prostu się bał. Jeśli ten dzieciak mówił "odwal się, bo powiem bratu i cię zapierdoli" to faktycznie, brat mógł zapierdolić. Bo był po prostu bardziej rozwiniętą wersją małego patola. A wie pan, kim dziś jest ten mały patol?

Kim?

Prawie trzydziestoletnim bandytą, który żyje z tego, co komuś zginie. Gdyby lata 90 faktycznie były tak "złote" jak się to przedstawia, to gość nie sprawiałby dziś problemów, byłby niemal wzorcowym obywatelem. Uchroniłaby go od tego jakaś "magia" czasów w których się wychowywał.  A nie uchroniła. Podobnie skończy dzisiejszy małolat, zachowujący się w identyczny sposób, bo to nie czasy w których człowiek się wychował, a to JAK został wychowany definiuje bliższą i dalszą przyszłość tego człowieka.

Panie, a daj pan spokój! Przemoc, narkomania, patologia... no horror jakiś. Przecież tego nie było! Przynajmniej ja nie widziałem...

A powietrze pan widzi? A? Nie. A jeszcze jakoś gadamy, skoro pan oddycha. Czyli powietrze jest, chociaż go nie widać. Przyczyna jest prosta. Jako dzieci nie zwracaliśmy na to wszystko uwagi, być może nawet nie mieliśmy zielonego pojęcia, że takie rzeczy się dzieją. Coś tam zauważaliśmy, coś może i przeszło przez myśl. Ale kto by się wtedy nad takimi rzeczami zastanawiał, skoro trzeba było budować bazę. Wspólnymi siłami, bo taka była najlepsza.

Czyli jednak nie było tak źle - podwórko likwidowało podziały, zazdrość i "lepszość" nie istniała.

Wszystko zależy od tego jak byśmy na to spojrzeli. W bardzo młodym wieku podziały faktycznie nie istniały, ale im człowiek był starszy, tym więcej zauważał. Grubość portfela także. Wbrew pozorom zdarzali się na podwórkach i tacy, którzy po prostu lubili szpanować. Nie brakowało też takich, którzy dali się na ten szpan "kupić". Ktoś miał składaka. Kultowe dziś Wigry 3 albo Jubilata 2. Ale był też ktoś, kto miał "górala z kozą" i "osiemnastoma przerzutkami", do tego "na grubej ramie", a już klękajcie narody jeśli z "liczniczkiem". Wiadomo kto był bardziej lubiany i to takim pierwszym "fałszywym" lubieniem. Choćby za to, że kolega daje się czasem tym swoim "Ferrari" "karnąć".

Rowery... Miałem Wigry, Jubilata, miałem i kilka różnych "górali"... Dzieciaki ogólnie wtedy więcej się ruszały, bardziej lubiły sport, aktywność. A dziś? Smartfon, komputer, konsola... Chociaż konsola... był przecież Pegasus! Ale się tłukło!

Przede wszystkim wielkim mitem jest to, że gdyby przenieść nas z lat 90 do roku 2014 i pokazać możliwości współczesnych rozrywek elektronicznych to nadal z własnej woli wybralibyśmy podwórko. To podwórko było na nas niejako "wymuszone". Na złe to nikomu nie wyszło, ale pytanie czemu było ono "wymuszone"? Ano temu, że świat rozrywek elektronicznych (pomimo, że dość ubogi w porównaniu ze współczesnym) przyciągał, jednak to rodzice kontrolowali, jak długo możemy sobie na nie pozwolić. Komputer miało niewielu, bo nie była to tania rzecz. Prawdę mówiąc - bardzo, bardzo droga. Pegasusa miało oczywiście nieco więcej osób. Ale tu z kolei aktywność ograniczała sama technologia - konsolę należało podłączyć do telewizora, w latach 90 w większości domów telewizor był jeden. I teraz tak - trzeba się nim jakoś podzielić. Oczywiście ważniejsze będzie to co oglądają rodzice, dziadkowie. Pograć można wtedy, kiedy TV nie jest używany. A że jest jeden, używany jest praktycznie cały czas. I to nas wyganiało na podwórko. Niejeden z nas jednak marzył, aby zabawy z podwórka móc chociaż trochę urealnić. Zamiast udawać, że rower to samochód, móc się ścigać "prawdziwym" samochodem. Zamiast bawić się w wojnę, faktycznie postrzelać z "prawdziwego" cekaemu. Rzecz jasna to rozwijało wyobraźnię, tylko nawet najlepsza wyobraźnia to nie to samo co prawdziwe lub zbliżone do prawdziwych doznania. Era powszechnej elektronizacji dała to wszystko jak na talerzu. Nie dziwmy się więc, że dziś dzieciaki lubią sobie pograć, skoro mają to na wyciągnięcie ręki i to w doskonałej jakości. Pierwszego w życiu Pegasusa widziałem (i nawet grałem na nim) u mojej kuzynki. Młody wiek, ale "wooow" było potężne. W międzyczasie pojawiła się na to moda, wraz z nią - podróbki o wiele tańsze od oryginału. Dostałem swój egzemplarz, grałem. Koledzy też grali. Szał. Ale któregoś dnia, właśnie z kolegami mieliśmy okazję pierwszy raz w życiu zobaczyć, co oferuje PSX, a więc konsola Sony PlayStation. Ilość liter "o" w słowie "wow" wyczerpałaby dozwoloną liczbę znaków przy tworzeniu jednego wpisu na tym blogu. Zareagowaliśmy tak wszyscy. Tak... dzieci lat 90... To było to! Dziś gry z PSX, ba! Nawet PS2 to zlepki pikseli. Wtedy dla nas była to filmowa grafika. A dziewczyny miały tamagochi.

Ale o tym, czym to było i z czym się to jadło, jutro, ok?

Ano, jak pan już mi tu chrapiesz... To niech będzie, że jutro...




C.D. mam nadzieję N :)