Zaledwie kilka dni temu Polskę obiegła szokująca wiadomość - dwóch nastolatków zamordowało babcię jednego z nich, ciężko ranili dziesięcioletnią dziewczynkę, a następnie obaj sporządzili kilka koktajli Mołotowa, ukryli się w pustostanie i tak przygotowani oczekiwali na policjantów.
Media bardzo szybko wskazały głównego winnego tej tragedii. Oczywiście był to sprawca niemal służbowy, wyciągany z szuflady praktycznie w każdym podobnym przypadku - GRY KOMPUTEROWE! Tak. Nastolatkowie grali w gry, postanowili więc przenieść treść gier do realiów i zacząć zabijać naprawdę. Straszne? Straszne. Zastanawiam się jedynie, czy wina leży właśnie tam, gdzie starają się wskazać nam wszystkim media. I o tym właśnie będzie ten wpis. Spróbuję ocenić, czy gry faktycznie szkodzą, a jeśli szkodzą, jak temu zaradzić? A jeśli nie szkodzą? Albo tylko trochę? Zapraszam.
START GAME
Kawałek historii - gram od dawna. Można śmiało powiedzieć, że od dzieciństwa. Pierwszym urządzeniem służącym elektronicznej rozrywce w moim przypadku była znana i lubiana konsola Pegasus. Później właściwie pełnoprawny komputer - Amiga 1200. W okolicach drugiej lub trzeciej klasy gimnazjum dostałem komputer klasy PC - boska machina, z procesorem 1.8 Ghz, 256 megabajtami RAM i 128 megabajtową kartą graficzną na pokładzie. I pod kontrolą najnowszego wtedy Windowsa XP. Grało się! Oj, jak się grało. Gry zawsze stanowiły dla mnie chwilową odskocznię od rzeczywistości. Pomimo, że na samym PC przeszedłem ich około sześćdziesięciu, nigdy nie uważałem się za jakiegoś hardkorowego gracza. E-rozrywkę traktowałem na równi z literaturą czy dobrym filmem. Przyznaję bez bicia - nie raz zdarzało mi się grać w tytuły, które zdecydowanie nie były przeznaczone dla mojej kategorii wiekowej, ale... to samo dotyczyło również książek czy filmów, w końcu te 18+ zawsze są ciekawsze, kiedy my sami jesteśmy poniżej tego magicznego wieku. Ot, ciekawość nastolatka. Dziś powoli zbliżam się do trzydziestki i chwilami zastanawiam się, co ze mną było nie tak? Przecież według mediów powinienem któregoś dnia wziąć jakąś srogą kosę i zadźgać nim członka rodziny. Tak po prostu. Bo (według mediów of course) powinno mi się wydawać, że moja ofiara zaraz wstanie. Ma przecież kilka żyć. Jak w grze...
PAUSE
Tak właśnie. Pauza. Stop. Drogie media, proszę Was bardzo - nie przedstawiajcie graczy, jako totalnych idiotów, którym świat gry miesza się ze światem realnym. Czy Wam naprawdę się wydaje, że przeciętny nastolatek UWAŻA, że jeśli kogoś zabije, to ten ktoś za chwilę wstanie, bo przecież ma drugie życie? Nie. Jeśli zaś człowiek w wieku 14-16 lat faktycznie tak uważa, to nie izolacja od gier mu jest potrzebna, a wizyta u lekarza psychiatry. I to nie jedna, a szereg, z właściwym leczeniem farmakologicznym w tle.
Problem w mojej opinii leży właśnie tu. W psychice. Jeśli jest z nią wszystko w porządku, nie ma opcji, aby gry wpłynęły na nią do tego stopnia, że gracz jest w stanie popełnić przestępstwo. Równie dobrze w miejsce gry można wstawić np. książkę (a o efekcie Wertera drogie media słyszały? Wydanie "Cierpień młodego Wertera" spowodowało wzrost samobójstw młodych ludzi i nie byli to bynajmniej współcześni licealiści, którzy muszą się z tym dziełem zapoznawać w ramach zajęć języka polskiego. Później "efektem Wertera" nazwano to, co opisuje treść w linku). Można tam też wstawić film (sporo zbrodni i filmów było inspirowanych właśnie dziełami z Hollywood), można też ostatecznie wstawić utwór muzyczny, obraz... jakiekolwiek medium. Czemu? Ano temu, że to nic innego jak zapalniki. Zapalniki uruchamiające w psychice z problemami określone mechanizmy.
Tragedia, która wydarzyła się w przypadku opisywanej na początku zbrodni, wydarzyła się tak naprawdę kilka, może kilkanaście lat wcześniej. Z tymi ludźmi było coś nie tak WCZEŚNIEJ. Zanim jeszcze dotknęli klawiatury i myszki, aby grać. Ktoś czegoś nie zauważył, ktoś coś olał, ktoś stwierdził, że "tak ma być". No ale kiedy w ruch poszedł nóż, to winne okazały się gry. I tylko one.
RESUME GAME
Wiemy już, że to nie gry są winne, a psychika. Co więc robić? Pewne środowiska na pewno krzyknęłyby "Zakazać gier!". To ja im odkrzyknę: "Zakazać noży, samochodów i kąpieli w wannie. I pod prysznicem! W ogóle zakazać kąpieli!" Będziemy jedli wszystko w całości, wszędzie chodzili pieszo i będzie od nas śmierdziało na kilometr, ale przynajmniej będziemy bezpieczni!" Nie tędy droga. Zakazywać, owszem. Ale na poziomie dostępu KONKRETNEJ jednostki do KONKRETNEGO tytułu/gatunku. Kto ma to robić? Na pewno nie ogólnie pojęte państwo, a... rodzice. Nikt nie zna swojego dziecka lepiej niż jego własny rodzic. Wystarczy... obserwować. Naprawdę. Tylko tyle i aż tyle. Rodzic nie musi być zawodowym psychologiem, aby mógł ocenić, że z dzieckiem coś nie gra, stało się bardziej agresywne, coś nienaturalnie pochłania jego myśli. Radę tę kieruję głównie do współczesnych rodziców (zakres wiekowy 25-35 lat), a więc do pokolenia, dla którego komputer i jego zawartość to nie jest już czarna magia. Nie bójcie się tej wiedzy wykorzystać w praktyce. Widać zmiany? Widzimy, że to właśnie w wyniku zbyt długiego grania, zbyt mocnego angażowania się w grę? "Synu, córko, nie grasz! Ta gra ci szkodzi!". Każdy człowiek rozwija się inaczej, na każdego te same rzeczy wpływają inaczej. Gwarantuję, że samo to znacznie może zminimalizować ryzyko, że dziecko stanie się przestępcą. Zwracanie uwagi i ROZMOWA. Nie tylko o i w obrębie e-rozrywki. Zwracanie uwagi właśnie na codzienne problemy - szkolne, podwórkowe, być może rodzinne. Tak, rodzinne, generowane przez samych rodziców. Dorośli wielokrotnie nie zdają sobie sprawy z tego, że szeregiem swoich zachowań po prostu swoje dzieci RANIĄ. Rana zadana przez bliską, kochaną osobę boli dwa razy mocniej i goi się dwa razy dłużej. A psychika pokryta bliznami to psychika podatna na wiele późniejszych problemów. Przestępstwo inspirowane grą? A czemu nie? Jeśli będzie chodziło o zwrócenie na siebie uwagi, każdy zapalnik będzie dobry. A powtarzam - gra jest tylko zapalnikiem. Tylko.
QUIT GAME
Był to kolejny wpis, w którym starałem się Wam przybliżyć moje spojrzenie na pewne kwestie. Bardzo nie lubię szybkiego wskazywania winnych, szybkich osądów i szybkich wyroków. Tym naprawdę można kogoś skrzywdzić. Media doskonale o tym wiedzą, ale nadal to robią. Po prostu taki sposób stawiania sprawy bardzo łatwo sprzedać, a o to właśnie chodzi. Nie dajmy sobie wmówić, że złe są martwe przedmioty, czy jak w tym przypadku - programy. Źli czy w jakiś sposób psychicznie zaniedbani mogą być jedynie LUDZIE. Ludzie, którzy z tych rzeczy nieprawidłowo korzystają. Problem zawsze jest wewnątrz ludzi, w przedmiotach, które ich otaczają - nigdy. One po prostu są.
wtorek, 12 maja 2015
wtorek, 9 grudnia 2014
Jestę alternatywny, czyly fejsbók jezd gópi (?)
Serwisy społecznościowe właściwie od początku swojego istnienia budziły kontrowersje. Wiele mądrych głów z zakresu psychologii oraz socjologii zastanawiało się, co właściwie przyciąga ludzi do takich miejsc w Internecie. Jedni twierdzili, że to naturalne - człowiek jest zwierzęciem stadnym, więc dąży do socjalizacji. Drudzy z kolei stwierdzali, że popularność portali społecznościowych to znak czasów, a więc moda na powszechny ekshibicjonizm. Byli tacy, którzy od razu stawali się fanami takich miejsc, są w końcu i tacy, którzy za żadne skarby świata nie chcą mieć tam konta. Mój dzisiejszy wpis skupi się właśnie na tych ostatnich. Chciałbym skupić się na argumentach podnoszonych przez przeciwników "społecznościówek", przeanalizować je i... po raz kolejny stać się advocatus diavoli, a więc spróbować je obalić. Zanim jednak to zrobię, przedstawię swoje stanowisko. A będzie ono zawierało się w jednym, jedynym zdaniu: "Nie ma rzeczy złych, są tylko rzeczy niewłaściwie wykorzystane". Poniższe opinie dotyczą w głównej mierze najpopularniejszego social medium, a więc Facebooka, jednak argumenty stosowane są przeciwko innym, mniej popularnym serwisom.
1) "Nie lubię portali społecznościowych, bo ludzie wrzucają tam idiotyczne treści i uprawiają psychiczny, a często i fizyczny ekshibicjonizm"
Zauważ drogi przeciwniku, że zasada działania większości serwisów społecznościowych opiera się na przeniesieniu w świat wirtualny powiązań ze świata realnego. Mówiąc wprost - to nie serwis sam z siebie generuje treść, generują go jego użytkownicy. Zawartość, jaką Ty oglądasz, jest tworzona przez... Twoich znajomych, rodzinę i przyjaciół. Konto na FB posiadam od kilku dobrych lat. Ani razu nie spotkałem się z treściami, o których wspomina ten argument. Nie widziałem gołej dupy koleżanki, nie zauważyłem, aby ktoś z mojej rodziny rzygał pod stół na imprezie, podobnie żaden kolega, kuzyn, kuzynka czy ktokolwiek z moich znajomych nie pozował też przy nowym samochodzie z miną "co hołoto? A wy nadal pełnoletnią Corsą 1.2 w gazie?". Dziwne, nieprawdaż? Ano wcale nie dziwne. Może ja po prostu mam normalną rodzinę, znajomych i przyjaciół? Jeśli Ty drogi przeciwniku obawiasz się, że zobaczysz coś takiego, nie mów że to np. Facebook jest zły. Uświadom sobie, że coś nie tak jest z ludźmi, których znasz. To oni mają kompleksy, to oni cierpią na brak atencji i to oni będą taką treść umieszczać. Nie są tacy na co dzień, a na FB wstępuje w nich diabeł? Nic w nikogo nie wstępuje - albo słabo ich znasz, albo zbytnio idealizujesz.
2) "Portale społecznościowe to złodzieje czasu! Ludzie od nich się uzależniają i zamiast robić coś kreatywnego, przesiadują tam godzinami"
Człowiek to takie dziwne stworzenie, które jest w stanie uzależnić się od WSZYSTKIEGO. Uzależnia alkohol, robią to narkotyki, seks, internet, szybka jazda, jedzenie... Mógłbym wymieniać do jutra. Nie oznacza to jednak, że sam fakt istnienia tych rzeczy to zło wcielone. Czy fakt istnienia alkoholu powoduje, że każdy stanie się alkoholikiem? Nie. Czy to, że na czarnym rynku znajdziemy dowolny narkotyk, powoduje że staniemy się ćpunami? Nie. Czy w końcu fakt, że społecznościówki istnieją, powoduje że każdy internauta wcześniej czy później uzależni się od nich? Oczywiście, że nie. Aby wystąpiło uzależnienie od czegokolwiek, potrzeba wielu nakładających się na siebie czynników. Czynników, które działają zarówno wewnątrz jak i na zewnątrz uzależnionego. W grę mogą wchodzić również zaburzenia osobowości, a to kolejna iskra na proch nałogu. Paracelsus napisał, że wszystko jest trucizną i nic nie jest trucizną - to dawka czyni truciznę. Ale dawkę ustalamy MY. Samo istnienie dawkowanej substancji nie jest powodem uzależnień.
3) Portale społecznościowe zniszczyły niejednemu życie.
Po raz kolejny argument, który niejako nadaje cechy ludzkie programowi. Bo czym innym jest taki FB jeśli nie aplikacją internetową, serwisem budowanym przez ludzi i obsługiwanym przez ludzi? Skoro portal społecznościowy zniszczył komuś życie, to jeśli ktoś ulegnie śmiertelnemu wypadkowi na drodze, czemu do więzienia trafia kierowca? Przecież to samochód bezpośrednio uderzył i zabił. Ano dlatego zapuszkowano kierowcę, bo samochód jest jedynie bezwolną maszyną. Bez woli kierowcy nie poruszy się ani o centymetr, również nikogo nie zabije. Identycznie jest z FB - to tylko bezwolny serwis. Jeśli kogoś przy jego pomocy oczerniono czy skompromitowano, to zrobiono to tylko i wyłącznie przy jego pomocy. Ale zrobili to ludzie, wrogowie danej osoby. Ktoś powie, że gdyby ofiara i sprawcy nie mieliby tam konta, do sprawy by nie doszło. Oczywiście, że by doszło. Tyle, że w inny sposób. Popatrzymy - aby komuś zaszkodzić, wcale nie potrzeba portali społecznościowych. Wystarczy to, co mamy w siebie "fabrycznie wbudowane" - mózg i usta. To wystarczy, aby np. rozpuścić plotkę, postawić kogoś w złym świetle, a idąc tą drogą - zniszczyć lub uprzykrzyć mu życie. Jeśli komuś bardzo zależy, aby trafić w swoją ofiarę, zrobi to bardzo skutecznie, nie dotykając nawet małym palcem nie tylko klawiatury komputera, ale jakiegokolwiek urządzenia elektronicznego.
Podobnie z innymi przejawami rzekomego złego wpływu takich portali. Ot, choćby zdrady. Prosta historia - było sobie małżeństwo, on albo ona założyli konto na "społecznościówce", odzyskali kontakt ze swoją starą miłością sprzed lat, BUCH! Zdrada! Kto winny? Nie on, bo przespał się z tą kobietą. Nie ona, bo poszła do łóżka z tym gościem. Winny portal społecznościowy! W kajdany i pod sąd... Pytanie, czy do zdrady doszło by, gdyby nie FB? Oczywiście. Zdrada to głębszy problem z punktu widzenia psychologii, nie będziemy go w tym momencie rozbierać na czynniki pierwsze (może kiedyś poświęcę temu wpis i coś tam sobie rozbierzemy :) ), jednak po raz kolejny wina leży po stronie człowieka i jego psychiki. Serwis to tylko narzędzie do wykonania tego, co jeden wykona bez problemu, drugi zaś nie wykona wcale. Zwalając winę na portal, musimy także zgodzić się z argumentacją, że każda gospodyni domowa to potencjalna morderczyni, w końcu w każdej kuchni ma do dyspozycji przynajmniej kilka porządnych noży.
4) Portale społecznościowe niszczą kontakty międzyludzkie. Rozmowa online to nie to samo, co rozmowa na żywo. Ludzie wolą rozmawiać przez sieć, niż robić to w "realu".
Problem tak stary, jak komunikacja na odległość. Podobnie mówiono o liście, bo historia zna przykłady ludzi, którzy wysyłali ich przez całe życie tysiące, przy czym często ich odbiorcę na żywo widzieli zaledwie kilka razy w życiu, to samo mówiono też o telefonie. Nikomu nie jest przecież obcy widok znany choćby z filmów, często i z życia - nastolatka "wisząca na słuchawce" i rozmawiająca z przyjaciółką o totalnych pierdołach. Grzmiano w ten sposób także o mailu. Teraz dostają po głowie portale społecznościowe. A jednak te kontakty nie umarły, ludzie nadal spotykają się na żywo, rozmawiają na żywo, ba! Nawet łączą się w pary, zakładają rodziny, mają dzieci... Pamiętajmy, że rozmowa online i rozmowa w cztery oczy to dwa zupełnie różne typy komunikacji z charakterystycznymi dla siebie cechami. Rozmawiając w cztery oczy bardzo często ciężko jest się zupełnie otworzyć przed kimś, choćby znało się go latami. Jednocześnie rozmawiając online ciężko ukazać jest określone emocje. Są tematy, które można poruszyć online, są i takie, których poruszyć w ten sposób się nie da. Podobnie jak podczas rozmowy "in real". Żaden z tych typów rozmów nie jest lepszy od drugiego, dopóki rozmówcy godzą się na określoną formę i są z niej zadowoleni.
Powyżej przedstawiłem cztery, najczęściej spotykane argumenty. Zgadzacie się z nimi? Nie? Zapraszam do dyskusji i komentowania. A wpis będzie dostępny tradycyjnie również w Świątyni Zła i Głupoty - na Facebooku :)
1) "Nie lubię portali społecznościowych, bo ludzie wrzucają tam idiotyczne treści i uprawiają psychiczny, a często i fizyczny ekshibicjonizm"
Zauważ drogi przeciwniku, że zasada działania większości serwisów społecznościowych opiera się na przeniesieniu w świat wirtualny powiązań ze świata realnego. Mówiąc wprost - to nie serwis sam z siebie generuje treść, generują go jego użytkownicy. Zawartość, jaką Ty oglądasz, jest tworzona przez... Twoich znajomych, rodzinę i przyjaciół. Konto na FB posiadam od kilku dobrych lat. Ani razu nie spotkałem się z treściami, o których wspomina ten argument. Nie widziałem gołej dupy koleżanki, nie zauważyłem, aby ktoś z mojej rodziny rzygał pod stół na imprezie, podobnie żaden kolega, kuzyn, kuzynka czy ktokolwiek z moich znajomych nie pozował też przy nowym samochodzie z miną "co hołoto? A wy nadal pełnoletnią Corsą 1.2 w gazie?". Dziwne, nieprawdaż? Ano wcale nie dziwne. Może ja po prostu mam normalną rodzinę, znajomych i przyjaciół? Jeśli Ty drogi przeciwniku obawiasz się, że zobaczysz coś takiego, nie mów że to np. Facebook jest zły. Uświadom sobie, że coś nie tak jest z ludźmi, których znasz. To oni mają kompleksy, to oni cierpią na brak atencji i to oni będą taką treść umieszczać. Nie są tacy na co dzień, a na FB wstępuje w nich diabeł? Nic w nikogo nie wstępuje - albo słabo ich znasz, albo zbytnio idealizujesz.
2) "Portale społecznościowe to złodzieje czasu! Ludzie od nich się uzależniają i zamiast robić coś kreatywnego, przesiadują tam godzinami"
Człowiek to takie dziwne stworzenie, które jest w stanie uzależnić się od WSZYSTKIEGO. Uzależnia alkohol, robią to narkotyki, seks, internet, szybka jazda, jedzenie... Mógłbym wymieniać do jutra. Nie oznacza to jednak, że sam fakt istnienia tych rzeczy to zło wcielone. Czy fakt istnienia alkoholu powoduje, że każdy stanie się alkoholikiem? Nie. Czy to, że na czarnym rynku znajdziemy dowolny narkotyk, powoduje że staniemy się ćpunami? Nie. Czy w końcu fakt, że społecznościówki istnieją, powoduje że każdy internauta wcześniej czy później uzależni się od nich? Oczywiście, że nie. Aby wystąpiło uzależnienie od czegokolwiek, potrzeba wielu nakładających się na siebie czynników. Czynników, które działają zarówno wewnątrz jak i na zewnątrz uzależnionego. W grę mogą wchodzić również zaburzenia osobowości, a to kolejna iskra na proch nałogu. Paracelsus napisał, że wszystko jest trucizną i nic nie jest trucizną - to dawka czyni truciznę. Ale dawkę ustalamy MY. Samo istnienie dawkowanej substancji nie jest powodem uzależnień.
3) Portale społecznościowe zniszczyły niejednemu życie.
Po raz kolejny argument, który niejako nadaje cechy ludzkie programowi. Bo czym innym jest taki FB jeśli nie aplikacją internetową, serwisem budowanym przez ludzi i obsługiwanym przez ludzi? Skoro portal społecznościowy zniszczył komuś życie, to jeśli ktoś ulegnie śmiertelnemu wypadkowi na drodze, czemu do więzienia trafia kierowca? Przecież to samochód bezpośrednio uderzył i zabił. Ano dlatego zapuszkowano kierowcę, bo samochód jest jedynie bezwolną maszyną. Bez woli kierowcy nie poruszy się ani o centymetr, również nikogo nie zabije. Identycznie jest z FB - to tylko bezwolny serwis. Jeśli kogoś przy jego pomocy oczerniono czy skompromitowano, to zrobiono to tylko i wyłącznie przy jego pomocy. Ale zrobili to ludzie, wrogowie danej osoby. Ktoś powie, że gdyby ofiara i sprawcy nie mieliby tam konta, do sprawy by nie doszło. Oczywiście, że by doszło. Tyle, że w inny sposób. Popatrzymy - aby komuś zaszkodzić, wcale nie potrzeba portali społecznościowych. Wystarczy to, co mamy w siebie "fabrycznie wbudowane" - mózg i usta. To wystarczy, aby np. rozpuścić plotkę, postawić kogoś w złym świetle, a idąc tą drogą - zniszczyć lub uprzykrzyć mu życie. Jeśli komuś bardzo zależy, aby trafić w swoją ofiarę, zrobi to bardzo skutecznie, nie dotykając nawet małym palcem nie tylko klawiatury komputera, ale jakiegokolwiek urządzenia elektronicznego.
Podobnie z innymi przejawami rzekomego złego wpływu takich portali. Ot, choćby zdrady. Prosta historia - było sobie małżeństwo, on albo ona założyli konto na "społecznościówce", odzyskali kontakt ze swoją starą miłością sprzed lat, BUCH! Zdrada! Kto winny? Nie on, bo przespał się z tą kobietą. Nie ona, bo poszła do łóżka z tym gościem. Winny portal społecznościowy! W kajdany i pod sąd... Pytanie, czy do zdrady doszło by, gdyby nie FB? Oczywiście. Zdrada to głębszy problem z punktu widzenia psychologii, nie będziemy go w tym momencie rozbierać na czynniki pierwsze (może kiedyś poświęcę temu wpis i coś tam sobie rozbierzemy :) ), jednak po raz kolejny wina leży po stronie człowieka i jego psychiki. Serwis to tylko narzędzie do wykonania tego, co jeden wykona bez problemu, drugi zaś nie wykona wcale. Zwalając winę na portal, musimy także zgodzić się z argumentacją, że każda gospodyni domowa to potencjalna morderczyni, w końcu w każdej kuchni ma do dyspozycji przynajmniej kilka porządnych noży.
4) Portale społecznościowe niszczą kontakty międzyludzkie. Rozmowa online to nie to samo, co rozmowa na żywo. Ludzie wolą rozmawiać przez sieć, niż robić to w "realu".
Problem tak stary, jak komunikacja na odległość. Podobnie mówiono o liście, bo historia zna przykłady ludzi, którzy wysyłali ich przez całe życie tysiące, przy czym często ich odbiorcę na żywo widzieli zaledwie kilka razy w życiu, to samo mówiono też o telefonie. Nikomu nie jest przecież obcy widok znany choćby z filmów, często i z życia - nastolatka "wisząca na słuchawce" i rozmawiająca z przyjaciółką o totalnych pierdołach. Grzmiano w ten sposób także o mailu. Teraz dostają po głowie portale społecznościowe. A jednak te kontakty nie umarły, ludzie nadal spotykają się na żywo, rozmawiają na żywo, ba! Nawet łączą się w pary, zakładają rodziny, mają dzieci... Pamiętajmy, że rozmowa online i rozmowa w cztery oczy to dwa zupełnie różne typy komunikacji z charakterystycznymi dla siebie cechami. Rozmawiając w cztery oczy bardzo często ciężko jest się zupełnie otworzyć przed kimś, choćby znało się go latami. Jednocześnie rozmawiając online ciężko ukazać jest określone emocje. Są tematy, które można poruszyć online, są i takie, których poruszyć w ten sposób się nie da. Podobnie jak podczas rozmowy "in real". Żaden z tych typów rozmów nie jest lepszy od drugiego, dopóki rozmówcy godzą się na określoną formę i są z niej zadowoleni.
Powyżej przedstawiłem cztery, najczęściej spotykane argumenty. Zgadzacie się z nimi? Nie? Zapraszam do dyskusji i komentowania. A wpis będzie dostępny tradycyjnie również w Świątyni Zła i Głupoty - na Facebooku :)
sobota, 29 listopada 2014
"Złote lata 90" czyli łyżka dziegciu w garniec miodu. Część I.
Od dłuższego czasu w sieci możemy zaobserwować modę na gloryfikowanie minionych epok. Jedną z tych wychwalanych pod niebiosa epok są lata 90 XX wieku. Portale społecznościowe wprost kipią od obrazków, zdjęć i przemyśleń odnośnie tamtych czasów, do łask powracają napoje pite w tych czasach, współczesna młodzież oburza się, że przecież oni też na swoje czasy nie narzekają, w odpowiedzi słyszą, że "gimby nie znajo" i tak to się moi drodzy obraca. Przyznam, że dość długo zwlekałem z napisaniem tej notki. Zastanawiałem się, jak ugryźć temat i opisać obiektywnie epokę, na którą przypadło moje dzieciństwo. Nie jest bowiem rzeczą dziwną, że na czas własnego dzieciństwa każdy lubi spojrzeć przez zaburzające obiektywizm różowe okulary. Przemyślałem sprawę, odnalazłem wszystkie "zady i walety" i teraz już wiem. Cytując klasyka, po prostu "powiem jak jest", a raczej jak było. Bez zbędnych uładzeń, bez wynoszenia na ołtarze. Chciałbym także rozprawić się z niektórymi mitami o "dawnych, lepszych czasach". Słuchajcie więc, bo oto ja, świadek epoki zaczynam zanudzać. I to jak! Przeprowadzając wywiad z samym sobą! :)
P.s. Chwała blogom! Za zbyt częste przeprowadzanie wywiadów z samym sobą w realnym świecie można co najwyżej zarobić jakieś ciekawe rozpoznanie, które według kodu ICD-10 będzie zaczynało się literką F... ;)
Dzień dobry...
Ano dla kogo dobry, dla tego dobry. Ale niech będzie, że dzień. A czy dobry, to już proszę pana zależy. No ale dobrze, depresyjne nastroje zostawmy, bo przecież wracamy do [wybuch fajerwerków, publika wyje z radością kopulującego orangutana] [confetti spod sufitu] LAT DZIEWIĘĆDZIESIĄTYCH! [smród siarki po fajerwerkach, ktoś się dusi, ekipa z zoo szuka orangutana] [co ja mam cholera w tym oku... a... confetti...].
No właśnie... Lata 90... Kiedy to było?
Dawno proszę pana. Dość dawno. No ale nie aż tak znowu. Mniej więcej wtedy, kiedy nieboszczka komuna wydała ostatnie tchnienie, skończył się rok 1989, rok przemian, Polska odzyskała (przynajmniej tak się mówi) wolność. Od roku 1990 do 1999 mieliśmy, proszę pana te właśnie osławione lata dziewięćdziesiąte XX wieku.
Czyli czasy, w których każdy był szczęśliwy.
Niech pan pokaże mi czasy, w których każdy był szczęśliwy to dam panu dychę. A! Niech stracę. Piętnaście złotych. Przepraszam... jesteśmy na początku lat 90, hiperinflacja szaleje. Daję 150 tysięcy polskich złotych. Takie czasy pełnego szczęścia nie istniały NIGDY. Lata dziewięćdziesiąte to okres naszego dzieciństwa, a pamiętajmy, że nie każdy to dzieciństwo miał idealne. Ten czas to także czas upadku wielkich zakładów pracy. Wzrasta bezrobocie. Jedni radzą sobie, korzystają z wolności gospodarczej i zakładają biznesy. Inni załamują się, sięgają po "pocieszycielkę" w płynie, są sfrustrowani. Wyładowują frustrację na dzieciach. Bo jedni i drudzy, proszę pana, mają dzieci. Czy dziecko biznesmena na dorobku i alkoholika będzie tak samo szczęśliwe? Nie. To się nie zmieniło, tak jest i dziś. Powszechne szczęście nie istniało w żadnych czasach. Problemy skrzętnie ukrywane przed opinią publiczną przez PRL nagle okazały się namacalne, prawdziwe. Ćpun z dworca...
Kto?! Skąd?!
Właśnie on, właśnie z niego. Ćpun z dworca istniał naprawdę. Nie był już mitem wymyślonym przez wrogów socjalizmu. I swoją niemityczną strzykawką ładował sobie w niemityczną żyłę niemityczną działę niemitycznego kompotu. I jakoś w nowych czasach trzeba to było przełknąć. Oczywiście jako dzieci nie mieliśmy pojęcia, co jest grane. Czemu ten typ coś sobie wstrzykuje. Albo czemu ci łysi goście gonią tego z czubem na głowie...
Skini gonią punka?!
Robią to. Nie tylko zresztą oni. Mnogość subkultur powodowała, że wiele z nich żyło ze sobą w odwiecznym konflikcie. Punk nie lubił skina, skin punka, punk japiszona w garniturze, depeszowiec mógł oberwać od skina, a oni wszyscy od jakiegoś narwanego chuligana, bo nie byli za tą drużyną, za którą na danej dzielnicy być należało. Prawdę mówiąc, w mordę można było zarobić choćby za to, że było się właśnie z innej dzielnicy, bo "wojny międzyosiedlowe" to było takie "neverending story" - "oni wpieprzyli nam to my im, bo my im kiedyś, więc oni nam teraz, ale my się jeszcze zemścimy, chyba że przyjedzie policja i wpieprzy i im i nam po równo wszystkim". O problemie przemocy wśród młodzieży dopiero zaczynało się głośno mówić.
Ale młodzież była lepsza?
Młodzież proszę pana jest zawsze taka sama. Są wśród niej ogarnięte przypadki, a są i pozbawieni mózgowia imbecyle. Wtedy było podobnie. Oczywiście panowały pewne zasady, których dziś próżno szukać, ale tylko dlatego, że zostały one wyparte przez zupełnie inny styl życia. Podejście do życia. Często powtarza się, że na podwórku starsi pilnowali młodszych. Owszem, tak było. Ale byli też tacy, których upilnować się nie dało, zresztą nikt nawet nie próbował. Można upilnować małolatów, którzy przesadzają z głupią zabawą, czy zareagować, kiedy "solówa" [bójka 1:1 według określonych zasad] polega na oklepywaniu bezbronnego, bliskiego płaczu przeciwnika. Ale czy da się upilnować młodego patola, który w wieku 8 lat jara papierochy jak smok, wącha klej czy benzynę, a na widok dziewcząt wydobywa ze spodni oprzyrządowanie i symuluje masturbację? Nie! A tacy byli. Upilnować ich nie mógł nikt, bo... po prostu się bał. Jeśli ten dzieciak mówił "odwal się, bo powiem bratu i cię zapierdoli" to faktycznie, brat mógł zapierdolić. Bo był po prostu bardziej rozwiniętą wersją małego patola. A wie pan, kim dziś jest ten mały patol?
Kim?
Prawie trzydziestoletnim bandytą, który żyje z tego, co komuś zginie. Gdyby lata 90 faktycznie były tak "złote" jak się to przedstawia, to gość nie sprawiałby dziś problemów, byłby niemal wzorcowym obywatelem. Uchroniłaby go od tego jakaś "magia" czasów w których się wychowywał. A nie uchroniła. Podobnie skończy dzisiejszy małolat, zachowujący się w identyczny sposób, bo to nie czasy w których człowiek się wychował, a to JAK został wychowany definiuje bliższą i dalszą przyszłość tego człowieka.
Panie, a daj pan spokój! Przemoc, narkomania, patologia... no horror jakiś. Przecież tego nie było! Przynajmniej ja nie widziałem...
A powietrze pan widzi? A? Nie. A jeszcze jakoś gadamy, skoro pan oddycha. Czyli powietrze jest, chociaż go nie widać. Przyczyna jest prosta. Jako dzieci nie zwracaliśmy na to wszystko uwagi, być może nawet nie mieliśmy zielonego pojęcia, że takie rzeczy się dzieją. Coś tam zauważaliśmy, coś może i przeszło przez myśl. Ale kto by się wtedy nad takimi rzeczami zastanawiał, skoro trzeba było budować bazę. Wspólnymi siłami, bo taka była najlepsza.
Czyli jednak nie było tak źle - podwórko likwidowało podziały, zazdrość i "lepszość" nie istniała.
Wszystko zależy od tego jak byśmy na to spojrzeli. W bardzo młodym wieku podziały faktycznie nie istniały, ale im człowiek był starszy, tym więcej zauważał. Grubość portfela także. Wbrew pozorom zdarzali się na podwórkach i tacy, którzy po prostu lubili szpanować. Nie brakowało też takich, którzy dali się na ten szpan "kupić". Ktoś miał składaka. Kultowe dziś Wigry 3 albo Jubilata 2. Ale był też ktoś, kto miał "górala z kozą" i "osiemnastoma przerzutkami", do tego "na grubej ramie", a już klękajcie narody jeśli z "liczniczkiem". Wiadomo kto był bardziej lubiany i to takim pierwszym "fałszywym" lubieniem. Choćby za to, że kolega daje się czasem tym swoim "Ferrari" "karnąć".
Rowery... Miałem Wigry, Jubilata, miałem i kilka różnych "górali"... Dzieciaki ogólnie wtedy więcej się ruszały, bardziej lubiły sport, aktywność. A dziś? Smartfon, komputer, konsola... Chociaż konsola... był przecież Pegasus! Ale się tłukło!
Przede wszystkim wielkim mitem jest to, że gdyby przenieść nas z lat 90 do roku 2014 i pokazać możliwości współczesnych rozrywek elektronicznych to nadal z własnej woli wybralibyśmy podwórko. To podwórko było na nas niejako "wymuszone". Na złe to nikomu nie wyszło, ale pytanie czemu było ono "wymuszone"? Ano temu, że świat rozrywek elektronicznych (pomimo, że dość ubogi w porównaniu ze współczesnym) przyciągał, jednak to rodzice kontrolowali, jak długo możemy sobie na nie pozwolić. Komputer miało niewielu, bo nie była to tania rzecz. Prawdę mówiąc - bardzo, bardzo droga. Pegasusa miało oczywiście nieco więcej osób. Ale tu z kolei aktywność ograniczała sama technologia - konsolę należało podłączyć do telewizora, w latach 90 w większości domów telewizor był jeden. I teraz tak - trzeba się nim jakoś podzielić. Oczywiście ważniejsze będzie to co oglądają rodzice, dziadkowie. Pograć można wtedy, kiedy TV nie jest używany. A że jest jeden, używany jest praktycznie cały czas. I to nas wyganiało na podwórko. Niejeden z nas jednak marzył, aby zabawy z podwórka móc chociaż trochę urealnić. Zamiast udawać, że rower to samochód, móc się ścigać "prawdziwym" samochodem. Zamiast bawić się w wojnę, faktycznie postrzelać z "prawdziwego" cekaemu. Rzecz jasna to rozwijało wyobraźnię, tylko nawet najlepsza wyobraźnia to nie to samo co prawdziwe lub zbliżone do prawdziwych doznania. Era powszechnej elektronizacji dała to wszystko jak na talerzu. Nie dziwmy się więc, że dziś dzieciaki lubią sobie pograć, skoro mają to na wyciągnięcie ręki i to w doskonałej jakości. Pierwszego w życiu Pegasusa widziałem (i nawet grałem na nim) u mojej kuzynki. Młody wiek, ale "wooow" było potężne. W międzyczasie pojawiła się na to moda, wraz z nią - podróbki o wiele tańsze od oryginału. Dostałem swój egzemplarz, grałem. Koledzy też grali. Szał. Ale któregoś dnia, właśnie z kolegami mieliśmy okazję pierwszy raz w życiu zobaczyć, co oferuje PSX, a więc konsola Sony PlayStation. Ilość liter "o" w słowie "wow" wyczerpałaby dozwoloną liczbę znaków przy tworzeniu jednego wpisu na tym blogu. Zareagowaliśmy tak wszyscy. Tak... dzieci lat 90... To było to! Dziś gry z PSX, ba! Nawet PS2 to zlepki pikseli. Wtedy dla nas była to filmowa grafika. A dziewczyny miały tamagochi.
Ale o tym, czym to było i z czym się to jadło, jutro, ok?
Ano, jak pan już mi tu chrapiesz... To niech będzie, że jutro...
C.D. mam nadzieję N :)
P.s. Chwała blogom! Za zbyt częste przeprowadzanie wywiadów z samym sobą w realnym świecie można co najwyżej zarobić jakieś ciekawe rozpoznanie, które według kodu ICD-10 będzie zaczynało się literką F... ;)
Dzień dobry...
Ano dla kogo dobry, dla tego dobry. Ale niech będzie, że dzień. A czy dobry, to już proszę pana zależy. No ale dobrze, depresyjne nastroje zostawmy, bo przecież wracamy do [wybuch fajerwerków, publika wyje z radością kopulującego orangutana] [confetti spod sufitu] LAT DZIEWIĘĆDZIESIĄTYCH! [smród siarki po fajerwerkach, ktoś się dusi, ekipa z zoo szuka orangutana] [co ja mam cholera w tym oku... a... confetti...].
No właśnie... Lata 90... Kiedy to było?
Dawno proszę pana. Dość dawno. No ale nie aż tak znowu. Mniej więcej wtedy, kiedy nieboszczka komuna wydała ostatnie tchnienie, skończył się rok 1989, rok przemian, Polska odzyskała (przynajmniej tak się mówi) wolność. Od roku 1990 do 1999 mieliśmy, proszę pana te właśnie osławione lata dziewięćdziesiąte XX wieku.
Czyli czasy, w których każdy był szczęśliwy.
Niech pan pokaże mi czasy, w których każdy był szczęśliwy to dam panu dychę. A! Niech stracę. Piętnaście złotych. Przepraszam... jesteśmy na początku lat 90, hiperinflacja szaleje. Daję 150 tysięcy polskich złotych. Takie czasy pełnego szczęścia nie istniały NIGDY. Lata dziewięćdziesiąte to okres naszego dzieciństwa, a pamiętajmy, że nie każdy to dzieciństwo miał idealne. Ten czas to także czas upadku wielkich zakładów pracy. Wzrasta bezrobocie. Jedni radzą sobie, korzystają z wolności gospodarczej i zakładają biznesy. Inni załamują się, sięgają po "pocieszycielkę" w płynie, są sfrustrowani. Wyładowują frustrację na dzieciach. Bo jedni i drudzy, proszę pana, mają dzieci. Czy dziecko biznesmena na dorobku i alkoholika będzie tak samo szczęśliwe? Nie. To się nie zmieniło, tak jest i dziś. Powszechne szczęście nie istniało w żadnych czasach. Problemy skrzętnie ukrywane przed opinią publiczną przez PRL nagle okazały się namacalne, prawdziwe. Ćpun z dworca...
Kto?! Skąd?!
Właśnie on, właśnie z niego. Ćpun z dworca istniał naprawdę. Nie był już mitem wymyślonym przez wrogów socjalizmu. I swoją niemityczną strzykawką ładował sobie w niemityczną żyłę niemityczną działę niemitycznego kompotu. I jakoś w nowych czasach trzeba to było przełknąć. Oczywiście jako dzieci nie mieliśmy pojęcia, co jest grane. Czemu ten typ coś sobie wstrzykuje. Albo czemu ci łysi goście gonią tego z czubem na głowie...
Skini gonią punka?!
Robią to. Nie tylko zresztą oni. Mnogość subkultur powodowała, że wiele z nich żyło ze sobą w odwiecznym konflikcie. Punk nie lubił skina, skin punka, punk japiszona w garniturze, depeszowiec mógł oberwać od skina, a oni wszyscy od jakiegoś narwanego chuligana, bo nie byli za tą drużyną, za którą na danej dzielnicy być należało. Prawdę mówiąc, w mordę można było zarobić choćby za to, że było się właśnie z innej dzielnicy, bo "wojny międzyosiedlowe" to było takie "neverending story" - "oni wpieprzyli nam to my im, bo my im kiedyś, więc oni nam teraz, ale my się jeszcze zemścimy, chyba że przyjedzie policja i wpieprzy i im i nam po równo wszystkim". O problemie przemocy wśród młodzieży dopiero zaczynało się głośno mówić.
Ale młodzież była lepsza?
Młodzież proszę pana jest zawsze taka sama. Są wśród niej ogarnięte przypadki, a są i pozbawieni mózgowia imbecyle. Wtedy było podobnie. Oczywiście panowały pewne zasady, których dziś próżno szukać, ale tylko dlatego, że zostały one wyparte przez zupełnie inny styl życia. Podejście do życia. Często powtarza się, że na podwórku starsi pilnowali młodszych. Owszem, tak było. Ale byli też tacy, których upilnować się nie dało, zresztą nikt nawet nie próbował. Można upilnować małolatów, którzy przesadzają z głupią zabawą, czy zareagować, kiedy "solówa" [bójka 1:1 według określonych zasad] polega na oklepywaniu bezbronnego, bliskiego płaczu przeciwnika. Ale czy da się upilnować młodego patola, który w wieku 8 lat jara papierochy jak smok, wącha klej czy benzynę, a na widok dziewcząt wydobywa ze spodni oprzyrządowanie i symuluje masturbację? Nie! A tacy byli. Upilnować ich nie mógł nikt, bo... po prostu się bał. Jeśli ten dzieciak mówił "odwal się, bo powiem bratu i cię zapierdoli" to faktycznie, brat mógł zapierdolić. Bo był po prostu bardziej rozwiniętą wersją małego patola. A wie pan, kim dziś jest ten mały patol?
Kim?
Prawie trzydziestoletnim bandytą, który żyje z tego, co komuś zginie. Gdyby lata 90 faktycznie były tak "złote" jak się to przedstawia, to gość nie sprawiałby dziś problemów, byłby niemal wzorcowym obywatelem. Uchroniłaby go od tego jakaś "magia" czasów w których się wychowywał. A nie uchroniła. Podobnie skończy dzisiejszy małolat, zachowujący się w identyczny sposób, bo to nie czasy w których człowiek się wychował, a to JAK został wychowany definiuje bliższą i dalszą przyszłość tego człowieka.
Panie, a daj pan spokój! Przemoc, narkomania, patologia... no horror jakiś. Przecież tego nie było! Przynajmniej ja nie widziałem...
A powietrze pan widzi? A? Nie. A jeszcze jakoś gadamy, skoro pan oddycha. Czyli powietrze jest, chociaż go nie widać. Przyczyna jest prosta. Jako dzieci nie zwracaliśmy na to wszystko uwagi, być może nawet nie mieliśmy zielonego pojęcia, że takie rzeczy się dzieją. Coś tam zauważaliśmy, coś może i przeszło przez myśl. Ale kto by się wtedy nad takimi rzeczami zastanawiał, skoro trzeba było budować bazę. Wspólnymi siłami, bo taka była najlepsza.
Czyli jednak nie było tak źle - podwórko likwidowało podziały, zazdrość i "lepszość" nie istniała.
Wszystko zależy od tego jak byśmy na to spojrzeli. W bardzo młodym wieku podziały faktycznie nie istniały, ale im człowiek był starszy, tym więcej zauważał. Grubość portfela także. Wbrew pozorom zdarzali się na podwórkach i tacy, którzy po prostu lubili szpanować. Nie brakowało też takich, którzy dali się na ten szpan "kupić". Ktoś miał składaka. Kultowe dziś Wigry 3 albo Jubilata 2. Ale był też ktoś, kto miał "górala z kozą" i "osiemnastoma przerzutkami", do tego "na grubej ramie", a już klękajcie narody jeśli z "liczniczkiem". Wiadomo kto był bardziej lubiany i to takim pierwszym "fałszywym" lubieniem. Choćby za to, że kolega daje się czasem tym swoim "Ferrari" "karnąć".
Rowery... Miałem Wigry, Jubilata, miałem i kilka różnych "górali"... Dzieciaki ogólnie wtedy więcej się ruszały, bardziej lubiły sport, aktywność. A dziś? Smartfon, komputer, konsola... Chociaż konsola... był przecież Pegasus! Ale się tłukło!
Przede wszystkim wielkim mitem jest to, że gdyby przenieść nas z lat 90 do roku 2014 i pokazać możliwości współczesnych rozrywek elektronicznych to nadal z własnej woli wybralibyśmy podwórko. To podwórko było na nas niejako "wymuszone". Na złe to nikomu nie wyszło, ale pytanie czemu było ono "wymuszone"? Ano temu, że świat rozrywek elektronicznych (pomimo, że dość ubogi w porównaniu ze współczesnym) przyciągał, jednak to rodzice kontrolowali, jak długo możemy sobie na nie pozwolić. Komputer miało niewielu, bo nie była to tania rzecz. Prawdę mówiąc - bardzo, bardzo droga. Pegasusa miało oczywiście nieco więcej osób. Ale tu z kolei aktywność ograniczała sama technologia - konsolę należało podłączyć do telewizora, w latach 90 w większości domów telewizor był jeden. I teraz tak - trzeba się nim jakoś podzielić. Oczywiście ważniejsze będzie to co oglądają rodzice, dziadkowie. Pograć można wtedy, kiedy TV nie jest używany. A że jest jeden, używany jest praktycznie cały czas. I to nas wyganiało na podwórko. Niejeden z nas jednak marzył, aby zabawy z podwórka móc chociaż trochę urealnić. Zamiast udawać, że rower to samochód, móc się ścigać "prawdziwym" samochodem. Zamiast bawić się w wojnę, faktycznie postrzelać z "prawdziwego" cekaemu. Rzecz jasna to rozwijało wyobraźnię, tylko nawet najlepsza wyobraźnia to nie to samo co prawdziwe lub zbliżone do prawdziwych doznania. Era powszechnej elektronizacji dała to wszystko jak na talerzu. Nie dziwmy się więc, że dziś dzieciaki lubią sobie pograć, skoro mają to na wyciągnięcie ręki i to w doskonałej jakości. Pierwszego w życiu Pegasusa widziałem (i nawet grałem na nim) u mojej kuzynki. Młody wiek, ale "wooow" było potężne. W międzyczasie pojawiła się na to moda, wraz z nią - podróbki o wiele tańsze od oryginału. Dostałem swój egzemplarz, grałem. Koledzy też grali. Szał. Ale któregoś dnia, właśnie z kolegami mieliśmy okazję pierwszy raz w życiu zobaczyć, co oferuje PSX, a więc konsola Sony PlayStation. Ilość liter "o" w słowie "wow" wyczerpałaby dozwoloną liczbę znaków przy tworzeniu jednego wpisu na tym blogu. Zareagowaliśmy tak wszyscy. Tak... dzieci lat 90... To było to! Dziś gry z PSX, ba! Nawet PS2 to zlepki pikseli. Wtedy dla nas była to filmowa grafika. A dziewczyny miały tamagochi.
Ale o tym, czym to było i z czym się to jadło, jutro, ok?
Ano, jak pan już mi tu chrapiesz... To niech będzie, że jutro...
C.D. mam nadzieję N :)
wtorek, 28 stycznia 2014
Pasożytnictwo, czyli "słuchaj, jest taka sprawa".
Mówi się, że najlepiej uczyć się na cudzych błędach. I jest to w mojej opinii najczystsza prawda. Niech więc ten wpis będzie nauką opartą na moich błędach, przeznaczoną dla Was.
W czym rzecz? Zapewne wielu z Was spotkało się w swoim życiu z pewnym typem ludzi. Ludzi, którzy pojawiają się tylko wtedy, kiedy czegoś potrzebują, a kiedy potrzeba ustaje, znikają. Często powoduje to zdenerwowanie, poczucie zawodu, pewną frustrację. Ja również takich ludzi spotykałem. I doświadczałem tego samego zestawu uczuć. Do czasu. W pewnym momencie uświadomiłem sobie, co tak naprawdę kieruje tymi osobami oraz jaki jest mechanizm ich działania. Po przeanalizowaniu ich zachowań doszedłem do wniosku, że główny problem nie tkwi we mnie ale w nich. Jeśli więc obwiniacie się, że takie ich podejście to wasza wina, zapamiętajcie - to, że jesteście wobec kogoś w porządku, nie jest winą. Wina leży wyłącznie po stronie tego, kto waszą postawę wykorzystuje. A kim on jest? Poniżej kilka prawd, które pozwolą Wam to zrozumieć. Otóż:
Pasożyt nie jest kolegą/przyjacielem.
Nie jest, choć oczywiście sam wielokrotnie to podkreśla. Wśród kolegów, a tym bardziej przyjaciół panuje pewne niepisane porozumienie, które opiera się na tym, że bliskiej osobie się w żaden sposób nie szkodzi, nie wywołuje się w niej poczucia dyskomfortu. Nie nadużywa się także jej cierpliwości, chęci pomocy. Koleżeństwo i przyjaźń, podobnie jak miłość, to wymiana, układ w którym jedna osoba może liczyć na drugą i wzajemnie. Tu tego nie ma. Pasożyt potrafi wyłącznie brać. Poproszony o pomoc wyparuje.
Pasożyt jest manipulatorem.
Pasożyt to nikt inny, jak... haker naszego umysłu. Najpierw szuka naszych słabych stron, stara się do nas zbliżyć na tyle, aby te słabe strony poznać, a następnie uderza. Kiedy już się "włamie", wydobywa z podręcznego przybornika cały zestaw narzędzi dostosowanych do zastanej sytuacji. Wie, kiedy należy nas pochwalić, wie kiedy trzeba zganić. Jak wspomniałem wyżej, wprost uwielbia używanie wielkich słów. Uwielbia udawać zainteresowanego naszym życiem, byle... nie za długo. Bo przecież czeka usługa, którą mamy dla niego wykonać, tak więc gładko przechodzi do rzeczy. Pasożyt to AKTOR. Często całkiem dobry aktor, który świetnie potrafi wcielać się w przeróżne role. Robi to zupełnie świadomie. Wie, kiedy zagrać skrzywdzonego przez cały świat, a kiedy wrzucić na luz. Im pewniej się czuje, tym mniej ostrożności w jego zachowaniu. Tak jak kiedyś prosił, tak teraz wymaga, bo przecież... jesteśmy jego przyjaciółmi i mamy obowiązek. A że on znika i krótko mówiąc, ma nas w dupie? Cyk! I już mamy odtwarzanie roli "jestem wiecznie zapracowany, nie mam czasu, a tak w ogóle to już muszę lecieć, bo jestem tak zmęczony, że zaraz chyba umrę".
Pasożyt to kolekcjoner.
Wiemy już, że pasożyt lubi "wielkie słowa". Otóż te wielkie słowa to nic innego jak fałszywy środek płatniczy. Niby dostajemy do ręki banknot, niby wydaje nam się, że jest coś wart, ale w pierwszym lepszym sklepie okazuje się, że to bezwartościowy świstek papieru. Tyle, że pasożyt takich właśnie fałszywek używa do kupowania całej kolekcji ludzi. Nie, nie jesteśmy "jedynymi w swoim rodzaju, bo tylko my możemy pomóc, bo wszyscy to debile, którzy się nie znają". Te słowa pasożyt skieruje do każdego, od kogo będzie czegoś potrzebował. Jego umysł to regał z półkami, na których poustawiane są kupione za fałszywki eksponaty. Kolekcja jest podzielona tematycznie. Tu stoi ten, który dobrze pisze wszelkie prace pisemne, tam gość, który robi dobre zdjęcia, jeszcze gdzieś indziej spec od naprawy komputera czy samochodu, a tam z boku... o, to jest okaz! Doskonały śmietnik emocjonalny, któremu można się wyżalić ze swoich problemów. Dobry kolekcjoner o swoją kolekcję dba, jednak pasożyt niezbyt się do niej nie przywiązuje, bo wie, że jeśli któryś element zniknie (bo zmądrzeje), zawsze na jego miejsce wskoczy następny. Rzecz jasna, kiedy zauważy ten etap mądrzenia, będzie walczył, aby okaz mu się nie wymknął.
Pasożyt nie daje nic w zamian.
A przynajmniej nie daje nic wartościowego. Na tym właśnie polega pasożytnictwo. Zawsze to my włożymy więcej pracy w usługę, niż na jej wykonaniu skorzystamy. Jedyne na co możemy liczyć, to właśnie wielkie słowa o naszej wspaniałości, niezastąpioności. Jak już wiemy, słowa te mają nijaką wartość, bo słyszą je wszyscy wykonujący usługi dla pasożyta. I każdy z nich dostaje tyle samo, czyli oprócz tych słów - nic. Jeśli nam wydaje się, że ktoś dostał coś bardziej wartościowego od nas, to znaczy, że on wcale tego nie dostał, a jedynie było kluczem do kolejnego poziomu wykorzystywania.
Pasożyt się nie zmienia i nie ma wyrzutów sumienia.
Naprawdę. On lubi ten styl życia i nie zamierza z niego rezygnować. Można go tu porównać do złodzieja, który lata doskonalił swój "fach", wielokrotnie za swoje występki siedział w pudle, ale i tak na widok "okazji" zaswędza go ręce, a w sklepie zawsze będzie kalkulował, czy opłaca się kupić, czy ukraść. Kradzież jest częścią jego umysłu. A częścią umysłu pasożyta zawsze będzie korzystanie przy największym zysku i najmniejszym nakładzie energii. Wyrzuty sumienia? Nigdy. Choćby dlatego, że wykorzystywani przez niego ludzie tak naprawdę nie są w jego opinii ludźmi, a narzędziami. A czy ktoś ma wyrzuty sumienia, bo w czasie korzystania z młotka złamał rękojeść? Nikt. To narzędzie. Popsuło się, zużyło, więc kupimy nowe.
A co robić, kiedy już to wszystko wiemy? Przede wszystkim na etapie otrząsania się, NIE MIEĆ POCZUCIA WINY, bo nie robimy nic złego. Nasze działanie musi być zdecydowane, bo to my pozbywamy się problemu.
W czym rzecz? Zapewne wielu z Was spotkało się w swoim życiu z pewnym typem ludzi. Ludzi, którzy pojawiają się tylko wtedy, kiedy czegoś potrzebują, a kiedy potrzeba ustaje, znikają. Często powoduje to zdenerwowanie, poczucie zawodu, pewną frustrację. Ja również takich ludzi spotykałem. I doświadczałem tego samego zestawu uczuć. Do czasu. W pewnym momencie uświadomiłem sobie, co tak naprawdę kieruje tymi osobami oraz jaki jest mechanizm ich działania. Po przeanalizowaniu ich zachowań doszedłem do wniosku, że główny problem nie tkwi we mnie ale w nich. Jeśli więc obwiniacie się, że takie ich podejście to wasza wina, zapamiętajcie - to, że jesteście wobec kogoś w porządku, nie jest winą. Wina leży wyłącznie po stronie tego, kto waszą postawę wykorzystuje. A kim on jest? Poniżej kilka prawd, które pozwolą Wam to zrozumieć. Otóż:
Pasożyt nie jest kolegą/przyjacielem.
Nie jest, choć oczywiście sam wielokrotnie to podkreśla. Wśród kolegów, a tym bardziej przyjaciół panuje pewne niepisane porozumienie, które opiera się na tym, że bliskiej osobie się w żaden sposób nie szkodzi, nie wywołuje się w niej poczucia dyskomfortu. Nie nadużywa się także jej cierpliwości, chęci pomocy. Koleżeństwo i przyjaźń, podobnie jak miłość, to wymiana, układ w którym jedna osoba może liczyć na drugą i wzajemnie. Tu tego nie ma. Pasożyt potrafi wyłącznie brać. Poproszony o pomoc wyparuje.
Pasożyt jest manipulatorem.
Pasożyt to nikt inny, jak... haker naszego umysłu. Najpierw szuka naszych słabych stron, stara się do nas zbliżyć na tyle, aby te słabe strony poznać, a następnie uderza. Kiedy już się "włamie", wydobywa z podręcznego przybornika cały zestaw narzędzi dostosowanych do zastanej sytuacji. Wie, kiedy należy nas pochwalić, wie kiedy trzeba zganić. Jak wspomniałem wyżej, wprost uwielbia używanie wielkich słów. Uwielbia udawać zainteresowanego naszym życiem, byle... nie za długo. Bo przecież czeka usługa, którą mamy dla niego wykonać, tak więc gładko przechodzi do rzeczy. Pasożyt to AKTOR. Często całkiem dobry aktor, który świetnie potrafi wcielać się w przeróżne role. Robi to zupełnie świadomie. Wie, kiedy zagrać skrzywdzonego przez cały świat, a kiedy wrzucić na luz. Im pewniej się czuje, tym mniej ostrożności w jego zachowaniu. Tak jak kiedyś prosił, tak teraz wymaga, bo przecież... jesteśmy jego przyjaciółmi i mamy obowiązek. A że on znika i krótko mówiąc, ma nas w dupie? Cyk! I już mamy odtwarzanie roli "jestem wiecznie zapracowany, nie mam czasu, a tak w ogóle to już muszę lecieć, bo jestem tak zmęczony, że zaraz chyba umrę".
Pasożyt to kolekcjoner.
Wiemy już, że pasożyt lubi "wielkie słowa". Otóż te wielkie słowa to nic innego jak fałszywy środek płatniczy. Niby dostajemy do ręki banknot, niby wydaje nam się, że jest coś wart, ale w pierwszym lepszym sklepie okazuje się, że to bezwartościowy świstek papieru. Tyle, że pasożyt takich właśnie fałszywek używa do kupowania całej kolekcji ludzi. Nie, nie jesteśmy "jedynymi w swoim rodzaju, bo tylko my możemy pomóc, bo wszyscy to debile, którzy się nie znają". Te słowa pasożyt skieruje do każdego, od kogo będzie czegoś potrzebował. Jego umysł to regał z półkami, na których poustawiane są kupione za fałszywki eksponaty. Kolekcja jest podzielona tematycznie. Tu stoi ten, który dobrze pisze wszelkie prace pisemne, tam gość, który robi dobre zdjęcia, jeszcze gdzieś indziej spec od naprawy komputera czy samochodu, a tam z boku... o, to jest okaz! Doskonały śmietnik emocjonalny, któremu można się wyżalić ze swoich problemów. Dobry kolekcjoner o swoją kolekcję dba, jednak pasożyt niezbyt się do niej nie przywiązuje, bo wie, że jeśli któryś element zniknie (bo zmądrzeje), zawsze na jego miejsce wskoczy następny. Rzecz jasna, kiedy zauważy ten etap mądrzenia, będzie walczył, aby okaz mu się nie wymknął.
Pasożyt nie daje nic w zamian.
A przynajmniej nie daje nic wartościowego. Na tym właśnie polega pasożytnictwo. Zawsze to my włożymy więcej pracy w usługę, niż na jej wykonaniu skorzystamy. Jedyne na co możemy liczyć, to właśnie wielkie słowa o naszej wspaniałości, niezastąpioności. Jak już wiemy, słowa te mają nijaką wartość, bo słyszą je wszyscy wykonujący usługi dla pasożyta. I każdy z nich dostaje tyle samo, czyli oprócz tych słów - nic. Jeśli nam wydaje się, że ktoś dostał coś bardziej wartościowego od nas, to znaczy, że on wcale tego nie dostał, a jedynie było kluczem do kolejnego poziomu wykorzystywania.
Pasożyt się nie zmienia i nie ma wyrzutów sumienia.
Naprawdę. On lubi ten styl życia i nie zamierza z niego rezygnować. Można go tu porównać do złodzieja, który lata doskonalił swój "fach", wielokrotnie za swoje występki siedział w pudle, ale i tak na widok "okazji" zaswędza go ręce, a w sklepie zawsze będzie kalkulował, czy opłaca się kupić, czy ukraść. Kradzież jest częścią jego umysłu. A częścią umysłu pasożyta zawsze będzie korzystanie przy największym zysku i najmniejszym nakładzie energii. Wyrzuty sumienia? Nigdy. Choćby dlatego, że wykorzystywani przez niego ludzie tak naprawdę nie są w jego opinii ludźmi, a narzędziami. A czy ktoś ma wyrzuty sumienia, bo w czasie korzystania z młotka złamał rękojeść? Nikt. To narzędzie. Popsuło się, zużyło, więc kupimy nowe.
A co robić, kiedy już to wszystko wiemy? Przede wszystkim na etapie otrząsania się, NIE MIEĆ POCZUCIA WINY, bo nie robimy nic złego. Nasze działanie musi być zdecydowane, bo to my pozbywamy się problemu.
wtorek, 2 lipca 2013
Po ósme: urbex, czyli jak łazić po opuszczonych miejscach i nie zginąć marnie.
Witam po dłuższej przerwie. Nie. Nie skończyły mi się pomysły na wpisy, nie znudziło mi się pisanie bloga. Ot, chwilowy brak czasu spowodowany poświęceniem się pewnej bardzo wciągającej grze zwanej "Życie 1.0". To dobra gra. Poziom trudności może trochę wysoki, ale za to jaka grafika! Jakie zadania! :)
Do rzeczy jednak. Od wielu lat pasjonuję się czymś, co według popkultury nosi miano urbeksu, urban exploringu czy też eksploracji miejskiej. Na czym to polega? Urbex jest to aktywna forma spędzania wolnego czasu polegająca na eksplorowaniu opuszczonych budynków, kompleksów przemysłowych czy też wszelkiego rodzaju instalacji obronnych (bunkrów, schronów itp.) "Nauką pomocniczą" urbeksu jest niewątpliwie fotografia. Przydatne są też podstawy sztuk przetrwania w terenie miejskim, bo nie ukrywajmy - wiele obiektów zainteresowania eksploratorów to miejsca niebezpieczne. Nieraz skrajnie. Cała zabawa polega na przeniknięciu do obiektu, wykonaniu w nim zdjęć (od dokumentalnych po artystyczne, wszystko zależy od warunków) oraz opuszczeniu danego miejsca. Urbex przez dłuższy czas był "sportem" zarezerwowanym dla pewnego zamkniętego grona amatorów ekstremalnych doznań. Dziś, dzięki niewątpliwemu wpływowi mediów łazikowanie po opuszczonych budynkach stało się modne. Niestety ta moda niesie ze sobą wiele zjawisk negatywnych. Wiele fajnych miejscówek zostało "spalonych" dzięki wybrykom żądnych przygód dzieciaków. Wiele z nich zabezpieczono po wypadkach, które zdarzały się na ich terenie. Wszystko to utrudnia zadanie wprawnym eksploratorom, którzy przychodzą na miejsce nie po to, aby niszczyć, kraść czy odstawiać jakiś inny cyrk, ale po prostu popatrzeć i udokumentować efekty mijającego nieubłaganie czasu.
Wspomniałem, że urbex staje się modny. Dlatego jako człowiek, który siedzi już w tym temacie jakiś czas, czuję się zobowiązany do udzielenia paru dobrych rad młodym adeptom tej sztuki. Jeśli więc Czytelniku wpadłeś na pomysł, aby udać się na jakiś opuszczony obiekt, pamiętaj o kilku bardzo ważnych rzeczach:
1. Wyposażenie
Ogólna zasada, którą rządzi się wszelkie łazikowanie jest taka, że im mniej gratów ze sobą targamy tym lepiej. Urbex jednak nie jest takim zwykłym spacerem. Idziemy do miejsca, które może okazać się niebezpieczne. Zadbaj więc o:
GŁOWĘ NA KARKU. Nie wymaga chyba komentarza. Zdrowe myślenie, brak ryzykanctwa i odpowiedzialność to rzeczy elementarne.
Odpowiedni ubiór. Pamiętaj, że wyprawa to nie rewia mody. Ciuchy muszą być mocne, wygodne, a jednocześnie w takim stanie, że nie będziesz musiał obawiać się o ich zniszczenie. Długie spodnie i bluza z kapturem to dobre rozwiązanie. W opuszczonych obiektach jest brudno. Czasem łatwiej wyprać bluzę, niż pozbyć się z włosów czegoś mało przyjemnego (i nie mówię o zwykłym kurzu czy pyle, ale np. o smarach, farbach itp.) Ważną, jeśli nie najważniejszą częścią stroju jest obuwie. Idealne - z grubą podeszwą i wysoką cholewką. Wielokrotnie właśnie taka gruba podeszwa ratowała moją stopę przed uszkodzeniem ostrym prętem, rozbitym szkłem czy wystającym nieśmiało z jakiejś deszczułki gwoździem. Dziewczyny - zapomnijcie o trampkach czy balerinach. Tworzywo ich podeszwy jest tak cienkie, że dla większości artefaktów leżących na podłodze nie stanowi żadnej bariery. Do powyższego zestawu dorzuciłbym też jakieś rękawice. Przydają się w konfrontacji z oknami - czasem okno to jedyna droga do wnętrza, a rama może być najeżona kawałkami szkła czy drzazgami.
Dobrą latarkę. Dzień przed wyprawą sprawdź stan baterii. Jeżeli dysponujesz akumulatorkami - naładuj je. Lepiej, żeby latarka nie zawiodła w jakiejś krytycznej sytuacji. "Dobra" nie oznacza koniecznie "latarka taktyczna służb specjalnych", ale i nie "chiński szajs z bazarku". Pamiętajmy, że baterie nie są zbyt odporne na mróz. Dlatego dobrą regułą jest noszenie ich w kieszeni jak najbliżej ciała. Do latarki wkładamy je już po dotarciu na miejsce.
Telefon. Jeśli masz taką możliwość, zrezygnuj na czas wyprawy ze smartfona, a używaj jakiejś starszej "cegłówki". Czemu? Ano temu, że stare telefony są z reguły wytrzymalsze niż współczesne kieszonkowe komputerki. Nie straszne im upadki czy przygniecenia ciałem. Ponadto w skrajnej sytuacji (a o takie na opuszczonym nie trudno) mniej boli strata telefonu wartego 40 zł niż smartfona za kilka stówek. Bardzo liczy się też to, że w starszych modelach bateria trzyma dłużej, a telefon bierzemy ze sobą przede wszystkim jako środek powiadamiania ratunkowego w przypadku niebezpieczeństwa. Zimą z telefonem postępujemy jak powyżej, z zasilaniem latarki - im więcej ciepła da bateriom nasze ciało, tym lepiej.
Aparat fotograficzny. Nie każdy urbeksowiec jest jednocześnie fotoamatorem, jednak niektóre miejsca aż proszą się o ich uwiecznienie. Na pierwszą wyprawę w nieznane nam miejsce odradzam zabieranie jakiegoś droższego sprzętu. Warto najpierw obadać miejsce, upewnić się co do wszystkich zagrożeń jakie ze sobą niesie, a dopiero na drugiej wyprawie nastawić się na kreatywne zdjęcia. Nigdy bowiem nie wiadomo, czy odwiedzane przez nas miejsce nie jest "przystanią" dla okolicznych amatorów cudzej własności czy innych mniej lub bardziej niebezpiecznych ludzi.
2. Wyprawa
Planowanie to podstawa. Zdobądź więc jak najwięcej informacji o obiekcie, do którego zamierzasz się udać. Obejrzyj go z zewnątrz, oceń drogi dojścia i ewentualnego odwrotu (tu pomoże np. serwis Google Maps). Zwróć uwagę na to, czy obiekt jest chroniony. Jeśli jest, odpuść sobie. Na pierwsze wyprawy polecam miejsca bardziej dostępne.
Ekipa. Pod żadnym pozorem nie łaź sam! Zawsze bierz ze sobą przynajmniej jedną osobę, ale i nie przesadzaj z licznością grupy. Optimum to trzy osoby. Dobrze dobierz członków grupy. Muszą to być ludzie opanowani, nie ulegający emocjom, panice itp. Ogólne "ogarnięcie" ekipy to klucz do bezpieczeństwa. Czasem może zaistnieć potrzeba współpracy, a bez koordynacji działań nie ma o niej mowy.
Alkohol i inne używki wpływające na psychikę. Krótko - nawet kurwa o tym nie myśl! I mówię poważnie. Wiesz dobrze, co takie substancje robią z głową nawet podczas ich używania w kontrolowanych warunkach. Miejsce opuszczone to nie są kontrolowane warunki. Im trzeźwiejszy osąd sytuacji tym większa pewność, że nie napytasz biedy sobie i ludziom, którzy Ci towarzyszą.
3. Zachowanie na miejscu.
Naczelna zasada urbexu mówi "Jedyne co zostawiamy, to ślady stóp. Jedyne, co zabieramy to wykonane przez nas zdjęcia". I tego się trzymajmy. Czemu? Atrakcyjność miejscówek jest mierzona przede wszystkim zastanymi w niej przedmiotami czy elementami wystroju. To wszystko tworzy pewien niepowtarzalny klimat zatrzymanego czasu. Niestety, nie raz widziałem całkiem fajne miejsca rozszabrowane przez ludzi, który z urbexem nie mieli nic wspólnego. Jeśli zaczynasz bawić się w urbex, nie pomagaj zwykłym wandalom. Nie zabieraj przedmiotów, nie niszcz ich i nie zmieniaj ich położenia. Pamiętaj, że nie jesteś jedynym eksploratorem. Po Tobie przyjdą tu inni, którzy też będą chcieli zrobić fajne zdjęcia czy po prostu poczuć to coś, co przyciąga nas, pasjonatów w takie miejsca. Dobra, powiesz "Nic się nie stanie, jak wezmę ten dokument czy jakąś inną pierdółkę". Tyle, że Ty weźmiesz jedno, kolega drugie, po Was przyjdzie jeszcze pięciu innych, którzy też coś wezmą. Reszty dopełnią wandale i... fajna miejscówka staje się miejscem kompletnie niewartym uwagi. Zachowuj się na miejscówce jak w muzeum. Tak, jak w Luwrze nie wyciąga się łapy po obraz przedstawiający Giocondę, tak i na miejscówce nie robi się rozpierduchy i nie uprawia się szabru.
Im ciszej się poruszasz, tym lepiej dla wszystkich. Owszem, Ty nie robisz nic złego, bo przyszedłeś tylko zrobić kilka zdjęć, jednak dla służb patrolujących okolice takich pustostanów nie jest to takie oczywiste. Nie zabieraj na wyprawę żadnych złodziejskich zabawek - łomów, przecinaków, nożyc do stali. Co za tym idzie, nie otwieraj "na chama" tego, co jest zamknięte czy zablokowane. Czasem lepiej odpuścić sobie jakieś pomieszczenie, niż potem odpowiadać za włamanie lub usiłowanie kradzieży złomu. Z aparatem w dłoni masz szansę się wytłumaczyć. Łom czy nożyce obniżają wiarygodność. Znacznie.
4. Bezpieczeństwo.
MYŚL, MYŚL I JESZCZE RAZ MYŚL! W eksplorowaniu opuszczonych miejsc to podstawa wszelkich podstaw. Jeśli już jesteś na miejscówce, trzymaj się kolejnych zasad:
Nie kozakuj, nie strzelaj popisówy, nie zgrywaj twardziela. Urbex jest niebezpieczny, jednak mądrzy eksploratorzy robią wszystko, aby zabawa była w miarę możliwości bezpieczna. Jeśli Ty drogi Czytelniku bezpieczeństwo masz w dupie, do wyposażenia z punktu pierwszego dolicz sobie plastikowy worek. Tak, taki duży, czarny lub biały, z suwakiem. Przynajmniej służby ratunkowe nie będą musiały fatygować się po swój.
Miej oczy dookoła głowy. Zwracaj uwagę na to, po czym idziesz i co jest nad Tobą. Skręcona noga czy przydzwonienie czerepem w coś wystającego z sufitu psuje zabawę. I boli. Naprawdę cholernie boli.
Oceniaj ryzyko. Jeśli schody nie wyglądają na zbyt mocne, to zapewne tak jest. Betonowe dość mocno opierają się upływowi czasu, jednak drewniane mogą stać się śmiertelną pułapką. Nie wiesz przecież ile lat to wszystko stało bez konserwacji i ile pokoleń korników organizowało sobie dziką imprę w tej konstrukcji. Jeśli betonowe schody nie posiadają poręczy (a zwykle nie posiadają, ot... ktoś się nie bał i zajebał), poruszaj się przy ścianie. Przed wejściem na jakąkolwiek drabinkę sprawdź dwa razy, czy jest ona dobrze osadzona. Szarpnij, uwieś się, ale nie pchaj się na nią "na spontanie". Uważaj na szyby wind. Jeśli przy eksploracji wysokiego budynku natrafisz na kabinę windy zatrzymaną na wyższych piętrach, nie właź do niej! Po kilkunastu latach napięte, niekonserwowane liny mogą mieć wytrzymałość sznurka. Nie zbliżaj się do zawałów, osuwisk czy innych miejsc, gdzie konstrukcja budynku uległa zniszczeniu sama z siebie. Nigdy nie wiadomo, czy wszystko zawaliło się do końca i czy Twój ciężar lub wibracje wywołane krokami nie pociągną dalej tego procesu. Nie dotykaj przewodów. Niekiedy w nawet bardzo starych budynkach instalacja nadal może być pod napięciem. Omijaj szerokim łukiem beczki z chemikaliami czy butle z gazami. Nie majstruj przy tym, bo pomimo, że jest to stare, nadal może być cholernie niebezpieczne.
Konfrontacje. Jeśli widzisz, że zostałeś zauważony przez patrol policji czy straży miejskiej, NIE UCIEKAJ. Dlaczego masz nie uciekać? Ano dlatego, że ucieka ten, który ma coś na sumieniu. Może to spowodować podjęcie pościgu. Nie dość, że wzrasta wtedy ryzyko zrobienia sobie krzywdy, to po schwytaniu (i obezwładnieniu) ciężko raczej się wyjaśnia cel wizyty w obiekcie. Patrol Cię woła? Podchodzisz, tłumaczysz. Bez zbędnej spinki, z maksimum kultury. Pamiętaj, że to Ty łazisz po nie swoim terenie, więc nie jesteś na prawie. To, czy będziesz miał z tego tytułu problemy czy nie, zależy od dobrej woli służb. Jeśli ktoś jest odporny na tłumaczenie, i każe Ci teren opuścić, po prostu zwijaj manatki.
Jeżeli zauważysz, że w budynku znajduje się jakieś nawalone, imprezujące towarzystwo, również odpuść. Wrócisz, kiedy ich nie będzie. Lepiej poczekać dzień lub dwa, niż zarobić w zęby i stracić przy tym aparat lub telefon. Zapomnij o jakiejkolwiek walce. Dwóch na pięciu, naćpanych lub nawalonych, z włączonym agresorem i chuj-wie-czym w kieszeni - nie widzę tego. Lepiej unikać niż walczyć. W przypadku urbeksu emocje mają płynąć ze zwiedzania opuszczonego budynku, nie z jakiegoś amatorskiego, grupowego MMA z bandą nawalonych lub naćpanych typów.
Inna liga to bezdomni. Nie są raczej agresywni, jednak szanujmy to, że ci goście są tu "u siebie". Może to wydawać się śmieszne, ale dla dobrego urbeksowca pakt o nieagresji z mieszkańcami takich miejsc to rzecz bardzo cenna. Aby uniknąć bezdomnych, warto udawać się na miejscówki w dzień.
Do rzeczy jednak. Od wielu lat pasjonuję się czymś, co według popkultury nosi miano urbeksu, urban exploringu czy też eksploracji miejskiej. Na czym to polega? Urbex jest to aktywna forma spędzania wolnego czasu polegająca na eksplorowaniu opuszczonych budynków, kompleksów przemysłowych czy też wszelkiego rodzaju instalacji obronnych (bunkrów, schronów itp.) "Nauką pomocniczą" urbeksu jest niewątpliwie fotografia. Przydatne są też podstawy sztuk przetrwania w terenie miejskim, bo nie ukrywajmy - wiele obiektów zainteresowania eksploratorów to miejsca niebezpieczne. Nieraz skrajnie. Cała zabawa polega na przeniknięciu do obiektu, wykonaniu w nim zdjęć (od dokumentalnych po artystyczne, wszystko zależy od warunków) oraz opuszczeniu danego miejsca. Urbex przez dłuższy czas był "sportem" zarezerwowanym dla pewnego zamkniętego grona amatorów ekstremalnych doznań. Dziś, dzięki niewątpliwemu wpływowi mediów łazikowanie po opuszczonych budynkach stało się modne. Niestety ta moda niesie ze sobą wiele zjawisk negatywnych. Wiele fajnych miejscówek zostało "spalonych" dzięki wybrykom żądnych przygód dzieciaków. Wiele z nich zabezpieczono po wypadkach, które zdarzały się na ich terenie. Wszystko to utrudnia zadanie wprawnym eksploratorom, którzy przychodzą na miejsce nie po to, aby niszczyć, kraść czy odstawiać jakiś inny cyrk, ale po prostu popatrzeć i udokumentować efekty mijającego nieubłaganie czasu.
Wspomniałem, że urbex staje się modny. Dlatego jako człowiek, który siedzi już w tym temacie jakiś czas, czuję się zobowiązany do udzielenia paru dobrych rad młodym adeptom tej sztuki. Jeśli więc Czytelniku wpadłeś na pomysł, aby udać się na jakiś opuszczony obiekt, pamiętaj o kilku bardzo ważnych rzeczach:
1. Wyposażenie
Ogólna zasada, którą rządzi się wszelkie łazikowanie jest taka, że im mniej gratów ze sobą targamy tym lepiej. Urbex jednak nie jest takim zwykłym spacerem. Idziemy do miejsca, które może okazać się niebezpieczne. Zadbaj więc o:
GŁOWĘ NA KARKU. Nie wymaga chyba komentarza. Zdrowe myślenie, brak ryzykanctwa i odpowiedzialność to rzeczy elementarne.
Odpowiedni ubiór. Pamiętaj, że wyprawa to nie rewia mody. Ciuchy muszą być mocne, wygodne, a jednocześnie w takim stanie, że nie będziesz musiał obawiać się o ich zniszczenie. Długie spodnie i bluza z kapturem to dobre rozwiązanie. W opuszczonych obiektach jest brudno. Czasem łatwiej wyprać bluzę, niż pozbyć się z włosów czegoś mało przyjemnego (i nie mówię o zwykłym kurzu czy pyle, ale np. o smarach, farbach itp.) Ważną, jeśli nie najważniejszą częścią stroju jest obuwie. Idealne - z grubą podeszwą i wysoką cholewką. Wielokrotnie właśnie taka gruba podeszwa ratowała moją stopę przed uszkodzeniem ostrym prętem, rozbitym szkłem czy wystającym nieśmiało z jakiejś deszczułki gwoździem. Dziewczyny - zapomnijcie o trampkach czy balerinach. Tworzywo ich podeszwy jest tak cienkie, że dla większości artefaktów leżących na podłodze nie stanowi żadnej bariery. Do powyższego zestawu dorzuciłbym też jakieś rękawice. Przydają się w konfrontacji z oknami - czasem okno to jedyna droga do wnętrza, a rama może być najeżona kawałkami szkła czy drzazgami.
Dobrą latarkę. Dzień przed wyprawą sprawdź stan baterii. Jeżeli dysponujesz akumulatorkami - naładuj je. Lepiej, żeby latarka nie zawiodła w jakiejś krytycznej sytuacji. "Dobra" nie oznacza koniecznie "latarka taktyczna służb specjalnych", ale i nie "chiński szajs z bazarku". Pamiętajmy, że baterie nie są zbyt odporne na mróz. Dlatego dobrą regułą jest noszenie ich w kieszeni jak najbliżej ciała. Do latarki wkładamy je już po dotarciu na miejsce.
Telefon. Jeśli masz taką możliwość, zrezygnuj na czas wyprawy ze smartfona, a używaj jakiejś starszej "cegłówki". Czemu? Ano temu, że stare telefony są z reguły wytrzymalsze niż współczesne kieszonkowe komputerki. Nie straszne im upadki czy przygniecenia ciałem. Ponadto w skrajnej sytuacji (a o takie na opuszczonym nie trudno) mniej boli strata telefonu wartego 40 zł niż smartfona za kilka stówek. Bardzo liczy się też to, że w starszych modelach bateria trzyma dłużej, a telefon bierzemy ze sobą przede wszystkim jako środek powiadamiania ratunkowego w przypadku niebezpieczeństwa. Zimą z telefonem postępujemy jak powyżej, z zasilaniem latarki - im więcej ciepła da bateriom nasze ciało, tym lepiej.
Aparat fotograficzny. Nie każdy urbeksowiec jest jednocześnie fotoamatorem, jednak niektóre miejsca aż proszą się o ich uwiecznienie. Na pierwszą wyprawę w nieznane nam miejsce odradzam zabieranie jakiegoś droższego sprzętu. Warto najpierw obadać miejsce, upewnić się co do wszystkich zagrożeń jakie ze sobą niesie, a dopiero na drugiej wyprawie nastawić się na kreatywne zdjęcia. Nigdy bowiem nie wiadomo, czy odwiedzane przez nas miejsce nie jest "przystanią" dla okolicznych amatorów cudzej własności czy innych mniej lub bardziej niebezpiecznych ludzi.
2. Wyprawa
Planowanie to podstawa. Zdobądź więc jak najwięcej informacji o obiekcie, do którego zamierzasz się udać. Obejrzyj go z zewnątrz, oceń drogi dojścia i ewentualnego odwrotu (tu pomoże np. serwis Google Maps). Zwróć uwagę na to, czy obiekt jest chroniony. Jeśli jest, odpuść sobie. Na pierwsze wyprawy polecam miejsca bardziej dostępne.
Ekipa. Pod żadnym pozorem nie łaź sam! Zawsze bierz ze sobą przynajmniej jedną osobę, ale i nie przesadzaj z licznością grupy. Optimum to trzy osoby. Dobrze dobierz członków grupy. Muszą to być ludzie opanowani, nie ulegający emocjom, panice itp. Ogólne "ogarnięcie" ekipy to klucz do bezpieczeństwa. Czasem może zaistnieć potrzeba współpracy, a bez koordynacji działań nie ma o niej mowy.
Alkohol i inne używki wpływające na psychikę. Krótko - nawet kurwa o tym nie myśl! I mówię poważnie. Wiesz dobrze, co takie substancje robią z głową nawet podczas ich używania w kontrolowanych warunkach. Miejsce opuszczone to nie są kontrolowane warunki. Im trzeźwiejszy osąd sytuacji tym większa pewność, że nie napytasz biedy sobie i ludziom, którzy Ci towarzyszą.
3. Zachowanie na miejscu.
Naczelna zasada urbexu mówi "Jedyne co zostawiamy, to ślady stóp. Jedyne, co zabieramy to wykonane przez nas zdjęcia". I tego się trzymajmy. Czemu? Atrakcyjność miejscówek jest mierzona przede wszystkim zastanymi w niej przedmiotami czy elementami wystroju. To wszystko tworzy pewien niepowtarzalny klimat zatrzymanego czasu. Niestety, nie raz widziałem całkiem fajne miejsca rozszabrowane przez ludzi, który z urbexem nie mieli nic wspólnego. Jeśli zaczynasz bawić się w urbex, nie pomagaj zwykłym wandalom. Nie zabieraj przedmiotów, nie niszcz ich i nie zmieniaj ich położenia. Pamiętaj, że nie jesteś jedynym eksploratorem. Po Tobie przyjdą tu inni, którzy też będą chcieli zrobić fajne zdjęcia czy po prostu poczuć to coś, co przyciąga nas, pasjonatów w takie miejsca. Dobra, powiesz "Nic się nie stanie, jak wezmę ten dokument czy jakąś inną pierdółkę". Tyle, że Ty weźmiesz jedno, kolega drugie, po Was przyjdzie jeszcze pięciu innych, którzy też coś wezmą. Reszty dopełnią wandale i... fajna miejscówka staje się miejscem kompletnie niewartym uwagi. Zachowuj się na miejscówce jak w muzeum. Tak, jak w Luwrze nie wyciąga się łapy po obraz przedstawiający Giocondę, tak i na miejscówce nie robi się rozpierduchy i nie uprawia się szabru.
Im ciszej się poruszasz, tym lepiej dla wszystkich. Owszem, Ty nie robisz nic złego, bo przyszedłeś tylko zrobić kilka zdjęć, jednak dla służb patrolujących okolice takich pustostanów nie jest to takie oczywiste. Nie zabieraj na wyprawę żadnych złodziejskich zabawek - łomów, przecinaków, nożyc do stali. Co za tym idzie, nie otwieraj "na chama" tego, co jest zamknięte czy zablokowane. Czasem lepiej odpuścić sobie jakieś pomieszczenie, niż potem odpowiadać za włamanie lub usiłowanie kradzieży złomu. Z aparatem w dłoni masz szansę się wytłumaczyć. Łom czy nożyce obniżają wiarygodność. Znacznie.
4. Bezpieczeństwo.
MYŚL, MYŚL I JESZCZE RAZ MYŚL! W eksplorowaniu opuszczonych miejsc to podstawa wszelkich podstaw. Jeśli już jesteś na miejscówce, trzymaj się kolejnych zasad:
Nie kozakuj, nie strzelaj popisówy, nie zgrywaj twardziela. Urbex jest niebezpieczny, jednak mądrzy eksploratorzy robią wszystko, aby zabawa była w miarę możliwości bezpieczna. Jeśli Ty drogi Czytelniku bezpieczeństwo masz w dupie, do wyposażenia z punktu pierwszego dolicz sobie plastikowy worek. Tak, taki duży, czarny lub biały, z suwakiem. Przynajmniej służby ratunkowe nie będą musiały fatygować się po swój.
Miej oczy dookoła głowy. Zwracaj uwagę na to, po czym idziesz i co jest nad Tobą. Skręcona noga czy przydzwonienie czerepem w coś wystającego z sufitu psuje zabawę. I boli. Naprawdę cholernie boli.
Oceniaj ryzyko. Jeśli schody nie wyglądają na zbyt mocne, to zapewne tak jest. Betonowe dość mocno opierają się upływowi czasu, jednak drewniane mogą stać się śmiertelną pułapką. Nie wiesz przecież ile lat to wszystko stało bez konserwacji i ile pokoleń korników organizowało sobie dziką imprę w tej konstrukcji. Jeśli betonowe schody nie posiadają poręczy (a zwykle nie posiadają, ot... ktoś się nie bał i zajebał), poruszaj się przy ścianie. Przed wejściem na jakąkolwiek drabinkę sprawdź dwa razy, czy jest ona dobrze osadzona. Szarpnij, uwieś się, ale nie pchaj się na nią "na spontanie". Uważaj na szyby wind. Jeśli przy eksploracji wysokiego budynku natrafisz na kabinę windy zatrzymaną na wyższych piętrach, nie właź do niej! Po kilkunastu latach napięte, niekonserwowane liny mogą mieć wytrzymałość sznurka. Nie zbliżaj się do zawałów, osuwisk czy innych miejsc, gdzie konstrukcja budynku uległa zniszczeniu sama z siebie. Nigdy nie wiadomo, czy wszystko zawaliło się do końca i czy Twój ciężar lub wibracje wywołane krokami nie pociągną dalej tego procesu. Nie dotykaj przewodów. Niekiedy w nawet bardzo starych budynkach instalacja nadal może być pod napięciem. Omijaj szerokim łukiem beczki z chemikaliami czy butle z gazami. Nie majstruj przy tym, bo pomimo, że jest to stare, nadal może być cholernie niebezpieczne.
Konfrontacje. Jeśli widzisz, że zostałeś zauważony przez patrol policji czy straży miejskiej, NIE UCIEKAJ. Dlaczego masz nie uciekać? Ano dlatego, że ucieka ten, który ma coś na sumieniu. Może to spowodować podjęcie pościgu. Nie dość, że wzrasta wtedy ryzyko zrobienia sobie krzywdy, to po schwytaniu (i obezwładnieniu) ciężko raczej się wyjaśnia cel wizyty w obiekcie. Patrol Cię woła? Podchodzisz, tłumaczysz. Bez zbędnej spinki, z maksimum kultury. Pamiętaj, że to Ty łazisz po nie swoim terenie, więc nie jesteś na prawie. To, czy będziesz miał z tego tytułu problemy czy nie, zależy od dobrej woli służb. Jeśli ktoś jest odporny na tłumaczenie, i każe Ci teren opuścić, po prostu zwijaj manatki.
Jeżeli zauważysz, że w budynku znajduje się jakieś nawalone, imprezujące towarzystwo, również odpuść. Wrócisz, kiedy ich nie będzie. Lepiej poczekać dzień lub dwa, niż zarobić w zęby i stracić przy tym aparat lub telefon. Zapomnij o jakiejkolwiek walce. Dwóch na pięciu, naćpanych lub nawalonych, z włączonym agresorem i chuj-wie-czym w kieszeni - nie widzę tego. Lepiej unikać niż walczyć. W przypadku urbeksu emocje mają płynąć ze zwiedzania opuszczonego budynku, nie z jakiegoś amatorskiego, grupowego MMA z bandą nawalonych lub naćpanych typów.
Inna liga to bezdomni. Nie są raczej agresywni, jednak szanujmy to, że ci goście są tu "u siebie". Może to wydawać się śmieszne, ale dla dobrego urbeksowca pakt o nieagresji z mieszkańcami takich miejsc to rzecz bardzo cenna. Aby uniknąć bezdomnych, warto udawać się na miejscówki w dzień.
sobota, 2 lutego 2013
Po siódme: nowy aparat kupić trudno, ale starać się trzeba.
Jako że fotografuję już parę dobrych lat, dość często spotykam się z prośbą o radę w kwestii zakupu nowego aparatu. Nie jestem profesjonalistą, nie mogę się więc uważać za eksperta. Jednak z racji tego, że pstrykanie to moja największa pasja, jakieś tam doświadczenie odnośnie sprzętu posiadam. Notkę tę polecam więc wszystkim, którzy w najbliższym czasie planują zakup nowego urządzenia służącego do rejestracji obrazów nieruchomych, a nie wiedzą jak się do tego zabrać, bo nigdy się w to nie bawili. Dość charakterystyczną cechą moich wpisów jest podawanie dużych ilości informacji w formie podpunktów. Tak też będzie i tym razem. Myślę, że to dobry sposób na wyłowienie z bloku tekstu tego, co konkretnie czytelnika interesuje. Jeśli więc drogi Czytelniku jesteś zainteresowany, przeczytaj. Jeżeli jednak nie, nie rób tego, bo to - proszę Ciebie - długie, nudne i jeszcze w dodatku nieśmieszne, a wręcz smutnym okazać się może. :).
1. Wojna! Tak, drogi użytkowniku. Kupowanie jakiegokolwiek nowego sprzętu elektronicznego w dzisiejszych czasach to wojna. Po jednej stronie barykady stoisz Ty (a raczej Twój portfel), a po drugiej przeciwnik w postaci sklepu reprezentowanego przez sprzedawcę. Sprzedawca ma jedno, proste zadanie - musi wydobyć z Twojego portfela jak najwięcej portretów przedstawiających polskich królów. Musisz być więc przygotowany na potyczkę. Ale spokojnie! Nikt nikogo nie będzie bił, na pociskach, granatach i tym podobnych zabawkach również oszczędzimy. Potyczka tej wojny odbywać się będzie na poziomie psychologicznym. Dlatego też musisz wiedzieć rzecz najważniejszą - czego właściwie chcesz i na co Ci to. W pierwszej części tej notki omówimy więc przede wszystkim cztery typy aparatów dostępnych na rynku.
a) Aparat kompaktowy - aparat tego typu to zwykle mała, lekka i poręczna konstrukcja. Jego obsługa uproszczona jest do maksimum. Na obudowie najczęściej znajdziemy jedynie kilka przycisków - spust migawki, włącznik lampy błyskowej, pokrętło zoomu oraz klawisze nawigacyjne służące do przeglądania/kasowania wykonanych zdjęć. Oprogramowanie zawiera dużą ilość programów tematycznych, które dostosują ustawienia aparatu do zastanych warunków. Kompakty posiadają także duży, wyraźny wyświetlacz. Sporo aparatów kompaktowych jest w stanie rejestrować filmy w rozdzielczości HD. Zdecyduj się na kompakt, jeśli:
- Cenisz wygodę. Aparat ma być lekki, mieścić się w kieszeni lub torebce. Docenisz to, robiąc zdjęcia na imprezie, podczas wypadu na miasto ze znajomymi czy jeśli chcesz uwiecznić swoją pociechę w czasie zabawy.
- Nie masz zamiaru zagłębiać się w kreatywną fotografię, a potrzebujesz jedynie prostego "rejestratora" rzeczywistości.
- Nie chcesz wydać zbyt wielu pieniędzy.
b) Aparat kompaktowy z wymienną optyką. Urządzenia te na rynku pojawiły się niedawno. "Bezlusterkowiec" (bo i tak mówi się na reprezentantów tego segmentu) od kompaktu różni się dwiema rzeczami: oprócz trybów automatycznych posiada również tryb manualny (pozwalający na ręczną regulację parametrów przyszłego zdjęcia), oraz istnieje w nim możliwość zmiany obiektywu. I tu drogi użytkowniku jest haczyk na Ciebie. Zastanów się, czy w możliwościach Twojego portfela leży dokupienie innego obiektywu niż ten, który znajduje się w zestawie oraz czy będzie Ci to potrzebne. Bo jeśli potrzebujesz aparatu do rzeczy, które wymieniłem w pierwszym podpunkcie, to zakup bezlusterkowca będzie jedynie stratą pieniędzy. I tak będziesz korzystał z obiektywu "kitowego" (czyli dołączonego w zestawie), a jego możliwości są podobne do szkła zamontowanego na stałe w porządnych kompaktach. Fakt, programy tematyczne pozwolą na nieco więcej, ale i tak lwią część ceny takiego aparatu stanowi MOŻLIWOŚĆ zmiany obiektywu. Możliwość, której i tak nie wykorzystasz, bo każdy aparat tego typu to osobny tzw. system. Mówiąc prościej - do aparatów marki X pasują obiektywy marki X. A ceny ich potrafią być naprawdę spore. Oczywiście można bawić się w przejściówki i adaptery (nie zawsze jest to możliwe), ale to kolejna inwestycja. Jeśli nie pasjonujesz się fotografią, lepiej mieć pod ręką coś bardziej uniwersalnego. Kompakt z wymienną optyką wybierz jeśli:
- Zamierzasz zostać fotoamatorem, który od aparatu wymaga czegoś więcej niż prostoty w użytkowaniu.
- Chcesz połączyć wygodę użytkowania (lekkość, małe rozmiary) z możliwością dopasowania aparatu do swoich potrzeb, bo orientujesz się już w podstawach kreatywnej fotografii i potrafisz np. odróżnić od siebie rodzaje obiektywów.
- Jesteś w stanie doinwestować swój aparat, a więc w przyszłości dokupić dodatkowe obiektywy do konkretnych typów zdjęć.
c) Hybrydowy aparat kompaktowy, potocznie "hybryda". Hybryda jak nazwa wskazuje to połączenie "czegoś z czymś". W tym przypadku jest to połączenie większości funkcjonalności lustrzanki cyfrowej (patrz podpunkt d) i aparatu kompaktowego. Plusem hybrydy z punktu widzenia zaawansowanego fotoamatora jest na pewno mnogość ustawień ręcznych. Minusem brak możliwości zmiany obiektywu. Ale tu kolejny plus - obiektywy hybryd oferują bardzo szeroki zakres ogniskowych. Mówiąc ludzkim językiem - takim obiektywem wykonamy zarówno ładne zdjęcie owada jak i zbliżenie obiektu znajdującego się bardzo daleko. Jeśli jednak chcemy prostoty, oprogramowanie hybrydy zawiera również tryb automatyczny i wiele programów tematycznych. Hybrydę właściwie można polecić każdemu - i osobie w fotografii "zielonej", i tej która chce uczyć się fotografować kreatywnie, oraz tej, która już to robi. Pojawia się jednak pewien zgrzyt. Otóż hybryda nie jest ani lekka, ani poręczna, a już na pewno nie mała. Aparat nie zmieści się w kieszeni czy torebce. Potrzeba specjalnej torby, dzięki której możemy bezpiecznie i bez narażania na "urazy" transportować naszą fotomaszynkę. Kup hybrydę, jeśli:
- Często fotografujesz na wycieczkach, wypadach za miasto. Przyda się tu bardzo duży zoom, który oferuje ten typ aparatów.
- Starasz się fotografować kreatywnie, ale potrzebujesz czasem wsparcia automatyki. Hybryda posiada tryby zarówno w pełni automatyczne, jak i półautomatyczne. Każdy z nich przy włączaniu jest krótko opisany, tak więc wiesz jakich efektów możesz się spodziewać.
- Nie przeszkadza Ci ciężar i wymiary aparatu oraz to, że będziesz zmuszony nosić go w osobnej torbie.
- Nie zamierzasz doinwestowywać aparatu i wystarcza Ci wbudowany obiektyw. Hybrydę można jednak w pewnym stopniu rozbudować - większość z nich pozwala na podłączenie dodatkowej lampy błyskowej, w niektórych da się również stosować filtry czy osłonę przeciwsłoneczną.
d) Lustrzanka cyfrowa. Połączenie możliwości wszystkich wyżej wymienionych aparatów. Znajdziemy tu zarówno możliwość rozbudowy (zmiana obiektywów, mocowanie zewnętrznej lampy błyskowej, filtry na obiektyw) jak i pełną automatykę. Nie dajmy się jednak skusić sprzedawcy. Lustrzankę kupujemy w jednym, jedynym przypadku - wtedy, kiedy WIEMY, że jest nam potrzebna. Sprzedawca będzie nas częstował tysiącem bajek o wyższości tego aparatu nad innymi. I owszem, po części będzie miał rację, bo "lusterko" pozwala na wiele rzeczy, których nie uświadczymy wśród kompaktów, ale pod jednym warunkiem - nie zrobi tego samo. I na pewno z nikogo nie uczyni profesjonalisty, bo NIE APARAT ROBI ZDJĘCIA, ALE FOTOGRAF. Lustrzanka używana przez kogoś, kto nie ma ochoty zagłębiać się w arkana fotografii zrobi podobne zdjęcia jak dobry kompakt. Większość świetnych zdjęć, które oglądamy w sieci to efekty zastosowania trybu manualnego, odpowiednich obiektywów i zaawansowanej obróbki oraz świadomego fotografowania. Jeśli nie zamierzamy się uczyć obsługi tego trybu, a co za tym idzie nie planujemy uczyć się obróbki i dokupować obiektywów - lustrzanki nie polecam. Polecam ją natomiast tym, dla których:
- Aparat hybrydowy to za mało. O ile przy zastosowaniach czysto amatorskich pewne kwestie nie mają znaczenia, to już po wypłynięciu na "szersze wody" mogą się rzucać w oczy błędy techniczne wynikające ze słabej pracy obiektywu na dużych zakresach ogniskowych (winietowanie, dystorsje). Problemy może także przynieść nieduży rozmiar matrycy (szumy przy długich czasach ekspozycji na wysokich wartościach ISO), oraz ograniczenia czasu naświetlania (długie czasy to zwykle maksimum minuta, bardzo rzadko występuje tryb "bulb").
- Noszenie dużego i ciężkiego aparatu nie jest problemem, bo przyzwyczaili się do tego używając hybryd.
- Nie jest problemem eksperymentowanie. Ceny systemowych obiektywów czołowych producentów do niskich nie należą. Warto więc przeczesywać rynek wtórny w poszukiwaniu alternatywy dla tego, co pomysłodawca systemu ceni na czterocyfrową kwotę.
1. Wojna! Tak, drogi użytkowniku. Kupowanie jakiegokolwiek nowego sprzętu elektronicznego w dzisiejszych czasach to wojna. Po jednej stronie barykady stoisz Ty (a raczej Twój portfel), a po drugiej przeciwnik w postaci sklepu reprezentowanego przez sprzedawcę. Sprzedawca ma jedno, proste zadanie - musi wydobyć z Twojego portfela jak najwięcej portretów przedstawiających polskich królów. Musisz być więc przygotowany na potyczkę. Ale spokojnie! Nikt nikogo nie będzie bił, na pociskach, granatach i tym podobnych zabawkach również oszczędzimy. Potyczka tej wojny odbywać się będzie na poziomie psychologicznym. Dlatego też musisz wiedzieć rzecz najważniejszą - czego właściwie chcesz i na co Ci to. W pierwszej części tej notki omówimy więc przede wszystkim cztery typy aparatów dostępnych na rynku.
a) Aparat kompaktowy - aparat tego typu to zwykle mała, lekka i poręczna konstrukcja. Jego obsługa uproszczona jest do maksimum. Na obudowie najczęściej znajdziemy jedynie kilka przycisków - spust migawki, włącznik lampy błyskowej, pokrętło zoomu oraz klawisze nawigacyjne służące do przeglądania/kasowania wykonanych zdjęć. Oprogramowanie zawiera dużą ilość programów tematycznych, które dostosują ustawienia aparatu do zastanych warunków. Kompakty posiadają także duży, wyraźny wyświetlacz. Sporo aparatów kompaktowych jest w stanie rejestrować filmy w rozdzielczości HD. Zdecyduj się na kompakt, jeśli:
- Cenisz wygodę. Aparat ma być lekki, mieścić się w kieszeni lub torebce. Docenisz to, robiąc zdjęcia na imprezie, podczas wypadu na miasto ze znajomymi czy jeśli chcesz uwiecznić swoją pociechę w czasie zabawy.
- Nie masz zamiaru zagłębiać się w kreatywną fotografię, a potrzebujesz jedynie prostego "rejestratora" rzeczywistości.
- Nie chcesz wydać zbyt wielu pieniędzy.
b) Aparat kompaktowy z wymienną optyką. Urządzenia te na rynku pojawiły się niedawno. "Bezlusterkowiec" (bo i tak mówi się na reprezentantów tego segmentu) od kompaktu różni się dwiema rzeczami: oprócz trybów automatycznych posiada również tryb manualny (pozwalający na ręczną regulację parametrów przyszłego zdjęcia), oraz istnieje w nim możliwość zmiany obiektywu. I tu drogi użytkowniku jest haczyk na Ciebie. Zastanów się, czy w możliwościach Twojego portfela leży dokupienie innego obiektywu niż ten, który znajduje się w zestawie oraz czy będzie Ci to potrzebne. Bo jeśli potrzebujesz aparatu do rzeczy, które wymieniłem w pierwszym podpunkcie, to zakup bezlusterkowca będzie jedynie stratą pieniędzy. I tak będziesz korzystał z obiektywu "kitowego" (czyli dołączonego w zestawie), a jego możliwości są podobne do szkła zamontowanego na stałe w porządnych kompaktach. Fakt, programy tematyczne pozwolą na nieco więcej, ale i tak lwią część ceny takiego aparatu stanowi MOŻLIWOŚĆ zmiany obiektywu. Możliwość, której i tak nie wykorzystasz, bo każdy aparat tego typu to osobny tzw. system. Mówiąc prościej - do aparatów marki X pasują obiektywy marki X. A ceny ich potrafią być naprawdę spore. Oczywiście można bawić się w przejściówki i adaptery (nie zawsze jest to możliwe), ale to kolejna inwestycja. Jeśli nie pasjonujesz się fotografią, lepiej mieć pod ręką coś bardziej uniwersalnego. Kompakt z wymienną optyką wybierz jeśli:
- Zamierzasz zostać fotoamatorem, który od aparatu wymaga czegoś więcej niż prostoty w użytkowaniu.
- Chcesz połączyć wygodę użytkowania (lekkość, małe rozmiary) z możliwością dopasowania aparatu do swoich potrzeb, bo orientujesz się już w podstawach kreatywnej fotografii i potrafisz np. odróżnić od siebie rodzaje obiektywów.
- Jesteś w stanie doinwestować swój aparat, a więc w przyszłości dokupić dodatkowe obiektywy do konkretnych typów zdjęć.
c) Hybrydowy aparat kompaktowy, potocznie "hybryda". Hybryda jak nazwa wskazuje to połączenie "czegoś z czymś". W tym przypadku jest to połączenie większości funkcjonalności lustrzanki cyfrowej (patrz podpunkt d) i aparatu kompaktowego. Plusem hybrydy z punktu widzenia zaawansowanego fotoamatora jest na pewno mnogość ustawień ręcznych. Minusem brak możliwości zmiany obiektywu. Ale tu kolejny plus - obiektywy hybryd oferują bardzo szeroki zakres ogniskowych. Mówiąc ludzkim językiem - takim obiektywem wykonamy zarówno ładne zdjęcie owada jak i zbliżenie obiektu znajdującego się bardzo daleko. Jeśli jednak chcemy prostoty, oprogramowanie hybrydy zawiera również tryb automatyczny i wiele programów tematycznych. Hybrydę właściwie można polecić każdemu - i osobie w fotografii "zielonej", i tej która chce uczyć się fotografować kreatywnie, oraz tej, która już to robi. Pojawia się jednak pewien zgrzyt. Otóż hybryda nie jest ani lekka, ani poręczna, a już na pewno nie mała. Aparat nie zmieści się w kieszeni czy torebce. Potrzeba specjalnej torby, dzięki której możemy bezpiecznie i bez narażania na "urazy" transportować naszą fotomaszynkę. Kup hybrydę, jeśli:
- Często fotografujesz na wycieczkach, wypadach za miasto. Przyda się tu bardzo duży zoom, który oferuje ten typ aparatów.
- Starasz się fotografować kreatywnie, ale potrzebujesz czasem wsparcia automatyki. Hybryda posiada tryby zarówno w pełni automatyczne, jak i półautomatyczne. Każdy z nich przy włączaniu jest krótko opisany, tak więc wiesz jakich efektów możesz się spodziewać.
- Nie przeszkadza Ci ciężar i wymiary aparatu oraz to, że będziesz zmuszony nosić go w osobnej torbie.
- Nie zamierzasz doinwestowywać aparatu i wystarcza Ci wbudowany obiektyw. Hybrydę można jednak w pewnym stopniu rozbudować - większość z nich pozwala na podłączenie dodatkowej lampy błyskowej, w niektórych da się również stosować filtry czy osłonę przeciwsłoneczną.
d) Lustrzanka cyfrowa. Połączenie możliwości wszystkich wyżej wymienionych aparatów. Znajdziemy tu zarówno możliwość rozbudowy (zmiana obiektywów, mocowanie zewnętrznej lampy błyskowej, filtry na obiektyw) jak i pełną automatykę. Nie dajmy się jednak skusić sprzedawcy. Lustrzankę kupujemy w jednym, jedynym przypadku - wtedy, kiedy WIEMY, że jest nam potrzebna. Sprzedawca będzie nas częstował tysiącem bajek o wyższości tego aparatu nad innymi. I owszem, po części będzie miał rację, bo "lusterko" pozwala na wiele rzeczy, których nie uświadczymy wśród kompaktów, ale pod jednym warunkiem - nie zrobi tego samo. I na pewno z nikogo nie uczyni profesjonalisty, bo NIE APARAT ROBI ZDJĘCIA, ALE FOTOGRAF. Lustrzanka używana przez kogoś, kto nie ma ochoty zagłębiać się w arkana fotografii zrobi podobne zdjęcia jak dobry kompakt. Większość świetnych zdjęć, które oglądamy w sieci to efekty zastosowania trybu manualnego, odpowiednich obiektywów i zaawansowanej obróbki oraz świadomego fotografowania. Jeśli nie zamierzamy się uczyć obsługi tego trybu, a co za tym idzie nie planujemy uczyć się obróbki i dokupować obiektywów - lustrzanki nie polecam. Polecam ją natomiast tym, dla których:
- Aparat hybrydowy to za mało. O ile przy zastosowaniach czysto amatorskich pewne kwestie nie mają znaczenia, to już po wypłynięciu na "szersze wody" mogą się rzucać w oczy błędy techniczne wynikające ze słabej pracy obiektywu na dużych zakresach ogniskowych (winietowanie, dystorsje). Problemy może także przynieść nieduży rozmiar matrycy (szumy przy długich czasach ekspozycji na wysokich wartościach ISO), oraz ograniczenia czasu naświetlania (długie czasy to zwykle maksimum minuta, bardzo rzadko występuje tryb "bulb").
- Noszenie dużego i ciężkiego aparatu nie jest problemem, bo przyzwyczaili się do tego używając hybryd.
- Nie jest problemem eksperymentowanie. Ceny systemowych obiektywów czołowych producentów do niskich nie należą. Warto więc przeczesywać rynek wtórny w poszukiwaniu alternatywy dla tego, co pomysłodawca systemu ceni na czterocyfrową kwotę.
piątek, 1 lutego 2013
Po szóste: fora i ich fauna, czyli przegląd kretynów sieciowych.
Na forach i w grupach dyskusyjnych udzielam się od paru dobrych lat. Każde z tych miejsc dotyczy moich zainteresowań. Są to więc fora o tematyce lotniczej, fotograficznej, historycznej czy też dotyczącej zjawisk paranormalnych. Mówi się, że największym problemem sieci jest dzieciarnia. I jest to prawda. To nie Internet psuje dzieci. To dzieci psują Internet. Problem jest jednak szerszy - dziecko bowiem to nie wiek, a stan umysłu. Czasy zwykłych trolli już minęły. Obecnie uprzykrzaniem życia normalnych userów zajmują się wyspecjalizowane gatunki internetowych napinaczy. W dzisiejszym wpisie pozwolę sobie na przeanalizowanie większości przypadków, z którymi zetknąłem się jako moderator jednego z największych polskich forów. Walki z nimi bywały ciężkie. Gdyby spełniły się wszystkie groźby tych dziwnych ludzi, to trupem powinienem być przynajmniej kilkanaście razy. Pod każdym opisem zamieszczam wypowiedź przedstawiciela grupy. Prawdziwą i powodującą nieraz płacz nad głupotą jej autora, a czasem po prostu ból brzucha. Ze śmiechu. Zaczynamy więc:
1) Fanboj. Używasz aparatu marki Canon, Nikon, Sony, Fuji czy jakiejkolwiek innej? Gówno wiesz o fotografii. Nie pokazuj nigdzie swoich zdjęć, bo to dziadostwo i marnowanie miejsca na serwerach. A najlepiej, to weź się człowieku powieś, bo zabierasz powietrze ludziom, dla których fotografia to pasja i cel w życiu. Chyba, że...Chyba, że kupisz aparat tej marki, którą fanboj uważa za jedyną słuszną. Wtedy nawet najgorszy gniot stanie się dziełem sztuki, a każdy będzie Ci się kłaniał w pas. No właśnie! Pas! A raczej pasek na szyję musisz mieć największy z tych, które mieli w sklepie. I koniecznie musi być na nim oczojebne logo marki. Wszyscy muszą widzieć, jaki z Ciebie pro photographer. Pamiętaj! Nie musisz umieć robić zdjęć. Musisz za to umieć mieć aparat. Bo posiadanie aparatu to sztuka. Podkreślaj jego niezawodność. Jakiemuś użytkownikowi marki X urwało się mocowanie paska? Norma. Przecież jego aparat to gówno, a on pewnie nie umie robić zdjęć. Ty za to opowiedz, jak po Twoim aparacie firmy Y przejechał ładowny pociąg towarowy, zrzuciłeś go z dziesiątego piętra na beton, a potem podpaliłeś, a on nie ma nawet ryski. Prowokuj też dyskusje wyższości jednej marki nad drugą. Kiedy zostaniesz poproszony o zdjęcia, za Chiny ich nie pokazuj i skwituj "Nie mam takiego obowiązku, jeszcze skopiujesz i wykorzystasz sam. Złodzieju. Bo wszyscy Canonierzy, Nikoniarze itp. to pijaki. I złodzieje, bo każdy pijak to złodziej".
Wypowiedź fanboja:
"Ale o czym ty do mnie mówisz chłopczyku? Hasel*...coś tam? Co to za gówno? Pewnie jakiś chiński no name hehehehe"
*Hasselblad - firma produkująca jedne z najdroższych i najlepszych lustrzanek cyfrowych. Aparaty do zastosowań profesjonalnych, o rozdzielczościach matryc sięgających kilkudziesięciu megapikseli.
2) Daj. Daj to specyficzny gość, przesycony postawą roszczeniową. Plaga większości forów technicznych z działami dotyczącymi rozwiązywania problemów. Sposób działania Daja jest genialny w swojej prostocie. Otóż człowiek ten zakłada temat, w którym ŻĄDA. Żąda udzielenia mu pomocy i liczy, że inni użytkownicy posiedli dar czytania w myślach. Dlaczego? Ano dlatego, że opis problemu jest enigmatyczny. Urządzenie/program/funkcja "nie działa" i już. Użytkownicy mają zaś dać Dajowi rozwiązanie natychmiast. Jeśli temat został założony powiedzmy o 15:00 i nikt nie udzieli odpowiedzi, to autor już o 15:30 zacznie ponaglać. Cisza w temacie do 17:00 zaowocuje bluzgami i pierwszym wkroczeniem moderatora. Kiedy w końcu ktoś odpowie, Daj nie ma zamiaru choć wprowadzić go na trop postawienia diagnozy. Zachęcony do wykorzystania jednego sposobu, będzie żądał następnego, albo jęczał, że tak to on nie umie. Na koniec dyskutanci i tak się dowiedzą, że są "chujowymi specjalistami", to forum też takie jest i Daj już albo jeszcze szybciej idzie do serwisu. Bo tu "nikt nie kce pomuc".
Wypowiedź Daja:
20:00 - "Hey! Nie działa mi aparat firmy X. Normalnie robiłem zdj. a potem wcisnelem takie coś kolo takiego tego z przodu tam z prawej strony i na tym na górze wybiło mi komunikat, że coś tam coś tam [sry nie znam ang]. I nie działa. Pomuszcie!
20:25 - "ej no!!!!!!!1111 napisze ktoś coś?"
20:40 - "Dobra kurwa nie to nie.... Co za chujowe forum.... jp -.- Nara zjeby!!!!"
3) Kinderliberał. Nie lubię tematów politycznych, ale kinderliberał słynie z tego, że potrafi KAŻDY temat sprowadzić do polityki, omówić mocno stronniczo obecną sytuację, wskazać winnych, a następnie oświecić userów poglądami swojego idola, przyszłego zbawcy wszystkich Polaków - niejakiego pana J.K.M. Nie ważne, czy dyskusja dotyczy jakości statywów, zasady działania trymera steru wysokości czy eksploracji opuszczonych budynków. Młody korwinista zawsze znajdzie uchwyt, którego czepi się jak pijany płotu i pociągnie dyskusję w zupełnie inną stronę. Dowiesz się wtedy drogi czytelniku, że: jeśli jesteś bezrobotny, niepełnosprawny, popierasz ograniczenie prędkości na swoim osiedlu albo starasz się o dotację z UE, to jesteś w zależności od sytuacji (nie ważne jak do niej doszło, skoro w niej jesteś to tak jest): pasożytem, niezaradnym życiowo kaleką społecznym, zmanipulowanym przez obecny system lemingiem, albo agentem ZSRE (tak kinderliberał nazywa UE - Związkiem Socjalistycznych Republik Europejskich). To przez Ciebie państwo podnosi podatki, to przez takich jak Ty jest źle. Kinderliberał jest specem od ekonomii. Pisze elaborat o uzdrowieniu gospodarki, o kapitalizmie w doskonałej formie. Wie, że kiedy już zda maturę, to pójdzie na studia o odpowiednim kierunku. Jeszcze w ich trakcie dzięki swojej wiedzy założy wielką firmę i będzie zarabiał miliony. Na razie jednak musi tę maturę zdać, jest na garnuszku rodziców, a prawdziwej pracy oraz jej realiów nawet nie powąchał. Ale najgłośniej krzyczy jak to lumpy, złodzieje i lenie rozkradają JEGO podatki.
Wypowiedź kinderliberała:
"Człowieku, a gówno mnie obchodzi, że jakiś tłuk po zawodówce od nastoletności pracuje. On całe życie będzie tyrał, bo jego przeznaczeniem jest bycie robolem. Taka mentalność, mentalność sługusa, ogarniasz?. Ja mam inną. Ja mam plan na swoje życie, który uparcie realizuję.Przewidziałem każdy element. Od września idę do najlepszego w mieście liceum..."
4) Kinderpunk - bunt, bunt i jeszcze raz bunt! Kindepunk podobnie jak kinderliberał figę jeszcze wie o większości aspektów życia, ale najgłośniej krzyczy o tym, że wszystko trzeba jebać. Rząd, policję, prawo, kościół i najważniejsze - SYSTEM. Jednocześnie nie umie zdefiniować czym właściwie jest ten system, ale wszystko co robi, je, nosi na grzbiecie jest "antykomercyjne", "antysystemowe" i oczywiście "alternatywne". Każdy, kto ma inny osąd niż on, tkwi w okowach systemu. Kinderpunk jest ateistą (w tajemnicy przed rodzicami "nie ma zamiaru brać udziału w cyrku zwanym bierzmowaniem") i wierzy w wielką rewolucję. W czasie tej rewolucji będzie wybijał "hitlerowców", "spasione korporacyjne świnie", "katabasów z kurii". To nic, że w awatarze ma pacyfę, jest wegetarianinem, a na (oczywiście antykomercyjnym, a jakże!) Facebooku wstawia kolejny apel o niejedzenie mięsa. Oczywiście nasz buntownik robi to wszystko po cichu. Bo gdyby się rodzice dowiedzieli (słudzy korporacji o mózgach wypranych przez system) to zarobiłby taki wpierdol, że przez tydzień nie usiadłby na tyłku. Kinderpunk chce likwidacji wszystkiego, co systemowe i "wali komerchą". To nic, że jego ulubiona kapela kosi zdrową kasę na płytach, koncertach i gadżetach. Skoro śpiewają o rozwalaniu systemu, to muszą w to wierzyć i nie przyjmą ani grosza od korporacyjnego, otłuszczonego knura.
Wypowiedź kinderpunka:
"Pamiętaj, że kapele takie jak Metallica, Korn albo nawet sam Ozzy to coś, czego system nienawidzi. Oni jebią komerchę, grają dla swoich fanów, szacun dla nich!"
5) Spiskowiec. Jeśli wierzysz w jakąkolwiek wersję oficjalną jakiegokolwiek zdarzenia, to wiedz, że grubo się mylisz. Spiskowiec zna PRAWDĘ, i wie, że wszystko jest ustawione. To nic, że czasem plecie bzdury przeczące prawom wszelkich nauk, w tym logiki. Jeżeli się z nim nie zgadzasz, to jesteś ICH agentem. Tak. ONI rządzą wszystkim i odpowiadają za całe zło tego świata. Trują, strącają samoloty, podkładają bomby, powodują brak wody w toalecie... Problem w tym, że spiskowiec nie wie, kim właściwie są ci "oni". W jednej wypowiedzi potrafi posądzić zarówno CIA, szefów korporacji jak i twór zwany Reptilianami (rasa ludzi-jaszczurek. Tak, niektórzy wierzą, że między nami są jaszczury przybierające ludzki kształt). Celów spisku również nie umie jasno określić. Wie tylko, że to jest czynienie zła na ogromną skalę. Spiskowiec gotów jest wydać ogromną kasę na wynalazki, które ochronią go przed wpływem tych potworności. I nie chodzi o to, że niedopuszczalna jest jakaś osobista wizja w określonym temacie. Nikomu jej nie można zabronić. Chodzi tu raczej o sposób prowadzenia rozmowy: "Ja wiem! Pieprzycie bzdury, bo ja już ICH rozgryzłem, a jeśli się ze mną nie zgadzacie to znaczy, że jesteście z NIMI". Ze spiskowcem dyskutować nie warto. Poproszony o przedstawienie konkretnych argumentów (nie domysłów) będzie powtarzał się, mącił, aż w końcu na jakiś czas opuści grono dyskutantów. Powróci, aby w ostrzejszej formie nękać użytkowników. Bardzo często posuwa się do gróźb, również karalnych. Jeżeli moderacja forum w jakiś sposób zareaguje, no cóż... każda reakcja inna niż ta, której oczekuje, to działalność wrogich agentur.
Wypowiedź spiskowca:
"Ale z czym ty mi tu wyjeżdżasz? Fizyka? A co to jest fizyka? To jest zbiór jakichś durnych regułek od lat ustalanych przez odpowiednie osoby, których nie wskażę, bo chcę żyć. Fizyka, której uczy się dzieci w szkołach jest ZMANIPULOWANA!" [Spiskowiec nie przyjął do wiadomości istnienia pojęcia "siła nośna"]
Tak to mniej więcej wygląda. Praktycznie każdy rok powoduje wysyp mód na nowe sposoby utrudniania życia normalnym internautom.
1) Fanboj. Używasz aparatu marki Canon, Nikon, Sony, Fuji czy jakiejkolwiek innej? Gówno wiesz o fotografii. Nie pokazuj nigdzie swoich zdjęć, bo to dziadostwo i marnowanie miejsca na serwerach. A najlepiej, to weź się człowieku powieś, bo zabierasz powietrze ludziom, dla których fotografia to pasja i cel w życiu. Chyba, że...Chyba, że kupisz aparat tej marki, którą fanboj uważa za jedyną słuszną. Wtedy nawet najgorszy gniot stanie się dziełem sztuki, a każdy będzie Ci się kłaniał w pas. No właśnie! Pas! A raczej pasek na szyję musisz mieć największy z tych, które mieli w sklepie. I koniecznie musi być na nim oczojebne logo marki. Wszyscy muszą widzieć, jaki z Ciebie pro photographer. Pamiętaj! Nie musisz umieć robić zdjęć. Musisz za to umieć mieć aparat. Bo posiadanie aparatu to sztuka. Podkreślaj jego niezawodność. Jakiemuś użytkownikowi marki X urwało się mocowanie paska? Norma. Przecież jego aparat to gówno, a on pewnie nie umie robić zdjęć. Ty za to opowiedz, jak po Twoim aparacie firmy Y przejechał ładowny pociąg towarowy, zrzuciłeś go z dziesiątego piętra na beton, a potem podpaliłeś, a on nie ma nawet ryski. Prowokuj też dyskusje wyższości jednej marki nad drugą. Kiedy zostaniesz poproszony o zdjęcia, za Chiny ich nie pokazuj i skwituj "Nie mam takiego obowiązku, jeszcze skopiujesz i wykorzystasz sam. Złodzieju. Bo wszyscy Canonierzy, Nikoniarze itp. to pijaki. I złodzieje, bo każdy pijak to złodziej".
Wypowiedź fanboja:
"Ale o czym ty do mnie mówisz chłopczyku? Hasel*...coś tam? Co to za gówno? Pewnie jakiś chiński no name hehehehe"
*Hasselblad - firma produkująca jedne z najdroższych i najlepszych lustrzanek cyfrowych. Aparaty do zastosowań profesjonalnych, o rozdzielczościach matryc sięgających kilkudziesięciu megapikseli.
2) Daj. Daj to specyficzny gość, przesycony postawą roszczeniową. Plaga większości forów technicznych z działami dotyczącymi rozwiązywania problemów. Sposób działania Daja jest genialny w swojej prostocie. Otóż człowiek ten zakłada temat, w którym ŻĄDA. Żąda udzielenia mu pomocy i liczy, że inni użytkownicy posiedli dar czytania w myślach. Dlaczego? Ano dlatego, że opis problemu jest enigmatyczny. Urządzenie/program/funkcja "nie działa" i już. Użytkownicy mają zaś dać Dajowi rozwiązanie natychmiast. Jeśli temat został założony powiedzmy o 15:00 i nikt nie udzieli odpowiedzi, to autor już o 15:30 zacznie ponaglać. Cisza w temacie do 17:00 zaowocuje bluzgami i pierwszym wkroczeniem moderatora. Kiedy w końcu ktoś odpowie, Daj nie ma zamiaru choć wprowadzić go na trop postawienia diagnozy. Zachęcony do wykorzystania jednego sposobu, będzie żądał następnego, albo jęczał, że tak to on nie umie. Na koniec dyskutanci i tak się dowiedzą, że są "chujowymi specjalistami", to forum też takie jest i Daj już albo jeszcze szybciej idzie do serwisu. Bo tu "nikt nie kce pomuc".
Wypowiedź Daja:
20:00 - "Hey! Nie działa mi aparat firmy X. Normalnie robiłem zdj. a potem wcisnelem takie coś kolo takiego tego z przodu tam z prawej strony i na tym na górze wybiło mi komunikat, że coś tam coś tam [sry nie znam ang]. I nie działa. Pomuszcie!
20:25 - "ej no!!!!!!!1111 napisze ktoś coś?"
20:40 - "Dobra kurwa nie to nie.... Co za chujowe forum.... jp -.- Nara zjeby!!!!"
3) Kinderliberał. Nie lubię tematów politycznych, ale kinderliberał słynie z tego, że potrafi KAŻDY temat sprowadzić do polityki, omówić mocno stronniczo obecną sytuację, wskazać winnych, a następnie oświecić userów poglądami swojego idola, przyszłego zbawcy wszystkich Polaków - niejakiego pana J.K.M. Nie ważne, czy dyskusja dotyczy jakości statywów, zasady działania trymera steru wysokości czy eksploracji opuszczonych budynków. Młody korwinista zawsze znajdzie uchwyt, którego czepi się jak pijany płotu i pociągnie dyskusję w zupełnie inną stronę. Dowiesz się wtedy drogi czytelniku, że: jeśli jesteś bezrobotny, niepełnosprawny, popierasz ograniczenie prędkości na swoim osiedlu albo starasz się o dotację z UE, to jesteś w zależności od sytuacji (nie ważne jak do niej doszło, skoro w niej jesteś to tak jest): pasożytem, niezaradnym życiowo kaleką społecznym, zmanipulowanym przez obecny system lemingiem, albo agentem ZSRE (tak kinderliberał nazywa UE - Związkiem Socjalistycznych Republik Europejskich). To przez Ciebie państwo podnosi podatki, to przez takich jak Ty jest źle. Kinderliberał jest specem od ekonomii. Pisze elaborat o uzdrowieniu gospodarki, o kapitalizmie w doskonałej formie. Wie, że kiedy już zda maturę, to pójdzie na studia o odpowiednim kierunku. Jeszcze w ich trakcie dzięki swojej wiedzy założy wielką firmę i będzie zarabiał miliony. Na razie jednak musi tę maturę zdać, jest na garnuszku rodziców, a prawdziwej pracy oraz jej realiów nawet nie powąchał. Ale najgłośniej krzyczy jak to lumpy, złodzieje i lenie rozkradają JEGO podatki.
Wypowiedź kinderliberała:
"Człowieku, a gówno mnie obchodzi, że jakiś tłuk po zawodówce od nastoletności pracuje. On całe życie będzie tyrał, bo jego przeznaczeniem jest bycie robolem. Taka mentalność, mentalność sługusa, ogarniasz?. Ja mam inną. Ja mam plan na swoje życie, który uparcie realizuję.Przewidziałem każdy element. Od września idę do najlepszego w mieście liceum..."
4) Kinderpunk - bunt, bunt i jeszcze raz bunt! Kindepunk podobnie jak kinderliberał figę jeszcze wie o większości aspektów życia, ale najgłośniej krzyczy o tym, że wszystko trzeba jebać. Rząd, policję, prawo, kościół i najważniejsze - SYSTEM. Jednocześnie nie umie zdefiniować czym właściwie jest ten system, ale wszystko co robi, je, nosi na grzbiecie jest "antykomercyjne", "antysystemowe" i oczywiście "alternatywne". Każdy, kto ma inny osąd niż on, tkwi w okowach systemu. Kinderpunk jest ateistą (w tajemnicy przed rodzicami "nie ma zamiaru brać udziału w cyrku zwanym bierzmowaniem") i wierzy w wielką rewolucję. W czasie tej rewolucji będzie wybijał "hitlerowców", "spasione korporacyjne świnie", "katabasów z kurii". To nic, że w awatarze ma pacyfę, jest wegetarianinem, a na (oczywiście antykomercyjnym, a jakże!) Facebooku wstawia kolejny apel o niejedzenie mięsa. Oczywiście nasz buntownik robi to wszystko po cichu. Bo gdyby się rodzice dowiedzieli (słudzy korporacji o mózgach wypranych przez system) to zarobiłby taki wpierdol, że przez tydzień nie usiadłby na tyłku. Kinderpunk chce likwidacji wszystkiego, co systemowe i "wali komerchą". To nic, że jego ulubiona kapela kosi zdrową kasę na płytach, koncertach i gadżetach. Skoro śpiewają o rozwalaniu systemu, to muszą w to wierzyć i nie przyjmą ani grosza od korporacyjnego, otłuszczonego knura.
Wypowiedź kinderpunka:
"Pamiętaj, że kapele takie jak Metallica, Korn albo nawet sam Ozzy to coś, czego system nienawidzi. Oni jebią komerchę, grają dla swoich fanów, szacun dla nich!"
5) Spiskowiec. Jeśli wierzysz w jakąkolwiek wersję oficjalną jakiegokolwiek zdarzenia, to wiedz, że grubo się mylisz. Spiskowiec zna PRAWDĘ, i wie, że wszystko jest ustawione. To nic, że czasem plecie bzdury przeczące prawom wszelkich nauk, w tym logiki. Jeżeli się z nim nie zgadzasz, to jesteś ICH agentem. Tak. ONI rządzą wszystkim i odpowiadają za całe zło tego świata. Trują, strącają samoloty, podkładają bomby, powodują brak wody w toalecie... Problem w tym, że spiskowiec nie wie, kim właściwie są ci "oni". W jednej wypowiedzi potrafi posądzić zarówno CIA, szefów korporacji jak i twór zwany Reptilianami (rasa ludzi-jaszczurek. Tak, niektórzy wierzą, że między nami są jaszczury przybierające ludzki kształt). Celów spisku również nie umie jasno określić. Wie tylko, że to jest czynienie zła na ogromną skalę. Spiskowiec gotów jest wydać ogromną kasę na wynalazki, które ochronią go przed wpływem tych potworności. I nie chodzi o to, że niedopuszczalna jest jakaś osobista wizja w określonym temacie. Nikomu jej nie można zabronić. Chodzi tu raczej o sposób prowadzenia rozmowy: "Ja wiem! Pieprzycie bzdury, bo ja już ICH rozgryzłem, a jeśli się ze mną nie zgadzacie to znaczy, że jesteście z NIMI". Ze spiskowcem dyskutować nie warto. Poproszony o przedstawienie konkretnych argumentów (nie domysłów) będzie powtarzał się, mącił, aż w końcu na jakiś czas opuści grono dyskutantów. Powróci, aby w ostrzejszej formie nękać użytkowników. Bardzo często posuwa się do gróźb, również karalnych. Jeżeli moderacja forum w jakiś sposób zareaguje, no cóż... każda reakcja inna niż ta, której oczekuje, to działalność wrogich agentur.
Wypowiedź spiskowca:
"Ale z czym ty mi tu wyjeżdżasz? Fizyka? A co to jest fizyka? To jest zbiór jakichś durnych regułek od lat ustalanych przez odpowiednie osoby, których nie wskażę, bo chcę żyć. Fizyka, której uczy się dzieci w szkołach jest ZMANIPULOWANA!" [Spiskowiec nie przyjął do wiadomości istnienia pojęcia "siła nośna"]
Tak to mniej więcej wygląda. Praktycznie każdy rok powoduje wysyp mód na nowe sposoby utrudniania życia normalnym internautom.
Subskrybuj:
Posty (Atom)