Zdaję sobie sprawę z tego, że temat, który dziś poruszę, nie jest tematem prostym. Zdaję sobie sprawę także z tego, że o zjawisku społecznym, jakim jest samobójstwo napisano tysiące rozpraw, przeprowadzono tysiące analiz, wykonano tysiące badań. A jednak - temat targnięcia się na własne życie nadal stanowi wielką, mroczną zagadkę i jest swoistym tabu. W postrzeganiu społeczeństwa z jednej strony "tak nie wypada umrzeć", ale z drugiej strony są surowe, policyjne statystki - według danych Komendy Głównej Policji w roku 2013 życie odebrało sobie 6101 osób, a w roku 2014 ofiar samobójstw było już 6165. Nieznane są jeszcze statystyki na rok bieżący, ale obraz, który wyłania się z dotychczasowych notowań jest dość jasny - występuje tendencja wzrostowa. Od roku 1991 (początek prowadzenia statystyk już policyjnych, nie milicyjnych) to właśnie w latach 2013-2014 po raz pierwszy liczba samobójstw przekroczyła sześć tysięcy skutecznych (zakończonych zgonem) targnięć się na życie. Nie ukrywajmy, coś się dzieje. Ale co?
Nie jestem psychologiem, socjologiem, lekarzem psychiatrą. Nie napiszę więc "jak jest", napiszę raczej "jak wydaje mi się, że jest". Obserwuję otoczenie i właśnie nie z naukowych badań, a z takich codziennych obserwacji będzie wynikała treść tego wpisu. Czemu więc my, jako społeczeństwo, się zabijamy?
1) Bo jesteśmy sami.
Bo można być samym, będąc jednocześnie otoczonym tłumem ludzi. To paradoks współczesności, która jednocześnie skraca i wydłuża dystans pomiędzy ludźmi. Skraca go dzięki rozwojowi takich dziedzin jak telekomunikacja (powszechny dostęp do Internetu), transport (upowszechnienie transportu samochodowego czy lotniczego), ale wydłuża poprzez brak czasu. Brak czasu nie tylko dla siebie, ale przede wszystkim dla innych. Odkładamy tych innych "na później", na "jutro", na "kiedyś". Możemy przecież w każdej chwili wyciągnąć telefon, usiąść przed komputerem i porozmawiać z drugą osobą. Możemy także wsiąść do samochodu i tę osobę odwiedzić osobiście. A jednak brakuje czasu. Zegarek z pomocnika przekształcił się w surowego nadzorcę. Ta sama od setek lat doba staje się zbyt krótka z jej dwudziestoma czterema godzinami. Dotyczy to wielu osób - i nas, i "tych drugich" o których zapominamy. Wszyscy gdzieś zasuwamy. Sami. Każdy swoim korytarzem, ale każdy z tych korytarzy oddzielony jest grubą ścianą. Nawet nie usłyszymy, kiedy ktoś za tą ścianą nie wytrzyma tempa i wyrzuci z siebie ostatni oddech. On w swoim biegu nie usłyszy też nas.
2) Bo patrzymy przez pryzmat siebie samego.
Współczesność umieściła człowieka w centrum wszechświata. Jego własnego wszechświata. Dla wielu ludzi spojrzenie na czyjąś sprawę oczami drugiej osoby jest nie do pomyślenia. Ci, którzy uwierzyli we własną doskonałość i niezniszczalność nie są w stanie opuścić tego (często iluzorycznego) kokonu. Strach przed opuszczeniem tej narcystycznej strefy jest tak silny, że społeczeństwo powoli (ale bardzo skutecznie) zaczyna postrzegać empatię jako słabość. Orbitowanie wokół własnej zajebistości "przeprogramowuje" system wartości, budzi niechęć, a nawet jawną wrogość do jakichkolwiek słabości. Jaki jest tego efekt? Podwójnie szkodliwy. Po pierwsze powoduje zamknięcie się na innych i usprawiedliwianie swojej bezczynności w bardzo "tani" sposób - "skoro JA mogłem, czemu ON/ONA nie może? Przecież to takie PROSTE!". To nic innego, jak założenie, że... druga osoba jest taka sama jak my. A nie jest. I nigdy nie będzie. Smutne jest to, że właśnie w XXI wieku, w czasach, w których potrafimy zauważyć, że substancja X od substancji Y różni się budową na poziomie atomowym (i głębiej), nadal należy tłumaczyć, że człowiek różni się od człowieka. Zachwycamy się tymi atomami, tworzymy rozbudowane teorie, bo przecież skoro cząsteczka X zawiera tyle i tyle atomów tego i tamtego, a w cząsteczce Y jest inaczej, to musiały zadziałać jakieś zmienne. Jakie? Dlaczego? Jakaż to wspaniała różnorodność! A potem odrywamy oko od mikroskopu elektronowego, notatek, wyników badań i wymagamy, aby druga osoba była taka sama jak my. Chrzanić zmienne, które ukształtowały tę osobę. Ma być nami.
Po drugie, przekonanie o własnej doskonałości w każdej chwili może zostać zburzone, a jego utrata jest bardzo bolesna. Zdrowa samoocena polega na tym, na czym polega wszystko, co zdrowe - na umiarkowaniu i nie popadaniu w skrajności. Nie chodzi o to, aby rozdzierać szaty i rozpamiętywać porażki, ale także i nie o to, aby żyć w przekonaniu, że jest się jakimś niezniszczalnym i doskonałym nadczłowiekiem. Tylko takie podejście może uchronić przed drastycznym i mocno wpływającym na psychikę wytrąceniem z tego prywatnego wszechświata. A takie właśnie wytrącenie może zakończyć się depresją, a co za tym idzie - samobójstwem/próbą samobójczą.
3) Bo wyrzucamy, nie naprawiamy.
Obecna rzeczywistość zakłada totalną jednorazowość wszystkich jej elementów. Jednorazowy sprzęt elektroniczny, jednorazowe opakowania i sztućce, jednorazowe także wszelkie relacje międzyludzkie - przyjaźnie, związki, miłości, często niestety także małżeństwa czy układy rodzinne. Jesteśmy zewsząd przekonywani, że zasoby, które nas otaczają są nieskończone, więc jeśli coś się wyczerpie, przestanie funkcjonować, zawsze istnieje możliwość wymiany na lepsze i nowsze. Nie da się więc nie zauważyć, że coraz częściej połączenia pomiędzy ludźmi tak właśnie są traktowane - jednorazowo.
Oduczamy się wybaczać i przepraszać, bo wybaczenie i przeprosiny to forma naprawy. A naprawiać dziś zwyczajnie nie wypada. Ba! Czasem nawet uznaje się to za słabość. No bo skoro wybaczasz, to co? Boisz się, że stracisz tego człowieka i drugiego takiego nie znajdziesz? Ależ znajdziesz - jesteś przecież wspaniały, cudowny, niepowtarzalny. Przepraszasz? Znaczy... poniżasz się? Przyznajesz się do błędu, którego przecież nie popełniłeś? Bo nie popełniłeś, nieprawdaż? To co zrobiłeś da się przecież jakoś wytłumaczyć, usprawiedliwić przed samym sobą. Zapomnij o tym człowieku! Zrobiłeś to, co uznałeś za stosowne. Zapomnij o tym człowieku. A może... boisz się, że go stracisz? Spokojnie - jesteś tak cudowny, tak zajebisty, że na jego miejsce znajdzie się dziesięć kolejnych, jeszcze lepszych osób.
Ta filozofia prowadzi choćby do tego, że stajemy się coraz mniej odporni na wady innych. Zamiast zwyczajnie pogadać z drugą osobą, zapytać, czemu postępuje tak, a nie inaczej, odrzucamy, wymazujemy, kasujemy.
Takie postępowanie prowadzi także do rozpadów więzi, to oczywiste. Ludzie ze zbyt nadmuchanym ego nie potrafią wybaczyć, ludzie ze zbyt nadmuchanym ego nie potrafią także przeprosić. I jak zwykle - to obraca się przeciwko nim. Brak wybaczenia dla człowieka, który żałuje, będzie silnym ciosem. Brak przeprosin od człowieka, który jest ważny, również boli. Wolimy jednak zacisnąć zęby - nie przepraszać, nie wybaczać. To niszczy. I nas, i otoczenie.
4) Bo nie potrafimy rozmawiać.
To trochę nawiązanie do podpunktu pierwszego. Bo często nawet jeśli uda nam się nawiązać z kimś kontakt, to często rozmowa przypomina dwa osobno prowadzone monologi - my słuchamy "bloku słów", potakujemy, a myślami jesteśmy w zupełnie innym miejscu. Kiedy przyjdzie nasza kolej, również atakujemy "blokiem słów", traktując drugą osobę nie jako partnera w dyskusji, a jako... przeciwnika. Bo przecież według wielu dobra rozmowa to taka, gdzie uda się przelicytować drugą osobę ogromem swoich problemów. Tym lepiej, jeśli ta druga osoba poczuje się jeszcze gorzej, bo nie dość, że ośmieliła się nam opowiadać o swoich kłopotach, to niech wie, że nie jest jedyna. Nas też boli, a że cudze to komedia, a moje tragedia...
No właśnie... Nie jest to rozmowa, która niesie ulgę. Pamiętajmy, że jeśli druga osoba otworzyła się przed nami i mówi o tym, co ją boli, to najgorszą rzeczą jest stwierdzenie "skończ się nad sobą użalać". Dla nas to wygodne zdanie, dla tej osoby jest kopnięciem prosto w twarz, wzmocnienie jej w przekonaniu, że nie jest nikim ważnym. Stwierdzenie "skończ się nad sobą użalać" wypowiedziane do osoby, która nam zaufała, jest równoznaczne ze stwierdzeniem "skończ pieprzyć, nie mam zamiaru cię słuchać". Ona nie robi tego dlatego, aby poinformować nas, że ma źle. Często nie chce głaskania po głowie, a zwyczajnie dusi się w sosie własnych domysłów, przekonań, chce świeżego spojrzenia z zewnątrz. Skoro wybrała nas, oznacza to, że zwyczajnie nam ufa. To wyróżnienie, nie kara. Brutalne "zamknięcie" kogoś kto się przed nami otworzył owszem, rozwiąże problem. Nasz. Zapewne już nigdy tej osoby nie usłyszymy w kontekście innym niż oficjalny. I będziemy mieli ten nasz wymarzony święty spokój, w którym nikt się nad sobą nie użala. No... dopóki to nas nie zacznie dusić jakiś problem. Ale wtedy zawsze możemy usłyszeć to samo.
Rozmowa to wspaniałe narzędzie, które jest w stanie zarówno zaszkodzić jak i pomóc. Uczmy się wykorzystywać je tak, aby niosło pomoc. Słuchajmy i nie bójmy się czyjegoś zaufania. Nawet jeśli nie uda nam się pomóc dokładnie tak jak pomóc by należało, to i tak nasze wsparcie może zmienić wiele. Druga osoba nie czuje się zostawiona sama ze sobą.
5) Bo mieć staje wyżej niż być.
Współczesność to czasy skrajnego fetyszyzmu posiadania. Posiadanie powoduje spełnienie, tylko przedmiot daje możliwość czucia się lepszym. Sprawy wewnętrzne, jeśli nie prowadzą do zwiększania zasobów przedmiotów czy środków, uznawane są za zbędne. To właśnie wywołuje pogoń, wyścig szczurów, bieg w nieznane za tym, aby mieć. Pieniądze, sławę, przedmioty. Gromadzić. Za wszelką cenę. Jednoczesne utrzymywanie społeczeństwa w przekonaniu, że jest nieśmiertelne, jeszcze cały ten mechanizm napędza. Nic więc dziwnego, że niektórzy chcą zjechać na pobocze, odpocząć. Często nie dostają na to szansy, spotykają się z ostracyzmem. Jeśli w jakikolwiek sposób wyłamują się z powszechnie przyjętego schematu, mogą zostać "zakrakani". Wynikiem jest lęk. Lęk przed odrzuceniem, stres. A stres przedłużający się przestaje motywować, zaczyna niszczyć.
To tylko pięć możliwych powodów tych niepokojących wzrostów w statystykach samobójstw. Zapewne istnieją także inne - wszystkie w podobnym stopniu ważne. Wierzę, że moi Czytelnicy są ludźmi świadomymi. Rada dla Was - bądźcie czujni. Rozglądajcie się wokół siebie. Wychwytujcie sygnały, wskazujące na to, że ktoś może potrzebować Waszej pomocy. Nie płyńcie z prądem, który wymusza w nas twierdzenie, że obojętność to cnota. Obojętność działa w obie strony - im bardziej dokładamy się do znieczulicy, tym większa szansa, że ona dotknie kiedyś nas. Nie bójmy się drugiego człowieka. On nie gryzie. Naprawdę.
wtorek, 27 października 2015
środa, 2 września 2015
" Zuchwalco światowy! Jakież przedsięwzięcie wiedzie cię tutaj?" albo piekiełko polskich forów hobbystycznych.
Czemu część tytułu dzisiejszego posta zapożyczyłem z klasyki polskiej literatury, konkretnie z "Popiołów" Żeromskiego? Jeśli ktoś czytał tę powieść, zapamiętał zapewne, w którym momencie one padają - otóż dzieje się to w chwili wstępowania głównego bohatera do loży masońskiej. Postąpiłem tak nieprzypadkowo. Temat, o którym chciałbym wspomnieć to... polskie fora hobbystyczne. "No ale zara, czekaj, moment! Zaczynasz o masonach, kończysz o hobbystach, o co chodzi?" - powiecie. Już wyjaśniam - wstąpienie w szeregi masonerii jest tak samo "proste", jak uzyskanie jakiejkolwiek informacji na typowym polskim forum tematycznym - da się, ale gwarancji sukcesu nie ma. O ile wolnomularzom skrywanie swoich tajemnic nakazuje wieloletnia tradycja, to jeszcze nigdy, rejestrując się na jakimkolwiek forum nie byłem zobowiązany do składania przysiąg na swój honor, za świadka biorąc braci, siostry i Świata Całego Budownika, że tajemnic mi powierzonych nie wyjawię nikomu. Ani ja, ani najpewniej żaden z pozostałych userów. A jednak wrażenie można odnieść zupełnie inne...
Wyobraźmy sobie drogi czytelniku, że masz jakieś mniej lub bardziej nietypowe hobby. Nie, nie takie, jakie miał słynny pan Grey, bohater pewnego popularnego ostatnio czytadła (chociaż jeśli takie masz - nic co ludzkie nie jest mi obce... :) ). Interesujesz się tym tematem w bardzo dużym stopniu - czytasz fachową literaturę, oglądasz efekty pracy innych i oczywiście sam praktykujesz. Nabierasz wprawy, ale przede wszystkim czerpiesz z tego radochę - taka bowiem jest rola hobby - ma nieść przede wszystkim radość. Nagle pojawia się jakiś problem. Dowolny, być może niewielki, ale wkurzający. Literatura milczy, wujek Google doznał zapętlenia (jakiego - o tym za chwilę), mówiąc krótko - kaplica. Znajdujesz więc forum tematyczne. Sprawia wrażenie elitarnego (często ma to w nazwie - pieprzyć skromność, nie?) - dostęp do jego zasobów uzyskasz tylko po rejestracji. Rejestrujesz się, przeszukujesz forum. Nic nie znalazłeś. Zdajesz więc pytanie... No toś wpadł bratku, oj wpadł żeś po uszy... Oto co najpewniej otrzymasz:
"No witaj... jak widzę kolejny amator nie potrafi poradzić sobie z problemem prostym jak budowa Wielkiego Zderzacza Hadronów... Pamiętaj, że nasze W CHUJ ELITARNE podkreślam - E-LI-TAR-NE forum posiada taką opcję jak SZUKAJ. Korzystałeś? Temat był wałkowany setki tysięcy razy. Pytając wyrażasz skrajną postawę roszczeniową, jak to zresztą dzisiejsza młodzież - tylko im daj i daj! [szybkie zerknięcie w profil odpowiadającego - jest o rok starszy od Ciebie] Temat uważam za zakończony - po prostu poszukaj sobie odpowiedzi, bo dam sobie uciąć rękę i dorzucam półtorej nogi, że Twój problem był poruszany kwadrylion razy... Nie pozdrawiam, Kozak Nad Kozaki Ultraspecjalista w randze Supermistrza, Santo Subito Jego Eminencja Moderator Seba97 P.S. Ech, amatorzy, amatorzy..."
W tym momencie szlag Cię jasny trafił. Przecież szukałeś! Szukałeś przez dwa dni. Nie znalazłeś nic. A, przepraszam! Znalazłeś wpis podobnego Tobie biedaczyska, któremu okazano więcej łaski - podano mu link do dyskusji składającej się ze 140 podstron. Zaczętej w okolicach roku, w którym wchodziłeś jeszcze na stojąco pod szafę, a trwającej do dziś. Najpewniej toczy się tam tzw. gównoburza, w której starzy użytkownicy mierzą wzajemnie swoje wirtualne penisy tworząc wpisy o objętości rozprawy doktorskiej, w których rozwodzą się nad wyższością np. modelu jednego przyrządu nad jego nowszą/starszą wersją. Gdzieś tam powinna być odpowiedź na Twoje pytanie. "Gdzie? No... gdzieś tam! Spływaj kopać w szambie. Roszczeniowcu paskudny -.-".
Tymczasem, chociaż padła taka groźba, Twoje pytanie nadal wisi. I nawet pojawiła się tam odpowiedź:
"Hehehehe, Seba97 ma rację, jak zawsze. Ech Seba, stary wyjadaczu, kiedy to obiecane piwko? No ale mniejsza... Mówisz, że masz problem? Dziwisz się? Używasz niewłaściwego sprzętu! Używanie go grozi śmiercią, trwałym kalectwem oraz wadami genetycznymi u Twojego przyszłego potomstwa. Nie wiem, jak można być tak głupim... Pokażę ten temat Pszemkowi88, złapie się za głowę hehe. Jeszcze raz racja Seba! Amatorzy to tacy kretyni..."
I teraz ważna sprawa - dostałeś informację, że nie używasz właściwego sprzętu. Zostałeś też nazwany już kilka razy amatorem Co to właściwie oznacza pojęcie "właściwy sprzęt" i kim nie jest "amator" na przeciętnym polskim forum tematycznym?
a) Na forum fotograficznym amatorem nie jest wyłącznie fotograf(IK!!!) z dziada pradziada, robiący doskonałe zdjęcia zaraz po otrząśnięciu się z wód płodowych. Studia artystyczne w Paryżu to była tylko formalność. Właściciel PROFESJONALNEGO studia fotograficznego, nie wyrabiający się wprost ze zleceniami, z szeregiem nagród i wyróżnień na wszelkich konkursach. Profesjonalista posługuje się TYLKO Hasselbladem H5D-50c za około 20 tysięcy ojro. Na forum fotograficznym KAŻDY jest takim zawodowcem. Każdy tylko nie Ty, amatorze.
b) Na forum sportowym amatorem nie jest ktoś, kto ma przynajmniej dwóch olimpijczyków w rodzinie. Odzywać się masz tam prawo wyłącznie jeśli posiadasz tytuł przynajmniej mistrza Polski. Profesjonalista rusza uprawiać sport w komplecie akcesoriów godnych astronauty - konieczny jest miernik tętna, prędkości, wysokości, pochylenia terenu, ciśnienia krwi, powietrza wdychanego i wydychanego oraz atmosferycznego, temperatury ciała, różnicy temperatury pomiędzy lewym i prawym półdupkiem, stężenia cukru we krwi, częstotliwości oddechu. A to ledwo początek, bo potrzeba jeszcze kosmicznej odzieży inteligentnej (gacie, które kończyły Oxford z wyróżnieniem to norma), która dopasowuje się do każdej sylwetki i wykonana jest z materiałów używanych przy produkcji myśliwców naddźwiękowych. Koniecznie z olbrzymim logo producenta - z przodu ("Ooo, nadciąga profesjonalista, czas złożyć pokłon profani!") i z tyłu ("Aaale poszedł! Szacunek i podziw dla mistrza!"). I buty! Najważniejsze! Buty które praktycznie same chodzą - z autopilotem, amortyzacją, GPS/GLONASS, systemem identyfikacji "swój-obcy", dopalaczem, automatycznym chłodzeniem stopy, systemem "AntySztync 2015", wagą... Profesjonalista wie, że nie wyniki są najważniejsze, a przyjemność z uprawiania sportu. Amatorzy tego nie zrozumieją. A Ty jesteś amatorem. I dopóki sobie tego wszystkiego nie kupisz, będziesz nim. Albo padniesz na zawał, udar mózgu i raka ptaka na raz, pięć minut po rozpoczęciu rozgrzewki.
c) Na forum miłośników szycia profechą jest gość o nicku w stylu ŁucznikDominator. Szyje dla największych projektantów, którzy leją się po mordach pod windą w jego bloku, bo przecież każdy chce być pierwszy. ŁucznikDominator dawno nie używa już do szycia maszyny - robi to tradycyjnie - igłą ze stali z domieszką gruntu marsjańskiego i nicią pająka występującego tylko w centrum centrum centrum centralnej części centrum Puszczy Amazońskiej. Osobiście lata na Marsa po składniki do igły i szuka z narażeniem życia tego pająka. Ty amatorze tak nie umiesz. I nigdy nie będziesz umiał. Bo jesteś amatorem.
d) O forach komputerowych nawet nie wspominam. Słynne, niemal święte dla wielu pseudoinformatyków stwierdzenie "U mnie działa" jest ich hasłem flagowym. Każdy sprzęt, jaki kupisz będzie niewłaściwy, bo przecież wydałeś 200 zł i dostałeś dziadostwo. Gdybyś poczekał dwa lata i dołożył 2500 zł, miałbyś to co jedna z ważniejszych figur na forum - sprzęt z certyfikatem NASA, funkcją obierania cebuli, parzenia kawy, oparty na dwudziestordzeniowym procesorze, a wszystko to zasilane zasilaczem do spawarki i chłodzone specjalnym systemem zapewniającym temperaturę zera absolutnego. A w dodatku z niebieskimi diodami na obudowie.
Wspominałem wcześniej, że podczas szukania niektórych specjalistycznych informacji Google może się zapętlić. Co to oznacza? Bardzo często użytkownicy forów tematycznych jako poradę stosują słynne określenie "Google nie gryzie". A co jeśli forum na którym się udzielają jest jednym z największych? I większość wyników z Google prowadzi... do tego właśnie forum? Właśnie do tematów, w których ktoś opisywał konkretny problem, ale dostał odpowiedź, aby poszukał w Google. Taka mała sieciowa paranoja.
Rozwiązania więc nie znalazłeś. Mało tego - zapewne wkurzono Cię, a kto wie? Może nawet i podcięto Ci skrzydła. Poczułeś się gorszy. Mam radę - miej to w dupie. Naprawdę. Jako pasjonat dopuszczaj do siebie wyłącznie konstruktywną krytykę. Tylko taka rozwija. Fora traktuj jako ciekawostkę, a nie jako niepodważalne źródło wiedzy. Opieraj się na fachowej literaturze, czy poradach bardziej doświadczonych, nie anonimowych pasjonatów - uwierz, oni nie są zadufani w sobie i na pewno nie zganią Cię za to, że chcesz podążać ich ścieżką. Nie boją się konkurencji, bo ludzie dobrzy w swoim fachu konkurencji bać się nie muszą - są zwykle jakością i marką samą w sobie, a ta - sama się obroni. I mają dystans, bo sami dobrze pamiętają, jak wyglądały ich początki. Doskonały przykład - znany w Polsce mistrz fotografii lotniczej Sławomir "Hesja" Krajniewski opublikował na swojej stronie (pod wyróżnionym tekstem link do miejsca, o którym mówię) kompletny poradnik jak fotografować na pokazach Air Show w Radomiu. Tak po prostu. Za darmo. Kompletny poradnik ze szczegółami bardzo ważnymi dla pasjonatów. Na tym właśnie polega mistrzostwo. Na forach o takie rzeczy ciężko. Czemu? Uwierz na słowo - moderowałem kilka forów w życiu. Wielu z tych ultraspeców od wszystkiego, wciskających szpilę gdzie się da to... mitomani budujący w swoich opowieściach wirtualne światy pełne niebosiężnych sukcesów. Spora część to wszelkiego rodzaju frustraci, źli na cały świat, zdający sobie sprawę z tego, że czas mija, a określoną pasją zajmują się coraz młodsze roczniki. Nie od dziś wiadomo, że anonimowość Internetu przyciąga różnych ludzi. Działaj dalej, a fora dla specjalistów zostaw "specjalistom". Niech nadal bawią się w kółeczka wzajemnej adoracji/nienawiści. Ich cyrk, ich małpy. :)
Wyobraźmy sobie drogi czytelniku, że masz jakieś mniej lub bardziej nietypowe hobby. Nie, nie takie, jakie miał słynny pan Grey, bohater pewnego popularnego ostatnio czytadła (chociaż jeśli takie masz - nic co ludzkie nie jest mi obce... :) ). Interesujesz się tym tematem w bardzo dużym stopniu - czytasz fachową literaturę, oglądasz efekty pracy innych i oczywiście sam praktykujesz. Nabierasz wprawy, ale przede wszystkim czerpiesz z tego radochę - taka bowiem jest rola hobby - ma nieść przede wszystkim radość. Nagle pojawia się jakiś problem. Dowolny, być może niewielki, ale wkurzający. Literatura milczy, wujek Google doznał zapętlenia (jakiego - o tym za chwilę), mówiąc krótko - kaplica. Znajdujesz więc forum tematyczne. Sprawia wrażenie elitarnego (często ma to w nazwie - pieprzyć skromność, nie?) - dostęp do jego zasobów uzyskasz tylko po rejestracji. Rejestrujesz się, przeszukujesz forum. Nic nie znalazłeś. Zdajesz więc pytanie... No toś wpadł bratku, oj wpadł żeś po uszy... Oto co najpewniej otrzymasz:
"No witaj... jak widzę kolejny amator nie potrafi poradzić sobie z problemem prostym jak budowa Wielkiego Zderzacza Hadronów... Pamiętaj, że nasze W CHUJ ELITARNE podkreślam - E-LI-TAR-NE forum posiada taką opcję jak SZUKAJ. Korzystałeś? Temat był wałkowany setki tysięcy razy. Pytając wyrażasz skrajną postawę roszczeniową, jak to zresztą dzisiejsza młodzież - tylko im daj i daj! [szybkie zerknięcie w profil odpowiadającego - jest o rok starszy od Ciebie] Temat uważam za zakończony - po prostu poszukaj sobie odpowiedzi, bo dam sobie uciąć rękę i dorzucam półtorej nogi, że Twój problem był poruszany kwadrylion razy... Nie pozdrawiam, Kozak Nad Kozaki Ultraspecjalista w randze Supermistrza, Santo Subito Jego Eminencja Moderator Seba97 P.S. Ech, amatorzy, amatorzy..."
W tym momencie szlag Cię jasny trafił. Przecież szukałeś! Szukałeś przez dwa dni. Nie znalazłeś nic. A, przepraszam! Znalazłeś wpis podobnego Tobie biedaczyska, któremu okazano więcej łaski - podano mu link do dyskusji składającej się ze 140 podstron. Zaczętej w okolicach roku, w którym wchodziłeś jeszcze na stojąco pod szafę, a trwającej do dziś. Najpewniej toczy się tam tzw. gównoburza, w której starzy użytkownicy mierzą wzajemnie swoje wirtualne penisy tworząc wpisy o objętości rozprawy doktorskiej, w których rozwodzą się nad wyższością np. modelu jednego przyrządu nad jego nowszą/starszą wersją. Gdzieś tam powinna być odpowiedź na Twoje pytanie. "Gdzie? No... gdzieś tam! Spływaj kopać w szambie. Roszczeniowcu paskudny -.-".
Tymczasem, chociaż padła taka groźba, Twoje pytanie nadal wisi. I nawet pojawiła się tam odpowiedź:
"Hehehehe, Seba97 ma rację, jak zawsze. Ech Seba, stary wyjadaczu, kiedy to obiecane piwko? No ale mniejsza... Mówisz, że masz problem? Dziwisz się? Używasz niewłaściwego sprzętu! Używanie go grozi śmiercią, trwałym kalectwem oraz wadami genetycznymi u Twojego przyszłego potomstwa. Nie wiem, jak można być tak głupim... Pokażę ten temat Pszemkowi88, złapie się za głowę hehe. Jeszcze raz racja Seba! Amatorzy to tacy kretyni..."
I teraz ważna sprawa - dostałeś informację, że nie używasz właściwego sprzętu. Zostałeś też nazwany już kilka razy amatorem Co to właściwie oznacza pojęcie "właściwy sprzęt" i kim nie jest "amator" na przeciętnym polskim forum tematycznym?
a) Na forum fotograficznym amatorem nie jest wyłącznie fotograf(IK!!!) z dziada pradziada, robiący doskonałe zdjęcia zaraz po otrząśnięciu się z wód płodowych. Studia artystyczne w Paryżu to była tylko formalność. Właściciel PROFESJONALNEGO studia fotograficznego, nie wyrabiający się wprost ze zleceniami, z szeregiem nagród i wyróżnień na wszelkich konkursach. Profesjonalista posługuje się TYLKO Hasselbladem H5D-50c za około 20 tysięcy ojro. Na forum fotograficznym KAŻDY jest takim zawodowcem. Każdy tylko nie Ty, amatorze.
b) Na forum sportowym amatorem nie jest ktoś, kto ma przynajmniej dwóch olimpijczyków w rodzinie. Odzywać się masz tam prawo wyłącznie jeśli posiadasz tytuł przynajmniej mistrza Polski. Profesjonalista rusza uprawiać sport w komplecie akcesoriów godnych astronauty - konieczny jest miernik tętna, prędkości, wysokości, pochylenia terenu, ciśnienia krwi, powietrza wdychanego i wydychanego oraz atmosferycznego, temperatury ciała, różnicy temperatury pomiędzy lewym i prawym półdupkiem, stężenia cukru we krwi, częstotliwości oddechu. A to ledwo początek, bo potrzeba jeszcze kosmicznej odzieży inteligentnej (gacie, które kończyły Oxford z wyróżnieniem to norma), która dopasowuje się do każdej sylwetki i wykonana jest z materiałów używanych przy produkcji myśliwców naddźwiękowych. Koniecznie z olbrzymim logo producenta - z przodu ("Ooo, nadciąga profesjonalista, czas złożyć pokłon profani!") i z tyłu ("Aaale poszedł! Szacunek i podziw dla mistrza!"). I buty! Najważniejsze! Buty które praktycznie same chodzą - z autopilotem, amortyzacją, GPS/GLONASS, systemem identyfikacji "swój-obcy", dopalaczem, automatycznym chłodzeniem stopy, systemem "AntySztync 2015", wagą... Profesjonalista wie, że nie wyniki są najważniejsze, a przyjemność z uprawiania sportu. Amatorzy tego nie zrozumieją. A Ty jesteś amatorem. I dopóki sobie tego wszystkiego nie kupisz, będziesz nim. Albo padniesz na zawał, udar mózgu i raka ptaka na raz, pięć minut po rozpoczęciu rozgrzewki.
c) Na forum miłośników szycia profechą jest gość o nicku w stylu ŁucznikDominator. Szyje dla największych projektantów, którzy leją się po mordach pod windą w jego bloku, bo przecież każdy chce być pierwszy. ŁucznikDominator dawno nie używa już do szycia maszyny - robi to tradycyjnie - igłą ze stali z domieszką gruntu marsjańskiego i nicią pająka występującego tylko w centrum centrum centrum centralnej części centrum Puszczy Amazońskiej. Osobiście lata na Marsa po składniki do igły i szuka z narażeniem życia tego pająka. Ty amatorze tak nie umiesz. I nigdy nie będziesz umiał. Bo jesteś amatorem.
d) O forach komputerowych nawet nie wspominam. Słynne, niemal święte dla wielu pseudoinformatyków stwierdzenie "U mnie działa" jest ich hasłem flagowym. Każdy sprzęt, jaki kupisz będzie niewłaściwy, bo przecież wydałeś 200 zł i dostałeś dziadostwo. Gdybyś poczekał dwa lata i dołożył 2500 zł, miałbyś to co jedna z ważniejszych figur na forum - sprzęt z certyfikatem NASA, funkcją obierania cebuli, parzenia kawy, oparty na dwudziestordzeniowym procesorze, a wszystko to zasilane zasilaczem do spawarki i chłodzone specjalnym systemem zapewniającym temperaturę zera absolutnego. A w dodatku z niebieskimi diodami na obudowie.
Wspominałem wcześniej, że podczas szukania niektórych specjalistycznych informacji Google może się zapętlić. Co to oznacza? Bardzo często użytkownicy forów tematycznych jako poradę stosują słynne określenie "Google nie gryzie". A co jeśli forum na którym się udzielają jest jednym z największych? I większość wyników z Google prowadzi... do tego właśnie forum? Właśnie do tematów, w których ktoś opisywał konkretny problem, ale dostał odpowiedź, aby poszukał w Google. Taka mała sieciowa paranoja.
Rozwiązania więc nie znalazłeś. Mało tego - zapewne wkurzono Cię, a kto wie? Może nawet i podcięto Ci skrzydła. Poczułeś się gorszy. Mam radę - miej to w dupie. Naprawdę. Jako pasjonat dopuszczaj do siebie wyłącznie konstruktywną krytykę. Tylko taka rozwija. Fora traktuj jako ciekawostkę, a nie jako niepodważalne źródło wiedzy. Opieraj się na fachowej literaturze, czy poradach bardziej doświadczonych, nie anonimowych pasjonatów - uwierz, oni nie są zadufani w sobie i na pewno nie zganią Cię za to, że chcesz podążać ich ścieżką. Nie boją się konkurencji, bo ludzie dobrzy w swoim fachu konkurencji bać się nie muszą - są zwykle jakością i marką samą w sobie, a ta - sama się obroni. I mają dystans, bo sami dobrze pamiętają, jak wyglądały ich początki. Doskonały przykład - znany w Polsce mistrz fotografii lotniczej Sławomir "Hesja" Krajniewski opublikował na swojej stronie (pod wyróżnionym tekstem link do miejsca, o którym mówię) kompletny poradnik jak fotografować na pokazach Air Show w Radomiu. Tak po prostu. Za darmo. Kompletny poradnik ze szczegółami bardzo ważnymi dla pasjonatów. Na tym właśnie polega mistrzostwo. Na forach o takie rzeczy ciężko. Czemu? Uwierz na słowo - moderowałem kilka forów w życiu. Wielu z tych ultraspeców od wszystkiego, wciskających szpilę gdzie się da to... mitomani budujący w swoich opowieściach wirtualne światy pełne niebosiężnych sukcesów. Spora część to wszelkiego rodzaju frustraci, źli na cały świat, zdający sobie sprawę z tego, że czas mija, a określoną pasją zajmują się coraz młodsze roczniki. Nie od dziś wiadomo, że anonimowość Internetu przyciąga różnych ludzi. Działaj dalej, a fora dla specjalistów zostaw "specjalistom". Niech nadal bawią się w kółeczka wzajemnej adoracji/nienawiści. Ich cyrk, ich małpy. :)
Etykiety:
fora,
fora dla specjalistów,
fotografia,
internet,
kontrowersje,
kretyni,
ludzie,
podcinanie skrzydeł,
psychika,
psychologia,
rzeczywistość internetowa,
trolle,
typy użytkowników
poniedziałek, 31 sierpnia 2015
"Barierki będę bronił jak niepodległości" czyli Polaka portret zbiorowy na imprezie masowej.
Jako że zaliczam się do miłośników lotnictwa, a ponadto od kilku lat fotografuję, jestem częstym gościem przeróżnych imprez plenerowych. Dla mnie to sposób na przyjemne spędzenie wolnego czasu, szansa na zdobycie nowego, niepowtarzalnego ujęcia oraz na zobaczenie na żywo tego, czego zwykle na co dzień zobaczyć się nie da. Po większości takich wydarzeń ja naładowany jestem pozytywną energią, karty pamięci przeładowane są setkami zdjęć, a akumulatory aparatu wyładowane niemal do zera. Niestety, "po większości"...
Robiąc zdjęcia zawsze staram się postępować według reguły, która mówi o tym, że fotograf ma być czymś (kimś?) w rodzaju ducha - jednocześnie aktywny i niewidzialny dla innych. Chodzi o to, aby człowiek z aparatem zwyczajnie nie wchodził w paradę tym, którzy grają w danym wydarzeniu pierwsze skrzypce. "Perspektywa ducha" ma także jeden dodatkowy bonus - będąc jednocześnie w centrum wydarzeń i niejako obok nich, można zauważyć sporo rzeczy. Również mało pozytywnych. I o tym właśnie będzie ta notka - o buractwie. Pragnę zaznaczyć - nie generalizuję, nie przypinam łatek, nie wkładam do szufladek - doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że zbiorowisko ludzi zawiera praktycznie cały przekrój społeczeństwa, a w tym przekroju znajdą się "nosiciele" także i tych cech, które nam wszystkim nie odpowiadają. Jednak, jako że to właśnie oni zwyczajnie wkurzają, postanowiłem wyrazić o tym swoją opinię. Subiektywną. Jak zawsze.
Nie wchodzić? Nie dotykać? Co to znaczy?!
To znaczy właśnie... TO. Dokładnie TO. Barierka, taśma w kontrastowych kolorach, strażnik - to zdecydowanie bardzo wyraźne sygnały dające do zrozumienia, że poza wyznaczonym terenem nie będziemy mile widziani. Nie, nie dlatego, że nas nie lubią. Dlatego, bo może grozić nam tam jakieś niebezpieczeństwo. Dlatego, że to MY możemy coś uszkodzić lub narazić na problemy i straty organizatora czy któregoś z gości przezeń zaproszonych.
Ktoś zapyta "Ej, ale jak można uszkodzić czołg czy samolot?" Odpowiadam - z czołgu można zwyczajnie zlecieć na łeb. I uszkodzić siebie. Szczególnie jeśli jest się dzieckiem w tłumie innych dzieci, albo człowiekiem, któremu procenty zaszumiały pod kopułą. A samolot? A samolot proszę państwa, wbrew pozorom jest bardzo delikatną konstrukcją. Kto widział z bliska jakąś maszynę, widział też pewnie naniesione na poszycie napisy "no step", "ne chybej", "nie chwytać za...", "opasno! wozduchozabronik". W ten sposób oznaczone są miejsca newralgiczne, o których obsługa doskonale wie. Rozbawiony widz czy jego dziecko mają prawo o tym nie wiedzieć. A taka niewiedza kosztuje, bo naprawa uszkodzenia nie dość, że nie jest tania, to dodatkowo wyłącza dany egzemplarz z normalnego użytkowania. Podobnie jest z rekwizytami, którymi posługują się wszelkie grupy rekonstrukcyjne - zbroje, miecze czy broń palna to w wielu przypadkach repliki wykonywane własnoręczne - z dużym nakładem środków finansowych i własnego wolnego czasu. Uszkodzić je jest bardzo łatwo. Nie dlatego, że to wszystko "słabizna", a przez niewłaściwą obsługę - rzeczy produkowane dla specjalistów z reguły nie są "idiotoodporne", bo taka cecha jest im zwyczajnie zbędną.
Osobna piekielność wychodzi z ludzi podczas wszelakich pokazów dynamicznych. Dynamiczny, a więc ruchomy, będący w ruchu. Prościej - coś się porusza. Często "coś" o dużym ciężarze, z dużą prędkością, bywa że generując duże siły. Nic to! Trzeba podejść bliżej, a przynajmniej wypchnąć tam dziecko, żeby sobie zobaczyło. Barierka? Przepuścić pociechę między prętami. Taśma? Przejść pod nią. Strażnik? "Paaanie, ale niech se dzieciak zobaczy no...". Doskonały przykład z Pikniku Strażackiego organizowanego corocznie na moim osiedlu. Doświadczenie, mające uświadomić publice, co stanie się, kiedy zalejemy płonący olej choćby niewielką ilością wody. Efekt? Na poniższym zdjęciu, przy czym zjawisko jest tu w rozwoju - powstała kula ognia była naprawdę ogromna i wyraźnie czuć było gorąco stojąc nawet w sporej odległości od centrum pokazu.
Nic to. Strażacy: "Prosimy odsunąć się". Widzowie ani drgną. "Naprawdę prosimy się odsunąć". Widzowie cofają się o kilka centymetrów. "Proszę państwa, kula ognia ma temperaturę taką i taką, strażak wykonujący pokaz jest w ubraniu żaroodpornym, nic mu nie grozi. Państwu w tym momencie grozi poparzenie, prosimy się odsunąć". Głosy oburzenia: "Ale kurwa panie, ja z dzieckiem, chce dzieciak zobaczyć", "Panie, ja we wojsku to...". Ludzie cofają się wreszcie na tyle, że można rozpocząć pokaz. Kula ognia błyskawicznie przyjmuje maksymalną objętość - wyraźnie czuć podmuch gorąca. Z tłumu wydobywa się "Wooow!", "O Jeeezuuu!". Nie kłamali. Wyglądało niebezpiecznie i było niebezpieczne. Szkoda, że przed rozpoczęciem akcji przez 15 minut tłum "walczył" z ratownikami o swoje dotychczasowe miejscówki. 15 minut upominania i próśb w sprawie tak oczywistej - "gorące! może poparzyć! Odsuń się!" "Nie, bo ja z dzieckiem, bo on będzie płakał". Stawiam dolary przeciwko orzechom, że będzie płakał bardziej, kiedy liźnie go taki płomyczek. Ale co ja tam wiem... ja tu tylko zdjęcia robię...
Podobna sytuacja w przeciwnym żywiołem - wodą. Ma odbyć się pokaz wykonywania otworu w betonie i dość grubej blasze (!) przy pomocy zwartego strumienia wody. Jakie jest zagrożenie? Duże... Polega ono choćby na tym, że strumień może oderwać jakiś odłamek, który poszybuje prosto w oko nieostrożnego widza. Identycznie jak wcześniej - statyw z materiałami do cięcia po środku, strażacy "w pełnym uzbrojeniu" czekający na sygnał do rozpoczęcia i... tłum skupiony wokół nich praktycznie na odległość ręki. Kolejne upomnienia - "Dalej, dalej... jeeeszcze dalej, będzie widać..." "Ale panie, ja z dzieckiem", "Ale panie, ja we wojsku...". Znów opóźnienie. Znów "Wooo!" bo jednak... znów nie kłamali.
Dalej... dalej było identycznie. Pokaz ratownictwa technicznego? Byle bliżej. Symulacja pożaru samochodu? A jakże - byle bliżej. Dźwig przenosi autobus? Nie ma to jak cyknąć sobie fotkę... pod zawieszonym ciężarem. I tak co roku, na każdych pokazach...
"Mogłoby się co stać hehe..."
Przyznam - kiedy słyszę taki tekst, szlag mnie jasny trafia. Ja wiem - masa ludzi chodzi na pokazy właśnie po dreszczyk emocji, a twórcy pokazów starają się, aby było ciekawie i emocjonująco. To jednak często typowemu Januszowi* nie wystarcza. Musi być prawdziwe ryzyko śmierci, a najlepiej, żeby... faktycznie coś się stało. I niestety - stało się. W 2007 roku na pokazach Air Show w Radomiu doszło do zderzenia samolotów grupy akrobacyjnej "Żelazny". Zginęło dwóch pilotów - Lech Marchelewski i Piotr Banachowicz. Dwa lata później, na tych samych pokazach w 2009 rozbił się samolot Su 27 Białoruskich Sił Powietrznych - znów dwie ofiary śmiertelne - ginie Alaksandr Marficki i Alaksandr Żuraulewicz. Obie katastrofy widziałem na własne oczy. Przy smutnej okazji obu z nich widziałem wiele wspaniałych zachowań widzów, jak i wiele przykładów - wybaczcie wulgaryzm - mentalnego spierdolenia. Jak inaczej można bowiem nazwać gwizdy i śmiechy podczas minuty ciszy i okrzyk "oddawać pieniądze" na wieść o przerwaniu pokazów? Jak można twierdzić, że "przecież nikt im nie kazał latać"? Jakim mianem w końcu można nazwać człowieka, który twierdzi, że to żadna tragedia, bo "tylko dwóch"? Czyli co? Gdyby któraś z tych maszyn spadła na tłum to już byłaby właściwa katastrofa, bo nie "dwóch" tylko "stu dwudziestu dwóch"?
Wiele osób nie rozumie jednej rzeczy - lotnictwo, ratownictwo, uczestnictwo w grupach rekonstrukcyjnych, sporty motorowe to PASJA. Coś, czego przeciętny Janusz, mówiąc językiem nastolatków, nie ogarnia. Nie ogarnia, że można tak po prostu wstać z fotela i zacząć robić coś konkretnego oraz czerpać z tego przyjemność. Nie ogarnia, że ludzie poświęcają czas, pieniądze, a często i zdrowie po to, aby móc robić coś więcej, niż tylko tkwienie w fotelu z piwem w łapie i oglądanie idiotycznych treści płynących szerokim strumieniem szamba prosto z odbiornika. Wszelkie pokazy organizowane są właśnie po to, aby móc zaprezentować swoje umiejętności i udowodnić, że można inaczej. Wiele pasji wymaga pokonywania własnych słabości. Ale Janusz nie ma słabości. Jest idealny. Przychodzi więc na pokaz, aby popatrzeć, co "ci idioci hehe" robią. A w głębi duszy żal mu dupę ściska, że to nie on siedzi za sterami, nie on ratuje ludzkie życie, nie on driftuje potworem o mocy wielokrotnie przekraczającej to, co on ma "pod butem" w swoim Passacie.
"Dajta spokój, ale nuda, ale dziadostwo..."
Uczestnictwo w imprezach masowych nie jest obowiązkowe. Naprawdę. Bywam na wielu z nich, nigdy nie zostałem na żadną z nich doprowadzony siłą i zmuszony do przebywania na jej terenie pod groźbą kary śmierci. Można wejść, można też w dowolnej chwili... wyjść. Jeśli kogoś tak bardzo nudzi pokaz, że musi coś w durny sposób skomentować, to po jaką jasną cholerę tam przyłaził, skoro wiedział, że to nie dla niego? Jeśli czegoś nie lubię, po prostu tam nie bywam, zamiast pojawić się, a potem zatruwać odbiór imprezy tym, których akurat to kręci. Tymczasem, choćby na ostatnim Air Show wraz z przyjaciółmi zaobserwowaliśmy ciekawą rzecz - im bliżej barierek odgradzających strefę pokazu tym więcej tam ludzi totalnie nie zainteresowanych tym, co dzieje się na pasie startowym i w powietrzu. Nie zainteresowanych, ale - jak w tytule - broniących dostępu do barierki jak niepodległości. To nic, że ktoś siedzi tyłem do kołującego właśnie F-16. To nic, że przy jednej z barierek niemal obozowisko, w którym wszyscy mają gdzieś latający właśnie, bardzo ciekawy dla pasjonatów śmigłowiec, i raczą się w najlepsze kiełbachą popijaną piwem. Pasjonacie! Nie podejdziesz! Nawet nie próbuj! Barierka jest moja! A co można było usłyszeć? "Eee! Lipa... Dajta spokój, człowiek się tłucze przez pół Polski, a tu tylko latają i latają" (nie no, spoko... na pokazach lotniczych latają samoloty... Serio?!). "I to jeszcze taki złom puszczają, chuj wie czy to w jednym kawałku wyląduje" (powiedział brudząc wąsy "kieczupem gratysowym rozumisz do ty hehe kiełbachy" i przepijając łykiem piwa samozwańczy inżynier pilot, a może nawet i konstruktor lotniczy Janusz). Pod samymi barierkami można było także odnaleźć opalające się panny, pary oddające się uniesieniom tak dalekim od tych podniebnych. Było też kilka przysypiających, opierających się na barierkach nastolatek, przebudzających się tylko na moment wykonania sobie selfie. Szwajcarscy piloci już-już mieli podejść, aby według regularności trzaskania samojebek ustawić sobie zegarki.
Mogę domyślać się końcowej opinii o pokazach wyrażonej przez sporą część "barierkowiczów" - "pokazy były słabe, było za głośno, samoloty za bardzo latały, piwo było drogie, a tak w ogóle to chciało mi się siku i było mi gorąco".
Podsumowanie, czyli konkluzja, czyli koniec ględzenia
Rozumiem i nie trzeba mi tego powtarzać - organizowanie jakiegokolwiek pokazu tylko dla pasjonatów mija się z celem. Ludzie siedzący w temacie bardzo często stanowią jedynie garstkę widzów każdej imprezy masowej opartej o pokazanie szerszej publice czegoś na co dzień niezbyt dostępnego. Bywałem i na takich że się tak z angielska wyrażę, eventach wyłącznie dla pasjonatów - było wręcz wzorcowo. Pytania - nie w stylu "a jak ten samolot lata panie pilot?", a raczej "tu jest silnik X, tam silnik Y, co pan sądzi o tym Y? Bo ja słyszałem, że to konstrukcja dobra, był stosowany na samolocie Z ale..." Kwestie bezpieczeństwa? Jak w podręczniku, bo przecież każdy wie, że tędy może wessać, a tamtędy wypluć w nieco zmienionej formie. Nikt nikomu widoku nie blokował, bo każdy z aparatem i każdy poluje na dobre ujęcie. Tylko... tak się nie da. Aby impreza była popularna i przynosiła dochody, które zapewnią choćby zwrot kosztów organizacji, musi być nastawiona głównie na ludzi spoza grona wielbicieli tematu i pokazać temat tak, aby na kolejną wrócili już jako pasjonaci.
Jak wspomniałem na początku, widzowie imprez masowych to przekrój społeczeństwa, a jak to w każdym społeczeństwie bywa, są przeróżne jednostki. Na ogół na wszelkiego rodzaju pokazach panuje bardzo fajna atmosfera, a o samej imprezie dyskutuje się jeszcze wiele miesięcy po jej zakończeniu.
To wszystko nie zmienia jednak faktu, że "piekielności" się pojawiały, pojawiają i pojawiać będą. Grunt, to starać się na nie przymknąć oko, a jeśli rażą bardzo, przekląć sobie w myślach soczyście. A potem? Potem nieść w społeczeństwo "oświaty kaganek". Kto wie? Może jeśli komuś kiedyś wytłumaczymy, czemu takie a nie inne zachowanie może być niewłaściwe i niebezpieczne, to ten ktoś następnym razem go zaniecha? Wiem, łatwo nie będzie, ale... smoka choć zabić trudno, to starać się trzeba :)
*Janusz - pierwotnie określenie powstałe w środowiskach kibicowskich, używane w stosunku do człowieka, którego nie interesuje widowisko sportowe, a pojawił się na stadionie/w hali dla czystej rozrywki. Obecnie język Internetu mianem "Januszów" określa przeróżnych amatorów, często szkodzących dziedzinie, którą się zajmują, a także środowisku z tą dziedziną związanemu. Inaczej - partacz, dyletant.
Robiąc zdjęcia zawsze staram się postępować według reguły, która mówi o tym, że fotograf ma być czymś (kimś?) w rodzaju ducha - jednocześnie aktywny i niewidzialny dla innych. Chodzi o to, aby człowiek z aparatem zwyczajnie nie wchodził w paradę tym, którzy grają w danym wydarzeniu pierwsze skrzypce. "Perspektywa ducha" ma także jeden dodatkowy bonus - będąc jednocześnie w centrum wydarzeń i niejako obok nich, można zauważyć sporo rzeczy. Również mało pozytywnych. I o tym właśnie będzie ta notka - o buractwie. Pragnę zaznaczyć - nie generalizuję, nie przypinam łatek, nie wkładam do szufladek - doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że zbiorowisko ludzi zawiera praktycznie cały przekrój społeczeństwa, a w tym przekroju znajdą się "nosiciele" także i tych cech, które nam wszystkim nie odpowiadają. Jednak, jako że to właśnie oni zwyczajnie wkurzają, postanowiłem wyrazić o tym swoją opinię. Subiektywną. Jak zawsze.
Nie wchodzić? Nie dotykać? Co to znaczy?!
To znaczy właśnie... TO. Dokładnie TO. Barierka, taśma w kontrastowych kolorach, strażnik - to zdecydowanie bardzo wyraźne sygnały dające do zrozumienia, że poza wyznaczonym terenem nie będziemy mile widziani. Nie, nie dlatego, że nas nie lubią. Dlatego, bo może grozić nam tam jakieś niebezpieczeństwo. Dlatego, że to MY możemy coś uszkodzić lub narazić na problemy i straty organizatora czy któregoś z gości przezeń zaproszonych.
Ktoś zapyta "Ej, ale jak można uszkodzić czołg czy samolot?" Odpowiadam - z czołgu można zwyczajnie zlecieć na łeb. I uszkodzić siebie. Szczególnie jeśli jest się dzieckiem w tłumie innych dzieci, albo człowiekiem, któremu procenty zaszumiały pod kopułą. A samolot? A samolot proszę państwa, wbrew pozorom jest bardzo delikatną konstrukcją. Kto widział z bliska jakąś maszynę, widział też pewnie naniesione na poszycie napisy "no step", "ne chybej", "nie chwytać za...", "opasno! wozduchozabronik". W ten sposób oznaczone są miejsca newralgiczne, o których obsługa doskonale wie. Rozbawiony widz czy jego dziecko mają prawo o tym nie wiedzieć. A taka niewiedza kosztuje, bo naprawa uszkodzenia nie dość, że nie jest tania, to dodatkowo wyłącza dany egzemplarz z normalnego użytkowania. Podobnie jest z rekwizytami, którymi posługują się wszelkie grupy rekonstrukcyjne - zbroje, miecze czy broń palna to w wielu przypadkach repliki wykonywane własnoręczne - z dużym nakładem środków finansowych i własnego wolnego czasu. Uszkodzić je jest bardzo łatwo. Nie dlatego, że to wszystko "słabizna", a przez niewłaściwą obsługę - rzeczy produkowane dla specjalistów z reguły nie są "idiotoodporne", bo taka cecha jest im zwyczajnie zbędną.
![]() |
| Ten napis naprawdę nie jest dla ozdoby... |
Osobna piekielność wychodzi z ludzi podczas wszelakich pokazów dynamicznych. Dynamiczny, a więc ruchomy, będący w ruchu. Prościej - coś się porusza. Często "coś" o dużym ciężarze, z dużą prędkością, bywa że generując duże siły. Nic to! Trzeba podejść bliżej, a przynajmniej wypchnąć tam dziecko, żeby sobie zobaczyło. Barierka? Przepuścić pociechę między prętami. Taśma? Przejść pod nią. Strażnik? "Paaanie, ale niech se dzieciak zobaczy no...". Doskonały przykład z Pikniku Strażackiego organizowanego corocznie na moim osiedlu. Doświadczenie, mające uświadomić publice, co stanie się, kiedy zalejemy płonący olej choćby niewielką ilością wody. Efekt? Na poniższym zdjęciu, przy czym zjawisko jest tu w rozwoju - powstała kula ognia była naprawdę ogromna i wyraźnie czuć było gorąco stojąc nawet w sporej odległości od centrum pokazu.
![]() |
| "A co mi tam panie ogień jakiś?" |
Podobna sytuacja w przeciwnym żywiołem - wodą. Ma odbyć się pokaz wykonywania otworu w betonie i dość grubej blasze (!) przy pomocy zwartego strumienia wody. Jakie jest zagrożenie? Duże... Polega ono choćby na tym, że strumień może oderwać jakiś odłamek, który poszybuje prosto w oko nieostrożnego widza. Identycznie jak wcześniej - statyw z materiałami do cięcia po środku, strażacy "w pełnym uzbrojeniu" czekający na sygnał do rozpoczęcia i... tłum skupiony wokół nich praktycznie na odległość ręki. Kolejne upomnienia - "Dalej, dalej... jeeeszcze dalej, będzie widać..." "Ale panie, ja z dzieckiem", "Ale panie, ja we wojsku...". Znów opóźnienie. Znów "Wooo!" bo jednak... znów nie kłamali.
![]() |
| "Panie, a co mie taka woda zrobi? Ja w wojsku z kałasza strzelałem..." |
"Mogłoby się co stać hehe..."
Przyznam - kiedy słyszę taki tekst, szlag mnie jasny trafia. Ja wiem - masa ludzi chodzi na pokazy właśnie po dreszczyk emocji, a twórcy pokazów starają się, aby było ciekawie i emocjonująco. To jednak często typowemu Januszowi* nie wystarcza. Musi być prawdziwe ryzyko śmierci, a najlepiej, żeby... faktycznie coś się stało. I niestety - stało się. W 2007 roku na pokazach Air Show w Radomiu doszło do zderzenia samolotów grupy akrobacyjnej "Żelazny". Zginęło dwóch pilotów - Lech Marchelewski i Piotr Banachowicz. Dwa lata później, na tych samych pokazach w 2009 rozbił się samolot Su 27 Białoruskich Sił Powietrznych - znów dwie ofiary śmiertelne - ginie Alaksandr Marficki i Alaksandr Żuraulewicz. Obie katastrofy widziałem na własne oczy. Przy smutnej okazji obu z nich widziałem wiele wspaniałych zachowań widzów, jak i wiele przykładów - wybaczcie wulgaryzm - mentalnego spierdolenia. Jak inaczej można bowiem nazwać gwizdy i śmiechy podczas minuty ciszy i okrzyk "oddawać pieniądze" na wieść o przerwaniu pokazów? Jak można twierdzić, że "przecież nikt im nie kazał latać"? Jakim mianem w końcu można nazwać człowieka, który twierdzi, że to żadna tragedia, bo "tylko dwóch"? Czyli co? Gdyby któraś z tych maszyn spadła na tłum to już byłaby właściwa katastrofa, bo nie "dwóch" tylko "stu dwudziestu dwóch"?
Wiele osób nie rozumie jednej rzeczy - lotnictwo, ratownictwo, uczestnictwo w grupach rekonstrukcyjnych, sporty motorowe to PASJA. Coś, czego przeciętny Janusz, mówiąc językiem nastolatków, nie ogarnia. Nie ogarnia, że można tak po prostu wstać z fotela i zacząć robić coś konkretnego oraz czerpać z tego przyjemność. Nie ogarnia, że ludzie poświęcają czas, pieniądze, a często i zdrowie po to, aby móc robić coś więcej, niż tylko tkwienie w fotelu z piwem w łapie i oglądanie idiotycznych treści płynących szerokim strumieniem szamba prosto z odbiornika. Wszelkie pokazy organizowane są właśnie po to, aby móc zaprezentować swoje umiejętności i udowodnić, że można inaczej. Wiele pasji wymaga pokonywania własnych słabości. Ale Janusz nie ma słabości. Jest idealny. Przychodzi więc na pokaz, aby popatrzeć, co "ci idioci hehe" robią. A w głębi duszy żal mu dupę ściska, że to nie on siedzi za sterami, nie on ratuje ludzkie życie, nie on driftuje potworem o mocy wielokrotnie przekraczającej to, co on ma "pod butem" w swoim Passacie.
"Dajta spokój, ale nuda, ale dziadostwo..."
Uczestnictwo w imprezach masowych nie jest obowiązkowe. Naprawdę. Bywam na wielu z nich, nigdy nie zostałem na żadną z nich doprowadzony siłą i zmuszony do przebywania na jej terenie pod groźbą kary śmierci. Można wejść, można też w dowolnej chwili... wyjść. Jeśli kogoś tak bardzo nudzi pokaz, że musi coś w durny sposób skomentować, to po jaką jasną cholerę tam przyłaził, skoro wiedział, że to nie dla niego? Jeśli czegoś nie lubię, po prostu tam nie bywam, zamiast pojawić się, a potem zatruwać odbiór imprezy tym, których akurat to kręci. Tymczasem, choćby na ostatnim Air Show wraz z przyjaciółmi zaobserwowaliśmy ciekawą rzecz - im bliżej barierek odgradzających strefę pokazu tym więcej tam ludzi totalnie nie zainteresowanych tym, co dzieje się na pasie startowym i w powietrzu. Nie zainteresowanych, ale - jak w tytule - broniących dostępu do barierki jak niepodległości. To nic, że ktoś siedzi tyłem do kołującego właśnie F-16. To nic, że przy jednej z barierek niemal obozowisko, w którym wszyscy mają gdzieś latający właśnie, bardzo ciekawy dla pasjonatów śmigłowiec, i raczą się w najlepsze kiełbachą popijaną piwem. Pasjonacie! Nie podejdziesz! Nawet nie próbuj! Barierka jest moja! A co można było usłyszeć? "Eee! Lipa... Dajta spokój, człowiek się tłucze przez pół Polski, a tu tylko latają i latają" (nie no, spoko... na pokazach lotniczych latają samoloty... Serio?!). "I to jeszcze taki złom puszczają, chuj wie czy to w jednym kawałku wyląduje" (powiedział brudząc wąsy "kieczupem gratysowym rozumisz do ty hehe kiełbachy" i przepijając łykiem piwa samozwańczy inżynier pilot, a może nawet i konstruktor lotniczy Janusz). Pod samymi barierkami można było także odnaleźć opalające się panny, pary oddające się uniesieniom tak dalekim od tych podniebnych. Było też kilka przysypiających, opierających się na barierkach nastolatek, przebudzających się tylko na moment wykonania sobie selfie. Szwajcarscy piloci już-już mieli podejść, aby według regularności trzaskania samojebek ustawić sobie zegarki.
Mogę domyślać się końcowej opinii o pokazach wyrażonej przez sporą część "barierkowiczów" - "pokazy były słabe, było za głośno, samoloty za bardzo latały, piwo było drogie, a tak w ogóle to chciało mi się siku i było mi gorąco".
Podsumowanie, czyli konkluzja, czyli koniec ględzenia
Rozumiem i nie trzeba mi tego powtarzać - organizowanie jakiegokolwiek pokazu tylko dla pasjonatów mija się z celem. Ludzie siedzący w temacie bardzo często stanowią jedynie garstkę widzów każdej imprezy masowej opartej o pokazanie szerszej publice czegoś na co dzień niezbyt dostępnego. Bywałem i na takich że się tak z angielska wyrażę, eventach wyłącznie dla pasjonatów - było wręcz wzorcowo. Pytania - nie w stylu "a jak ten samolot lata panie pilot?", a raczej "tu jest silnik X, tam silnik Y, co pan sądzi o tym Y? Bo ja słyszałem, że to konstrukcja dobra, był stosowany na samolocie Z ale..." Kwestie bezpieczeństwa? Jak w podręczniku, bo przecież każdy wie, że tędy może wessać, a tamtędy wypluć w nieco zmienionej formie. Nikt nikomu widoku nie blokował, bo każdy z aparatem i każdy poluje na dobre ujęcie. Tylko... tak się nie da. Aby impreza była popularna i przynosiła dochody, które zapewnią choćby zwrot kosztów organizacji, musi być nastawiona głównie na ludzi spoza grona wielbicieli tematu i pokazać temat tak, aby na kolejną wrócili już jako pasjonaci.
Jak wspomniałem na początku, widzowie imprez masowych to przekrój społeczeństwa, a jak to w każdym społeczeństwie bywa, są przeróżne jednostki. Na ogół na wszelkiego rodzaju pokazach panuje bardzo fajna atmosfera, a o samej imprezie dyskutuje się jeszcze wiele miesięcy po jej zakończeniu.
To wszystko nie zmienia jednak faktu, że "piekielności" się pojawiały, pojawiają i pojawiać będą. Grunt, to starać się na nie przymknąć oko, a jeśli rażą bardzo, przekląć sobie w myślach soczyście. A potem? Potem nieść w społeczeństwo "oświaty kaganek". Kto wie? Może jeśli komuś kiedyś wytłumaczymy, czemu takie a nie inne zachowanie może być niewłaściwe i niebezpieczne, to ten ktoś następnym razem go zaniecha? Wiem, łatwo nie będzie, ale... smoka choć zabić trudno, to starać się trzeba :)
*Janusz - pierwotnie określenie powstałe w środowiskach kibicowskich, używane w stosunku do człowieka, którego nie interesuje widowisko sportowe, a pojawił się na stadionie/w hali dla czystej rozrywki. Obecnie język Internetu mianem "Januszów" określa przeróżnych amatorów, często szkodzących dziedzinie, którą się zajmują, a także środowisku z tą dziedziną związanemu. Inaczej - partacz, dyletant.
poniedziałek, 13 lipca 2015
Wioskowy Głupek v.2.0, czyli rodowód hejtera.
Jakiś czas temu polską sieć obiegła informacja o tym, że pewien nastolatek z Bieżunia (woj. mazowieckie) popełnił samobójstwo. Według doniesień, miał on dokonać tego czynu pod wpływem fali hejtu skierowanej przeciwko niemu. Fali, która nie ustała nawet po jego tragicznej śmierci, ba! Przybrała nawet na sile. Ledwie sprawa przycichła, pojawił się kolejny przypadek - umiera 26-letnia blogerka. Śmierć z przyczyn naturalnych, sprawa bardzo przykra, bo zawsze przykro się robi, kiedy okazuje się, że Wielka Anorektyczka upomniała się o kolejne młode istnienie. I znów - portale społecznościowe zalewa fala nienawiści przeciwko tej dziewczynie. Chwila zastanowienia - co do jasnej cholery się dzieje? Kim są ludzie, którzy potrafią cieszyć się cudzą śmiercią? Kim są ludzie, którzy tej śmierci życzą i właściwie swoje życzenie zamieniają w czyn? O tym właśnie będzie dzisiejszy post.
Trucizna podawana domózgowo
Jeśli ktoś czyta mojego bloga, może zauważyć, że dość często walczę tu z mitem "lepszości" dawnych czasów. Uważam, że pewne zjawiska występowały, występują i występować będą. Zmieniają się jedynie formy i narzędzia, jednak "rdzeń" zawsze pozostaje niezmieniony. Nie inaczej jest z nienawiścią, bo ona istniała jak świat światem i - czy tego chcemy, czy nie - istnieć będzie. Problem polega na tym, że skrajna nienawiść dotyka coraz młodszych ludzi i dotyka ich zarówno ze strony czynnej (są sprawcami) jak i biernej (są ofiarami). Czy jest to nowość? Po głębszym zastanowieniu się można stwierdzić, że... nie.
Jak wiemy z historii, praktycznie każdy system totalitarny, mówiąc współczesnym językiem, stawiał na rozwój młodzieży. Komuniści mieli służbę pionierską, naziści - Hitlerjugend, faszyści - ONB. Młode umysły najłatwiej przecież nasycić ideą, a dzięki temu wychować dorosłych głosicieli tej idei. Nośnikami była propaganda - książki, ulotki, przemówienia, cała otoczka związana z wciskaniem przekonania, że to co robimy jest słuszne. Dziś co prawda, żyjemy w kraju (teoretycznie - praktyka jest zupełnie inna) wolnym od jakichś skrajnych ideologii, młodzież nadal jednak posiada to, co posiadała od zawsze - plastyczne i chłonne umysły. I tak samo jak kiedyś, dziś bardzo łatwo sprzedać młodym ludziom ideę, choćby była to idea najgłupsza.
Jak? W bardzo prosty sposób - przez Internet. Prosto do młodych mózgów, gotowych na przyjęcie wszystkiego, pozbawionych naturalnych, wynikających z dojrzałości filtrów niedorzeczności oraz chętnych na to, na co chętna jest większość dojrzewających umysłów - na poczucie przynależności do grupy. Inna sprawa, jeśli sprzedawane w ten sposób poglądy mają chociaż w teorii jakiś sens (np. poglądy polityczne) - z niektórymi zgodzić się nie sposób, ale jeśli jakiś polityk obiecuje utopię, to stara się przynajmniej nadać swojej wypowiedzi pozory sensu, na zasadzie "trzeba zrobić to, to i tamto, a będzie tak i tak". Jedni to połkną, inni nie, ale generalnie trzyma się to kupy. Gorzej, jeśli w umysły pompowana jest totalna i szkodliwa bzdura, wzięta z d...alekich zakątków kosmosu. Pompowana przez... Wioskowego Głupka w najnowszej dostępnej wersji użytkowej.
Wioskowy Głupek v. 2.0
W dawnych czasach w większości wsi obok proboszcza, sołtysa i bogatego ziemianina istniała inna ważna funkcja - wioskowego głupka. Kim był ów człowiek? Ano takim sobie wesołkiem, co to do roboty w polu niedzielne ubranie założył, klepisko w izbie rozkopał, co by skarbów pod chałupą szukać, a jak mu w karczmie gorzałki dali, to i dziewuchom kiecki podrywał, piejąc ze śmiechu i po udach się klepiąc, na obrazę niebiosom i na wstyd srogi ludziom. Kiedy wioskowy głupek miał gorszy humor, to i uważać trza było, bo w rowie z gołą dupą siadywał, naród krześcijański słowem ohydnym znieważał, do studni sąsiadowi napaskudził, a i kamień z przyzby porwać mógł i szyby przez ślkarza miastowego wstawiane za grosz niemały, pobić na kawałki. Jeśli taki delikwent przesadził, ówczesne rozwiązanie było proste - kowal wraz z grupką krzepkich chłopów wprowadzał tłumaczenie ręczne, czyli mówiąc krótko dawał w pysk, ale niezbyt mocno, bo i tak każdy zdawał sobie sprawę, że choć on szkodnik, to swój. Czasem, kiedy go pod karczmą pytali "Wacuś, chodź ino tu i powiedz, jak byś babę miał, take jak trza, ale o! Długie paluchy by miała, jak karczmarzowa Marynia, to chciałbyś take babe?" odpowiadał "Łoj co bym miał nie chcieć? Ino takich nie lubię, co paluchy długie mają, to bym ją w komorze zamykał i batem przez plecy raz i drugi, jak sołtys kobyłe, bo ja bym wtedy był wielki pan! I kobyłke bym miał, i kapelusz..." Ot, powiedział głupi głupotę i ta głupota zostawała w jego otoczeniu, bo taki gość rzadko kiedy opuszczał miejsce swojego zamieszkania, tak więc nie miał zbyt wielu szans, aby spotkać podobnych sobie, ani aby podzielić się z szerszym audytorium swoimi zwichrowanymi poglądami.
Czasy się zmieniły. Do wsi takie śnury pociągnęli, jaśnie pan jenzinier mówili, że w nich jakowyś prund, co to niby chłopa ubić może, ale i maszyną rucha jako żywą, a i w chałupie jasno jak w południe, choć północek. Dziwy panie! Mijały lata, świat się zmieniał, ale instytucja wioskowego głupka pozostała. Zmieniła się nawet nazwa, bo głupek zamieszkał w mieście, kupił sobie komputer, zainstalował łącze internetowe... Z pozoru normalny gość, ale... "gen głupoty" po poprzednikach wreszcie doszedł do głosu. Obudził się taki któregoś dnia, dowiedział się o czyjejś śmierci, w odmętach swojego pustego łba uznał to za śmieszne. Kiedy jego pradziad śmiał się na pogrzebie sąsiadki i pod karczmą gadał o obijaniu batem dziewuch z długimi palcami, każdy pokazał kółko obok głowy lub załamał ręce. A dziś? Dziś wystarczy napisać i... czekać na reakcję internetowych wioskowo-miejskich głupków. Odpowiedzą na pewno. Pomogą w powielaniu idiotycznego zachowania, uznając je za wyjątkowo zabawne i jednocząc się z pomysłodawcą. Do nich dołączy dzieciarnia, która dawniej za wioskowym głupkiem podążała grupą i dla śmiechu będzie popierała i rozpowszechniała idiotyzmy dalej. Efekt znamy wszyscy - nawet skrajnie inteligentna jednostka nie ma szans z grupą atakujących idiotów. Istnieje w łacinie takie powiedzenie - "nec Hercules contra plures". Po naszemu - "i Herkules dupa, kiedy ludzi kupa".
"A gdzie byli rodzice?"
Wiemy już kto nakręca internetowy hejt - liczba ludzi go tworzących tak naprawdę jest niewielka. To właśnie te "wioskowe głupki" - kiedyś bzdurzące pod karczmą, dziś online. Jednak ich praca przy sianiu zwykłej nienawiści skończyłaby się fiaskiem, gdyby nie rozpowszechniający ją dalej. Kto to jest? Ano banda dzieciaków i - delikatnie mówiąc - średnio rozgarniętej młodzieży. Od dawnych czasów właściwie niewiele się zmieniło. Tak jak za Wacusiem-głupkiem podążała grupka roześmianych dzieciaków, tak i dziś Wacuś_łysy_88 znajdzie spore grono fanów. Fanów, którzy być może w głębi ducha nie popierają jego wizji, ale skoro "dzieje się", to dla rozrywki można do tego dołączyć. Tyle, że kiedy "analogowy" Wacuś przesadzał i zachowanie śmieszne zmieniało się w gorszące czy niebezpieczne, mądrzy rodzice zwyczajnie zaczynali izolować swoje dzieci od takiego typa. Z Wacusiem cyfrowym jest ten problem, że nie zawsze można. Choć, rzecz jasna da się i wcale nie jest to takie trudne.
Pytanie o to, gdzie byli rodzice, kiedy powstawały komentarze skierowane przeciwko nastolatkowi czy zmarłej blogerce, pojawiało się wyjątkowo często. A ja znam na nie odpowiedź. Rodzice byli... w drugim pokoju. Po raz kolejny powtórzę, że ani temu chłopakowi, ani rodzinie nieżyjącej blogerki, ani nikomu innemu, kto poniósł szkody przez sieciowy hejt, nie zaszkodził internet. Zaszkodzili wyłącznie fizyczni ludzie, którzy posłużyli się siecią jako narzędziem. Ludzie, którzy przez nikogo nie kontrolowani wylewali wiadra pomyj w stronę niewinnych ludzi. W większości właśnie dzieciarnia, inspirowana głosem być może starszych, ale na pewno głupszych. Tradycyjnie zabrakło więc kontroli rodziców. I - tradycyjnie - cholernie mnie to dziwi. Żyjemy w XXI wieku. Internauta to już dawno nie jest pryszczaty komputerowy nerd w okularach jak denka od flaszek i we flanelowej koszuli w kratę, a zwyczajny człowiek. Internauta to przeciętny człowiek, który nie musi już zaglądać "pod maskę" systemu informatycznego, aby zeń korzystać sprawnie - jest zwyczajnym użytkownikiem. Internauci to... w ogromnej ilości przypadków rodzice dzieciaków siejących hejt, ba! Ludzie, którzy być może byli pierwszymi trollami w polskim usenecie i na powstających w ich czasach forach. To niejednokrotnie "budowniczowie" miejsc w sieci, które dziś wszyscy znają. Nie rozumiem więc, czemu marginalizują internet jako miejsce, gdzie ich dzieciak może narobić sobie i komuś problemów? Przecież doskonale wiedzą, jakie zagrożenia on niesie. Może wystarczy z dzieckiem... uwaga, uwaga, bo jedzie rolwaga - POGADAĆ? Nie, nie według nowoczesnych podręczników znanych i uznanych psychologów zza wielkiej kałuży, nie według rad oświeconych, anonimowych mamuś z przeróżnych dziwnych forów, nie z myślą w głowie "mam dziecko, ale w sumie nie mam pojęcia jak je obsługiwać", a po ludzku, po rodzicielsku, normalnie. Rozmawiać to nie tylko mówić. To także słuchać. Choćby po to, aby wychwycić określenia charakterystyczne dla niektórych miejsc w sieci, które dla dziecka nie są odpowiednie. Jeśli się ich nie rozumie (nic w tym dziwnego - sieciowa mowa zmienia się jak w kalejdoskopie - kilka lat dla języka internetu to jak dla języka literackiego cała wielka epoka), to sprawdzić. Wujek G. nie gryzie. Słuchać też po to, aby usłyszeć wołanie o pomoc, bo jeśli dziecko nie jest sprawcą sieciowej przemocy, zawsze może być jej ofiarą. Ale przede wszystkim uświadamiać dziecko, że sieć nie jest miejscem anonimowym, każde wykroczenie czy przestępstwo w niej popełnione naprawdę nie jest trudne do wykrycia, a sprawca do ustalenia. Wszystko zależy wyłącznie od woli tych, którym mogłoby na tym zależeć. Być może taka rozmowa i odpowiedni nadzór doprowadzi do tego, że za kolejnym wioskowym przygłupem nie pójdą tłumy i nie stanie się kolejna tragedia.
Trucizna podawana domózgowo
Jeśli ktoś czyta mojego bloga, może zauważyć, że dość często walczę tu z mitem "lepszości" dawnych czasów. Uważam, że pewne zjawiska występowały, występują i występować będą. Zmieniają się jedynie formy i narzędzia, jednak "rdzeń" zawsze pozostaje niezmieniony. Nie inaczej jest z nienawiścią, bo ona istniała jak świat światem i - czy tego chcemy, czy nie - istnieć będzie. Problem polega na tym, że skrajna nienawiść dotyka coraz młodszych ludzi i dotyka ich zarówno ze strony czynnej (są sprawcami) jak i biernej (są ofiarami). Czy jest to nowość? Po głębszym zastanowieniu się można stwierdzić, że... nie.
Jak wiemy z historii, praktycznie każdy system totalitarny, mówiąc współczesnym językiem, stawiał na rozwój młodzieży. Komuniści mieli służbę pionierską, naziści - Hitlerjugend, faszyści - ONB. Młode umysły najłatwiej przecież nasycić ideą, a dzięki temu wychować dorosłych głosicieli tej idei. Nośnikami była propaganda - książki, ulotki, przemówienia, cała otoczka związana z wciskaniem przekonania, że to co robimy jest słuszne. Dziś co prawda, żyjemy w kraju (teoretycznie - praktyka jest zupełnie inna) wolnym od jakichś skrajnych ideologii, młodzież nadal jednak posiada to, co posiadała od zawsze - plastyczne i chłonne umysły. I tak samo jak kiedyś, dziś bardzo łatwo sprzedać młodym ludziom ideę, choćby była to idea najgłupsza.
Jak? W bardzo prosty sposób - przez Internet. Prosto do młodych mózgów, gotowych na przyjęcie wszystkiego, pozbawionych naturalnych, wynikających z dojrzałości filtrów niedorzeczności oraz chętnych na to, na co chętna jest większość dojrzewających umysłów - na poczucie przynależności do grupy. Inna sprawa, jeśli sprzedawane w ten sposób poglądy mają chociaż w teorii jakiś sens (np. poglądy polityczne) - z niektórymi zgodzić się nie sposób, ale jeśli jakiś polityk obiecuje utopię, to stara się przynajmniej nadać swojej wypowiedzi pozory sensu, na zasadzie "trzeba zrobić to, to i tamto, a będzie tak i tak". Jedni to połkną, inni nie, ale generalnie trzyma się to kupy. Gorzej, jeśli w umysły pompowana jest totalna i szkodliwa bzdura, wzięta z d...alekich zakątków kosmosu. Pompowana przez... Wioskowego Głupka w najnowszej dostępnej wersji użytkowej.
Wioskowy Głupek v. 2.0
W dawnych czasach w większości wsi obok proboszcza, sołtysa i bogatego ziemianina istniała inna ważna funkcja - wioskowego głupka. Kim był ów człowiek? Ano takim sobie wesołkiem, co to do roboty w polu niedzielne ubranie założył, klepisko w izbie rozkopał, co by skarbów pod chałupą szukać, a jak mu w karczmie gorzałki dali, to i dziewuchom kiecki podrywał, piejąc ze śmiechu i po udach się klepiąc, na obrazę niebiosom i na wstyd srogi ludziom. Kiedy wioskowy głupek miał gorszy humor, to i uważać trza było, bo w rowie z gołą dupą siadywał, naród krześcijański słowem ohydnym znieważał, do studni sąsiadowi napaskudził, a i kamień z przyzby porwać mógł i szyby przez ślkarza miastowego wstawiane za grosz niemały, pobić na kawałki. Jeśli taki delikwent przesadził, ówczesne rozwiązanie było proste - kowal wraz z grupką krzepkich chłopów wprowadzał tłumaczenie ręczne, czyli mówiąc krótko dawał w pysk, ale niezbyt mocno, bo i tak każdy zdawał sobie sprawę, że choć on szkodnik, to swój. Czasem, kiedy go pod karczmą pytali "Wacuś, chodź ino tu i powiedz, jak byś babę miał, take jak trza, ale o! Długie paluchy by miała, jak karczmarzowa Marynia, to chciałbyś take babe?" odpowiadał "Łoj co bym miał nie chcieć? Ino takich nie lubię, co paluchy długie mają, to bym ją w komorze zamykał i batem przez plecy raz i drugi, jak sołtys kobyłe, bo ja bym wtedy był wielki pan! I kobyłke bym miał, i kapelusz..." Ot, powiedział głupi głupotę i ta głupota zostawała w jego otoczeniu, bo taki gość rzadko kiedy opuszczał miejsce swojego zamieszkania, tak więc nie miał zbyt wielu szans, aby spotkać podobnych sobie, ani aby podzielić się z szerszym audytorium swoimi zwichrowanymi poglądami.
Czasy się zmieniły. Do wsi takie śnury pociągnęli, jaśnie pan jenzinier mówili, że w nich jakowyś prund, co to niby chłopa ubić może, ale i maszyną rucha jako żywą, a i w chałupie jasno jak w południe, choć północek. Dziwy panie! Mijały lata, świat się zmieniał, ale instytucja wioskowego głupka pozostała. Zmieniła się nawet nazwa, bo głupek zamieszkał w mieście, kupił sobie komputer, zainstalował łącze internetowe... Z pozoru normalny gość, ale... "gen głupoty" po poprzednikach wreszcie doszedł do głosu. Obudził się taki któregoś dnia, dowiedział się o czyjejś śmierci, w odmętach swojego pustego łba uznał to za śmieszne. Kiedy jego pradziad śmiał się na pogrzebie sąsiadki i pod karczmą gadał o obijaniu batem dziewuch z długimi palcami, każdy pokazał kółko obok głowy lub załamał ręce. A dziś? Dziś wystarczy napisać i... czekać na reakcję internetowych wioskowo-miejskich głupków. Odpowiedzą na pewno. Pomogą w powielaniu idiotycznego zachowania, uznając je za wyjątkowo zabawne i jednocząc się z pomysłodawcą. Do nich dołączy dzieciarnia, która dawniej za wioskowym głupkiem podążała grupą i dla śmiechu będzie popierała i rozpowszechniała idiotyzmy dalej. Efekt znamy wszyscy - nawet skrajnie inteligentna jednostka nie ma szans z grupą atakujących idiotów. Istnieje w łacinie takie powiedzenie - "nec Hercules contra plures". Po naszemu - "i Herkules dupa, kiedy ludzi kupa".
"A gdzie byli rodzice?"
Wiemy już kto nakręca internetowy hejt - liczba ludzi go tworzących tak naprawdę jest niewielka. To właśnie te "wioskowe głupki" - kiedyś bzdurzące pod karczmą, dziś online. Jednak ich praca przy sianiu zwykłej nienawiści skończyłaby się fiaskiem, gdyby nie rozpowszechniający ją dalej. Kto to jest? Ano banda dzieciaków i - delikatnie mówiąc - średnio rozgarniętej młodzieży. Od dawnych czasów właściwie niewiele się zmieniło. Tak jak za Wacusiem-głupkiem podążała grupka roześmianych dzieciaków, tak i dziś Wacuś_łysy_88 znajdzie spore grono fanów. Fanów, którzy być może w głębi ducha nie popierają jego wizji, ale skoro "dzieje się", to dla rozrywki można do tego dołączyć. Tyle, że kiedy "analogowy" Wacuś przesadzał i zachowanie śmieszne zmieniało się w gorszące czy niebezpieczne, mądrzy rodzice zwyczajnie zaczynali izolować swoje dzieci od takiego typa. Z Wacusiem cyfrowym jest ten problem, że nie zawsze można. Choć, rzecz jasna da się i wcale nie jest to takie trudne.
Pytanie o to, gdzie byli rodzice, kiedy powstawały komentarze skierowane przeciwko nastolatkowi czy zmarłej blogerce, pojawiało się wyjątkowo często. A ja znam na nie odpowiedź. Rodzice byli... w drugim pokoju. Po raz kolejny powtórzę, że ani temu chłopakowi, ani rodzinie nieżyjącej blogerki, ani nikomu innemu, kto poniósł szkody przez sieciowy hejt, nie zaszkodził internet. Zaszkodzili wyłącznie fizyczni ludzie, którzy posłużyli się siecią jako narzędziem. Ludzie, którzy przez nikogo nie kontrolowani wylewali wiadra pomyj w stronę niewinnych ludzi. W większości właśnie dzieciarnia, inspirowana głosem być może starszych, ale na pewno głupszych. Tradycyjnie zabrakło więc kontroli rodziców. I - tradycyjnie - cholernie mnie to dziwi. Żyjemy w XXI wieku. Internauta to już dawno nie jest pryszczaty komputerowy nerd w okularach jak denka od flaszek i we flanelowej koszuli w kratę, a zwyczajny człowiek. Internauta to przeciętny człowiek, który nie musi już zaglądać "pod maskę" systemu informatycznego, aby zeń korzystać sprawnie - jest zwyczajnym użytkownikiem. Internauci to... w ogromnej ilości przypadków rodzice dzieciaków siejących hejt, ba! Ludzie, którzy być może byli pierwszymi trollami w polskim usenecie i na powstających w ich czasach forach. To niejednokrotnie "budowniczowie" miejsc w sieci, które dziś wszyscy znają. Nie rozumiem więc, czemu marginalizują internet jako miejsce, gdzie ich dzieciak może narobić sobie i komuś problemów? Przecież doskonale wiedzą, jakie zagrożenia on niesie. Może wystarczy z dzieckiem... uwaga, uwaga, bo jedzie rolwaga - POGADAĆ? Nie, nie według nowoczesnych podręczników znanych i uznanych psychologów zza wielkiej kałuży, nie według rad oświeconych, anonimowych mamuś z przeróżnych dziwnych forów, nie z myślą w głowie "mam dziecko, ale w sumie nie mam pojęcia jak je obsługiwać", a po ludzku, po rodzicielsku, normalnie. Rozmawiać to nie tylko mówić. To także słuchać. Choćby po to, aby wychwycić określenia charakterystyczne dla niektórych miejsc w sieci, które dla dziecka nie są odpowiednie. Jeśli się ich nie rozumie (nic w tym dziwnego - sieciowa mowa zmienia się jak w kalejdoskopie - kilka lat dla języka internetu to jak dla języka literackiego cała wielka epoka), to sprawdzić. Wujek G. nie gryzie. Słuchać też po to, aby usłyszeć wołanie o pomoc, bo jeśli dziecko nie jest sprawcą sieciowej przemocy, zawsze może być jej ofiarą. Ale przede wszystkim uświadamiać dziecko, że sieć nie jest miejscem anonimowym, każde wykroczenie czy przestępstwo w niej popełnione naprawdę nie jest trudne do wykrycia, a sprawca do ustalenia. Wszystko zależy wyłącznie od woli tych, którym mogłoby na tym zależeć. Być może taka rozmowa i odpowiedni nadzór doprowadzi do tego, że za kolejnym wioskowym przygłupem nie pójdą tłumy i nie stanie się kolejna tragedia.
poniedziałek, 25 maja 2015
Opuszczone & porzucone #2: Poniemiecka lokomotywownia w radomskiej dzielnicy Potkanów.
Mieszkańcy południowej części Radomia znają doskonale to miejsce. Dwa ceglane budynki wyrastające po środku szczerego pola, pomiędzy nimi rząd wybetonowanych rowów w ziemi, a w głębi kompleksu szczątki klatki schodowej. Miejscowi różnie nazywają ten obiekt. Spotkałem się z określeniami takimi jak "bunkry", "strzelnica", "magazyn", jednak po przeanalizowaniu źródeł historycznych okazało się, że żadna z tych nazw nie jest właściwa. Czym był więc kompleks budynków na Potkanowie? Lokomotywownią. A właściwie miał nią być, jednak o tym później.
Czym jest lokomotywownia? Lokomotywownia, dziś nazywana elektrowozownią jest zakładem zajmującym się obsługą pojazdów kolejowych, głównie lokomotyw.
Historia tej konkretnie zaczyna się w okresie II wojny światowej. Budynki lokomotywowni powstają w celu obsługi linii kolejowej łączącej Lublin i Kielce. W planach jest także budowa nowej linii do Ostrowca Świętokrzyskiego. Prace zostają przerwane ze względu na natarcie wojsk radzieckich. Do momentu, w którym inwestycja została przerwana powstaje hala przeglądowa, kanały służące do usuwania żużla z parowozów oraz brama wjazdowa. Wbrew pogłoskom budynki niedokończonego kompleksu nie zostały przez Niemców wysadzone w powietrze. Ich stan "zawdzięczamy" okolicznej ludności, która od momentu zakończenia wojny sukcesywnie rozbierała budynki, pozyskując tym sposobem cegły. Obecnie w tym miejscu znajdują się ruiny dwóch budynków (prawdopodobnie to część hali), wybetonowane kanały, oraz w części północnej duży fragment muru ze schodami (najpewniej część klatki schodowej w hali).
Jak lokomotywownia na Potkanowie wygląda obecnie? Źle. Mury, chociaż mocne, są regularnie dewastowane. Już nie w celu pozyskiwania surowca w postaci cegieł, a z czystej nudy. Teren z roku na rok staje się coraz bardziej zaśmiecony, co ułatwia fakt, że nie jest on w żaden sposób pilnowany.
Podczas eksploracji warto uważać na wspominane wyżej rowy - nie są zbyt głębokie, jednak latem nie widać ich pomiędzy zaroślami. Warto patrzeć pod nogi, aby uniknąć przykrej niespodzianki. Nie polecam także wspinania się na wyższą kondygnację budynku - Niemcy budowali solidnie, ale "parę" lat już minęło. Posadzka jest, ale pod naszym ciężarem może... przestać być :)
Czym byłby post z gatunku urbex bez garści
zdjęć? Oto więc kilka ujęć z opisywanej okolicy. Niestety, zdjęcia są dość stare, pochodzą z 2011 roku. Mam jednak zamiar wybrać się tam podobnie, tak więc niebawem powstanie "aneks" do tego posta, będący ilustracją przebiegu planowanej drogi kolejowej. Tymczasem jednak - zdjęcia:
Czym jest lokomotywownia? Lokomotywownia, dziś nazywana elektrowozownią jest zakładem zajmującym się obsługą pojazdów kolejowych, głównie lokomotyw.
Historia tej konkretnie zaczyna się w okresie II wojny światowej. Budynki lokomotywowni powstają w celu obsługi linii kolejowej łączącej Lublin i Kielce. W planach jest także budowa nowej linii do Ostrowca Świętokrzyskiego. Prace zostają przerwane ze względu na natarcie wojsk radzieckich. Do momentu, w którym inwestycja została przerwana powstaje hala przeglądowa, kanały służące do usuwania żużla z parowozów oraz brama wjazdowa. Wbrew pogłoskom budynki niedokończonego kompleksu nie zostały przez Niemców wysadzone w powietrze. Ich stan "zawdzięczamy" okolicznej ludności, która od momentu zakończenia wojny sukcesywnie rozbierała budynki, pozyskując tym sposobem cegły. Obecnie w tym miejscu znajdują się ruiny dwóch budynków (prawdopodobnie to część hali), wybetonowane kanały, oraz w części północnej duży fragment muru ze schodami (najpewniej część klatki schodowej w hali).
Jak lokomotywownia na Potkanowie wygląda obecnie? Źle. Mury, chociaż mocne, są regularnie dewastowane. Już nie w celu pozyskiwania surowca w postaci cegieł, a z czystej nudy. Teren z roku na rok staje się coraz bardziej zaśmiecony, co ułatwia fakt, że nie jest on w żaden sposób pilnowany.
Podczas eksploracji warto uważać na wspominane wyżej rowy - nie są zbyt głębokie, jednak latem nie widać ich pomiędzy zaroślami. Warto patrzeć pod nogi, aby uniknąć przykrej niespodzianki. Nie polecam także wspinania się na wyższą kondygnację budynku - Niemcy budowali solidnie, ale "parę" lat już minęło. Posadzka jest, ale pod naszym ciężarem może... przestać być :)
Czym byłby post z gatunku urbex bez garści
![]() |
| Widok ogólny lokomotywowni. Na pierwszym planie jeden z dwóch budynków. Jak widać, obiekt był przynajmniej dwupiętrowy. |
![]() |
| Znane wszystkim bywalcom tego miejsca "schody do nieba". Tu prawdopodobnie znajdował się kolejny budynek stanowiący "narożnik" hali. Być może identyczny jak dwa, które stoją do tej pory. |
![]() |
| Jeden z budynków widziany z bliska. |
![]() |
| Widok z wnętrza budynku na komin ciepłowni "Południe" |
![]() |
| Jeszcze inna perspektywa. Z boku budynku widać ślad po biegnącej tamtędy klatce schodowej. |
![]() |
| Ten sam budynek, znów - jeszcze inna perspektywa :) |
niedziela, 17 maja 2015
Opuszczone & porzucone #1: Zakłady Produkcji Specjalnej w Pionkach.
Jedną z najpopularniejszych notek na moim blogu jest poradnik dotyczący zasad eksploracji miejskiej, a więc urbeksu. Czym jest ta zabawa, jakie niebezpieczeństwa ze sobą niesie oraz jak ich unikać - wszystko to (i jeszcze więcej) pod wyróżnionym linkiem.
Dzisiejszy wpis rozpocznie cykl notek potwierdzających fakt, że ja jako autor powyższego poradnika nie jestem jedynie teoretykiem. Eksplorowałem i jeśli trafi się okazja - nadal eksploruję miejsca opuszczone, porzucone i zapomniane. Czemu lubię to robić? Wyprawy na "miejscówki" traktuję jak wizyty w muzeum. Bo są to muzea, choć bardzo dziwne. W tych muzeach nie dba się o eksponaty, często eksponatów nawet nie ma. Te muzea są regularnie rozkradane przez złomiarzy, dewastowane przez szczęśliwych posiadaczy jedynie 1/4 mózgu normalnego człowieka, w końcu powoli pochłaniane przez otaczającą je naturę. To muzea nietrwałe. Co jest więc w nich wystawiane? Historia. I to w solidnej dawce. Każdy opuszczony budynek, fabryka, schron czy innego rodzaju konstrukcja to opowieść o ludziach, dla których to miejsce stanowiło część życia, to także opowieść o ideach i pomysłach, które tu realizowano, czasem o tragediach jakie miały tu miejsce. Jakieś biurko, przy którym już nikt nie usiądzie, telefon którego nikt nie odbierze, jakieś dokumenty wypełnione kiedyś czyjąś ręką, wtedy bardzo ważne - dziś śmieci. I kontrasty. Wejście do dawnej hali fabrycznej, na drzwiach ostrzeżenie przed hałasem - "kuźnia - chroń słuch!". Wchodzimy i... cisza. Cisza śmiertelna, martwa. Ludzie dawno stąd wyszli, maszyny wywieziono. Została tylko tabliczka. Jej nikt nie zdjął, bo i po co? Ostrzega więc uparcie przed niebezpieczeństwem, którego nie ma. Na zewnątrz budynku już dawno inny świat, a ona nadal ostrzega. Cytując Exupery'ego, "rozkaz się nie zmienił". Wyniosą ją kiedyś razem z gruzami ściany, do której była przyczepiona.
Po to właśnie włażę do miejsc, które każdy omija szerokim łukiem - po historię. I po przygodę rzecz jasna.
Kiedy mój kuzyn kilka lat temu zaproponował mi wyjazd w celu obadania opuszczonej części ZTS "Pronit" w Pionkach, nie zastanawiałem się nawet przez chwilę. W okolicach 2013 roku była to niemalże mekka eksploratorów z całej Polski. Z olbrzymim terenem zakładu wiązało się wiele mrocznych opowieści, zarówno tych opartych na faktach, jak i zupełnie paranormalnych. O ile faktem jest, że w jednym z budynków "Pronitu" znaleziono ciało młodego mężczyzny, to już "lokalne podania" o duchach nawiedzających te części kompleksu, które w okresie ostatniej wojny stanowiły obóz pracy, wydają być się legendą miejską. Wiem jedno - z powietrza się te wszelkie domniemania nie wzięły, bo "Pronit" zawsze był miejscem mocno tajemniczym. I to o randze tajemnicy państwowej...
Zakłady Tworzyw Sztucznych w Pionkach k. Radomia wywodzą się bezpośrednio z istniejącej przed wojną Państwowej Wytwórni Prochu i Tworzyw Kruszących. Wytwórnia ta powstała w roku 1923 w pobliżu podradomskiej wsi Zagożdżon, w sercu Puszczy Kozienickiej. Ze względu na charakter produkcji (materiały wybuchowe dla górnictwa i wojska, pociski) takie położenie było bardzo korzystne z dwóch względów. Pierwszym rzecz jasna była tajność inwestycji i ochrona jej przed osobami postronnymi. Drugi powód to bezpieczeństwo w przypadku awarii lub niekontrolowanego wybuchu.
Ciekawostką jest to, że "Pronit" był również wytwórnią... płyt winylowych zawierających muzykę. Dziś płyty "pronitowskie" są swojego rodzaju rarytasem wśród kolekcjonerów winyli i analogowo odtwarzanej muzyki. Wraz z fabryką rozwijało się miasto Pionki. Upadek PRL i kryzys dotyczący polskiego przemysłu w okresie lat 90 spowodowały także upadek "Pronitu". Obecnie zakład funkcjonuje częściowo, spora jego część jest opuszczona, jednak nadal pilnie strzeżona, gdyż w "Pronicie" w dalszym ciągu produkuje się pociski (Zakład Produkcji Specjalnej) oraz amunicję myśliwską (Fabryka Amunicji Myśliwskiej).
Mówi się, że jeden obraz wart jest więcej niż tysiąc słów. Oto więc krótki fotozapis tego, co widzieliśmy wraz z kuzynem na terenie swojego czasu największego w kraju przedstawiciela hmm... przemysłu rozrywkowego :)
I tu kończy się historia. Nie wiem jak dziś wygląda ten teren, ale zapewne dawno przejęty został przez prywatnych inwestorów. Co jakiś czas pojawiają się informacje o przywróceniu dawnej świetności tym terenom, być może komuś się to wreszcie udało. Warto pamiętać o "Pronicie", w końcu wielu miłośników broni wie, że... nie ma to jak kulki z Pionek :)
Dzisiejszy wpis rozpocznie cykl notek potwierdzających fakt, że ja jako autor powyższego poradnika nie jestem jedynie teoretykiem. Eksplorowałem i jeśli trafi się okazja - nadal eksploruję miejsca opuszczone, porzucone i zapomniane. Czemu lubię to robić? Wyprawy na "miejscówki" traktuję jak wizyty w muzeum. Bo są to muzea, choć bardzo dziwne. W tych muzeach nie dba się o eksponaty, często eksponatów nawet nie ma. Te muzea są regularnie rozkradane przez złomiarzy, dewastowane przez szczęśliwych posiadaczy jedynie 1/4 mózgu normalnego człowieka, w końcu powoli pochłaniane przez otaczającą je naturę. To muzea nietrwałe. Co jest więc w nich wystawiane? Historia. I to w solidnej dawce. Każdy opuszczony budynek, fabryka, schron czy innego rodzaju konstrukcja to opowieść o ludziach, dla których to miejsce stanowiło część życia, to także opowieść o ideach i pomysłach, które tu realizowano, czasem o tragediach jakie miały tu miejsce. Jakieś biurko, przy którym już nikt nie usiądzie, telefon którego nikt nie odbierze, jakieś dokumenty wypełnione kiedyś czyjąś ręką, wtedy bardzo ważne - dziś śmieci. I kontrasty. Wejście do dawnej hali fabrycznej, na drzwiach ostrzeżenie przed hałasem - "kuźnia - chroń słuch!". Wchodzimy i... cisza. Cisza śmiertelna, martwa. Ludzie dawno stąd wyszli, maszyny wywieziono. Została tylko tabliczka. Jej nikt nie zdjął, bo i po co? Ostrzega więc uparcie przed niebezpieczeństwem, którego nie ma. Na zewnątrz budynku już dawno inny świat, a ona nadal ostrzega. Cytując Exupery'ego, "rozkaz się nie zmienił". Wyniosą ją kiedyś razem z gruzami ściany, do której była przyczepiona.
Po to właśnie włażę do miejsc, które każdy omija szerokim łukiem - po historię. I po przygodę rzecz jasna.
Kiedy mój kuzyn kilka lat temu zaproponował mi wyjazd w celu obadania opuszczonej części ZTS "Pronit" w Pionkach, nie zastanawiałem się nawet przez chwilę. W okolicach 2013 roku była to niemalże mekka eksploratorów z całej Polski. Z olbrzymim terenem zakładu wiązało się wiele mrocznych opowieści, zarówno tych opartych na faktach, jak i zupełnie paranormalnych. O ile faktem jest, że w jednym z budynków "Pronitu" znaleziono ciało młodego mężczyzny, to już "lokalne podania" o duchach nawiedzających te części kompleksu, które w okresie ostatniej wojny stanowiły obóz pracy, wydają być się legendą miejską. Wiem jedno - z powietrza się te wszelkie domniemania nie wzięły, bo "Pronit" zawsze był miejscem mocno tajemniczym. I to o randze tajemnicy państwowej...
Zakłady Tworzyw Sztucznych w Pionkach k. Radomia wywodzą się bezpośrednio z istniejącej przed wojną Państwowej Wytwórni Prochu i Tworzyw Kruszących. Wytwórnia ta powstała w roku 1923 w pobliżu podradomskiej wsi Zagożdżon, w sercu Puszczy Kozienickiej. Ze względu na charakter produkcji (materiały wybuchowe dla górnictwa i wojska, pociski) takie położenie było bardzo korzystne z dwóch względów. Pierwszym rzecz jasna była tajność inwestycji i ochrona jej przed osobami postronnymi. Drugi powód to bezpieczeństwo w przypadku awarii lub niekontrolowanego wybuchu.
Ciekawostką jest to, że "Pronit" był również wytwórnią... płyt winylowych zawierających muzykę. Dziś płyty "pronitowskie" są swojego rodzaju rarytasem wśród kolekcjonerów winyli i analogowo odtwarzanej muzyki. Wraz z fabryką rozwijało się miasto Pionki. Upadek PRL i kryzys dotyczący polskiego przemysłu w okresie lat 90 spowodowały także upadek "Pronitu". Obecnie zakład funkcjonuje częściowo, spora jego część jest opuszczona, jednak nadal pilnie strzeżona, gdyż w "Pronicie" w dalszym ciągu produkuje się pociski (Zakład Produkcji Specjalnej) oraz amunicję myśliwską (Fabryka Amunicji Myśliwskiej).
Mówi się, że jeden obraz wart jest więcej niż tysiąc słów. Oto więc krótki fotozapis tego, co widzieliśmy wraz z kuzynem na terenie swojego czasu największego w kraju przedstawiciela hmm... przemysłu rozrywkowego :)
![]() |
| ...to. Ale na szczęście okazało się zbędne. Taka sympatyczna, gumowa mordka. Grunt to bezpieczeństwo. |
![]() | |
| Były więc dokumenty, których nikt już nie odczyta... |
![]() |
| ...manometry wskazujące to słynne "mniej niż zero"... |
![]() |
| ...i instrukcje, z których nikt już nie skorzysta. Z prostej przyczyny - ciężko jest skorzystać z czegoś, czego... no jakby nie patrzeć... nie ma? :) |
![]() |
| Przyjemna, postapokaliptyczna scenka. |
![]() |
| Ta sama ciepłownia, tym razem widok z poziomu ziemi. |
![]() |
| Wnętrze powyższego obiektu. Po kotłach i większości wyposażenia nie ma już śladu. Być może to sprawka złomiarzy, być może współczesnych właścicieli zakładu. |
![]() |
| Jeden z elementów wspominanego systemu uniezależniającego fabrykę od otoczenia - wieża ciśnień, do której podłączony był wodociąg. |
I tu kończy się historia. Nie wiem jak dziś wygląda ten teren, ale zapewne dawno przejęty został przez prywatnych inwestorów. Co jakiś czas pojawiają się informacje o przywróceniu dawnej świetności tym terenom, być może komuś się to wreszcie udało. Warto pamiętać o "Pronicie", w końcu wielu miłośników broni wie, że... nie ma to jak kulki z Pionek :)
sobota, 16 maja 2015
"Telewizja jest stworzona na wasze podobieństwo" czyli policjanci w szkole obok szpitala.
Kilka dni temu postanowiłem obejrzeć jakiś film z gatunku sci-fi. Żeby utrudnić sobie zadanie, za kryterium postawiłem sobie między innymi to, że ma być to film... polski. Niewiele osób bowiem wie, że Polacy kręcili naprawdę niezłe filmy z tego gatunku. Naprawdę. Polskie kino to nie tylko Karolak. Polskie kino to cała seria filmów mocno ambitnych. Wybór padł na "Wojnę światów - następne stulecie" w reżyserii Piotra Szulkina. Tytuł nawiązuje do jednej z pozycji, którą każdy szanujący się fan fantastyki znać powinien. Mowa o książce "Wojna światów" Orsona Wellsa, zresztą oba te dzieła stanowią pewien zazębiający się układ, ale to temat na osobną notkę. Fabuła filmu Szulkina w błyskawicznym skrócie: na Ziemię przybywają Marsjanie, w teorii deklarują, że kochają Ziemian. Jedyne, czego potrzebują to ludzka krew. Fakt, że Ziemianie ją oddają, dla Marsjan ma być największym dowodem wzajemnej przyjaźni i miłości. Do akcji uszczęśliwiania przybyszów dołącza telewizja, która nakazuje oddawać krew dla naszych pozaziemskich przyjaciół. I wokół tego właśnie kręci się cała myśl przewodnia filmu - wokół wpływu telewizji na rzeczywistość - telewizyjnych manipulacji i prania mózgów przy pomocy tego medium. Inspiracją do tej notki był pewien fragment "Wojny światów":
O czym mówi Iron Idem, główny bohater filmu? O współczesności. Naprawdę ciężko byłoby się z nim nie zgodzić - to przemówienie to ponure proroctwo. W latach 80 w naszym kraju być może trudno byłoby w nie uwierzyć, jednak kiedy oglądamy to dziś, śmiało możemy powiedzieć "Jasna cholera... tak jest!". O tym właśnie będzie dzisiejsza notka. O tym, w jakim stopniu proroctwo się spełniło i jaki ja mam do tego stosunek.
"Im głupszy był mój program, tym wy czuliście się mądrzejsi"
Według źródeł pierwszy był "Werdykt" - program fabularno-dokumentalny prezentujący rzekomo prawdziwe kazusy, które swój finał odnalazły na sali sądowej. Sali rzecz jasna telewizyjnej, na którą wstęp przy pomocy szklanego ekranu miał każdy telewidz. Był to koniec lat 90, format nie miał chyba zbyt wielu zwolenników, bo temat na jakiś czas przycichł. Potem pojawił się "W-11 Wydział Śledczy" i... poszło! Produkcje z gatunku scripted docu wprost zalały ramówki. Obecnie emitowana jest ich ogromna ilość. Czego dotyczą? Wszystkiego! Autorzy oprócz ukazywania "scenek z życia codziennego" pozwalają widzowi zajrzeć do miejsc takich jak:
- Szkoła (gimnazjum i liceum)
- Szpital
- Sala sądu rejonowego
- Sala sądu rodzinnego
- Posterunek policji
- Posterunek straży pożarnej
- Siedziba prywatnych detektywów
- Siedziba prywatnego detektywa zajmującego się tropieniem zdrad
- Środowisko polskich emigrantów
Uff, trochę tego jest, nie sądzicie? Do tego praktycznie każda stacja ma swoją wersję programu ukazującego "prawdziwe historie, które mogą zdarzyć się każdemu". Jednak lecimy dalej - oprócz tych programów zawsze możemy trafić na jakiś talk-show. Talk show, do którego zapraszani są oczywiście "prawdziwi ludzie, z prawdziwymi problemami". Jak bardzo prawdziwi są to ludzie? Ano tak bardzo, że występująca we wtorek trzydziestoletnia cnotliwa Stenia, która po mieszkaniu chodzi niemal w habicie, aby nie podniecić swojego chłopaka, już w czwartek zamienia się w trzydziestoletnią Dżesikę, której pasją jest solarium, drogie prezenty i szybki seks w dyskotekowej toalecie.
Tak, zgadliście. To ta sama osoba, bo tajemnicą poliszynela jest to, że uczestnicy talk-show to po prostu... aktorzy-amatorzy. Ich "przedkamerowe" ego pochodzi z przygotowanego wcześniej scenariusza. Wystarczy dobrze przeszukać sieć, aby dowiedzieć się, że za występ w talk-show można dostać nawet 400 złotych - cena tym wyższa, im większego idiotę przyjdzie nam grać.
Chwilami aż mam ochotę się tam zgłosić. Co powiecie na to, aby mnie, Arkadiusza - człowieka o urodzie typu "postrach kobiet w zakresie wiekowym 15-50+" i o gracji telewizora marki Rubin niesionego przez kompletnie pijanego typa, przerobiono na przykład na jakiegoś Darka, ksywa "Ogier", króla parkietu dyskoteki "Paradajs" w Wygwizdowie-Kolonii, który co sobota wyrywa dupeczki na swoje pełnoletnie BMW? Oprócz swojej wątpliwej urody mogę dorzucić wadę wymowy - kiedyś miałem, dziś nie mam, ale nadal świetnie umiem ją symulować (Sid leniwiec - mówi Wam to coś? ;) ). Wiecie co jest najgorsze? LUDZIE BY TO KUPILI!
Czemu? Odpowiedź jest prosta. Przeciętny odbiorca tego typu dzieł, który ogląda je na poważnie - ogląda je w konkretnym celu. Tym celem jest poprawa samooceny. Problemy bohaterów talk-show i scripted docu są banalne lub totalnie przerysowane. Cała zabawa polega na tym, aby widz patrzący w ekran mógł pomyśleć "Jezu, ale grzbiet!", "Matko Boska z której bądź kapliczki! Ale debilka! No tępa strzała jak pragnę bańki w totka!", a za chwilę skonfrontować to z samym sobą i znów pomyśleć: "No... ale ze mną to jeszcze nie jest tak źle... Umiem się wysłowić, coś tam o świecie powiedzieć, nie... nie jest źle, jeszcze nie jest źle".
"Przestańcie być bandą głupich baranów!" czyli teledurniej.
Oglądanie wyżej wymienionych "dzieł" jest bardzo szkodliwe. Ja, aby przygotować się do napisania tej notki, musiałem kilka z nich obejrzeć. Lubię mówić o tym, co sam widziałem i co znam. Nikt nie zgłupieje, jeśli od czasu do czasu obejrzy coś takiego, aby na chwilę wyłączyć mózg i zwyczajnie się pośmiać. Problem pojawia się w w chwili, kiedy ktoś zaczyna wierzyć w cały ten wykreowany światek i zaczyna odczuwać to, o czym pisałem wcześniej - poczucie wyższości nad sztucznymi bohaterami. A uwierzcie, są tacy ludzie. Ba! Ja znam takich ludzi osobiście. Szkoda, jaką wywołuje wiara w telewizyjne treści polega na zaniedbaniu własnego samorozwoju. To bardzo logiczne - kiedy widzimy ludzi mądrzejszych i lepszych od siebie, a próbujemy im dorównać - chcąc nie chcąc - rozwijamy się. Kiedy zaś widzimy (w naszej opinii) idiotów, nie robimy nic - bo przecież już jesteśmy ponad nimi.
Daleki jestem od snucia teorii spiskowych, przez niektórych uważany jestem za niemal betonowego sceptyka, jeśli chodzi o tego typu rzeczy, jednak gdyby spojrzeć na temat ogłupiania szerzej to naprawdę coś się dzieje. Teleturnieje ambitne po prostu umarły. Starsi z moich czytelników (ludzie w wieku 30+) na pewno pamiętają teleturniej "Wielka Gra". Polegał on na tym, że uczestnicy odpowiadali na pytania z zakresu wiedzy - nie ukrywajmy - specjalistycznej. Jeśli ktoś interesował się sztuką czy określonymi dziedzinami nauki, podczas oglądania "Wielkiej gry" mógł uzupełnić swoją wiedzę, a to co prezentowali uczestnicy bywał majstersztykiem umysłowym, bo nie dość, że często dziedziny były bardzo wąskie, to jeszcze pytania i odpowiedzi wyjątkowo szczegółowe. Ktoś powie "No ale oni się do tego przygotowywali". Owszem. Jednak za wchłonięcie takiej ilości wiedzy i niejednokrotnie wyrecytowanie jej bez zająknięcia z dodaniem własnych uwag - przeogromny szacunek dla tych ludzi. "Wielka gra" spadła z anteny w wyniku słabej oglądalności. Nadal jednak nie było źle - w jednej ze stacji komercyjnych pojawili się "Milionerzy" - format co prawda zachodni, ale również wymagający od uczestnika bardzo dużej wiedzy, tym razem ogólnej. Ale i "Milionerów" drogi telewidzu już nie uświadczysz. Został program "1 z 10" - trzyma poziom od lat i mam głęboką nadzieję, że on z anteny nie spadnie, bo... gdyby tak się stało, nie istniałby już żaden "mądry" teleturniej. Zostałyby same "teledurnieje". Czym jest "teledurniej"? To po prostu show, w którym wiedza tak naprawdę się nie liczy. Liczy się za to prezenter (rzucający się po studiu jak tchórzofretka z ADHD po dwóch kreskach amfy i pięciu mocnych kawach), głośna muzyka, ostre światło i fajerwerki. No i jakaś pani Kasia albo Jola, czyli hostessa, z którą prezenter (sądząc po wzroku) najchętniej poszedłby na parę chwil za kulisy, a jakby mógł, to wszystko co miałby zrobić za kulisami, zrobiłby po środku studia. Uczestnicy? A kto by się tam nimi przejmował. Albo stoją przestraszeni i zażenowani tym całym "tak się robi telewizję", albo starają się dostosować i... być fajni w tej formie "fajności" jaką prezentuje teleturniej. Pytania? "Wlazł kotek na płotek i... a) Mruga b) Pali szluga c) Pieprznął z płotku na bańkę popełniając samobójstwo, bo nie mógł znieść poziomu żenady, którą odpowiedź wybierasz? Mała podpowiedź, prawidłowa jest tylko jedna! Ha! Podchwytliwe, nie sądzisz?" Odpowiedzi: "Nooo, bo jak kotek... i pło... nie no, ej, bez kitu! Co to jest płotek? Ja się z takim określeniem nie spotkałaaaam! Faktycznie, trudne".
Działa tu ten sam mechanizm, który opisywałem wyżej, w przypadku scripted-docu i talk-show - widza ma skręcać przed telewizorem, bo przecież on wie! Wie, po co ten cholerny kotek wlazł na ten cholerny płotek, a ta... tak tak... "głupia pinda z cyckami na wierzchu, tępa strzała jedna takich prostych rzeczy nie umie? No ludzie, trzymajcie mnie. JA WIEM, ONA NIE WIE!" A co w domyśle? Znów jak wyżej: "Jestem mądrzejszy".
Pora zakończyć te rozważania. Jeśli dotarłeś tu drogi Czytelniku, wielkie dzięki za przeczytanie moich przemyśleń. Jeśli się zgadzasz- lajkuj, udostępniaj, podziel się opinią, ba! Możesz nawet kliknąć w reklamę pod postem - kto wie? Może to właśnie dzięki Tobie zarobię na puszkę napoju energetycznego, po którym dopadnie mnie bezsenność i stworzę kolejną treść, która Ci się spodoba? :) Jeśli post Ci "nie pasi" - komentuj, dyskutuj, wyrażaj swoją opinię. Masz prawo nie zgadzać się z jakimś dziwnym typem z Internetu, więc nie bój się tego robić. Ale najważniejsze - traktuj z dystansem to, co widzisz w TV. Dziś już wiesz dlaczego. A nie jesteś "głupim baranem", choćby dlatego, że chciało Ci się to wszystko przeczytać. Do następnego posta :)
O czym mówi Iron Idem, główny bohater filmu? O współczesności. Naprawdę ciężko byłoby się z nim nie zgodzić - to przemówienie to ponure proroctwo. W latach 80 w naszym kraju być może trudno byłoby w nie uwierzyć, jednak kiedy oglądamy to dziś, śmiało możemy powiedzieć "Jasna cholera... tak jest!". O tym właśnie będzie dzisiejsza notka. O tym, w jakim stopniu proroctwo się spełniło i jaki ja mam do tego stosunek.
"Im głupszy był mój program, tym wy czuliście się mądrzejsi"
Według źródeł pierwszy był "Werdykt" - program fabularno-dokumentalny prezentujący rzekomo prawdziwe kazusy, które swój finał odnalazły na sali sądowej. Sali rzecz jasna telewizyjnej, na którą wstęp przy pomocy szklanego ekranu miał każdy telewidz. Był to koniec lat 90, format nie miał chyba zbyt wielu zwolenników, bo temat na jakiś czas przycichł. Potem pojawił się "W-11 Wydział Śledczy" i... poszło! Produkcje z gatunku scripted docu wprost zalały ramówki. Obecnie emitowana jest ich ogromna ilość. Czego dotyczą? Wszystkiego! Autorzy oprócz ukazywania "scenek z życia codziennego" pozwalają widzowi zajrzeć do miejsc takich jak:
- Szkoła (gimnazjum i liceum)
- Szpital
- Sala sądu rejonowego
- Sala sądu rodzinnego
- Posterunek policji
- Posterunek straży pożarnej
- Siedziba prywatnych detektywów
- Siedziba prywatnego detektywa zajmującego się tropieniem zdrad
- Środowisko polskich emigrantów
Uff, trochę tego jest, nie sądzicie? Do tego praktycznie każda stacja ma swoją wersję programu ukazującego "prawdziwe historie, które mogą zdarzyć się każdemu". Jednak lecimy dalej - oprócz tych programów zawsze możemy trafić na jakiś talk-show. Talk show, do którego zapraszani są oczywiście "prawdziwi ludzie, z prawdziwymi problemami". Jak bardzo prawdziwi są to ludzie? Ano tak bardzo, że występująca we wtorek trzydziestoletnia cnotliwa Stenia, która po mieszkaniu chodzi niemal w habicie, aby nie podniecić swojego chłopaka, już w czwartek zamienia się w trzydziestoletnią Dżesikę, której pasją jest solarium, drogie prezenty i szybki seks w dyskotekowej toalecie.
Tak, zgadliście. To ta sama osoba, bo tajemnicą poliszynela jest to, że uczestnicy talk-show to po prostu... aktorzy-amatorzy. Ich "przedkamerowe" ego pochodzi z przygotowanego wcześniej scenariusza. Wystarczy dobrze przeszukać sieć, aby dowiedzieć się, że za występ w talk-show można dostać nawet 400 złotych - cena tym wyższa, im większego idiotę przyjdzie nam grać.
Chwilami aż mam ochotę się tam zgłosić. Co powiecie na to, aby mnie, Arkadiusza - człowieka o urodzie typu "postrach kobiet w zakresie wiekowym 15-50+" i o gracji telewizora marki Rubin niesionego przez kompletnie pijanego typa, przerobiono na przykład na jakiegoś Darka, ksywa "Ogier", króla parkietu dyskoteki "Paradajs" w Wygwizdowie-Kolonii, który co sobota wyrywa dupeczki na swoje pełnoletnie BMW? Oprócz swojej wątpliwej urody mogę dorzucić wadę wymowy - kiedyś miałem, dziś nie mam, ale nadal świetnie umiem ją symulować (Sid leniwiec - mówi Wam to coś? ;) ). Wiecie co jest najgorsze? LUDZIE BY TO KUPILI!
Czemu? Odpowiedź jest prosta. Przeciętny odbiorca tego typu dzieł, który ogląda je na poważnie - ogląda je w konkretnym celu. Tym celem jest poprawa samooceny. Problemy bohaterów talk-show i scripted docu są banalne lub totalnie przerysowane. Cała zabawa polega na tym, aby widz patrzący w ekran mógł pomyśleć "Jezu, ale grzbiet!", "Matko Boska z której bądź kapliczki! Ale debilka! No tępa strzała jak pragnę bańki w totka!", a za chwilę skonfrontować to z samym sobą i znów pomyśleć: "No... ale ze mną to jeszcze nie jest tak źle... Umiem się wysłowić, coś tam o świecie powiedzieć, nie... nie jest źle, jeszcze nie jest źle".
"Przestańcie być bandą głupich baranów!" czyli teledurniej.
Oglądanie wyżej wymienionych "dzieł" jest bardzo szkodliwe. Ja, aby przygotować się do napisania tej notki, musiałem kilka z nich obejrzeć. Lubię mówić o tym, co sam widziałem i co znam. Nikt nie zgłupieje, jeśli od czasu do czasu obejrzy coś takiego, aby na chwilę wyłączyć mózg i zwyczajnie się pośmiać. Problem pojawia się w w chwili, kiedy ktoś zaczyna wierzyć w cały ten wykreowany światek i zaczyna odczuwać to, o czym pisałem wcześniej - poczucie wyższości nad sztucznymi bohaterami. A uwierzcie, są tacy ludzie. Ba! Ja znam takich ludzi osobiście. Szkoda, jaką wywołuje wiara w telewizyjne treści polega na zaniedbaniu własnego samorozwoju. To bardzo logiczne - kiedy widzimy ludzi mądrzejszych i lepszych od siebie, a próbujemy im dorównać - chcąc nie chcąc - rozwijamy się. Kiedy zaś widzimy (w naszej opinii) idiotów, nie robimy nic - bo przecież już jesteśmy ponad nimi.
Daleki jestem od snucia teorii spiskowych, przez niektórych uważany jestem za niemal betonowego sceptyka, jeśli chodzi o tego typu rzeczy, jednak gdyby spojrzeć na temat ogłupiania szerzej to naprawdę coś się dzieje. Teleturnieje ambitne po prostu umarły. Starsi z moich czytelników (ludzie w wieku 30+) na pewno pamiętają teleturniej "Wielka Gra". Polegał on na tym, że uczestnicy odpowiadali na pytania z zakresu wiedzy - nie ukrywajmy - specjalistycznej. Jeśli ktoś interesował się sztuką czy określonymi dziedzinami nauki, podczas oglądania "Wielkiej gry" mógł uzupełnić swoją wiedzę, a to co prezentowali uczestnicy bywał majstersztykiem umysłowym, bo nie dość, że często dziedziny były bardzo wąskie, to jeszcze pytania i odpowiedzi wyjątkowo szczegółowe. Ktoś powie "No ale oni się do tego przygotowywali". Owszem. Jednak za wchłonięcie takiej ilości wiedzy i niejednokrotnie wyrecytowanie jej bez zająknięcia z dodaniem własnych uwag - przeogromny szacunek dla tych ludzi. "Wielka gra" spadła z anteny w wyniku słabej oglądalności. Nadal jednak nie było źle - w jednej ze stacji komercyjnych pojawili się "Milionerzy" - format co prawda zachodni, ale również wymagający od uczestnika bardzo dużej wiedzy, tym razem ogólnej. Ale i "Milionerów" drogi telewidzu już nie uświadczysz. Został program "1 z 10" - trzyma poziom od lat i mam głęboką nadzieję, że on z anteny nie spadnie, bo... gdyby tak się stało, nie istniałby już żaden "mądry" teleturniej. Zostałyby same "teledurnieje". Czym jest "teledurniej"? To po prostu show, w którym wiedza tak naprawdę się nie liczy. Liczy się za to prezenter (rzucający się po studiu jak tchórzofretka z ADHD po dwóch kreskach amfy i pięciu mocnych kawach), głośna muzyka, ostre światło i fajerwerki. No i jakaś pani Kasia albo Jola, czyli hostessa, z którą prezenter (sądząc po wzroku) najchętniej poszedłby na parę chwil za kulisy, a jakby mógł, to wszystko co miałby zrobić za kulisami, zrobiłby po środku studia. Uczestnicy? A kto by się tam nimi przejmował. Albo stoją przestraszeni i zażenowani tym całym "tak się robi telewizję", albo starają się dostosować i... być fajni w tej formie "fajności" jaką prezentuje teleturniej. Pytania? "Wlazł kotek na płotek i... a) Mruga b) Pali szluga c) Pieprznął z płotku na bańkę popełniając samobójstwo, bo nie mógł znieść poziomu żenady, którą odpowiedź wybierasz? Mała podpowiedź, prawidłowa jest tylko jedna! Ha! Podchwytliwe, nie sądzisz?" Odpowiedzi: "Nooo, bo jak kotek... i pło... nie no, ej, bez kitu! Co to jest płotek? Ja się z takim określeniem nie spotkałaaaam! Faktycznie, trudne".
Działa tu ten sam mechanizm, który opisywałem wyżej, w przypadku scripted-docu i talk-show - widza ma skręcać przed telewizorem, bo przecież on wie! Wie, po co ten cholerny kotek wlazł na ten cholerny płotek, a ta... tak tak... "głupia pinda z cyckami na wierzchu, tępa strzała jedna takich prostych rzeczy nie umie? No ludzie, trzymajcie mnie. JA WIEM, ONA NIE WIE!" A co w domyśle? Znów jak wyżej: "Jestem mądrzejszy".
Pora zakończyć te rozważania. Jeśli dotarłeś tu drogi Czytelniku, wielkie dzięki za przeczytanie moich przemyśleń. Jeśli się zgadzasz- lajkuj, udostępniaj, podziel się opinią, ba! Możesz nawet kliknąć w reklamę pod postem - kto wie? Może to właśnie dzięki Tobie zarobię na puszkę napoju energetycznego, po którym dopadnie mnie bezsenność i stworzę kolejną treść, która Ci się spodoba? :) Jeśli post Ci "nie pasi" - komentuj, dyskutuj, wyrażaj swoją opinię. Masz prawo nie zgadzać się z jakimś dziwnym typem z Internetu, więc nie bój się tego robić. Ale najważniejsze - traktuj z dystansem to, co widzisz w TV. Dziś już wiesz dlaczego. A nie jesteś "głupim baranem", choćby dlatego, że chciało Ci się to wszystko przeczytać. Do następnego posta :)
Subskrybuj:
Posty (Atom)




















