poniedziałek, 13 lipca 2015

Wioskowy Głupek v.2.0, czyli rodowód hejtera.

Jakiś czas temu polską sieć obiegła informacja o tym, że pewien nastolatek z Bieżunia (woj. mazowieckie) popełnił samobójstwo. Według doniesień, miał on dokonać tego czynu pod wpływem fali hejtu skierowanej przeciwko niemu. Fali, która nie ustała nawet po jego tragicznej śmierci, ba! Przybrała nawet na sile. Ledwie sprawa przycichła, pojawił się kolejny przypadek - umiera 26-letnia blogerka. Śmierć z przyczyn naturalnych, sprawa bardzo przykra, bo zawsze przykro się robi, kiedy okazuje się, że Wielka Anorektyczka upomniała się o kolejne młode istnienie. I znów - portale społecznościowe zalewa fala nienawiści przeciwko tej dziewczynie. Chwila zastanowienia - co do jasnej cholery się dzieje? Kim są ludzie, którzy potrafią cieszyć się cudzą śmiercią? Kim są ludzie, którzy tej śmierci życzą i właściwie swoje życzenie zamieniają w czyn? O tym właśnie będzie dzisiejszy post.

Trucizna podawana domózgowo

Jeśli ktoś czyta mojego bloga, może zauważyć, że dość często walczę tu z mitem "lepszości" dawnych czasów. Uważam, że pewne zjawiska występowały, występują i występować będą. Zmieniają się jedynie formy i narzędzia, jednak "rdzeń" zawsze pozostaje niezmieniony. Nie inaczej jest z nienawiścią, bo ona istniała jak świat światem i - czy tego chcemy, czy nie - istnieć będzie. Problem polega na tym, że skrajna nienawiść dotyka coraz młodszych ludzi i dotyka ich zarówno ze strony czynnej (są sprawcami) jak i biernej (są ofiarami). Czy jest to nowość? Po głębszym zastanowieniu się można stwierdzić, że... nie.
Jak wiemy z historii, praktycznie każdy system totalitarny, mówiąc współczesnym językiem, stawiał na rozwój młodzieży. Komuniści mieli służbę pionierską, naziści - Hitlerjugend, faszyści - ONB. Młode umysły najłatwiej przecież nasycić ideą, a dzięki temu wychować dorosłych głosicieli tej idei. Nośnikami była propaganda - książki, ulotki, przemówienia, cała otoczka związana z wciskaniem przekonania, że to co robimy jest słuszne. Dziś co prawda, żyjemy w kraju (teoretycznie - praktyka jest zupełnie inna) wolnym od jakichś skrajnych ideologii, młodzież nadal jednak posiada to, co posiadała od zawsze - plastyczne i chłonne umysły. I tak samo jak kiedyś, dziś bardzo łatwo sprzedać młodym ludziom ideę, choćby była to idea najgłupsza.
Jak? W bardzo prosty sposób - przez Internet. Prosto do młodych mózgów, gotowych na przyjęcie wszystkiego, pozbawionych naturalnych, wynikających z dojrzałości filtrów niedorzeczności oraz chętnych na to, na co chętna jest większość dojrzewających umysłów - na poczucie przynależności do grupy. Inna sprawa, jeśli sprzedawane w ten sposób poglądy mają chociaż w teorii jakiś sens (np. poglądy polityczne) - z niektórymi zgodzić się nie sposób, ale jeśli jakiś polityk obiecuje utopię, to stara się przynajmniej nadać swojej wypowiedzi pozory sensu, na zasadzie "trzeba zrobić to, to i tamto, a będzie tak i tak". Jedni to połkną, inni nie, ale generalnie trzyma się to kupy. Gorzej, jeśli w umysły pompowana jest totalna i szkodliwa bzdura, wzięta z d...alekich zakątków kosmosu. Pompowana przez... Wioskowego Głupka w najnowszej dostępnej wersji użytkowej.

Wioskowy Głupek v. 2.0

W dawnych czasach w większości wsi obok proboszcza, sołtysa i bogatego ziemianina istniała inna ważna funkcja - wioskowego głupka. Kim był ów człowiek? Ano takim sobie wesołkiem, co to do roboty w polu niedzielne ubranie założył, klepisko w izbie rozkopał, co by skarbów pod chałupą szukać, a jak mu w karczmie gorzałki dali, to i dziewuchom kiecki podrywał, piejąc ze śmiechu i po udach się klepiąc, na obrazę niebiosom i na wstyd srogi ludziom. Kiedy wioskowy głupek miał gorszy humor, to i uważać trza było, bo w rowie z gołą dupą siadywał, naród krześcijański słowem ohydnym znieważał, do studni sąsiadowi napaskudził, a i kamień z przyzby porwać mógł i szyby przez ślkarza miastowego wstawiane za grosz niemały, pobić na kawałki. Jeśli taki delikwent przesadził, ówczesne rozwiązanie było proste - kowal wraz z grupką krzepkich chłopów wprowadzał tłumaczenie ręczne, czyli mówiąc krótko dawał w pysk, ale niezbyt mocno, bo i tak każdy zdawał sobie sprawę, że choć on szkodnik, to swój. Czasem, kiedy go pod karczmą pytali "Wacuś, chodź ino tu i powiedz, jak byś babę miał, take jak trza, ale o! Długie paluchy by miała, jak karczmarzowa Marynia, to chciałbyś take babe?" odpowiadał "Łoj co bym miał nie chcieć? Ino takich nie lubię, co paluchy długie mają, to bym ją w komorze zamykał i batem przez plecy raz i drugi, jak sołtys kobyłe, bo ja bym wtedy był wielki pan! I kobyłke bym miał, i kapelusz..." Ot, powiedział głupi głupotę i ta głupota zostawała w jego otoczeniu, bo taki gość rzadko kiedy opuszczał miejsce swojego zamieszkania, tak więc nie miał zbyt wielu szans, aby spotkać podobnych sobie, ani aby podzielić się z szerszym audytorium swoimi zwichrowanymi poglądami.
Czasy się zmieniły. Do wsi takie śnury pociągnęli, jaśnie pan jenzinier mówili, że w nich jakowyś prund, co to niby chłopa ubić może, ale i maszyną rucha jako żywą, a i w chałupie jasno jak w południe, choć północek. Dziwy panie! Mijały lata, świat się zmieniał, ale instytucja wioskowego głupka pozostała. Zmieniła się nawet nazwa, bo głupek zamieszkał w mieście, kupił sobie komputer, zainstalował łącze internetowe... Z pozoru normalny gość, ale... "gen głupoty" po poprzednikach wreszcie doszedł do głosu. Obudził się taki któregoś dnia, dowiedział się o czyjejś śmierci, w odmętach swojego pustego łba uznał to za śmieszne. Kiedy jego pradziad śmiał się na pogrzebie sąsiadki i pod karczmą gadał o obijaniu batem dziewuch z długimi palcami, każdy pokazał kółko obok głowy lub załamał ręce. A dziś? Dziś wystarczy napisać i... czekać na reakcję internetowych wioskowo-miejskich głupków. Odpowiedzą na pewno. Pomogą w powielaniu idiotycznego zachowania, uznając je za wyjątkowo zabawne i jednocząc się z pomysłodawcą. Do nich dołączy dzieciarnia, która dawniej za wioskowym głupkiem podążała grupą i dla śmiechu będzie popierała i rozpowszechniała idiotyzmy dalej. Efekt znamy wszyscy - nawet skrajnie inteligentna jednostka nie ma szans z grupą atakujących idiotów. Istnieje w łacinie takie powiedzenie - "nec Hercules contra plures". Po naszemu - "i Herkules dupa, kiedy ludzi kupa".

"A gdzie byli rodzice?"

Wiemy już kto nakręca internetowy hejt - liczba ludzi go tworzących tak naprawdę jest niewielka. To właśnie te "wioskowe głupki" - kiedyś bzdurzące pod karczmą, dziś online. Jednak ich praca przy sianiu zwykłej nienawiści skończyłaby się fiaskiem, gdyby nie rozpowszechniający ją dalej. Kto to jest? Ano banda dzieciaków i - delikatnie mówiąc - średnio rozgarniętej młodzieży. Od dawnych czasów właściwie niewiele się zmieniło. Tak jak za Wacusiem-głupkiem podążała grupka roześmianych dzieciaków, tak i dziś Wacuś_łysy_88 znajdzie spore grono fanów. Fanów, którzy być może w głębi ducha nie popierają jego wizji, ale skoro "dzieje się", to dla rozrywki można do tego dołączyć. Tyle, że kiedy "analogowy" Wacuś przesadzał i zachowanie śmieszne zmieniało się w gorszące czy niebezpieczne, mądrzy rodzice zwyczajnie zaczynali izolować swoje dzieci od takiego typa. Z Wacusiem cyfrowym jest ten problem, że nie zawsze można. Choć, rzecz jasna da się i wcale nie jest to takie trudne.
Pytanie o to, gdzie byli rodzice, kiedy powstawały komentarze skierowane przeciwko nastolatkowi czy zmarłej blogerce, pojawiało się wyjątkowo często. A ja znam na nie odpowiedź. Rodzice byli... w drugim pokoju. Po raz kolejny powtórzę, że ani temu chłopakowi, ani rodzinie nieżyjącej blogerki, ani nikomu innemu, kto poniósł szkody przez sieciowy hejt, nie zaszkodził internet. Zaszkodzili wyłącznie fizyczni ludzie, którzy posłużyli się siecią jako narzędziem. Ludzie, którzy przez nikogo nie kontrolowani wylewali wiadra pomyj w stronę niewinnych ludzi. W większości właśnie dzieciarnia, inspirowana głosem być może starszych, ale na pewno głupszych. Tradycyjnie zabrakło więc kontroli rodziców. I - tradycyjnie - cholernie mnie to dziwi. Żyjemy w XXI wieku. Internauta to już dawno nie jest pryszczaty komputerowy nerd w okularach jak denka od flaszek i we flanelowej koszuli w kratę, a zwyczajny człowiek. Internauta to przeciętny człowiek, który nie musi już zaglądać "pod maskę" systemu informatycznego, aby zeń korzystać sprawnie - jest zwyczajnym użytkownikiem. Internauci to... w ogromnej ilości przypadków rodzice dzieciaków siejących hejt, ba! Ludzie, którzy być może byli pierwszymi trollami w polskim usenecie i na powstających w ich czasach forach. To niejednokrotnie "budowniczowie" miejsc w sieci, które dziś wszyscy znają. Nie rozumiem więc, czemu marginalizują internet jako miejsce, gdzie ich dzieciak może narobić sobie i komuś problemów? Przecież doskonale wiedzą, jakie zagrożenia on niesie. Może wystarczy z dzieckiem... uwaga, uwaga, bo jedzie rolwaga - POGADAĆ? Nie, nie według nowoczesnych podręczników znanych i uznanych psychologów zza wielkiej kałuży, nie według rad oświeconych, anonimowych mamuś z przeróżnych dziwnych forów, nie z myślą w głowie "mam dziecko, ale w sumie nie mam pojęcia jak je obsługiwać", a po ludzku, po rodzicielsku, normalnie. Rozmawiać to nie tylko mówić. To także słuchać. Choćby po to, aby wychwycić określenia charakterystyczne dla niektórych miejsc w sieci, które dla dziecka nie są odpowiednie. Jeśli się ich nie rozumie (nic w tym dziwnego - sieciowa mowa zmienia się jak w kalejdoskopie - kilka lat dla języka internetu to jak dla języka literackiego cała wielka epoka), to sprawdzić. Wujek G. nie gryzie. Słuchać też po to, aby usłyszeć wołanie o pomoc, bo jeśli dziecko nie jest sprawcą sieciowej przemocy, zawsze może być jej ofiarą. Ale przede wszystkim uświadamiać dziecko, że sieć nie jest miejscem anonimowym, każde wykroczenie czy przestępstwo w niej popełnione naprawdę nie jest trudne do wykrycia, a sprawca do ustalenia. Wszystko zależy wyłącznie od woli tych, którym mogłoby na tym zależeć. Być może taka rozmowa i odpowiedni nadzór doprowadzi do tego, że za kolejnym wioskowym przygłupem nie pójdą tłumy i nie stanie się kolejna tragedia.



poniedziałek, 25 maja 2015

Opuszczone & porzucone #2: Poniemiecka lokomotywownia w radomskiej dzielnicy Potkanów.

Mieszkańcy południowej części Radomia znają doskonale to miejsce. Dwa ceglane budynki wyrastające po środku szczerego pola, pomiędzy nimi rząd wybetonowanych rowów w ziemi, a w głębi kompleksu szczątki klatki schodowej. Miejscowi różnie nazywają ten obiekt. Spotkałem się z określeniami takimi jak "bunkry", "strzelnica", "magazyn", jednak po przeanalizowaniu źródeł historycznych okazało się, że żadna z tych nazw nie jest właściwa. Czym był więc kompleks budynków na Potkanowie? Lokomotywownią. A właściwie miał nią być, jednak o tym później.
Czym jest lokomotywownia? Lokomotywownia, dziś nazywana elektrowozownią jest zakładem zajmującym się obsługą pojazdów kolejowych, głównie lokomotyw.
Historia tej konkretnie zaczyna się w okresie II wojny światowej. Budynki lokomotywowni powstają w celu obsługi linii kolejowej łączącej Lublin i Kielce. W planach jest także budowa nowej linii do Ostrowca Świętokrzyskiego. Prace zostają przerwane ze względu na natarcie wojsk radzieckich. Do momentu, w którym inwestycja została przerwana powstaje hala przeglądowa, kanały służące do usuwania żużla z parowozów oraz brama wjazdowa. Wbrew pogłoskom budynki niedokończonego kompleksu nie zostały przez Niemców wysadzone w powietrze. Ich stan "zawdzięczamy" okolicznej ludności, która od momentu zakończenia wojny sukcesywnie rozbierała budynki, pozyskując tym sposobem cegły. Obecnie w tym miejscu znajdują się ruiny dwóch budynków (prawdopodobnie to część hali), wybetonowane kanały, oraz w części północnej duży fragment muru ze schodami (najpewniej część klatki schodowej w hali).
Jak lokomotywownia na Potkanowie wygląda obecnie? Źle. Mury, chociaż mocne, są regularnie dewastowane. Już nie w celu pozyskiwania surowca w postaci cegieł, a z czystej nudy. Teren z roku na rok staje się coraz bardziej zaśmiecony, co ułatwia fakt, że nie jest on w żaden sposób pilnowany.
Podczas eksploracji warto uważać na wspominane wyżej rowy - nie są zbyt głębokie, jednak latem nie widać ich pomiędzy zaroślami. Warto patrzeć pod nogi, aby uniknąć przykrej niespodzianki. Nie polecam także wspinania się na wyższą kondygnację budynku - Niemcy budowali solidnie, ale "parę" lat już minęło. Posadzka jest, ale pod naszym ciężarem może... przestać być :)
Czym byłby post z gatunku urbex bez garści
zdjęć? Oto więc kilka ujęć z opisywanej okolicy. Niestety, zdjęcia są dość stare, pochodzą z 2011 roku. Mam jednak zamiar wybrać się tam podobnie, tak więc niebawem powstanie "aneks" do tego posta, będący ilustracją przebiegu planowanej drogi kolejowej. Tymczasem jednak - zdjęcia:

Widok ogólny lokomotywowni. Na pierwszym planie jeden z dwóch budynków. Jak widać, obiekt był przynajmniej dwupiętrowy.
Znane wszystkim bywalcom tego miejsca "schody do nieba". Tu prawdopodobnie znajdował się kolejny budynek stanowiący "narożnik" hali. Być może identyczny jak dwa, które stoją do tej pory.
Jeden z budynków widziany z bliska.
Widok z wnętrza budynku na komin ciepłowni "Południe"
Jeszcze inna perspektywa. Z boku budynku widać ślad po biegnącej tamtędy klatce schodowej.
Ten sam budynek, znów - jeszcze inna perspektywa :)

niedziela, 17 maja 2015

Opuszczone & porzucone #1: Zakłady Produkcji Specjalnej w Pionkach.

Jedną z najpopularniejszych notek na moim blogu jest poradnik dotyczący zasad eksploracji miejskiej, a więc urbeksu. Czym jest ta zabawa, jakie niebezpieczeństwa ze sobą niesie oraz jak ich unikać - wszystko to (i jeszcze więcej) pod wyróżnionym linkiem.
Dzisiejszy wpis rozpocznie cykl notek potwierdzających fakt, że ja jako autor powyższego poradnika nie jestem jedynie teoretykiem. Eksplorowałem i jeśli trafi się okazja - nadal eksploruję miejsca opuszczone, porzucone i zapomniane. Czemu lubię to robić? Wyprawy na "miejscówki" traktuję jak wizyty w muzeum. Bo są to muzea, choć bardzo dziwne. W tych muzeach nie dba się o eksponaty, często eksponatów nawet nie ma. Te muzea są regularnie rozkradane przez złomiarzy, dewastowane przez szczęśliwych posiadaczy jedynie 1/4 mózgu normalnego człowieka, w końcu powoli pochłaniane przez otaczającą je naturę. To muzea nietrwałe. Co jest więc w nich wystawiane? Historia. I to w solidnej dawce. Każdy opuszczony budynek, fabryka, schron czy innego rodzaju konstrukcja to opowieść o ludziach, dla których to miejsce stanowiło część życia, to także opowieść o ideach i pomysłach, które tu realizowano, czasem o tragediach jakie miały tu miejsce. Jakieś biurko, przy którym już nikt nie usiądzie, telefon którego nikt nie odbierze, jakieś dokumenty wypełnione kiedyś czyjąś ręką, wtedy bardzo ważne - dziś śmieci. I kontrasty. Wejście do dawnej hali fabrycznej, na drzwiach ostrzeżenie przed hałasem - "kuźnia - chroń słuch!". Wchodzimy i... cisza. Cisza śmiertelna, martwa. Ludzie dawno stąd wyszli, maszyny wywieziono. Została tylko tabliczka. Jej nikt nie zdjął, bo i po co? Ostrzega więc uparcie przed niebezpieczeństwem, którego nie ma. Na zewnątrz budynku już dawno inny świat, a ona nadal ostrzega. Cytując Exupery'ego, "rozkaz się nie zmienił". Wyniosą ją kiedyś razem z gruzami ściany, do której była przyczepiona.
Po to właśnie włażę do miejsc, które każdy omija szerokim łukiem - po historię. I po przygodę rzecz jasna.

Kiedy mój kuzyn kilka lat temu zaproponował mi wyjazd w celu obadania opuszczonej części ZTS "Pronit" w Pionkach, nie zastanawiałem się nawet przez chwilę. W okolicach 2013 roku była to niemalże mekka eksploratorów z całej Polski. Z olbrzymim terenem zakładu wiązało się wiele mrocznych opowieści, zarówno tych opartych na faktach, jak i zupełnie paranormalnych. O ile faktem jest, że w jednym z budynków "Pronitu" znaleziono ciało młodego mężczyzny, to już "lokalne podania" o duchach nawiedzających te części kompleksu, które w okresie ostatniej wojny stanowiły obóz pracy, wydają być się legendą miejską. Wiem jedno - z powietrza się te wszelkie domniemania nie wzięły, bo "Pronit" zawsze był miejscem mocno tajemniczym. I to o randze tajemnicy państwowej...

Zakłady Tworzyw Sztucznych w Pionkach k. Radomia wywodzą się bezpośrednio z istniejącej przed wojną Państwowej Wytwórni Prochu i Tworzyw Kruszących. Wytwórnia ta powstała w roku 1923 w pobliżu podradomskiej wsi Zagożdżon, w sercu Puszczy Kozienickiej. Ze względu na charakter produkcji (materiały wybuchowe dla górnictwa i wojska, pociski) takie położenie było bardzo korzystne z dwóch względów. Pierwszym rzecz jasna była tajność inwestycji i ochrona jej przed osobami postronnymi. Drugi powód to bezpieczeństwo w przypadku awarii lub niekontrolowanego wybuchu.
Ciekawostką jest to, że "Pronit" był również wytwórnią... płyt winylowych zawierających muzykę. Dziś płyty "pronitowskie" są swojego rodzaju rarytasem wśród kolekcjonerów winyli i analogowo odtwarzanej muzyki. Wraz z fabryką rozwijało się miasto Pionki. Upadek PRL i kryzys dotyczący polskiego przemysłu w okresie lat 90 spowodowały także upadek "Pronitu". Obecnie zakład funkcjonuje częściowo, spora jego część jest opuszczona, jednak nadal pilnie strzeżona, gdyż w "Pronicie" w dalszym ciągu produkuje się pociski (Zakład Produkcji Specjalnej) oraz amunicję myśliwską (Fabryka Amunicji Myśliwskiej).

Mówi się, że jeden obraz wart jest więcej niż tysiąc słów. Oto więc krótki fotozapis tego, co widzieliśmy wraz z kuzynem na terenie swojego czasu największego w kraju przedstawiciela hmm... przemysłu rozrywkowego :)

Jeden z magazynów. W oczy rzuca się ciekawy sposób rozwiązania oświetlenia. Cała instalacja elektryczna wyprowadzona jest na zewnątrz budynku, nawet lampy świecą do wnętrza przez specjalne świetliki. W czym rzecz? Chodzi o minimalizację ryzyka iskrzenia, a więc także wybuchu, bo w tym magazynie przechowywano rzeczy takie jak...  
... to :) Czym jest TO na pewno nie trzeba wyjaśniać, o ile oczywiście ktoś nie spał na lekcji chemii. Jeśli spał - nitroceluloza jest materiałem łatwopalnym i skrajnie wybuchowym. Oczywiście opakowanie było puste, ale w czasach świetności Pronitu "trochę" tego towaru wykorzystywano. Ot, jak pisałem wyżej - przemysł rozrywkowy ;)

Jako że profil produkcji ZPS to szeroko pojęta chemia, również i takie ostrzeżenia można było tam napotkać. To kłamało. W innym miejscu co prawda ostrzeżenia nie było, a... ostrzegać było przed czym. To jednak dłuższa historia, bo przydałoby się...

...to. Ale na szczęście okazało się zbędne. Taka sympatyczna, gumowa mordka. Grunt to bezpieczeństwo.

Były więc dokumenty, których nikt już nie odczyta...

...manometry wskazujące to słynne "mniej niż zero"...
...i instrukcje, z których nikt już nie skorzysta. Z prostej przyczyny - ciężko jest skorzystać z czegoś, czego... no jakby nie patrzeć... nie ma? :)
Przyjemna, postapokaliptyczna scenka.
Ciepłownia. Widok z sąsiedniego, wyższego budynku. Warto wspomnieć, że pionkowski zakład był właściwie "miastem w mieście". Posiadał własną ciepłownię, system wodociągowy i zasilanie elektryczne. Ze względu na produkowane tu "zabawki" taki poziom niezależności od świata zewnętrznego był oczywisty.
Ta sama ciepłownia, tym razem widok z poziomu ziemi.
Wnętrze powyższego obiektu. Po kotłach i większości wyposażenia nie ma już śladu. Być może to sprawka złomiarzy, być może współczesnych właścicieli zakładu.
Jeden z elementów wspominanego systemu uniezależniającego fabrykę od otoczenia - wieża ciśnień, do której podłączony był wodociąg.

I tu kończy się historia. Nie wiem jak dziś wygląda ten teren, ale zapewne dawno przejęty został przez prywatnych inwestorów. Co jakiś czas pojawiają się informacje o przywróceniu dawnej świetności tym terenom, być może komuś się to wreszcie udało. Warto pamiętać o "Pronicie", w końcu wielu miłośników broni wie, że... nie ma to jak kulki z Pionek :)

sobota, 16 maja 2015

"Telewizja jest stworzona na wasze podobieństwo" czyli policjanci w szkole obok szpitala.

Kilka dni temu postanowiłem obejrzeć jakiś film z gatunku sci-fi. Żeby utrudnić sobie zadanie, za kryterium postawiłem sobie między innymi to, że ma być to film... polski. Niewiele osób bowiem wie, że Polacy kręcili naprawdę niezłe filmy z tego gatunku. Naprawdę. Polskie kino to nie tylko Karolak. Polskie kino to cała seria filmów mocno ambitnych. Wybór padł na "Wojnę światów - następne stulecie" w reżyserii Piotra Szulkina. Tytuł nawiązuje do jednej z pozycji, którą każdy szanujący się fan fantastyki znać powinien. Mowa o książce "Wojna światów" Orsona Wellsa, zresztą oba te dzieła stanowią pewien zazębiający się układ, ale to temat na osobną notkę. Fabuła filmu Szulkina w błyskawicznym skrócie: na Ziemię przybywają Marsjanie, w teorii deklarują, że kochają Ziemian. Jedyne, czego potrzebują to ludzka krew. Fakt, że Ziemianie ją oddają, dla Marsjan ma być największym dowodem wzajemnej przyjaźni i miłości. Do akcji uszczęśliwiania przybyszów dołącza telewizja, która nakazuje oddawać krew dla naszych pozaziemskich przyjaciół. I wokół tego właśnie kręci się cała myśl przewodnia filmu - wokół wpływu telewizji na rzeczywistość - telewizyjnych manipulacji i prania mózgów przy pomocy tego medium. Inspiracją do tej notki był pewien fragment "Wojny światów":


O czym mówi Iron Idem, główny bohater filmu? O współczesności. Naprawdę ciężko byłoby się z nim nie zgodzić - to przemówienie to ponure proroctwo. W latach 80 w naszym kraju być może trudno byłoby w nie uwierzyć, jednak kiedy oglądamy to dziś, śmiało możemy powiedzieć "Jasna cholera... tak jest!". O tym właśnie będzie dzisiejsza notka. O tym, w jakim stopniu proroctwo się spełniło i jaki ja mam do tego stosunek.

"Im głupszy był mój program, tym wy czuliście się mądrzejsi"

Według źródeł pierwszy był "Werdykt" - program fabularno-dokumentalny prezentujący rzekomo prawdziwe kazusy, które swój finał odnalazły na sali sądowej. Sali rzecz jasna telewizyjnej, na którą wstęp przy pomocy szklanego ekranu miał każdy telewidz. Był to koniec lat 90, format nie miał chyba zbyt wielu zwolenników, bo temat na jakiś czas przycichł. Potem pojawił się "W-11 Wydział Śledczy" i... poszło! Produkcje z gatunku scripted docu wprost zalały ramówki. Obecnie emitowana jest ich ogromna ilość. Czego dotyczą? Wszystkiego! Autorzy oprócz ukazywania "scenek z życia codziennego" pozwalają widzowi zajrzeć do miejsc takich jak:

- Szkoła (gimnazjum i liceum)
- Szpital
- Sala sądu rejonowego
- Sala sądu rodzinnego
- Posterunek policji
- Posterunek straży pożarnej
- Siedziba prywatnych detektywów
- Siedziba prywatnego detektywa zajmującego się tropieniem zdrad
- Środowisko polskich emigrantów

Uff, trochę tego jest, nie sądzicie? Do tego praktycznie każda stacja ma swoją wersję programu ukazującego "prawdziwe historie, które mogą zdarzyć się każdemu". Jednak lecimy dalej - oprócz tych programów zawsze możemy trafić na jakiś talk-show. Talk show, do którego zapraszani są oczywiście "prawdziwi ludzie, z prawdziwymi problemami". Jak bardzo prawdziwi są to ludzie? Ano tak bardzo, że występująca we wtorek trzydziestoletnia cnotliwa Stenia, która po mieszkaniu chodzi niemal w habicie, aby nie podniecić swojego chłopaka, już w czwartek zamienia się w trzydziestoletnią Dżesikę, której pasją jest solarium, drogie prezenty i szybki seks w dyskotekowej toalecie.
Tak, zgadliście. To ta sama osoba, bo tajemnicą poliszynela jest to, że uczestnicy talk-show to po prostu... aktorzy-amatorzy. Ich "przedkamerowe" ego pochodzi z przygotowanego wcześniej scenariusza. Wystarczy dobrze przeszukać sieć, aby dowiedzieć się, że za występ w talk-show można dostać nawet 400 złotych - cena tym wyższa, im większego idiotę przyjdzie nam grać.

Chwilami aż mam ochotę się tam zgłosić. Co powiecie na to, aby mnie, Arkadiusza - człowieka o urodzie typu "postrach kobiet w zakresie wiekowym 15-50+" i o gracji telewizora marki Rubin niesionego przez kompletnie pijanego typa, przerobiono na przykład na jakiegoś Darka, ksywa "Ogier", króla parkietu dyskoteki "Paradajs" w Wygwizdowie-Kolonii, który co sobota wyrywa dupeczki na swoje pełnoletnie BMW? Oprócz swojej wątpliwej urody mogę dorzucić wadę wymowy - kiedyś miałem, dziś nie mam, ale nadal świetnie umiem ją symulować (Sid leniwiec - mówi Wam to coś? ;) ). Wiecie co jest najgorsze? LUDZIE  BY TO KUPILI!
Czemu? Odpowiedź jest prosta. Przeciętny odbiorca tego typu dzieł, który ogląda je na poważnie - ogląda je w konkretnym celu. Tym celem jest poprawa samooceny. Problemy bohaterów talk-show i scripted docu są banalne lub totalnie przerysowane. Cała zabawa polega na tym, aby widz patrzący w ekran mógł pomyśleć "Jezu, ale grzbiet!", "Matko Boska z której bądź kapliczki! Ale debilka! No tępa strzała jak pragnę bańki w totka!", a za chwilę skonfrontować to z samym sobą i znów pomyśleć: "No... ale ze mną to jeszcze nie jest tak źle... Umiem się wysłowić, coś tam o świecie powiedzieć, nie... nie jest źle, jeszcze nie jest źle".

"Przestańcie być bandą głupich baranów!" czyli teledurniej.

Oglądanie wyżej wymienionych "dzieł" jest bardzo szkodliwe. Ja, aby przygotować się do napisania tej notki, musiałem kilka z nich obejrzeć. Lubię mówić o tym, co sam widziałem i co znam. Nikt nie zgłupieje, jeśli od czasu do czasu obejrzy coś takiego, aby na chwilę wyłączyć mózg i zwyczajnie się pośmiać. Problem pojawia się w w chwili, kiedy ktoś zaczyna wierzyć w cały ten wykreowany światek i zaczyna odczuwać to, o czym pisałem wcześniej - poczucie wyższości nad sztucznymi bohaterami. A uwierzcie, są tacy ludzie. Ba! Ja znam takich ludzi osobiście. Szkoda, jaką wywołuje wiara w telewizyjne treści polega na zaniedbaniu własnego samorozwoju. To bardzo logiczne - kiedy widzimy ludzi mądrzejszych i lepszych od siebie, a próbujemy im dorównać - chcąc nie chcąc - rozwijamy się. Kiedy zaś widzimy (w naszej opinii) idiotów, nie robimy nic - bo przecież już jesteśmy ponad nimi.

Daleki jestem od snucia teorii spiskowych, przez niektórych uważany jestem za niemal betonowego sceptyka, jeśli chodzi o tego typu rzeczy, jednak gdyby spojrzeć na temat ogłupiania szerzej to naprawdę coś się dzieje. Teleturnieje ambitne po prostu umarły. Starsi z moich czytelników (ludzie w wieku 30+) na pewno pamiętają teleturniej "Wielka Gra". Polegał on na tym, że uczestnicy odpowiadali na pytania z zakresu wiedzy - nie ukrywajmy - specjalistycznej. Jeśli ktoś interesował się sztuką czy określonymi dziedzinami nauki, podczas oglądania "Wielkiej gry" mógł uzupełnić swoją wiedzę, a to co prezentowali uczestnicy bywał majstersztykiem umysłowym, bo nie dość, że często dziedziny były bardzo wąskie, to jeszcze pytania i odpowiedzi wyjątkowo szczegółowe. Ktoś powie "No ale oni się do tego przygotowywali". Owszem. Jednak za wchłonięcie takiej ilości wiedzy i niejednokrotnie wyrecytowanie jej bez zająknięcia z dodaniem własnych uwag - przeogromny szacunek dla tych ludzi. "Wielka gra" spadła z anteny w wyniku słabej oglądalności. Nadal jednak nie było źle - w jednej ze stacji komercyjnych pojawili się "Milionerzy" - format co prawda zachodni, ale również wymagający od uczestnika bardzo dużej wiedzy, tym razem ogólnej. Ale i "Milionerów" drogi telewidzu już nie uświadczysz. Został program "1 z 10" - trzyma poziom od lat i mam głęboką nadzieję, że on z anteny nie spadnie, bo... gdyby tak się stało, nie istniałby już żaden "mądry" teleturniej. Zostałyby same "teledurnieje". Czym jest "teledurniej"? To po prostu show, w którym wiedza tak naprawdę się nie liczy. Liczy się za to prezenter (rzucający się po studiu jak tchórzofretka z ADHD po dwóch kreskach amfy i pięciu mocnych kawach), głośna muzyka, ostre światło i fajerwerki. No i jakaś pani Kasia albo Jola, czyli hostessa, z którą prezenter (sądząc po wzroku) najchętniej poszedłby na parę chwil za kulisy, a jakby mógł, to wszystko co miałby zrobić za kulisami, zrobiłby po środku studia. Uczestnicy? A kto by się tam nimi przejmował. Albo stoją przestraszeni i zażenowani tym całym "tak się robi telewizję", albo starają się dostosować i... być fajni w tej formie "fajności" jaką prezentuje teleturniej. Pytania? "Wlazł kotek na płotek i... a) Mruga b) Pali szluga c) Pieprznął z płotku na bańkę popełniając samobójstwo, bo nie mógł znieść poziomu żenady, którą odpowiedź wybierasz? Mała podpowiedź, prawidłowa jest tylko jedna! Ha! Podchwytliwe, nie sądzisz?" Odpowiedzi: "Nooo, bo jak kotek... i pło... nie no, ej, bez kitu! Co to jest płotek? Ja się z takim określeniem nie spotkałaaaam! Faktycznie, trudne".
Działa tu ten sam mechanizm, który opisywałem wyżej, w przypadku scripted-docu i talk-show - widza ma skręcać przed telewizorem, bo przecież on wie! Wie, po co ten cholerny kotek wlazł na ten cholerny płotek, a ta... tak tak... "głupia pinda z cyckami na wierzchu, tępa strzała jedna takich prostych rzeczy nie umie? No ludzie, trzymajcie mnie. JA WIEM, ONA NIE WIE!" A co w domyśle? Znów jak wyżej: "Jestem mądrzejszy".

Pora zakończyć te rozważania. Jeśli dotarłeś tu drogi Czytelniku, wielkie dzięki za przeczytanie moich przemyśleń. Jeśli się zgadzasz- lajkuj, udostępniaj, podziel się opinią, ba! Możesz nawet kliknąć w reklamę pod postem - kto wie? Może to właśnie dzięki Tobie zarobię na puszkę napoju energetycznego, po którym dopadnie mnie bezsenność i stworzę kolejną treść, która Ci się spodoba? :)  Jeśli post Ci "nie pasi" - komentuj, dyskutuj, wyrażaj swoją opinię. Masz prawo nie zgadzać się z jakimś dziwnym typem z Internetu, więc nie bój się tego robić. Ale najważniejsze - traktuj z dystansem to, co widzisz w TV. Dziś już wiesz dlaczego. A nie jesteś "głupim baranem", choćby dlatego, że chciało Ci się to wszystko przeczytać. Do następnego posta :)

wtorek, 12 maja 2015

DiabelskieNasienie.exe czyli dlaczego nie zostałem maniakalnym mordercą, choć w sumie by wypadało.

Zaledwie kilka dni temu Polskę obiegła szokująca wiadomość - dwóch nastolatków zamordowało babcię jednego z nich, ciężko ranili dziesięcioletnią dziewczynkę, a następnie obaj sporządzili kilka koktajli Mołotowa, ukryli się w pustostanie i tak przygotowani oczekiwali na policjantów.
Media bardzo szybko wskazały głównego winnego tej tragedii. Oczywiście był to sprawca niemal służbowy, wyciągany z szuflady praktycznie w każdym podobnym przypadku - GRY KOMPUTEROWE! Tak. Nastolatkowie grali w gry, postanowili więc przenieść treść gier do realiów i zacząć zabijać naprawdę. Straszne? Straszne. Zastanawiam się jedynie, czy wina leży właśnie tam, gdzie starają się wskazać nam wszystkim media. I o tym właśnie będzie ten wpis. Spróbuję ocenić, czy gry faktycznie szkodzą, a jeśli szkodzą, jak temu zaradzić? A jeśli nie szkodzą? Albo tylko trochę? Zapraszam.

START GAME


Kawałek historii - gram od dawna. Można śmiało powiedzieć, że od dzieciństwa. Pierwszym urządzeniem służącym elektronicznej rozrywce w moim przypadku była znana i lubiana konsola Pegasus. Później właściwie pełnoprawny komputer - Amiga 1200. W okolicach drugiej lub trzeciej klasy gimnazjum dostałem komputer klasy PC - boska machina, z procesorem 1.8 Ghz, 256 megabajtami RAM i 128 megabajtową kartą graficzną na pokładzie. I pod kontrolą najnowszego wtedy Windowsa XP. Grało się! Oj, jak się grało. Gry zawsze stanowiły dla mnie chwilową odskocznię od rzeczywistości. Pomimo, że na samym PC przeszedłem ich około sześćdziesięciu, nigdy nie uważałem się za jakiegoś hardkorowego gracza. E-rozrywkę traktowałem na równi z literaturą czy dobrym filmem. Przyznaję bez bicia - nie raz zdarzało mi się grać w tytuły, które zdecydowanie nie były przeznaczone dla mojej kategorii wiekowej, ale... to samo dotyczyło również książek czy filmów, w końcu te 18+ zawsze są ciekawsze, kiedy my sami jesteśmy poniżej tego magicznego wieku. Ot, ciekawość nastolatka. Dziś powoli zbliżam się do trzydziestki i chwilami zastanawiam się, co ze mną było nie tak? Przecież według mediów powinienem któregoś dnia wziąć jakąś srogą kosę i zadźgać nim członka rodziny. Tak po prostu. Bo (według mediów of course) powinno mi się wydawać, że moja ofiara zaraz wstanie. Ma przecież kilka żyć. Jak w grze...

PAUSE

Tak właśnie. Pauza. Stop. Drogie media, proszę Was bardzo - nie przedstawiajcie graczy, jako totalnych idiotów, którym świat gry miesza się ze światem realnym. Czy Wam naprawdę się wydaje, że przeciętny nastolatek UWAŻA, że jeśli kogoś zabije, to ten ktoś za chwilę wstanie, bo przecież ma drugie życie? Nie. Jeśli zaś człowiek w wieku 14-16 lat faktycznie tak uważa, to nie izolacja od gier mu jest potrzebna, a wizyta u lekarza psychiatry. I to nie jedna, a szereg, z właściwym leczeniem farmakologicznym w tle.
Problem w mojej opinii leży właśnie tu. W psychice. Jeśli jest z nią wszystko w porządku, nie ma opcji, aby gry wpłynęły na nią do tego stopnia, że gracz jest w stanie popełnić przestępstwo. Równie dobrze w miejsce gry można wstawić np. książkę (a o efekcie Wertera drogie media słyszały? Wydanie "Cierpień młodego Wertera" spowodowało wzrost samobójstw młodych ludzi i nie byli to bynajmniej współcześni licealiści, którzy muszą się z tym dziełem zapoznawać w ramach zajęć języka polskiego. Później "efektem Wertera" nazwano to, co opisuje treść w linku). Można tam też wstawić film (sporo zbrodni i filmów było inspirowanych właśnie dziełami z Hollywood), można też ostatecznie wstawić utwór muzyczny, obraz... jakiekolwiek medium. Czemu? Ano temu, że to nic innego jak zapalniki. Zapalniki uruchamiające w psychice z problemami określone mechanizmy.
Tragedia, która wydarzyła się w przypadku opisywanej na początku zbrodni, wydarzyła się tak naprawdę kilka, może kilkanaście lat wcześniej. Z tymi ludźmi było coś nie tak WCZEŚNIEJ. Zanim jeszcze dotknęli klawiatury i myszki, aby grać. Ktoś czegoś nie zauważył, ktoś coś olał, ktoś stwierdził, że "tak ma być". No ale kiedy w ruch poszedł nóż, to winne okazały się gry. I tylko one.

RESUME GAME

Wiemy już, że to nie gry są winne, a psychika. Co więc robić? Pewne środowiska na pewno krzyknęłyby "Zakazać gier!". To ja im odkrzyknę: "Zakazać noży, samochodów i kąpieli w wannie. I pod prysznicem! W ogóle zakazać kąpieli!" Będziemy jedli wszystko w całości, wszędzie chodzili pieszo i będzie od nas śmierdziało na kilometr, ale przynajmniej będziemy bezpieczni!" Nie tędy droga. Zakazywać, owszem. Ale na poziomie dostępu KONKRETNEJ jednostki do KONKRETNEGO tytułu/gatunku. Kto ma to robić? Na pewno nie ogólnie pojęte państwo, a... rodzice. Nikt nie zna swojego dziecka lepiej niż jego własny rodzic. Wystarczy... obserwować. Naprawdę. Tylko tyle i aż tyle. Rodzic nie musi być zawodowym psychologiem, aby mógł ocenić, że z dzieckiem coś nie gra, stało się bardziej agresywne, coś nienaturalnie pochłania jego myśli. Radę tę kieruję głównie do współczesnych rodziców (zakres wiekowy 25-35 lat), a więc do pokolenia, dla którego komputer i jego zawartość to nie jest już czarna magia. Nie bójcie się tej wiedzy wykorzystać w praktyce. Widać zmiany? Widzimy, że to właśnie w wyniku zbyt długiego grania, zbyt mocnego angażowania się w grę? "Synu, córko, nie grasz! Ta gra ci szkodzi!". Każdy człowiek rozwija się inaczej, na każdego te same rzeczy wpływają inaczej. Gwarantuję, że samo to znacznie może zminimalizować ryzyko, że dziecko stanie się przestępcą. Zwracanie uwagi i ROZMOWA. Nie tylko o i w obrębie e-rozrywki. Zwracanie uwagi właśnie na codzienne problemy - szkolne, podwórkowe, być może rodzinne. Tak, rodzinne, generowane przez samych rodziców. Dorośli wielokrotnie nie zdają sobie sprawy z tego, że szeregiem swoich zachowań po prostu swoje dzieci RANIĄ. Rana zadana przez bliską, kochaną osobę boli dwa razy mocniej i goi się dwa razy dłużej. A psychika pokryta bliznami to psychika podatna na wiele późniejszych problemów. Przestępstwo inspirowane grą? A czemu nie? Jeśli będzie chodziło o zwrócenie na siebie uwagi, każdy zapalnik będzie dobry. A powtarzam - gra jest tylko zapalnikiem. Tylko.

QUIT GAME

Był to kolejny wpis, w którym starałem się Wam przybliżyć moje spojrzenie na pewne kwestie. Bardzo nie lubię szybkiego wskazywania winnych, szybkich osądów i szybkich wyroków. Tym naprawdę można kogoś skrzywdzić. Media doskonale o tym wiedzą, ale nadal to robią. Po prostu taki sposób stawiania sprawy bardzo łatwo sprzedać, a o to właśnie chodzi. Nie dajmy sobie wmówić, że złe są martwe przedmioty, czy jak w tym przypadku - programy. Źli czy w jakiś sposób psychicznie zaniedbani mogą być jedynie LUDZIE. Ludzie, którzy z tych rzeczy nieprawidłowo korzystają. Problem zawsze jest wewnątrz ludzi, w przedmiotach, które ich otaczają - nigdy. One po prostu są.

wtorek, 9 grudnia 2014

Jestę alternatywny, czyly fejsbók jezd gópi (?)

Serwisy społecznościowe właściwie od początku swojego istnienia budziły kontrowersje. Wiele mądrych głów z zakresu psychologii oraz socjologii zastanawiało się, co właściwie przyciąga ludzi do takich miejsc w Internecie. Jedni twierdzili, że to naturalne - człowiek jest zwierzęciem stadnym, więc dąży do socjalizacji. Drudzy z kolei stwierdzali, że popularność portali społecznościowych to znak czasów, a więc moda na powszechny ekshibicjonizm. Byli tacy, którzy od razu stawali się fanami takich miejsc, są w końcu i tacy, którzy za żadne skarby świata nie chcą mieć tam konta. Mój dzisiejszy wpis skupi się właśnie na tych ostatnich. Chciałbym skupić się na argumentach podnoszonych przez przeciwników "społecznościówek", przeanalizować je i... po raz kolejny stać się advocatus diavoli, a więc spróbować je obalić. Zanim jednak to zrobię, przedstawię swoje stanowisko. A będzie ono zawierało się w jednym, jedynym zdaniu: "Nie ma rzeczy złych, są tylko rzeczy niewłaściwie wykorzystane". Poniższe opinie dotyczą w głównej mierze najpopularniejszego social medium, a więc Facebooka, jednak argumenty stosowane są przeciwko innym, mniej popularnym serwisom.

1) "Nie lubię portali społecznościowych, bo ludzie wrzucają tam idiotyczne treści i uprawiają psychiczny, a często i fizyczny ekshibicjonizm"

Zauważ drogi przeciwniku, że zasada działania większości serwisów społecznościowych opiera się na przeniesieniu w świat wirtualny powiązań ze świata realnego. Mówiąc wprost - to nie serwis sam z siebie generuje treść, generują go jego użytkownicy. Zawartość, jaką Ty oglądasz, jest tworzona przez... Twoich znajomych, rodzinę i przyjaciół. Konto na FB posiadam od kilku dobrych lat. Ani razu nie spotkałem się z treściami, o których wspomina ten argument. Nie widziałem gołej dupy koleżanki, nie zauważyłem, aby ktoś z mojej rodziny rzygał pod stół na imprezie, podobnie żaden kolega, kuzyn, kuzynka czy ktokolwiek z moich znajomych nie pozował też przy nowym samochodzie z miną "co hołoto? A wy nadal pełnoletnią Corsą 1.2 w gazie?". Dziwne, nieprawdaż? Ano wcale nie dziwne. Może ja po prostu mam normalną rodzinę, znajomych i przyjaciół? Jeśli Ty drogi przeciwniku obawiasz się, że zobaczysz coś takiego, nie mów że to np. Facebook jest zły. Uświadom sobie, że coś nie tak jest z ludźmi, których znasz. To oni mają kompleksy, to oni cierpią na brak atencji i to oni będą taką treść umieszczać. Nie są tacy na co dzień, a na FB wstępuje w nich diabeł? Nic w nikogo nie wstępuje - albo słabo ich znasz, albo zbytnio idealizujesz.

2) "Portale społecznościowe to złodzieje czasu! Ludzie od nich się uzależniają i zamiast robić coś kreatywnego, przesiadują tam godzinami"

Człowiek to takie dziwne stworzenie, które jest w stanie uzależnić się od WSZYSTKIEGO. Uzależnia alkohol, robią to narkotyki, seks, internet, szybka jazda, jedzenie... Mógłbym wymieniać do jutra. Nie oznacza to jednak, że sam fakt istnienia tych rzeczy to zło wcielone. Czy fakt istnienia alkoholu powoduje, że każdy stanie się alkoholikiem? Nie. Czy to, że na czarnym rynku znajdziemy dowolny narkotyk, powoduje że staniemy się ćpunami? Nie. Czy w końcu fakt, że społecznościówki istnieją, powoduje że każdy internauta wcześniej czy później uzależni się od nich? Oczywiście, że nie. Aby wystąpiło uzależnienie od czegokolwiek, potrzeba wielu nakładających się na siebie czynników. Czynników, które działają zarówno wewnątrz jak i na zewnątrz uzależnionego. W grę mogą wchodzić również zaburzenia osobowości, a to kolejna iskra na proch nałogu. Paracelsus napisał, że wszystko jest trucizną i nic nie jest trucizną - to dawka czyni truciznę. Ale dawkę ustalamy MY. Samo istnienie dawkowanej substancji nie jest powodem uzależnień.

3) Portale społecznościowe zniszczyły niejednemu życie.

Po raz kolejny argument, który niejako nadaje cechy ludzkie programowi. Bo czym innym jest taki FB jeśli nie aplikacją internetową, serwisem budowanym przez ludzi i obsługiwanym przez ludzi? Skoro portal społecznościowy zniszczył komuś życie, to jeśli ktoś ulegnie śmiertelnemu wypadkowi na drodze, czemu do więzienia trafia kierowca? Przecież to samochód bezpośrednio uderzył i zabił. Ano dlatego zapuszkowano kierowcę, bo samochód jest jedynie bezwolną maszyną. Bez woli kierowcy nie poruszy się ani o centymetr, również nikogo nie zabije. Identycznie jest z FB - to tylko bezwolny serwis. Jeśli kogoś przy jego pomocy oczerniono czy skompromitowano, to zrobiono to tylko i wyłącznie przy jego pomocy. Ale zrobili to ludzie, wrogowie danej osoby. Ktoś powie, że gdyby ofiara i sprawcy nie mieliby tam konta, do sprawy by nie doszło. Oczywiście, że by doszło. Tyle, że w inny sposób. Popatrzymy - aby komuś zaszkodzić, wcale nie potrzeba portali społecznościowych. Wystarczy to, co mamy w siebie "fabrycznie wbudowane" - mózg i usta. To wystarczy, aby np. rozpuścić plotkę, postawić kogoś w złym świetle, a idąc tą drogą - zniszczyć lub uprzykrzyć mu życie. Jeśli komuś bardzo zależy, aby trafić w swoją ofiarę, zrobi to bardzo skutecznie, nie dotykając nawet małym palcem nie tylko klawiatury komputera, ale jakiegokolwiek urządzenia elektronicznego.
Podobnie z innymi przejawami rzekomego złego wpływu takich portali. Ot, choćby zdrady. Prosta historia - było sobie małżeństwo, on albo ona założyli konto na "społecznościówce", odzyskali kontakt ze swoją starą miłością sprzed lat, BUCH! Zdrada! Kto winny? Nie on, bo przespał się z tą kobietą. Nie ona, bo poszła do łóżka z tym gościem. Winny portal społecznościowy! W kajdany i pod sąd... Pytanie, czy do zdrady doszło by, gdyby nie FB? Oczywiście. Zdrada to głębszy problem z punktu widzenia psychologii, nie będziemy go w tym momencie rozbierać na czynniki pierwsze (może kiedyś poświęcę temu wpis i coś tam sobie rozbierzemy :) ), jednak po raz kolejny wina leży po stronie człowieka i jego psychiki. Serwis to tylko narzędzie do wykonania tego, co jeden wykona bez problemu, drugi zaś nie wykona wcale. Zwalając winę na portal, musimy także zgodzić się z argumentacją, że każda gospodyni domowa to potencjalna morderczyni, w końcu w każdej kuchni ma do dyspozycji przynajmniej kilka porządnych noży.

4) Portale społecznościowe niszczą kontakty międzyludzkie. Rozmowa online to nie to samo, co rozmowa na żywo. Ludzie wolą rozmawiać przez sieć, niż robić to w "realu".

Problem tak stary, jak komunikacja na odległość. Podobnie mówiono o liście, bo historia zna przykłady ludzi, którzy wysyłali ich przez całe życie tysiące, przy czym często ich odbiorcę na żywo widzieli zaledwie kilka razy w życiu, to samo mówiono też o telefonie. Nikomu nie jest przecież obcy widok znany choćby z filmów, często i z życia - nastolatka "wisząca na słuchawce" i rozmawiająca z przyjaciółką o totalnych pierdołach. Grzmiano w ten sposób także o mailu. Teraz dostają po głowie portale społecznościowe. A jednak te kontakty nie umarły, ludzie nadal spotykają się na żywo, rozmawiają na żywo, ba! Nawet łączą się w pary, zakładają rodziny, mają dzieci... Pamiętajmy, że rozmowa online i rozmowa w cztery oczy to dwa zupełnie różne typy komunikacji z charakterystycznymi dla siebie cechami. Rozmawiając w cztery oczy bardzo często ciężko jest się zupełnie otworzyć przed kimś, choćby znało się go latami. Jednocześnie rozmawiając online ciężko ukazać jest określone emocje. Są tematy, które można poruszyć online, są i takie, których poruszyć w ten sposób się nie da. Podobnie jak podczas rozmowy "in real". Żaden z tych typów rozmów nie jest lepszy od drugiego, dopóki rozmówcy godzą się na określoną formę i są z niej zadowoleni.

Powyżej przedstawiłem cztery, najczęściej spotykane argumenty. Zgadzacie się z nimi? Nie? Zapraszam do dyskusji i komentowania. A wpis będzie dostępny tradycyjnie również w Świątyni Zła i Głupoty - na Facebooku :)







sobota, 29 listopada 2014

"Złote lata 90" czyli łyżka dziegciu w garniec miodu. Część I.

Od dłuższego czasu w sieci możemy zaobserwować modę na gloryfikowanie minionych epok. Jedną z tych wychwalanych pod niebiosa epok są lata 90 XX wieku. Portale społecznościowe wprost kipią od obrazków, zdjęć i przemyśleń odnośnie tamtych czasów, do łask powracają napoje pite w tych czasach, współczesna młodzież oburza się, że przecież oni też na swoje czasy nie narzekają, w odpowiedzi słyszą, że "gimby nie znajo" i tak to się moi drodzy obraca. Przyznam, że dość długo zwlekałem z napisaniem tej notki. Zastanawiałem się, jak ugryźć temat i opisać obiektywnie epokę, na którą przypadło moje dzieciństwo. Nie jest bowiem rzeczą dziwną, że na czas własnego dzieciństwa każdy lubi spojrzeć przez zaburzające obiektywizm różowe okulary. Przemyślałem sprawę, odnalazłem wszystkie "zady i walety" i teraz już wiem. Cytując klasyka, po prostu "powiem jak jest", a raczej jak było. Bez zbędnych uładzeń, bez wynoszenia na ołtarze. Chciałbym także rozprawić się z niektórymi mitami o "dawnych, lepszych czasach". Słuchajcie więc, bo oto ja, świadek epoki zaczynam zanudzać. I to jak! Przeprowadzając wywiad z samym sobą! :)

P.s. Chwała blogom! Za zbyt częste przeprowadzanie wywiadów z samym sobą w realnym świecie można co najwyżej zarobić jakieś ciekawe rozpoznanie, które według kodu ICD-10 będzie zaczynało się literką F... ;)


Dzień dobry...

Ano dla kogo dobry, dla tego dobry. Ale niech będzie, że dzień. A czy dobry, to już proszę pana zależy. No ale dobrze, depresyjne nastroje zostawmy, bo przecież wracamy do [wybuch fajerwerków, publika wyje z radością kopulującego orangutana] [confetti spod sufitu] LAT DZIEWIĘĆDZIESIĄTYCH! [smród siarki po fajerwerkach, ktoś się dusi, ekipa z zoo szuka orangutana] [co ja mam cholera w tym oku... a... confetti...].

No właśnie... Lata 90... Kiedy to było?

Dawno proszę pana. Dość dawno. No ale nie aż tak znowu. Mniej więcej wtedy, kiedy nieboszczka komuna wydała ostatnie tchnienie, skończył się rok 1989, rok przemian, Polska odzyskała (przynajmniej tak się mówi) wolność. Od roku 1990 do 1999 mieliśmy, proszę pana te właśnie osławione lata dziewięćdziesiąte XX wieku.

Czyli czasy, w których każdy był szczęśliwy.

Niech pan pokaże mi czasy, w których każdy był szczęśliwy to dam panu dychę. A! Niech stracę. Piętnaście złotych. Przepraszam... jesteśmy na początku lat 90, hiperinflacja szaleje. Daję 150 tysięcy polskich złotych. Takie czasy pełnego szczęścia nie istniały NIGDY. Lata dziewięćdziesiąte to okres naszego dzieciństwa, a pamiętajmy, że nie każdy to dzieciństwo miał idealne. Ten czas to także czas upadku wielkich zakładów pracy. Wzrasta bezrobocie. Jedni radzą sobie, korzystają z wolności gospodarczej i zakładają biznesy. Inni załamują się, sięgają po "pocieszycielkę" w płynie, są sfrustrowani. Wyładowują frustrację na dzieciach. Bo jedni  i drudzy, proszę pana, mają dzieci. Czy dziecko biznesmena na dorobku i alkoholika będzie tak samo szczęśliwe? Nie. To się nie zmieniło, tak jest i dziś. Powszechne szczęście nie istniało w żadnych czasach. Problemy skrzętnie ukrywane przed opinią publiczną przez PRL nagle okazały się namacalne, prawdziwe. Ćpun z dworca...

Kto?! Skąd?!

Właśnie on, właśnie z niego. Ćpun z dworca istniał naprawdę. Nie był już mitem wymyślonym przez wrogów socjalizmu. I swoją niemityczną strzykawką ładował sobie w niemityczną żyłę niemityczną działę niemitycznego kompotu. I jakoś w nowych czasach trzeba to było przełknąć. Oczywiście jako dzieci nie mieliśmy pojęcia, co jest grane. Czemu ten typ coś sobie wstrzykuje. Albo czemu ci łysi goście gonią tego z czubem na głowie...

Skini gonią punka?!

Robią to. Nie tylko zresztą oni. Mnogość subkultur powodowała, że wiele z nich żyło ze sobą w odwiecznym konflikcie. Punk nie lubił skina, skin punka, punk japiszona w garniturze, depeszowiec mógł oberwać od skina, a oni wszyscy od jakiegoś narwanego chuligana, bo nie byli za tą drużyną, za którą na danej dzielnicy być należało. Prawdę mówiąc, w mordę można było zarobić choćby za to, że było się właśnie z innej dzielnicy, bo "wojny międzyosiedlowe" to było takie "neverending story" - "oni wpieprzyli nam to my im, bo my im kiedyś, więc oni nam teraz, ale my się jeszcze zemścimy, chyba że przyjedzie policja i wpieprzy i im i nam po równo wszystkim". O problemie przemocy wśród młodzieży dopiero zaczynało się głośno mówić.

Ale młodzież była lepsza?

Młodzież proszę pana jest zawsze taka sama. Są wśród niej ogarnięte przypadki, a są i pozbawieni mózgowia imbecyle. Wtedy było podobnie. Oczywiście panowały pewne zasady, których dziś próżno szukać, ale tylko dlatego, że zostały one wyparte przez zupełnie inny styl życia. Podejście do życia. Często powtarza się, że na podwórku starsi pilnowali młodszych. Owszem, tak było. Ale byli też tacy, których upilnować się nie dało, zresztą nikt nawet nie próbował. Można upilnować małolatów, którzy przesadzają z głupią zabawą, czy zareagować, kiedy "solówa" [bójka 1:1 według określonych zasad] polega na oklepywaniu bezbronnego, bliskiego płaczu przeciwnika. Ale czy da się upilnować młodego patola, który w wieku 8 lat jara papierochy jak smok, wącha klej czy benzynę, a na widok dziewcząt wydobywa ze spodni oprzyrządowanie i symuluje masturbację? Nie! A tacy byli. Upilnować ich nie mógł nikt, bo... po prostu się bał. Jeśli ten dzieciak mówił "odwal się, bo powiem bratu i cię zapierdoli" to faktycznie, brat mógł zapierdolić. Bo był po prostu bardziej rozwiniętą wersją małego patola. A wie pan, kim dziś jest ten mały patol?

Kim?

Prawie trzydziestoletnim bandytą, który żyje z tego, co komuś zginie. Gdyby lata 90 faktycznie były tak "złote" jak się to przedstawia, to gość nie sprawiałby dziś problemów, byłby niemal wzorcowym obywatelem. Uchroniłaby go od tego jakaś "magia" czasów w których się wychowywał.  A nie uchroniła. Podobnie skończy dzisiejszy małolat, zachowujący się w identyczny sposób, bo to nie czasy w których człowiek się wychował, a to JAK został wychowany definiuje bliższą i dalszą przyszłość tego człowieka.

Panie, a daj pan spokój! Przemoc, narkomania, patologia... no horror jakiś. Przecież tego nie było! Przynajmniej ja nie widziałem...

A powietrze pan widzi? A? Nie. A jeszcze jakoś gadamy, skoro pan oddycha. Czyli powietrze jest, chociaż go nie widać. Przyczyna jest prosta. Jako dzieci nie zwracaliśmy na to wszystko uwagi, być może nawet nie mieliśmy zielonego pojęcia, że takie rzeczy się dzieją. Coś tam zauważaliśmy, coś może i przeszło przez myśl. Ale kto by się wtedy nad takimi rzeczami zastanawiał, skoro trzeba było budować bazę. Wspólnymi siłami, bo taka była najlepsza.

Czyli jednak nie było tak źle - podwórko likwidowało podziały, zazdrość i "lepszość" nie istniała.

Wszystko zależy od tego jak byśmy na to spojrzeli. W bardzo młodym wieku podziały faktycznie nie istniały, ale im człowiek był starszy, tym więcej zauważał. Grubość portfela także. Wbrew pozorom zdarzali się na podwórkach i tacy, którzy po prostu lubili szpanować. Nie brakowało też takich, którzy dali się na ten szpan "kupić". Ktoś miał składaka. Kultowe dziś Wigry 3 albo Jubilata 2. Ale był też ktoś, kto miał "górala z kozą" i "osiemnastoma przerzutkami", do tego "na grubej ramie", a już klękajcie narody jeśli z "liczniczkiem". Wiadomo kto był bardziej lubiany i to takim pierwszym "fałszywym" lubieniem. Choćby za to, że kolega daje się czasem tym swoim "Ferrari" "karnąć".

Rowery... Miałem Wigry, Jubilata, miałem i kilka różnych "górali"... Dzieciaki ogólnie wtedy więcej się ruszały, bardziej lubiły sport, aktywność. A dziś? Smartfon, komputer, konsola... Chociaż konsola... był przecież Pegasus! Ale się tłukło!

Przede wszystkim wielkim mitem jest to, że gdyby przenieść nas z lat 90 do roku 2014 i pokazać możliwości współczesnych rozrywek elektronicznych to nadal z własnej woli wybralibyśmy podwórko. To podwórko było na nas niejako "wymuszone". Na złe to nikomu nie wyszło, ale pytanie czemu było ono "wymuszone"? Ano temu, że świat rozrywek elektronicznych (pomimo, że dość ubogi w porównaniu ze współczesnym) przyciągał, jednak to rodzice kontrolowali, jak długo możemy sobie na nie pozwolić. Komputer miało niewielu, bo nie była to tania rzecz. Prawdę mówiąc - bardzo, bardzo droga. Pegasusa miało oczywiście nieco więcej osób. Ale tu z kolei aktywność ograniczała sama technologia - konsolę należało podłączyć do telewizora, w latach 90 w większości domów telewizor był jeden. I teraz tak - trzeba się nim jakoś podzielić. Oczywiście ważniejsze będzie to co oglądają rodzice, dziadkowie. Pograć można wtedy, kiedy TV nie jest używany. A że jest jeden, używany jest praktycznie cały czas. I to nas wyganiało na podwórko. Niejeden z nas jednak marzył, aby zabawy z podwórka móc chociaż trochę urealnić. Zamiast udawać, że rower to samochód, móc się ścigać "prawdziwym" samochodem. Zamiast bawić się w wojnę, faktycznie postrzelać z "prawdziwego" cekaemu. Rzecz jasna to rozwijało wyobraźnię, tylko nawet najlepsza wyobraźnia to nie to samo co prawdziwe lub zbliżone do prawdziwych doznania. Era powszechnej elektronizacji dała to wszystko jak na talerzu. Nie dziwmy się więc, że dziś dzieciaki lubią sobie pograć, skoro mają to na wyciągnięcie ręki i to w doskonałej jakości. Pierwszego w życiu Pegasusa widziałem (i nawet grałem na nim) u mojej kuzynki. Młody wiek, ale "wooow" było potężne. W międzyczasie pojawiła się na to moda, wraz z nią - podróbki o wiele tańsze od oryginału. Dostałem swój egzemplarz, grałem. Koledzy też grali. Szał. Ale któregoś dnia, właśnie z kolegami mieliśmy okazję pierwszy raz w życiu zobaczyć, co oferuje PSX, a więc konsola Sony PlayStation. Ilość liter "o" w słowie "wow" wyczerpałaby dozwoloną liczbę znaków przy tworzeniu jednego wpisu na tym blogu. Zareagowaliśmy tak wszyscy. Tak... dzieci lat 90... To było to! Dziś gry z PSX, ba! Nawet PS2 to zlepki pikseli. Wtedy dla nas była to filmowa grafika. A dziewczyny miały tamagochi.

Ale o tym, czym to było i z czym się to jadło, jutro, ok?

Ano, jak pan już mi tu chrapiesz... To niech będzie, że jutro...




C.D. mam nadzieję N :)